Przespałam 20 godzin.
Sponiewierana przez koszmarny ból głowy i ciśnienie odbierające mi jakąkolwiek chęć do życia (co oczywiście ściśle związane jest z notoryjnym faktem, że ciągle wypieram z siebie obowiązek codziennego brania leków i biorę je w kratkę, ale koniec z tym, koniec!) przeleżałam wczoraj w łóżku, ni to we śnie, ni to w czuwaniu-rzyganiu cały dzień.
Ulgę przyniosła mi dopiero noc, bo zasnęłam bez pamięci i snów.
Teraz jest ok, piję bezkofeinową (tfu!) kawę, leki już we mnie działają, ciśnienie prawie w normie, mogę zająć się odpoczywaniem w pigułce- bo straconych dni, nie odda mi nikt.
Szlag mnie trafia, że zawsze choruję w weekendy, gdy jestem rozluźniona i bez codziennej adrenaliny, ze mną to zawsze musi być coś nie tak, bo komu oprócz mnie nie służy dolce far niente?
Codzienny stres, obecne problemy, wiejący halny i złe słowa plątające się po innych blogach na mój temat, to toksyczna mieszanka, od wyziewów której padają nawet osty, a co dopiero ja.
Bo to nie jest tak, że dobre słowa zrównoważą złe- dobre otulają, łechtają, miło głaszczą, cieszą, nie zostawiają śladów na ciele i siedzą sobie ciepło w sercu, gotowe do wyfrunięcia dalej w świat, a złe wchodzą w najgłębsze pokłady wrażliwości, zapadają tak głęboko, że nie da się ich wydobyć, kłują, dokuczają, są jak powoli rozkładająca się trucizna, więc bolą, zwyczajnie bolą.
Można zagłuszyć ten ból wytoczeniem bitwy, zebraniem sojuszników, wywaleniem jeszcze większych, zanurzonych w trutce słów, można stracić wszelkie hamulce, można dostarczyć uciechy gawiedzi, można podnieść sobie znacząco statystyki na blogu, bo nic tak nie przyciąga ludzi jak kolejna bitwa, można dowalać, kopać, wyśmiewać, upokarzać i ranić. Można? Można.
Nie zrobię tego jednak.
Nie tylko dlatego, że prosiła mnie o to panistarsza-Kinga, kobieta, do której mam bardzo wiele szacunku i ogromnej sympatii.
Nie zrobię tego, bo mam w sobie nadmiernie niestety rozwinięte poczucie sprawiedliwości i na podstawie subiektywnego, płytkiego przekonania, wywołanego przeczytanym zbiorem słów nie feruję wyroków, choć dopuszczając do głosu najbardziej prymitywne instynkty mam ochotę zabić,
w myśl zasady oko za oko, ząb za ząb.
Wchodząc na wyższy poziom rozwoju wiem jednak, że same słowa to za mało, by na ich podstawie oskarżyć człowieka.
Bo trzeba ocenić, jaki cel miały słowa?
Jakie za nimi miały iść czyny?
Do czego miały zmobilizować?
Do czego porwać?
Jakie wzbudzić uczucia?
W ludziach zanika podstawowa umiejętność- czytanie ze zrozumieniem.
Ślizgają się wzrokiem pod wierzchniej warstwie słów i wydaje im się, że złapali sens zdania.
A kuku! Tak jest może w komiksie z obrazkami.
Postanowiłam więc wybaczyć tym, którzy mnie opluli.
Wynika to u nich jedynie z niezrozumienia, z pójścia za stadem, z chwilowej satysfakcji dokopania komuś, kogo się nie lubi- bo oczywiście kwestia lubienia czy nie lubienia została rozwiązana li i jedynie na podstawie słów napisanych na tym blogu.
Na tym kończę moją przydługą wypowiedź, dla niektórych zapewne grafomańską (tja.., bo o tym też była mowa, ale czyż nie wiadomo powszechnie, że moją idolką jest Mniszkówna?) skończyła mi się kawa, a coś czuję, że wzrasta poziom irytacji- dziś nie mogę do tego dopuścić!
In fine chciałam napisać tylko jedno- Ci, którzy mnie przeczytali ze zrozumieniem i wdrożyli moje słowa w czyn są cudowni, wspaniali, hojni, niezwykli, ciepli, empatyczni, wrażliwi, kochani i to jest moim/naszym/Chustki zwycięstwem!
Li.
PS. Wprowadzam zakaz negatywnych komentarzy. I pyskówek. Będę kasować.
Kochajmy się! :)