Słowo na poniedziałek.

2 kwietnia, 2012
Cześć Kochani,
dzięki za wszystkie miłe słowa, ale nie zmienią one mojej decyzji- nie wrócę już do pisania bloga,dopóki nie napiszę książki. 
Nie jestem w stanie pisać i tu i tam, mam miejsce tylko na jeden kanał z ujściem emocji. 
Daję sobie trzy miesiące.
Jak nie napiszę książki w ciągu trzech miesięcy, to będę taką Li-teratką, jak z koziej dupy trąba i wrócę grzecznie do pisania bloga, o ile oczywiście ktoś będzie jeszcze na mnie czekał…
(tu nastąpiło zalotne spojrzenie spod firanki rzęs rosnących jak szalone od odżywki RevitaLash).
Całusy, poniedziałek czas zacząć, kawa już pachnie!
Wiadomo, że tęsknię.
Li. 

Tak jest.

15 marca, 2012
Wiem, że nic nie wiem. 
Wokół mnie chaos i ruiny, a we mnie narastający bunt i niechęć do ludzi.
Zamykam się w sobie, otulam pancerzykiem skorpiona i nieliczne życzliwe mi osoby proszę o wyciągnięcie mi z pleców noża wbitego przez bliską koleżankę, w imię biznesu. 
Biznes ponad wszystko, pieniądze rządzą światem, ostatnich gryzą psy. 
Poradzę sobie i z tym, ale smutno, cholernie smutno.
To co się dzieje w necie,  zniechęca mnie skutecznie do jakiejkolwiek tu obecności, nie chce mi się pisać bloga, nie chce mi się odpowiadać na maile, nie chce mi się podtrzymywać kontaktów, nie chce mi się czytać innych blogów, mam serdecznie dość napastliwych postów na mój temat, podrabianego mojego nicka (tak, jak się okazuje, da się to zrobić) i komentarzy idiotek- lilki, rusałki z berlina i tym podobnych dziwnych, acz niezwykle męczących tworów. Nie mówiąc o jakże „przyjemnych” komentarzach wpadających do mojej moderacji, ach, ach, pewnie masz (nie)drogi komentatorze orgazm bez seksu, niech Ci idzie na zdrowie. 
Nie muszę tego znosić, wystarczy przecież kliknąć w krzyżyk w prawym, górnym rogu monitora i adieu, arrivederci, praszczaj. 
Mam dość moi kochani, mam tak dość, że nie żegnając się, wychodzę.
Trzeba będzie znowu popracować nad dystansem i nad rozwiązaniem mega problemów w tym moim cudownym, bezproblemowym,  słodkim życiu. 
Kiedyś wrócę, gdy kiedyś zamieni się już:)
A na dziś? Pamiętajcie o ogrodach i o Joannie, Ona jest moim światełkiem na tym świecie, moją nadzieją na to, że warto wierzyć w ludzi, moim wstydem narzekającym na pierdoły, moim sumieniem zapominającym, moją wiarą we wspólne wakacje i najdzielniejszą kobietą jaką znam. 
Potrzebuje pieniędzy, przeczytajcie TO, a potem wpłaćcie TU
Koniecznie z tytułem wpłaty: Joanna Sałyga.
Znaczenie ma każda wpłata, każda!
Liczy się suma, suma da życie.

  Fundacja Rak’n’Roll. Wygraj życie!


ul.Chełmska 19/21
budynek „Lipsk”, lok.409
00-724 Warszawa


tel. 509 801 309
biuro@raknroll.pl
NIP: 9512296994
KRS: 0000338803


Numer konta Fundacji:
73 1140 2017 0000 4502 1050 9042
Przelewy spoza Polski:
IBAN:PL
NR BIC (Swift) BREXPLPWMUL


Trzymajcie się, życie podobno czasem bywa znośne.
Li


Przy sobocie o robocie.

10 marca, 2012
Że długo nie piszę?
Ech, a czym jest te kilka dni milczenia wobec wieczności?
Nie piszę, bo wpadłam w poważny konflikt z czasem, muszę rozwiązać go metodami pokojowymi, by uniknąć rozlewu krwi, dodam że głównie mojej krwi. Ale życie idzie dalej razem ze mną, staram się dotrzymać mu szybkiego kroku.
Dziś nareszcie doszłam z nim do soboty, wstałam naprawdę rano i niesiona wiosennym zapałem-sprzątam. Przyszła Zuzia, moja nowa sprzątająco-prasująca pomoc i szalejemy- ona z oknami, a ja z moim zakurzonym,  łososiowym szkłem.
Dupcia mi się kręci przy Maroon 5, to są pożytki z bycia matką trzynastolatki, inaczej nigdy nie przyszłaby mi do głowy myśl, by kupić ich płytę „Hands all over”, nie miałabym pojęcia, że przy ich muzyce szkło myje się samo, a humor oscyluje w górnych granicach normy.
A skąd wzięła się Zuzia? Historia zatoczyła małe kółeczko.
Trzynaście lat temu, gdy byłam w ciąży z Gusią, zaczęłam szukać opiekunki. 
Miałam przed sobą przykrą konieczność zdania egzaminu zawodowego, wiedziałam, że sama nie dam sobie rady, a na Nemo jak zwykle liczyć nie będę mogła.
I wtedy pojawiła się Pani Zosia, to było prawdziwe zrządzenie losu.
Uczyłam się po 12-cie godzin dziennie, a ona pomagała mi w opiece nad Gusią od dnia jej narodzin, pokochała ją jak córkę, Guśka szalała z radości na jej widok. Miałam do niej bezwzględne zaufanie, Gusia czasem u niej nocowała, wyjeżdżały razem na wakacje, znałam jej rodzinę. 
Zosia miała dwóch synów i męża Beznadzieja. W jednym z synów, zdolnym i inteligentnym  pokładała wielkie nadzieje, liceum, studia, ale on wolał inne życie, siedzi gdzieś teraz w więzieniu gdzieś w Polsce. Drugi syn był moim ulubieńcem, zawsze w cieniu tego pierwszego, był dobrym synkiem, a teraz wyrósł na porządnego mężczyznę. 
Po czterech latach musiałam z bólem serca zwolnić Zosię z pracy, bo nie wytrzymując problemów z mężem
i starszym synusiem zaczęła pić. Uzależniła się bardzo szybko, nie mogłam już powierzyć jej dziecka.
Zatrudniłam po niej kobietę-konia, jak skończyła się jej kariera w moim domu, to wiecie. 
Z Zosią od czasu do czasu miałam kontakt, gdy trzeźwiała to przychodziła do mnie i płakała nad swoim życiem. Do końca zakochana w Gusi, dwa lata temu trafiła do szpitala z niewydolnością wątroby i zmarła. Byłam wtedy z dziećmi w Londynie, nie byłam na jej pogrzebie. Beznadziej zaraz znalazł sobie pocieszenie i wspólnie z tym pocieszeniem pije, pogrążając się coraz bardziej, a młodszy syn znalazł fajną dziewczynę, ożenił się, wszedł do jej rodziny i odciął się od toksycznych relacji z ojcem i bratem kryminalistą.
Od czasu do czasu odzywał się do mnie, przyszedł pochwalić się żoną i synkiem, miło było na niego patrzeć.  Nie uczył się niestety, finansowo ledwo dyszą, ale obydwoje są bardzo pracowici i mają w sobie zapał do życia.
Jego żona to właśnie Zuzia, młoda dziewczyna, miła i pogodna, własnie patrzę na nią, jak kończy myć okna w salonie, od czasu do czasu coś tam sobie pogadamy, muzyka wibruje w powietrzu, wiosna włazi przez okno, Zośka patrzy na nas z góry i na pewno jest zadowolona.
Plany na sobotę mam cudowne- kilka godzin relaksującego sprzątania, potem zrobię dobry obiad
i wyfruwam z domu za Kraków do moich przyjaciół, urodził im się Franek, trzeba to uczcić! 
Wiosna, wiosna, cudowna wiosna, wypuszczam pąki, za chwilę zacznę kwitnąć, czuję to odrodzenie każdą komórką.
Miłej soboty!
Li.
PS. I zdarzył się cud! Od dziś mam światło w toalecie.
Przyszedł elektryk i po 15-tu miesiącach nastąpił koniec z intymnym, sączącym się przez matowe szklane drzwi światłem z łazienki.
Wreszcie będzie można w spokoju poczytać… :)

Notka wpadkowa.

5 marca, 2012

Praca pracą, wyjazd w real, wyjazdem ale nie mogłam odmówić i dzisiejszy wieczór… och… ach… pośmiałam się serdecznie, bardzo angielski film, cudownie rozbrajający.
Osobiście polecam, idealna okazja do niewymuszonego śmiechu.
Och… ach… mhmmmm…:)
Li.
PS. Nie zdążyłam do myjni, więc pogoda póki co- murowana!


Dzień dobry!

5 marca, 2012
Po pozornym spokoju weekendu wpada we mnie robiący dużo szumu gwałtowny poniedziałek. 
Krzyczy i rozrabia.
Wyjeżdżam na kilka dni. Niedaleko, bo do siebie.
Mam kilka niecierpliwych i niecierpiących zwłoki spraw pchających się do wyjścia z napisem „załatwione”.
Ale wrócę, takie jak ja, zawsze wracają.
I jest taki śliczny dzień, aż chce się wyjść z domu.  
Oddaję auto do myjni. Zobaczymy czy klątwa czystego auta nadal działa. 
Nie byłam w myjni od sześciu miesięcy, na stacjach ograniczałam się do mycia szyb,  a tak uwielbiam ten porażający oczy blask błyszczącego lakieru i zapach czystości w środku.
I uprzejmie proszę o nieuruchamianie wyobraźni, jak wygląda moje auto przed myciem.
Nie wygląda, oj nie wygląda.
Miłego dla Was!
Li.

Tendencja zwyżkowa dla życzliwych, niestabilność emocjonalna dla całej reszty.

4 marca, 2012
Przyjemnie spędzona sobota ukoiła smutki i dała znowu spokojnie zasnąć wspomnieniom. 
Życie przechodząc przez nas musi czasem sięgać w  głęboko ukryte sekretne miejsca bólu, przypominając nam o tych, których powoli zapominamy,  bo przecież czas robi swoje pokrywając naszą z nimi przeszłość kolejną warstwą nowszych wspomnień.
Idzie wiosna i nawet gdyby przyszło jej do głowy sypnąć śniegiem, to już nic tego nie zmieni, czuję szybciej krążącą krew i ochotę na zmiany, choćby w postaci koloru ścian w salonie i w pokoju Karolci. 
Pomaluję je sama, wielką mam na to ochotę, zmęczyć się, pochlapać farbą, a potem wezwać malarza do smug,  cha cha… najważniejsze to mieć plan. Kusi mnie ściana na obrazy w kolorze ciemnego szarego fioletu, jakkolwiek to brzmi.
Wieczorem idę na „Dziewczynę z tatuażem”, to już ostatnie seansy, nie mogę sobie odpuścić tego filmu po zarwaniu swego czasu trzech nocy na czytanie „Millennium”. 
Będzie dobrze, bo przecież nie może być inaczej. 
Nie może, czary-mary! 
A co na to Lec?
Dokąd zmierza życie? Tam gdzie Ty, dopóki idziesz. 
Li.

Kochana Ilonko!

3 marca, 2012

Jestem pewna, że gdzieś tam patrzysz na mnie od czasu do czasu, w przerwach pomiędzy pozaziemskimi zajęciami. Zwaliły mnie z nóg nasze zdjęcia z wieczoru panieńskiego, ubrana w seksowną koszulkę i sztuczne, plastikowe cycki, śliczna i szczęśliwa,  przechodziłaś z uśmiechem przez koszmar rytuałów  zaserwowanych przez koleżanki.
Miałaś na sobie nasze buty, to są moje ulubione, wiesz? 
Ilon, staram się nie oglądać w wstecz, nie rozpamiętywać, nie rozdrapywać ran, bo przeszłość już skamieniała i nic jej nie zmieni. 
I może dlatego tak nie lubię fotografii? Nie robię, nie zbieram, nie gromadzę w plikach czy w albumach, patrzę w przyszłość, bo przeszłość zawsze cechuje smutek utraconych ludzi i życia, a ja nie lubię być smutna.
Nie uciekam jednak od myśli o Tobie, często myślę, z rozczuleniem, z tęsknotą, ale i z pogodzeniem się z losem. Musiałam się pogodzić z Twoim odejściem, musiałam! Nie mogłam zadręczać siebie i innych, nie mogłam gorzknieć, rozumiesz to, prawda?
Czasem stoję przed lustrem i malując oczy gadam do siebie, a tak naprawdę do Ciebie, do Taty, bo Taty też mi brakuje, choć wstyd mi jest z myślą, że nie na co dzień.
Twój mąż  układa sobie życie na nowo, to zgodne z prawami ludzkimi i prawami natury, wszak życie jest takie jedno!
Wiesz, tyle wokół dzieje się niedobrego, a ja nie mam tak dużo sił i energii co kiedyś, czasem czuję się bardzo stara, niepotrzebna, taki zbędny element tolerowany do czasu eksploatacyjnego zużycia. 
Ale robię sobie kąpiel, maseczkę, masaż i pcham życie do przodu. Turlam się, nie mam teraz dobrej drogi, wpadłam na wertepy, mimo wszystko jednak nie poddaję się losowi, a moje auto z napędem na cztery cierpliwie wytacza się ze wszystkich dołów i wiezie mnie dalej. Jeszcze jadę kochana, jeszcze jadę.
Bo pomimo wszystkich problemów, ciągle zostało we mnie trochę zarozumiałej miłości własnej
i przekonania, że nie urodziłam się po to by być smutną, zmęczoną i nieszczęśliwą.
Pilnuj mnie moja Kochana, pilnuj mnie! Bo jak nie ty, to kto? Potrzebuję myśli, że ktoś nade mną czuwa.
Przytulam się do myśli o Tobie, ściskam mocno, przesyłam Ci naszą ulubioną Dianę Krall.
M.

Zwyczajny piątek.

2 marca, 2012
Zakończmy sprawę Lilki. Nie da się jej pomóc via blog, można przerzucać się komentarzami i kpinami, ale nie kopie się leżącego. Mamy miażdżącą przewagę i zerową satysfakcję. Choroba to choroba.
Lilka ma styl nie do podrobienia, po ogromnej ilości maili jakie od niej dostałam, rozpoznam ją w ciemno.
A teraz miota się, prostuje, składa oświadczenia, ech…
Od wczoraj mam nastroje wspomnieniowe, bo mój brat po po trzech i pół latach zdobył się nareszcie na wywołanie zdjęć z wieczoru panieńskiego Ilonki.
Z zabliźnionych ran popłynęła świeża krew i tyle mam dziś do powiedzenia.
Li.

Środa-urody-doda, więc puder na twarz i świat jest nasz:)

29 lutego, 2012
Nieśmiało puszczam swoje wewnętrzne soki i czuję pobudzenie do życia.
Słońce penetruje zapuszczone kąty tarasu, posprzątam w sobotę, proszę Słońca!
Jak tylko nie wróci śnieg.
Po wczorajszym fitnessie boli mnie nawet czubek głowy, ale to ból z gatunku tych przyjemnych, bez konieczności ingerencji organów ścigania.
Szczęśliwa ze mnie kobieta, bo nie tknięta cudzą przemocą, a o siódmej rano obudził mnie telefon kobiety nieszczęśliwej.
Ma na dziś wezwanie do Prokuratury na przesłuchanie co do znęcania się nad nią przez jej oczywiście kochającego inaczej męża.
Śliczna z niej dziewczyna, delikatna, wrażliwa, z nieskazitelną cerą.
Poza siniakami nic jej nie szpeci.
I po wielu przegadanych z nią godzinach, po przełamaniu jej wstydu i uzyskaniu nareszcie kilku obdukcji (na  blisko sto pobić to naprawdę niewiele), ona mi płacze, że może da mu jeszcze jedną szansę. Bo obiecał, że już nigdy jej nie uderzy.
Ha, oczywistym jest, że jak każdy prymitywny znęcacz poczuł strach- oto ofiara zdolna była do złożenia przeciwko niemu zawiadomienia. Trzeba teraz ofiarę omamić, może rzucić jej jakieś kwiaty-ochłapy, niech sprawa przycichnie, a potem pokaże się  suce, gdzie jest jej miejsce. 
Byłam wyspana, pokojowo nastawiona do życia, słońce przez okno łaskotało mnie w pięty, ech…
Co??? 
Skutek jest taki, że wyskoczyłam z łóżka, piję kawę, piszę do Was i osobiście zawiozę ją do Prokuratury, bo nie wygra ze mną jej syndrom ofiary i jej ciągły strach przed domowym oprawcą, o nie!
A co na to Lec?
Tyrani więżą człowieka i w jego własnym wnętrzu.
Li.

Wieczór zależy od płyty. Tak wiem, już to kiedyś napisałam.

27 lutego, 2012

Przyszedł budzący lęki drań i siedzi vis-a-vis, bezczelnie rozparty z tym swoim drwiącym uśmieszkiem czającym się w kącikach ust, nie lubię jego krzywego uśmiechu, nigdy nie mogę go złapać, jest dla każdego nikogo. 
Pochylam się nad laptopem, by na niego nie patrzeć, razi mnie jego jaskrawość, to kameleon mojej doby, 
w dzień jest dręczącym wątpliwościodawaczem, w nocy snubrakowaczem, 
a na drugi etat pracuje jako bodyguard i nigdy nie spuszcza ze mnie oczu.
Znowu zabiera mi konstytucyjnie zagwarantowane mi prawo do snu, ale dziś nie będę protestować,
po pełnym pracy i napięcia dniu potrzebuję spokoju i siebie, zniosę jeszcze tylko Możdżera opowiadającego mi swojego Kaczmarka.
Kiedyś, a może tylko kilkanaście dni temu (czas przeszłości zaczyna mieć dla mnie coraz mniejsze znaczenie), usłyszałam od przyjaciela pełną pasji opowieść o zbieraniu przez niego płyt winylowych, nagle stały się one przedmiotem jego życiowej filozofii, sposobem na spędzanie wieczorów, towarzysko pożądanym wspólnym ich słuchaniem z tłem z szumów i trzasków.
Bo płyta winylowa zawsze gra do końca, nie lubi podnoszenia igły, pomijania pewnych jej części, wymaga skupienia i uwagi nad jej całością, to taki muzyczny slow food. 
Zrozumiałam to, gdy wciśnięciem guzika zmusiłam Możdżera do kolejnej powtórki tematu z „Frank i Roxanne”, tak idealnie brzmiącego na CD, wymuskanego, ale narażonego na niebezpieczeństwo moich humorów, na zakłócenie porządku kolejności ułożenia utworów, bo na pewno ma znaczenie piąta pozycja „Neverland” i dziesiąta „Frascati”,  jeszcze tylko nie odkryłam tej tajemnicy, widocznie ciągle tkwię na poziomie muzycznego fast foodu.
Poszukam  tkwiącej przecież wciąż we mnie wrażliwości na muzykę, dającej mi zmysłową przyjemność z jej słuchania, nie jako tła dla innych czynności, a tylko słuchania z zamkniętymi oczami i w świetle świec,
albo w ciemnościach, kiedyś tak wyglądały moje kojące i kołyszące mnie do snu wieczory. 
Są takie chwile w życiu kobiety, gdy chcąc zapomnieć o przeszłości, 

z tęsknoty za nią  ciągle ją sobie przypomina.
A co na to Lec?
Wzruszające są wspomnienia po wspomnieniach.
Li.
PS. Kupiłam sobie wczoraj płytę. Tnie mi duszę na kawałki. Cudowna masakra.


Przynajmniej mleko mi się dobrze spieniło.

27 lutego, 2012
Ale zaokiennie piękny poniedziałek!
To lubię, choć słońce bezlitośnie obnaża pospolicie brudny stan moich szyb.
Kawa, mleko spienione comme il faut, magnez w podwójnej dawce łyknięty, jedno dziecko już w szkole, drugie jeszcze śpi, zacieram ręce, pochucham na szczęście i zaczynam pracowity dzień.
Odganiam sponurzałe myśli, lęki mnie zbyt mocno obejmujące, strachy-wcale-nie-na-lachy, wiarybraki lęgnące się po kątach, snubrakowacze opierające się żądającemu snu rozumowi.
Wzmacniam się magnezem w koalicji z potasem, dokładam im posiłki w postaci tranu, podniesiona w elektrolity, znowu zawalczę z tymi cholernymi problemami, może wyciągnę siły z ostatniego, tajnego konta, egoistycznie odsunę na bok problemy innych, bo gdy ja sama mam problemy, to staję na swojej własnej drodze i jestem swoim największym problemem.
Ostatnio życie wcale nie bywa znośne, ale jest życiem,  w związku z powyższym nie mam innego wyjścia niż żyć.
Cóż począć.
Li.

Wiosna, cieplejszy wieje wiatr!

24 lutego, 2012
Uparłam się i odpiszę na wszystkie maile, nawet na te sprzed kilku miesięcy.
Nie kopiuję, do każdego z Was piszę osobno, trwa to i trwa, wrócę tu jak będę wolna od mailowych zaległości, bo lekka od wyrzutów sumienia będę szybować w przestworzach.
A obok przecież życie:
– praca niewdzięczna
-życie towarzysko-rodzinne- moja ulubiona kuzynka Adela,  z którą mamy wspólnego pradziadka Bazylego (nasze babcie po kądzieli były siostrami) namawia mnie na szukanie naszych hiszpańskich korzeni (prapradziadek był Hiszpanem, Francisco de Navarra, przywędrował do Polski w XIX wieku) i związku z tym wyciągnęła mnie w środę do Teatru Nowego na koncert flamenco, fantastyczny, niesamowity, z przeszywającym,  wręcz pierwotnym śpiewem hiszpańskiej Cyganki, cudowną gitarą i takim tańcem, że wszystkie moje kości klekotały wraz z obcasami tancerek.
I czułam motyle w brzuchu, choć możliwe, że to właśnie przebudziły się moje głęboko uśpione hiszpańskie geny.
Za oknem szarości z gatunku tych najszarszych, podbitych deszczem i ogólnym zniechęceniem. 
A jednak, jednak  przez smog i zimową aurę przebija się już zapach wiosny, mój czuły nos sprowokowany przez donicę kwitnących hiacyntów wywęszył co trzeba i doniósł gdzie trzeba, czyli do mojego spragnionego ciepła wnętrza.
Z wiosną zawsze przychodzi chęć na odrodzenie i sięganie ad astra.
Jakoś przetrwa się tych kilka marnych tygodni… czyż nie tak?
Li.

Ogłoszenie parafialne.

19 lutego, 2012
Dziś nie będzie nowej notki, ponieważ mam plan odpisania na każdego maila (doliczyłam się 84-ch)  zalegającego w mojej skrzynce. Dopóki nie odpiszę na wszystkie, notek nie będzie.
Wstyd mi doprawdy, że nie odpisuję od razu, ale zwyczajnie nie mam na to czasu, musicie mi wybaczyć.
Albo, albo.
Dłonie są już przygotowane- najpierw potraktowałam je peelingiem, potem dużą ilością kremu, a do pełni szczęścia dodałam im ulubiony kubek z kawą  z mlekiem.
(Wczoraj moja  Starsza doniosła mi budzący poczucie bezpieczeństwa zapas kapsułek do ekspresu. Dobrze wie, że bez kawy szaleję, wyszkoliło się dziecko w samoobronie, hehe…)
W domu mam porządek, koty są po śniadaniu, pies po wczorajszym wyczerpującym spacerze jeszcze nie wstał, za oknem szara niedziela, taka w sam raz, by wyjść gdzieś do miasta na obiad.
Ale to za kilka godzin, teraz otwieram skrzynkę i do liczby 84 dodaję jeszcze 5, naprawdę lubię dostawać listy, ale tę radość skutecznie zabija mi poczucie winy nieodpisywania, ech…
A co na to Lec?
Ludziom przydałby się czasem „dzień wolny od życia”.
Li.

Przestępcy są wśród nas.

17 lutego, 2012
Wczorajszy dzień ma swoje bolesne skutki dla mojej suki-przestępcy.
Działając wspólnie i w porozumieniu z Bobciem, namówiła niewinnego,  białego kotka do zrzucenia z blatu w kuchni na podłogę pudełka z pączkami, sztuk sześć. Rano zastałam puste pudełko na podłodze, stękającą na kanapie, okrągłą jak globus sukę  i ostatniego, lekko  nadgryzionego pączka. Biedna, nie dała już rady. 
Ale dała radę wydobyć z siebie protestacyjny warkot, gdy wyciągnęłam jej tego pączka spod pyska. 
(Warkot jednak stracił na wymowie, wobec jej całkowitego bezruchu).
Leży tak już kilka godzi i trawi.
Ma udręczone spojrzenie, a ja myślę o tym, że jak do wieczora nie spojrzy inaczej, to wizyta u weterynarza murowana. Może płukanie żołądka?
To kolejny raz, gdy ta hultajska spółka dochodzi do porozumienia w kwestii rozwiązania problemu pysznych rzeczy leżących na blacie, a do których pies sam nie daje rady sięgnąć. Dość wspomnieć pewne kotlety… i niech sobie niedowiarki mówią co chcą, ONE  naprawdę porozumiewają się poza naszymi plecami.

Boli mnie głowa. Z nieuzasadnionego powodu.
Dobrze, że zaczyna się weekend. 
Mam co do niego poważne plany- po pierwsze zrzucić śnieg z tarasu, mam tam już potężne zaspy, po drugie… nie, nie chcecie wiedzieć :)

Dziś Dzień Kota. Nie żebym go specjalnie świętowała, moje koty codziennie mają Dzień Kota.
Ale oglądnijcie sobie TO. Cudne!

Li.

I pączki można przedawkować.

16 lutego, 2012
Dziś pobiłam swój życiowy rekord pisania. 
Dwa potężne pisma  z komentarzami na blogu  dla zabawy w tle,  wyczerpały mnie do cna. 
Przez kilka godzin nie zmieniłam pozycji, kręgosłup obraził się na mnie na amen, a już co najmniej na dzisiejszy wieczór.Boli.
Napełniam swoje wnętrze ciepłą,  zieloną jaśminową i idę sobie daleko stąd, na kanapę. 
Wyciągnę się wygodnie i będę szczęśliwa. Taki jest plan!
Miłego wieczoru,
Li.

Pączkowy leń.

16 lutego, 2012

andziaos napisała: Lepiej dzisiaj wcinać pączki, niż robotą brudzić rączki.
Kto za?
:)
Li.


O niczym, a to życie właśnie.

15 lutego, 2012
Plan był taki: wstaję rano, od razu jestem wprost przepiękna, patrzę w krystalicznie czyste okno, czuję jak napływa do mnie niesamowite szczęście, robię sobie najlepszą kawę, mleko jak zwykle pięknie mi się spienia, jestem  niezwykle zadowolona, prześlicznie uśmiechnięta, wszak życie jest piękne.
A co na to Lec?
Twórzcie o sobie mity, bogowie nie zaczynali inaczej.
Jest tak: wstałam rano bez wrzasku budzika i to była,  jak na razie,  jedyna przyjemność tego  dnia.
Nie spiesząc się, wyraźnie niestety mając na względzie dotkliwie odczuwalne skutki wczorajszego machania nogami,  leniwie podeszłam do dawno nie mytego okna, odsłoniłam zasłony i zobaczyłam obfite opady śniegu. 
Rzut oka na zaparkowany samochód nie dał mi cienia złudzenia- muszę wyjść z domu przynajmniej 15-cie minut wcześniej i odśnieżyć pojazd rachityczną miotełką (ciągle zapominam o konieczności jej wymiany). 
Odśnieżania nienawidzę szczerze, zawsze jestem obsypana śniegiem, przemoczona i zmarznięta (uwaga, zaczyna się irytacja, a kysz, kysz).
Mogła ukoić mnie tylko kawa z pięknie spienionym mlekiem, ale stanął temu na przeszkodzie prozaiczny brak kapsułek do ekspresu. Paniusia zapomniała sobie kupić. Tak jak nowej miotełki. Nie cierpię pamiętać o takich sprawach, nie cierpię!
A co na to Lec?
Życie zabiera ludziom zbyt wiele czasu.

Ale przecież ma się ten plan!
Tylko- muszę -o -nim- pamiętać, tylko- muszę -o -nim -pamiętać, tylko- muszę -o -nim -pamiętać…
Li. 

Wino, kobieta i kot.

14 lutego, 2012
Życie czasami bywa znośne, że zacytuję Szymborską, bo jakoś chyłkiem i chyżo opuściły mnie złe wciórności, a po udręczonych trudem codziennej egzystencji członkach ciała rozlał się błogi spokój. 
Zakwasy przyjdą jutro. Wieczorem solidnie poćwiczyłam i endorfiny zaczęły działać. 
W związku z powyższym zmienił mi się punkt widzenia z dennego porannego na pogodny wieczorny.
Oczywiście i niewątpliwie tłumnie tu bywający nieżyczliwi, którzy z uporem godnym lepszej sprawy uważnie studiują moje słowa,  złożą moje na-stroje na karb niestabilności emocjonalnej i takich tam innych. 
Ale  czy w tym momencie ich zdanie ma  dla mnie jakiekolwiek znaczenie? 
Mam dobre czerwone wino, wyszłam spod prysznica, przytulność domowa ogarnęła mnie swoim urokiem, Bobcio leży obok mnie i ma minę szczęśliwego kota.
A co na to Lec?
Nie każdemu z życiem do twarzy.

Ja też mam minę szczęśliwego kota, bo to mina godna naśladowania. 
Pomruczę sobie wieczorową porą, poczytam, popiszę, porozmyślam, położę, przytulę do poduszki, pomarzę przedsennie, a jutro już będzie środa. 
Wstanę rano, spojrzę za okno, zrobię sobie kawę i będę mieć dobry dzień.
Bardzo, bardzo dobry dzień!
Tak postanowiłam i tego będę się trzymać, przecież nie złamię obietnicy zadowolenia z życia danej samej sobie!

Najważniejsze to mieć plan!
A co na to Lec?
Dmuchając na zimne, można ostudzić własne zapały.


Daję sobie prawo do chwili słabości, bo jestem człowiekiem.
Spadam w dół, poleżę tam chwilę i znowu pnę się do góry.
A co na to Lec?
Nie marnujcie energii zrodzonej ze staczania się. 


No!
Li.


Po jedenaste: Kochaj siebie samego! Bo jak nie Ty, to kto?

14 lutego, 2012
Lubię Walentynki z ich słiti kiczem czerwonych serduszek i stadem mężczyzn spieszących z tulipanem w celofanie.
O miłości trzeba pamiętać na co dzień, ale nie zaszkodzi natrętna komercja i konieczność szczególnego podkreślenia jej znaczenia choć raz w roku. 
Podkreślam więc i ja, obdarowując moje córki serduszkowymi ciasteczkami w pakiecie z całusem.
Muszę jeszcze tylko znaleźć coś dla podkreślenia miłości do samej siebie, ostatnio trochę ta miłość przywiędła, poszarzała, zapomniała o własnych miłych gestach,  ego-rytuałach, (samo)przyjemnościach, zadbaniach i  pieszczotach.
Codzienność absorbuje i wsyssssa jak czarna dziura, pozostawia tylko pole do walki o przetrwanie każdego dnia. Co się ze mną dzieje? Nie robię już nawet ulubionych długofalowych planów, nie wybiegam daleko w przyszłość, bo zaczynam mieć zadyszkę po spojrzeniu na miesiąc w przód. 
Co się zmieniło, że aż tak nie umiem daleko patrzeć? 
Okulary? Przecież mam tylko połówki,  i to w ciągle niezrealizowanej recepcie. 
Brak kondycji? Może, przecież kiedyś w wyobraźni i bez zmęczenia obiegałam świat!
Czas i jego beznamiętne tykanie? Ech, ale przecież w środku jestem ciągle taka sama i chce mi się mówić „spoko, spoko” i chce mi się tańczyć.
A może to zaczyna się powolny, nieustępliwy proces opadania złudzeń, że w życiu czeka mnie jeszcze coś kolorowego, szalonego, ciekawego i twórczego?
Może to już tak będzie, że zajęta rozlicznymi, napływającymi jak tsunami problemami utopiłam w pierwszym uderzeniu  fali  swoje marzenia i swoją miłość, a teraz tylko walczę o przetrwanie na dryfującej tratwie bez widoku na ląd.
Takie szaro-bure są te moje ostatnie miesiące, ale widocznie tak musi być po szalonych, kolorowych latach. 
Nie zmieni się praw przyrody, przecież czasem słońce, czasem deszcz.
Li.

Koniec tygodnia.

12 lutego, 2012
Niedziele wieczorem nie mają już w sobie uroku wolnego dnia, bo dotknięte pośpiechem poniedziałku zmuszają do zaglądnięcia do kalendarza i podjęcia bezskutecznej walki z ogarniającym zniechęceniem.
Potrzebuję odpoczynku i innego nieba, potrzebuję! 
Wydarłam losowi wolny tydzień, licząc na wyjazd z Krakowa, a tu moja Młodsza wierna długoletniej tradycji nie przerwała jej i w tym roku- zaczęły się ferie, zaczęła się choroba. 
Najpierw jej, a teraz i moja. 
No to leżymy. 
I nie mamy ochoty na nic, tylko na rozczulanie się nad sobą, na picie herbatki z imbirem, na otulenie, na ciepło, na łogólną niescęśliwość i pochlipanie sobie. 
Katar jest, bolące gardło jest, kaszel jest, ogólne rozbicie jest, poczucie samotności jest, to zestaw murowanego złego samopoczucia, nikt i nic mi nie pomoże, bo ja od czasu do czasu muszę być nieszczęśliwa, smutna, opuszczona i rozczulająca się nad sobą. 
Bo jak nie ja nad sobą, to kto nade mną? 
Tylko niepokoi mnie to, że coraz częściej wpędzam się w stan (samo)rozczulania, muszę znaleźć na niego antidotum zanim w nim utknę i zgorzknieję jak źle przyrządzona cykoria.
Li.

Wspomnienia!

10 lutego, 2012
Mam w domu do niedzieli gościa, więc wpadłam w real, bo gościnność -święta rzecz.
Ale dziś na Motoryzacyjnej Interii znalazłam prawdziwą perełkę, przywołaną staroć, wzruszyłam się na wspomnienie mojej chwilowej fascynacji pewnym starszym panem, czego wynikiem były pisane dla niego teksty.
No co, no co? W różny sposób można okazywać uczucia, prawda? 
Ja to robiłam pisząc takie oto bzdury, naprawdę pośmiałam się serdecznie, ależ to były czasy!
http://motoryzacja.interia.pl/news/kierownica-a-zycie-prywatne-kobiety,888810,2944
Do jutra!
Li.
PS. Polecam szczególnie lekturę komentarzy!

Sprawy organizacyjne.

8 lutego, 2012
Nie ma co nakręcać spirali złości, łatwo można stracić kontrolę nad swoimi słowami.
Ustalmy, że to już koniec! Basta! 
Słowo troll znika z tego bloga i komentarzy, zmiażdżymy ich naszym pełnym pogardy milczeniem. 
Nie będę wdawać się pyskówki z tą hołotą, bo po pierwsze- i tak jestem lepsza, więc nie mam satysfakcji ze zwycięstwa, a po drugie- tyle życia czeka na opisanie!
Moja wściekłość znalazła wczoraj szerokie ujście i  teraz mogę całkiem spokojnie wypijać drugą kawę.
Tych, którzy są daleko od szamba internetu muszę przeprosić za poziom i wulgaryzmy-adekwatnie co prawda użyte do sytuacji, niemniej jednak niskich lotów.
Tych, którzy wiedzą i kroczą ze mną ramię w ramię, mocno ściskam, dziękując za wsparcie.
Wszystkich, którzy stoją po jasnej stronie życia i trzymają za Joannę proszę o wysyłanie dobrych myśli w Jej kierunku. Nie piszcie jednak do mnie maili w Jej sprawie, za Jej plecami nie będę udzielać żadnych informacji, aczkolwiek rozumiem Wasz niepokój.
Będzie chciała, to sama napisze co jej w duszy i ciele gra.
A teraz sprawa organizacyjna, aczkolwiek przykra. 
Pamiętacie Sylwię? Do dziś kilka osób regularnie jej pomaga. 
A życie znowu dało jej w kość- ledwo wróciła z małym Sebastianem po jego operacji do domu (pisałam, że dziecko ma po sześć palców na każdej kończynie?), to ośmioletni Krystian wracając ze szkoły wpadł pod auto i leży połamany i zagipsowany. Nieszczęścia u niej chodzą czwórkami.
A do tego wczoraj przyszedł komornik za niespłacone kredyty zaciągnięte przez jej niecnego męża. 
Zajął jej konto oraz alimenty jakie przyszły z Funduszu. Zanim odkręcimy sytuację minie trochę czasu. 
A najgorsze jest to, komornik znalazł ją przez mojego bloga- wrzucił w wyszukiwarkę jej imię i nazwisko, a tu adres wynajętego mieszkania podany jak na tacy. Zainteresował go tylko adres, wszystkie inne informacje co do jej ciężkiej sytuacji pominął. Ot, komornik. Bezduszna i cyniczna istota, zapytał czy odprowadziła podatek od darowizny. Dodajmy więc, że podatkowo niedouczona istota. 
W każdym razie- gdyby ktokolwiek chciał Sylwii pomóc, to kontaktujcie się ze mną na maila. Znajdziemy sposób na przekazanie jej pieniędzy, szanowny Panie.
Dziś środa- a środa-urody doda! 
Li.

I niech się stanie!

7 lutego, 2012
Kapryśnie wydymam swe śliczne usta i nie wiem, czy mam ochotę na pisanie notki lekkiej, dowcipnej i błyskotliwej, jak to mam w zwyczaju, wszak piszę niezrównanie i mam o sobie słusznie,  wysokie mniemanie.
A może jednak walnę czymś ciężkim? 
Tak by na miazgę rozgniotło puste łby anonimów lżących, wyzywających, ohydnie życzących, doprowadzających bliskie mi osoby do stanu bliskiego rozpaczy. 
Człowiek człowiekowi gotuje taki los, to jest wprost niepojęte. Ile trzeba nosić w sobie nienawiści, zła i jadu, by aż tak nienawidzić świata, by nieznanym sobie ludziom pisać tak straszne słowa.
Oj, zaprawdę powiadam wam- mogę przestać pisać bloga, mogę przenieść się gdzie indziej, wirtualnie się ukryć, nie ma to dla mnie większego znaczenia, ale moja klątwa, którą teraz na was rzucam, wszędzie was dosięgnie, czary-mary, obyście nigdy nie zaznali w życiu szczęścia i obyście zaznali w nim bólu i cierpienia.
Tak, rzucam na was klątwę- nie za moje przykrości, bo mnie nie dotykacie swoim chamstwem i nienawiścią, ale za Joannę-niech was trafi szlag, ale nie za szybko, powolne męczarnie są wam przeznaczone.
Li.

Nie da się oszukać wtorku.

7 lutego, 2012
Zaprawdę powiadam Wam, wtorek-potworek już szczerzy kły, żądne zatopienia w mojej smacznej szyi.
A ja pozornie  spokojnie wypijam drugą kawę i modyfikuję plan dnia, 
by zneutralizować przykrości choć jedną małą przyjemnością.
Czas witać dzień powstaniem (Lec), wstaję i ruszam. 
Póki co- zrobić makijaż.
I już mi się nic nie chce.
Dziś będę mieć nieszczęśliwy dzień.
Czuję to w kościach. 
Li.
PS. W trosce o dobre obyczaje muszę moderować komentarze. 
Ilość wyzwisk jest doprawdy rozczulająca. 
Że też ja zawsze muszę budzić zainteresowanie idiotów, co za pech! 
W każdym razie, jak nie ukazuje Wam się komentarz od razu, to nie piszcie go drugi raz i trzeci i nawet czwarty:) On sobie jest i czeka w kolejce do moderacji. 
Przepuszczam wszystkie komentarze, poza wulgarnymi. 
Moderuję z reguły z telefonu, trwa to chwilę, ale cierpliwi zawsze będą nagrodzeni. 

W domu jest ciepło i mam nową komodę.

6 lutego, 2012
Po czterech dniach odwyku od kawy,   na widok sklepu Tchibo zatrzęsły mi się ręce i duuuży zapas kapsułek do ekspresu wpadł do pojemnika, nasycając mnie błogim poczuciem bezpieczeństwa. 
Próbowałam żyć bez  kawy, naprawdę próbowałam. 
Piłam dobrą herbatę, ulubioną wodę, ohydną colę light, ale nic nie zastąpi mi smaku kawy, tego mojego eliksiru na całe tego świata zło.
Tylko z kubkiem kawy z mlekiem mogę robić nic, po prostu siedzieć i pić, albo stać w oknie i patrzeć przed siebie, albo pisać co mi w duszy gra. 
I teraz właśnie oblizuję usta z piany cudownie spienionego mleka, wdycham zapach, oddaję się przyjemności, nareszcie wolna od walki z uzależnieniem… Nie wybieram się jeszcze spać, nie jestem zmęczona, po nocnych przygodach z akcją gaśniczą w tle zasnęłam nad ranem i spałam jak kamień do dziesiątej, bogu dzięki za dzisiejsze puste rubryki w kalendarzu do południa! 
Słucham jednym uchem ostatniej płyty Coldplay, cieszę się na ich wrześniowy koncert, choć trudno mi  wyobrazić sobie siebie podrygującą z nastolatkami na płycie Stadionu Narodowego, hmmm… jakoś się znieczulę i dam radę, cha cha… organizuję sobie energetyczny wieczór, potrzebuję energii na jutro, dużo energii, na wtorek-potworek zawsze warto mieć zapasy, ten dzień potrafi wyssać z człowieka całą chęć do życia. 
I dobry wieczór Wam wszystkim, może pogadamy? 
Wprowadzam  zakaz rozmów o polityce, sprawie Magdy, przepisach wszelakich…. to może o seksie?
Albo o najlepszym leku na reumatyzm, w kościach  coś mnie łamie.
Ach, i kupiłam prześliczną komódkę, srebrną, prawdziwy klejnocik, jeszcze nie wiem gdzie ją postawię, wszystkie ściany się o nią biją! 
: )
Li.

Jaki poniedziałek, taki cały tydzień?

6 lutego, 2012
Miałam mieć spokojną niedzielę, a musiałam toczyć wirtualne boje i to z wiatrakami. 
Zmęczyło mnie to, nie powiem. Wojny niosą za sobą krew, pot i łzy. Oraz pożary i zgliszcza.
Na szczęście w moim łóżku poduszka i kołdra nic nie wiedzą o internecie, otuliły mnie troskliwie, zapadłam w sen i …. „Mama, obudź się, obudź!”.
W domu, w pokoju  Młodszej  wybuchł rzeczony pożar o zasięgu lokalnym, a wręcz lokalowym i w zarodku  zduszony, ale strach pomyśleć, co by było, gdyby Starsza nie zauważyła płonącego ręcznika. A ręcznik zapłonął, bo nie miał innego wyjścia- rzucony   niedbale przez Karolcię na zapaloną stojącą lampę, obsunął się na żarówkę i… wiadomo! 
Jest po trzeciej w nocy, dom śmierdzi ledwo unikniętym niebezpieczeństwem, spalonym materiałem frotte z ewidentną domieszką poliestru i nadpalonym plastikiem, ja koję nerwy zieloną herbatą i wiem, że już na pewno nie zasnę, Starsza winna tej całej historii uważa się za bohatera, bo przecież rzuciła płonący ręcznik pod prysznic, pomijając, że przedtem rzuciła go na lampę. A zapachu nie czuła, bo ma katar. 
Tja… i pomyśleć, że los mógł minimalnie zmienić scenariusz- Starsza mogła wyjść z pokoju, zostawiając tam śpiącą Gusię, od ręcznika zajęłaby się lampa, pościel, dywan, zasłony, ja spałam… 
A kysz, kysz!!! 
Pootwierałam okna, mroźne powietrze wpada bezkarnie, dzwonię zębami z zimna i ze strachu, wpół do czwartej, zaczął się mój poniedziałek.
Li.

Porozmawiajmy o blogu.

5 lutego, 2012
Czym według Was jest blog? Codzienne na nim pisanie?
Czy mam prawo pisania o wszystkim co mi w duszy gra, czy też muszę liczyć się z „poglądami innych ludzi, mających inną wrażliwość” (cytat z rozmowy na gg z pewnym moim czytelnikiem).
Czy moja wczorajsza notka, a zwłaszcza użycie w niej słowa „przepis” w kontekście publikowania moich wcześniejszych przepisów kulinarnych była wstrętna?

Li, to co napisałaś w notce, jest po prostu wstrętne!
jestem zszokowana
także komentarzami pod notką, które przemilczają jej drastyczność
brzmią przez to jak beznamiętny rzeczowy rzeźnicki dialog nad kolejną porcją mięsa w ubojni
a jeszcze to słowo „przepis”
tyle tu się twoich indywidualnych kulinarnych przewinęło
a teraz wybacz, jakaś makabra, jak jakaś oświęcimska instrukcja
trzeba było jeszcze podtytuł dać: gotuj z Li, zapraszamy!
jest mi wręcz niedobrze
kompletnie się tego po tobie nie spodziewałam

Lekko mnie zszokował ten komentarz, jestem zdziwiona, nie przypuszczałam, że ktoś kto mnie czyta, może aż tak mnie nie czytać.
Ciekawa jestem Waszego zdania, ale proszę- niech to będzie rzeczowa dyskusja, bez osobistych wycieczek w stronę komentatorów. Do czego jako pisząca bloga mam prawo?
Czy blog to ogólnodostępna gazeta? Anonimowe forum? Miejsce do prezentowania wszelkich opinii?
Czyż czytanie mojego bloga to pokuta za grzechy? A może prowadzący do zbawienia ponury obowiązek?
Li.

Człowiek to nie zawsze człowiek.

4 lutego, 2012
Dzieci wstały w samo południe, zeszły na dół, w piżamach, rozczochrane, wyspane, w dobrych humorach, patrzę na nie rozkochanym wzrokiem, a  z tv sączą się wiadomości na temat małej Magdy znalezionej pod śniegiem, liśćmi i gruzem.

Człowiek to nie zawsze człowiek:
( a przepis na małą Magdę w ruderze jest taki):
Rodzi się sobie dziecko.
Kocha się je, albo nie kocha.
Przeszkadza, albo nie przeszkadza.
Wrzeszczy  się na nie, albo nie.
Ściska się małe ciałko ze złości, albo nie ściska. 
Bierze się je na ręce, albo nie bierze.
Wypada z tych rąk, albo nie wypada.
Uderza główką o próg, albo nie.
Wzywa się pomoc, albo się nie wzywa. 
Wychodzi się z domu z dzieckiem żywym, albo nieżywym.
Jeszcze ciepłe, małe ciałko, żywe, albo nieżywe,
kładzie się na zmarzniętej ziemi w rozwalonej ruderze,
zasypuje liśćmi, gruzem i śniegiem. 
I to jest jedyny „ludzki” odruch w tej całej historii, przynajmniej do małego ciałka nie dobrały się lisy.
Li.

Kocham się, kochanie moje!

2 lutego, 2012
Media szaleją i bez przerwy nadają o zupełnie zaskakującym o tej porze roku mrozie, o odejściu Szymborskiej, o przywiązanym do altanki na działce na wpół zamarzniętym psie, o (nie)znalezieniu zwłok małej Magdy z Sosnowca, wyłączam tv i przestaję czytać wiadomości by nie zwariować od nadmiaru kipiących złem i podlanych sensacją emocji. 
Marzy mi się zupełne odcięcie od świata, choć na kilka dni. 
Ech, a gdyby tak wyłączyć telefon, wejść do łóżka, czytać książki i pobyć ze sobą, bo ostatnio to siebie prawie dla siebie nie mam i zwyczajnie za sobą tęsknię!
Nadszedł więc czas na podjęcie czynności (samo)ratunkowych, zaszalałam i kupiłam pakiet masaży wszelakich, potrzebuję cudzego, niezobowiązującego przyjemnego dotyku, przyćmionego światła, relaksu i godziny tylko dla siebie.
Zaczynam w przyszłym tygodniu i już się cieszę, nie ma to jak czysty, zdrowy egoizm i zrobienie czegoś miłego dla kochanej przez siebie osoby, wszak miłość  to przecież dawanie.
A miłość do siebie samej to dawanie i branie, tu nic nie ginie i nikt nie jest pokrzywdzony.
Masaży będzie czterdzieści i cztery ich różne rodzaje, do wiosny dam radę!
Li.


Tego się nie robi kotu.

2 lutego, 2012

Umrzeć – tego się nie robi kotu.
Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu.
Wdrapywać się na ściany.
Ocierać między meblami.
Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane.
Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane.
I wieczorami lampa już nie świeci.

Słychać kroki na schodach,
ale to nie te.
Ręka, co kładzie rybę na talerzyk,
także nie ta, co kładła.

Coś się tu nie zaczyna
w swojej zwykłej porze.
Coś się tu nie odbywa
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.

Do wszystkich szaf się zajrzało.
Przez półki przebiegło.
Wcisnęło się pod dywan i sprawdziło.
Nawet złamało zakaz
i rozrzuciło papiery.
Co więcej jest do zrobienia.
Spać i czekać.

Niech no on tylko wróci,
niech no się pokaże.
Już on się dowie,
że tak z kotem nie można.
Będzie się szło w jego stronę
jakby się wcale nie chciało,
pomalutku,
na bardzo obrażonych łapach.
I żadnych skoków pisków na początek.



Ten wiersz rozwala mnie za każdym razem. Na kawałeczki.
Niech spoczywa w spokoju. Pójdę na pogrzeb.
Li.
PS. A ten mnie śmieszy, jest najlepszym obrazem pogrzebu, jaki czytałam! 


POGRZEB
„tak nagle, kto by się tego spodziewał”
„nerwy i papierosy, ostrzegałem go”
„jako tako, dziękuję”
„rozpakuj te kwiatki”
„brat też poszedł na serce, to pewnie rodzinne”
„z tą brodą to bym pana nigdy nie poznała”
„sam sobie winien, zawsze się w coś mieszał”
„miał przemawiać ten nowy, jakoś go nie widzę”
„Kazek w Warszawie, Tadek za granicą”
„ty jedna byłaś mądra, że wzięłaś parasol”
„cóż z tego, że był najzdolniejszy z nich”
„pokój przechodni, Baśka się nie zgodzi”
„owszem, miał rację, ale to jeszcze nie powód”
„z lakierowaniem drzwiczek, zgadnij ile”
„dwa żółtka, łyżka cukru”
„nie jego sprawa, po co mu to było”
„same niebieskie i tylko małe numery”
„pięć razy, nigdy żadnej odpowiedzi”
„niech ci będzie, że mogłem, ale i ty mogłeś”
„dobrze, że chociaż ona miała tę posadkę”
„no, nie wiem, chyba krewni”
„ksiądz istny Belmondo”
„nie byłam jeszcze w tej części cmentarza”
„śnił mi się tydzień temu, coś mnie tknęło”
„niebrzydka ta córeczka”
„wszystkich nas to czeka”
„złóżcie wdowie ode mnie, muszę zdążyć na”
„a jednak po łacinie brzmiało uroczyściej” „było, minęło”
„do widzenia pani”
„może by gdzieś na piwo”
„zadzwoń, pogadamy”
„czwórką albo dwunastką”
„ja tędy”
„my tam”


Zimno.pl

30 stycznia, 2012
Zimno! Nie lubię takiego mrozu bijącego w twarz lodowatym wiatrem. 
Zakutana po oczy przemykam szybko do auta, włączam ogrzewanie i podgrzewam siedzenie, wysiadam z tyłkiem gorącym, ale szybko stygnie, oj szybko.
Zimno! A żyć przecież trzeba.
Jutro 72-gie urodziny mojego Taty, nie ma go od kwietnia, ale ma urodziny, przecież śmierć nie przekreśla urodzin, dodaje tylko kolejną datę do celebracji i ponurą okazję do przyniesienia kwiatów. 
A tu zimno!
Przyniosę choinę z czerwonymi,  sztucznymi różami i niech mi Dżordż tę sztuczność wybaczy, z wiosną przyjdzie kwiatowa rehabilitacja. Ogrzeję zniczami zimną płytę, może poczuje moje ciepłe myśli, bo na co dzień o Nim nie myślę, a wydawało się, że z Jego odejściem zawalił się świat. 
Zimno, zimno mi.
Li.

O słońcu, o kurzu, a może o życiu?

30 stycznia, 2012
Zaświeciło słońce i forsując brudne okna zalewa dom ciepłym światłem.
Kurz wiruje w powietrzu, ewidentnie kpiąc sobie z moich odkurzaczowych wysiłków.
Jest mi ciepło i przytulnie, na stole paruje kubek z kolejną kawą,
a koty pozwijane w kłębki śpią w zasięgu wzroku.
Milczę, nie zawsze muszę mieć coś do powiedzenia, są dni, gdy słowa nic nie znaczą.
Li. 


Bez tytułu, mogę sobie na to pozwolić, prawda?

29 stycznia, 2012
Do mojej Młodszej na weekend przyleciała córka D.-Zosia.
D. wysyłając Zośkę samolotem z Warszawy, chciała uniknąć niebezpieczeństw czyhających na nią w pociągu, nie ma to jak zwyrodniała wyobraźnia matki. 
Zośka niebezpieczeństw uniknęła, ale ja niestety nie- na lotnisku w piątek zobaczyłam Nemo, leciał z Zosią tym samym samolotem, po czterech latach niewidzenia było to trudne przeżycie, tym bardziej że wygląda źle, bardzo, bardzo źle. Ech losie!  Mogłeś sobie darować…
Weekend podporządkowałam dzieciom i w sumie dzięki nim chciało mi się ruszyć z domu i pojechać na baseny termalne do Bukowiny. Warto było wlec się dwie godziny „zakopianką”!
Wyobraźcie sobie podświetloną na turkusowo ciepłą wodę,  unoszącą się parę zacierającą kontury,  magiczne, przyćmione światło lamp… Tego trzeba mi było na skołataną smutkami duszę.
Leżałam na wodzie pod gołym niebem, patrzyłam na księżyc i gwiazdy, czułam się taka lekka i szczęśliwa, spokojna i wolna od niszczących mnie codziennych, zimnych myśli.  
Zostałyśmy do zamknięcia basenów, wieczorem prawie nie ma ludzi i dzięki temu naprawdę można się zrelaksować, bez dzikich wrzasków i kolejek do masaży, mieć dla siebie kilka ciepłych godzin.
Wracałam do Krakowa przed północą pustą już drogą, dzieci  padły i spały, cicha muzyka, spokój i sms od Chustki-: „Zobacz u mnie na komentarze”.
Dojechałam, zobaczyłam, przeczytałam.
I cały mój relaks trafił szlag.
Nie jestem w stanie pojąć ogromu ludzkiej podłości, małości, świństw i ohydy i choć mam z tym do czynienia na co dzień, to jednak jakoś łatwiej mi zrozumieć motywy działania pospolitego przestępcy niż blogowej hołoty. 
Nie jestem też w stanie zmilczeć i siedzieć cicho. 
Współczuję Joannie, bardzo współczuję. 
Li.

Google wchłania i oddaje.

26 stycznia, 2012
Zaglądam czasem w bebechy bloga i czytam hasła  po wpisaniu których ludzie trafiają na „Niedyskrety”.
Nie do wiary jakimi pokrętnymi ścieżkami prowadzą do mnie drogi wyszukiwarek.
Czy wiecie, że jak wrzucicie w Google grafikę hasło „lampy łazienkowe nad lustrem”, albo „półki z regipsów” to pojawiają się zdjęcia m.in. mojego mieszkania?
Tak pewnie trafił pewien biedaczyna- szukał instrukcji jak zrobić półkę, a znalazł moje wynu-li-rzenia.
Wielka musiała być jego frustracja, skoro zostawił komentarz:
Macie pojebane rodziny, same jesteście pojebane, płodzicie i wychowujecie pojebane dzieci, wybierając na ojców swojego potomstwa pojebanych samców. Ja to rozumiem, ale dlaczego narażacie normalnych ludzi, żeby przypadkiem czytali o tym pojebaństwie? Ile wy kurwa macie lat? Wieczne jedenastolatki emocjonalne. Powinno się was sterylizować, żeby geny pojebaństwa nie były przekazywane w przyszłość. – dotyczy posta: Leniwy wtorek to mniejszy potworek.
Jest mi go naprawdę żal, spory kawałek bloga musiał przeczytać, zanim pękł.
Z drugiej strony istnieje możliwość, że to on wrzucił w wyszukiwarkę inne, intrygujące (?) hasło: „wypięte pupcie” i  wyszło mu TO. Tym bardziej można zrozumieć jego rozczarowanie, ostatecznie wypięte pupcie pomidorków rzadko budzą  chuć i pożądanie, ale brak tych poszukiwanych pupci właściwych może wywołać atak rozczarowanej  furii….:D
Pożałujecie?
Pożałujemy!
:)
Li.

Kanapowe szczęście.

25 stycznia, 2012
Jakbym nie patrzyła za okno, to ciemność widzę, ciemność.
Dzienna ciemność przygnębia, odstraszają ją tylko wszystkie zapalone lampy w moim salonie i kilka doniczek z hiacyntami na parapecie.
Chce mi się być w domu jak najwięcej. 
Od pewnego czasu więcej koncepcyjnie pracuję tutaj, ostatecznie pisać pozwy i pisma mogę nawet w pociągu, gotuję obiady, sprzątam, głaszczę zwierzaki, odbieram telefony, wpadają znajomi na południowe kawy,  wiadomo, że wychodzę w sprawach koniecznych, albo dla przyjemności,
ale tylko wtedy gdy ta przyjemność zdecydowanie przewyższa domową przyjemność wylegiwania się na własnej kanapie i picia kawy z kubka z anielskim skrzydłem (prezent  gwiazdkowy od Karoliny, śliczny prawda?). 
Widocznie nadeszła era domatorstwa, po latach tułaczki mam swoje miejsce na ziemi, które ubóstwiam
i chcę w nim żyć.
I nareszcie mogę się nacieszyć tym, że w sypialni powiesiłam zasłony!
Ech, a jak przyjdzie wiosna, to posadzę na tarasie nowe kwiaty, kupię sobie stół i wtedy to już naprawdę  nie wiem,  jaka siła mnie stąd ruszy… 
Póki co ruszają mnie ferie i konieczność wyjazdu z Krakowa, córki mi tego nie podarują.
Plany mam zuchwałe, acz do końca nie sprecyzowane, może kilka dni w Pradze, a stamtąd wypad na dzień do Czeskiego Krumlova. Chciałabym pokazać dzieciom to niezwykle urokliwe miasteczko, gdzie czas stanął w miejscu, a romantyczność bije z każdego zaułka.
I koniecznie chcemy pojechać choć na dwa dni na narty, chyba znowu zapomniałam jak się jeździ! Niekończąca się to historia, co nowy sezon konieczny mi instruktor, pług, wywrotka, strach, a potem…fiuuuu i wiatr we włosach na niebieskiej trasie, cha cha…:)
No cóż, pewnych rzeczy nie przeskoczę, nie ma co nawet próbować, ale za to moje dziewczyny talent do nart mają po tatusiu. I dzięki mu za to!
Li.

Zawsze może być gorzej!

25 stycznia, 2012
Kilka dni temu wracam wieczorem do domu, a tam głucho wszędzie, ciemno wszędzie… nie świecą się wszystkie generujące wysokie rachunki lampy, nie gra muzyka z trzech źródeł, nie szumią cicho trzy laptopy… 
I pies jakiś skulony na kanapie i koty nieswoje.
Na moim łóżku leży pod pledem nieruchomy kształt, z ulgą stwierdzam, że to tylko moja młodsza córka- ciepła i różowa, znaczy się- żyje. Pytam o Karolcię, dziecko mówię, że jej nie ma, ale zostawiła mi wiadomość na monitorze…
Czytam:
Kochana Mamo!
Gdy będziesz czytać te słowa,  to ja będę już daleko. 
Ostatnio zdarzyły się w moim życiu rzeczy, o których Ci nie powiedziałam. Pamiętasz, że trochę przytyłam i ciągle jadłam kiszone ogórki? (pamiętam do diaska, kupowałam je workami!). To dlatego, że jestem  w ciąży. Ja i mój arabski chłopak Mohamed (nie bój się, on jest inny niż inni Arabowie, pomagał nam szukać w Tunezji iPhona) jedziemy do Albanii, by tam zrobić aborcję, zadzwonię do Ciebie jak już będzie po, o ile będę mieć zasięg, bo to podobno jakaś mała wioska w górach, gdzie trudno trafić i trzeba iść na nogach kilka kilometrów. Będziemy po drodze palić duże ilości marihuany, żeby utrzymać się przy życiu.
Postaram się szybko wrócić, nie martw się. Mohamed ma pomysł wyjazdu do Tunezji, żeby poznać jego rodziców. Może spróbujemy się tam dostać z Albanii przez Włochy. Łodzią, albo kajakiem.
Nic się nie martw, kocham Cię
Twoja córka Karolina!
PS. Sama widzisz co  mogłoby się dziać! 
A tak, to mam tylko jedynkę z chemii, pamiętaj, że to nic nie znaczy, poprawię się w drugim semestrze.

Niestety, zaczęłam śmiać się już po drugim zdaniu, ale to prawda- zawsze mogło być gorzej, więc nie mam wyjścia- muszę cieszyć się z faktu, że moja inteligentna, zdolna i leniwa córka ma jedynkę z chemii, a nie walczy z falami Morza Śródziemnego w drodze do Tunezji.
Po długiej rozmowie z panem od religii postanowiłam nie wypisywać młodszej z nauki religii. Katecheta ma zmienić do Guśki stosunek, chyba zrozumiał swój błąd, a ja nie chcę, by za łatwo przychodziła jej rezygnacja z rzeczy, których nie lubi.
Pomęczy się do czerwca, niech ma czyściec za życia.
Wróciłam i już nie będę odchodzić.
Choć oczywiście miodem na moje poranione serce były Wasze komentarze i maile, och!
Komentarze pozostaną moderowane, co ciekawe- odkąd napisałam, że zamykam bloga nie dostałam ani jednego niemiłego komentarza, cud- prawdziwy cud! 
Miłego dla Was!
Li.

Dzień dobry!

23 stycznia, 2012
Jestem zwyczajnie wzruszona mailami i komentarzami. 
Niektóre maile były tak intymne i porywające, że aż dławi mnie w gardle. 
Nie przypuszczałam… nie przypuszczałam!
Przemyślę więc sprawę mojego dalszego  pisania, ostatecznie horoskop dla Skorpiona zakazał podejmowania mi decyzji pod wpływem nieokiełznanych impulsów. A gwiazd trzeba słuuuuchać…:)
Miłego dla Was!
Li.
PS. Postaram się odpisać przynajmniej na większość maili, bagatela-ponad siedemdziesiąt! Szok:)


Obwieszczenie parafialne.

20 stycznia, 2012
Zamykam bloga. Przynajmniej na razie.
Od dłuższego już czasu nie mam światu nic ciekawego do powiedzenia, a czytanie wstrętnych komentarzy nie jest moim hobby.
Coś co miało być radością i jednocześnie sposobem na smutki,  nagle stało się źródłem przykrości, wkurwiania się i marnowania czasu.
Chamstwa i prostactwa organicznie nie znoszę. Trudno mi też położyć na szali wszystkie przyjazne mi dusze z tymi nieprzyjaznymi, niby dobro zawsze zwycięża zło, ale mnie nie chce się już dłużej walczyć.
Do miłego!
Li.

Rozważania okołoblogowe.

18 stycznia, 2012
Jak bociany na wiosnę ciągle wraca do mnie to samo pytanie: po co mi ten blog?
Bo przecież nie po to, by czytające mnie koleżanki mojej Mamy (tja…) dzwoniły do Niej z troską o mnie i moje dzieci- a bo napisałam o imprezie Karolci i o rzyganiu (nawiasem mówiąc, nie pisałam nic o rzyganiu, a jedynie przytoczyłam fragment napisanego szminką na lustrze regulaminu porządkowego imprezy: „rzygać do sedesu, a nie do umywalki”. Bardziej mnie wkurzyła ta szminka na stuletnim lustrze.), a może tam są narkotyki, a może to, a może sio. 
(Dziwnie jest być traktowaną ciągle jak mała dziewczynka, którą można pouczać i strofować).
Problem polega na tym, że w dzisiejszych czasach nie sprawdzają się forsowane  w czasach naszych Rodziców modele macierzyństwa, zwłaszcza system nakazów i zakazów- inna sprawa, że nie sprawdzał się on też i w tamtych czasach, przynajmniej na mnie, do dziś czuję się jego ofiarą, wracającą z imprezy sylwestrowej o dziewiątej wieczorem, przed dwunastą w nocy rzecz jasna. Bo tak i nie było odwołania.
Idiotyczne i bezpodstawne zakazy prowadzą do kłamstwa i kombinatorstwa- och, każde wakacje spędzałam na „obozie harcerskim”, będącym naprawdę swobodną włóczęgą z kolegami po Bieszczadach. Wyjeżdżałam na „rajdy” w góry, spędzane cudownie  na nizinach, wychodziłam do koleżanki na „wspólną naukę” i randkowałam zawzięcie w ciemnych miejscach paczkowskich Plant.  Ależ  to były czasy… 
Byłam wiecznie kontrolowana, a i tak udawało mi się wyrwać na wolność.
I co? Żyję, w ciążę w wieku 16 lat nie zaszłam, jestem za to samodzielna i zdolna do działania w ekstremalnych warunkach, prawie jak MacGywer. 
Musiałam wypracować sobie nowy model rodzicielstwa, mocno osadzony na zaufaniu, rozmowach i wierze, że nauka nie idzie w las, oraz na obserwacjach i poznaniu kręgów znajomych córek, a to są naprawdę fajne dzieciaki.
Mam zaufanie do swojej starszej córki, to rozsądna, bardzo inteligentna istota. Wiadomo, że ciągle jest jeszcze gapą (wieczne zapominanie kluczy, ech…), w sprawach domowych leniem do kwadratu, ale wiadomo też, że nie zginie jak ciotka w Czechach, bo myśli, rozważa różne możliwości  i wie, że o każdej sprawie może mi powiedzieć. 
O tym, że parę razy z ciekawości paliła skręta- też.
Ale nauka i przykład matki jednak nie idzie w las, większość jej koleżanek przepala urodę i szare komórki, ona nie pali i nie znosi papierosów. 
Nie upija się, nie kłamie, nie znika z domu w niewiadomym kierunku i zawsze stara się odebrać ode mnie telefon.
A ponieważ sama doskonale pamiętam czasy swojej burzliwej młodości, to moja tolerancja dla jej poczynań jest ogromna i dopóki nic nie obudzi mojego niepokoju, pozwalam jej na szaleństwa młodości, bo i tak są one zaledwie ułamkiem tego co wyprawiałam ja.
I dlatego, dlatego bardzo proszę- nie denerwujcie mojej Mamy dyskusjami na mój temat i temat moich dzieci. Ja z moich córek jestem bardzo dumna, bardzo je kocham i nie mam zamiaru być dla nich matką nadzorcą. A że Karolcia przyniosła na semestr jedynkę z chemii?
Też miałam.
I też w drugiej klasie liceum.
Genów nie oszukasz.
:)
Li.

Niespodzianka z fast foodem w tle.

16 stycznia, 2012
Czasem mam chwilowe przebłyski geniuszu, dzięki którym poprawiam swój marny los. 
Błysnęło mi dziś rano i przed wyjazdem do Sądu do Opola  postanowiłam tam zadzwonić z niewinnym pytaniem, czy wyznaczona kilka tygodni temu na dzień dzisiejszy rozprawa odbędzie się planowo- moje długoletnie doświadczenie nauczyło mnie jednego – im dalej od Krakowa, im bardziej męcząca podróż, tym większe prawdopodobieństwo, że Sąd spotka plaga szerszeni, sędzia nagle zachoruje, ktoś zadzwoni z informacją o bombie, albo po prostu ot, tak. 
Ale rześki głos pani sekretarki nie widział przeciwwskazań do mojego przyjazdu, ruszyłam więc z pieśnią Stinga na ustach CD i nadzieją na sukces.
Rozprawa nie odbyła się z powodów od Sądu niezależnych, a będących wyłącznie nędzną sprawką mojego przeciwnika procesowego, usiłującego tym nikczemnym sposobem odroczyć nieuchronną dla niego klęskę.
Nie zdziwiłam się więc specjalnie, wiadomo że w życiu mam pecha. 
Ale byłam zła, oj zła. Bardzo, bardzo zła. 
Tak zła, że jeszcze dłuuuugo za Opolem nadawałam koleżance vulgaris_aurorze do telefonu o moim nieszczęściu, bo jazda po autostradzie w padającym śniegu szczęściem wszak nie jest.
W pewnym momencie zamajaczył mi za brudną szybą auta,  długo już pozbawioną przyjemności pieszczoty płynem do spryskiwacza- szyld KFC.
Zapragnęłam ukojenia w postaci kawy i ciągle gadając  zaparkowałam, kątem oka rejestrując parkującego obok Lexusa, a tylko dlatego, że zwrócił moją uwagę nadmiernie ekspresyjny facet w środku- uśmiechał się, puszczał oko, machał, robił wokół siebie dużo ruchu skierowanego w moim kierunku.
Zdążyłam aurorze przekazać, że atakuje mnie jakiś maniak, że jestem na parkingu pod KFC między Opolem a Gliwicami, jakby co ma wezwać Policję (a facet już pukał w okienko), gdy… z bliska wydał mi się podejrzanie i trochę jakby znajomy, wysiadłam i … zanim zaczęłam krzyczeć i kopać go w miejsca wrażliwe, wpadłam mu w ramiona.
Jaką frajdą jest spotkanie nie widzianego trzynaście  lat dawnego kolegi z LO.
Zmienił się, ale to nieistotne- istotniejsze wszak jest to, że według niego nie zmieniłam się ja, co oczywiście niezwykle pogłaskało moją próżność, wypychając moje zmarszczki do góry i jakoś w zapomnienie spychając żałosny pierwotny sądowy powód mojej wizyty w KFC.
Spędziliśmy na kawie i gliniastej bule z grilowanym kurczakiem przemiłą godzinę.
Gadka-szmatka, mnóstwo tematów, wymiana telefonów, umówienie się na wieczór w Krakowie, celem obejrzenia tego co udało mi się zrobić z zapyziałego strychu, wieczorne obejrzenie, ach, ach, och, och, pękałam z dumy, niech pierwszy rzuci cegłą z zaprawą ten, kto nie lubi być chwalony, spieprzony dzień zakończył się słodko i…
… i czy nie są to igraszki losu? 
Mieszkamy 300 km od siebie, nie widzieliśmy się 13-cie  lat, żadne z nas nie lubi KFC, każdego tknął impuls,  by właśnie tam zjechać z autostrady, zaparkowaliśmy auta obok siebie w tym samym momencie, on myślał o kupnie strychu w Krakowie, ale nie miał pojęcia jak się do tego zabrać, spotkał mnie, pogadaliśmy  i  teraz już wie!
A byliśmy tylko pionkami w grze szczegółowo zaplanowanej przez los.
Li.

Pochwała lenistwa, czyli samo-usprawiedliwienie.

14 stycznia, 2012
Mijają moje noce i dni, kolejna sobota, ale nie będę liczyć która to sobota życia za mną, wolę liczyć na to, że jeszcze wiele sobót przede mną. 
Trudno jednak intensywnie przeżywać każdą godzinę tak, jakby miała być godziną ostatnią. 
Marnotrawienie czasu na działanie nic-nie-robieniem jest spędzaniem czasu przyjemnie i leniwie. 
Tak jak teraz, gdy siedzę na dole sama z kubkiem gęstej od ingrediencji herbaty, dzieci na górze ciągle śpią,  bo w soboty mogą spać ile im się tylko podoba, odkurzacz też jeszcze śpi, bo nie będę przecież buczeć im pod drzwiami, w związku z czym koty z moich kotów też śpią, śnieg pada w sposób absolutnie zachwycający, muszę jakoś odziać się i wyskoczyć na Kleparz po zakupy, ale tak bardzo mi się nie chce… Świadomość, że nie muszę się zmuszać jest jednak cudowna.
Wczoraj rodzinnie poszłyśmy do kina na Sherlocka, klasyka gatunku, jak ktoś lubi, to niech idzie. Ja lubię. 
A jak do tego ogląda się błysk w oku Roberta, to mhmmm… mniam, mniam.
Za dwadzieścia druga, czas zacząć dzień powstaniem z kanapy. 
Po pierwsze kawa, po drugie spokojne jej wypicie, po trzecie zastanowienie się na kolejnymi czynnościami, czyli w tym celu znowu muszę usiąść na kanapie…
Uwielbiam wolne soboty!
Li.
PS. Na poprawę humoru:


Obwieszczenie wojenne.

14 stycznia, 2012
Z maili wyłania się przerażająca prawda- niektórzy z Was nie mogą wejść na bloga, nie mówiąc o czytaniu czy pisaniu komentarzy. 
Z dużą dozą prawdopodobieństwa można przyjąć wstrząsającą prawdę- na mojego niewinnego bloga przeprowadzono zamach!  Wrogie mi środowiska nareszcie triumfują! Wojna? 
Ależ MY jesteśmy nie do pobicia, instalujcie Google Chrome i będzie dobrze. Czyli git!
:)
Li.

Zabiłam świąteczną atmosferę.

13 stycznia, 2012
Nareszcie rozebrałam uschniętą choinkę, a szczęśliwe koty rozwłóczyły po domu resztki  anielskich włosów, zwanych w mniej cywilizowanych rejonach kraju lametą. 
Tym samym symbol świątecznej atmosfery wylądował na śmietniku, następnym symbolem  będą żółte kurczaczki. 
Zastanawiam się co zrobić z wyjątkowo paskudnym choinkowym stojakiem.
Historia jego nabycia była konsekwencją kupowania drzewka  wieczorem na Kleparzu, w ciemnościach, ale przecież pomimo nich dokładnie widziałam, że choinka jest prosta jak kij od miotły. Nie wiem jakich to socjotechnik użyli na mnie dwaj sprzedawcy- w każdym razie w domu okazało się, że choina pień ma wygięty w pytajnik i nie może  złapać równowagi. Próba nabijania jej na stojak poprzez walenie w podłogę powiodła się tylko częściowo- na stojak nabiła się nawet bez specjalnego protestu, ale od stojaka odpadła jedna drewniana noga. Z trzech.
Na dwóch drań stać nie chciał. 
O wpół do dziesiątej wieczorem w przedwigilijną noc pojechałam z Karolcią na poszukiwanie stojaka, znalazłyśmy ostatnią sztukę w Realu, paskudztwo wyjątkowe, plastikowy, zielony statek kosmiczny na sześciu nogach z dziurą na pień  i trzema wielkimi śrubami do jego przykręcenia. 
Ohyda! Ale wyjścia nie było. 
Nabyłam go więc z największym obrzydzeniem, nasadziłam choinkę, przykręciłam śrubami, stała krzywa jak nie przymierzając Torre Pendente, Bobcio przekonany, że to zabawka specjalnie dla niego, przewrócił ją w pierwszą noc, resztę swojego życia spędziła uwiązana na złotym  łańcuchu do wspornika półki.
A dziś kończy swój żywot, rozebrana i wysuszona wygląda żałośnie, resztki anielskich włosów podkreślają jej nie-urodę, wciągnęłam ją po schodach na taras, a potem pofrunęła na ziemię, kto w ten sposób zabija choinkę podlega karze posiadania rozsypanych igieł, a worki do odkurzacza skończyły się właśnie dziś.
Zostawić awaryjnie stojak, czy nie zostawić, oto jest pytanie?
Takie oto zastępcze problemy targają mną w to piątkowe popołudnie. 
Warto czasem zająć się błahą sprawą stojaka, nadać jej ważność, puścić przodem w kolejce myśli i historii do rozwiązania. 
A o wielkich problemach mojego świata pomyślę jutro. Albo pojutrze.
Li.

Po północy w Krakowie.

13 stycznia, 2012

Po bezskutecznym maltretowaniu łóżka przewracaniem się z boku na bok, po dręczeniu kołdry naciąganiem na wszystkie strony, po znęcaniu się nad poduszką, wstałam, wzięłam prysznic i oto mam przed sobą kilka godzin do zagospodarowania, przy czym akurat chęć wykonywania leżących odłogiem czynności domowych jest głęboko uśpiona. Włączyłam sobie płytę z Evą Cassidy, cisza w domu łagodnie niesie muzykę prosto we mnie, półleżę na kanapie i gdyby nie konieczność porannej pracy, byłabym spokojna i szczęśliwa. 
W pakiecie z bezsenną nocą przychodzi jednak brak koncentracji i podkrążone oczy, odporne na korektor i krem, ale pomyślę o tym rano.
Wiejący mocno wiatr wali w okna deszczem ze śniegiem, budzi tym czujność psa,  koty pozostają obojętne. Czajnik szumi zapowiedzią  herbaty porzeczkowej z kardamonem, będzie gęsta od miodu, cytryny i imbiru, zestaw godny przerazić każdego wytrawnego smakosza herbaty, a dla mnie najlepszy na zimną zaokiennie noc. 
Nocowanie-harcowanie czas zacząć, nałożę sobie na twarz zieloną maseczkę, lubię zrobić z siebie upiora, bo efekt jest tego wart.
Ech, jak to uwielbiam-gruby szlafrok, zieloną maseczkę, skarpetki na nogach, muzykę, pled, książkę i ciepłe światło lampy, w sumie wychodzi najprzytulniejszy zestaw na taką noc.
Z braku laku, oczywiście.
Ale z drugiej strony lak wykluczałby takie noce i otwarte paradowanie w ulubionej maseczce…, bo jeżeli chodzi o maseczki, zwłaszcza zielone, to lepiej zejść do podziemia.
Li.

Wirus?

12 stycznia, 2012
Czy macie problemy z wejściem do komentarzy na blogu, nie mówiąc o napisaniu komentarza?
I czy da się odczytać komentarze pod poprzednimi notkami? 
Dajcie mi znać uprzejmie donosząc:)
Dzięki!
Li.

Nie wiadomo skąd, przybłąkał się- nieproszony…

11 stycznia, 2012
Nie mam dziś ochoty na pisanie. 
Pracuję, stos na biurku znowu płonie z pilności-do-załatwienia. 
Dzień trochę melancholijny, szary i jakiś taki mało życzliwy.
Trzeba dać mu odpór, koncentruję więc siły, przetasowuję oddziały, wydaję rozkaz przetrwania, wzmacniam nadwątlone morale kawą z mlekiem, czasem wszystkiego jest dużo za dużo, czasem niczego nie ma, jestem widocznie skazana na chroniczny brak równowagi, to moja choroba przewlekła bez możliwości refundacji kosztów jej leczenia.
A co na to Lec?
Najstraszniejszym jest, kiedy jest się samotnym we własnym wnętrzu.


Jestem smutna bez specjalnego uzasadnienia,
smutkiem najgorszym, przybłędą smutkowym,
co to wchodzi bez pukania i zabiera energię,
jestem też trochę bledsza,
trochę bardziej milcząca,
(ale na obiad  dla dzieci zrobiłam lazanię ze szpinakiem, a na wieczorną kolację z echoes nałożę złoty puder),
jeszcze tak nie było, żeby nie było,
wszystko mija, nawet najdłuższa żmija,
ej- wszystkie mantry moje, przywołuję was do porządku!
Pomamrotać mi tu do ucha!
I od środka do serca.
Li.


Notka z artykułami mieszanymi.

10 stycznia, 2012
Dziś zrobiłam to, co powinnam zrobić już dawno. 
USG w … no właśnie w … tam, zimne, brrr! Drugie USG wyżej też, na szczęście cieplejsze, mammografię, badania- jakie to wiadomo- spłynęło we mnie poczucie ulgi i noszę je w sobie do teraz z wielką przyjemnością. 
Uff… no bo dlaczego nie ja? Poczucie ulgi kosztowało 450 złotych, ale było to najlepiej wydane 450 złotych w ostatnim czasie. Mogę więc spokojnie planować przyszłość i właśnie kupuję osiem biletów  na koncert Coldplay we wrześniu w Warszawie. Moje córki  z pewnością oddalą się ode mnie na bezpieczną odległość, żeby nikt nas ze sobą nie powiązał, a ja z D. sobie poszaleję, a co! Za osiem miesięcy. 
W związku z powyższym mam do Ciebie pytanie: kiedy ostatnio robiłaś sobie dokładne badania, USG, mammografię, cytologię, no kiedy? Tak, Ciebie pytam, Ciebie! Ciebie, którą czasem bez powodu coś boli.
Nie chowaj się za monitorem, tylko jutro marsz do rejestracji! 
A dziś dostałam maila, który był dla mnie przemiłą niespodzianką.
Na pewno mało kto z Was pamięta ten dzień. 
Potem był raport filmowy.
Potem parę słit foci.
A potem tylko wiadomość, że koty zamieszkały w domu z ogrodem, u ludzi prześwietlonych przez D. do piątego pokolenia wstecz, aż dziwne,  że nie zatrudnia w tym celu wywiadu gospodarczo-obyczajowego.
Minęło ponad półtora roku i dziś dostałam maila:
Witam, Pozwoliłam sobie do Pani napisać po tym, jak od Pani Dagmary otrzymałam namiary na Pani bloga. Jesteśmy z mężem szczęśliwymi posiadaczami dwóch kotów powodzian. Mają się świetnie. Są zdrowymi i silnymi kotami. Są moim oczkiem w głowie, rozpieszczane do granic możliwości :) Czytając wpis z 19 maja 2010 bardzo się wzruszyłam i nie mogłam do Pani nie napisać. Poza tą historią pozwoliłam sobie poczytać inne wpisy. Pisane wyśmienicie! Chce się czytać bez końca! Jednym tchem! Bardzo dziękuję za uratowanie tych dwóch kruszyn. Ma Pani wielkie serce! Życzę Pani wszystkiego najlepszego, Pozdrawiam Beata

Kilka ostatnich zdań z tego maila jest grubą, acz miłą  przesadą, ale co najważniejsze,  dostałam to:


Poczułam się jak matka, której dzieci po długiej podróży wróciły szczęśliwie do domu. 
Moje maleństwa! Jak wyrosły! I jakie mają inteligentne mordki! I jakie oczy! 
I jakie podobne do tatusia! 
A ogonki to zupełnie po mamusi.
:) 
Li.

Przyjemność jest priorytetem.

10 stycznia, 2012
Byłam wczoraj na świetnym koncercie, w Auditorium Maximum UJ, Koncert Noworoczny Aptekarzy, prowadzony przez Bogusława Kaczyńskiego. Anegdotki i zajmujące opowieści prowadzącego wydłużyły koncert do czterech i pół godzin, ale była to czysta przyjemność z  dreszczami wzruszenia, bo muzyka i arie operowe były piękne. Zaproszenie dostałam jak to zwykle przez przypadek i z czystej życzliwości dla mnie pewnego zaproszonego ważnego gościa, który iść nie mógł, ale za to miał podwójne miejsce w drugim rzędzie na samym środku, nigdy jeszcze na takim koncercie nie siedziałam tak blisko, mogłam oglądać swobodnie plomby pewnego tenora. 
Po sobotnim teatrze czuję się nasycona wysoką kulturą jak gąbka wodą, jutro dla równowagi idę na Sherlocka Holmes’a. 
Dostarczanie sobie przyjemności i przyjemnych wzruszeń jest warunkiem zachowania względnej równowagi w tym nieprzyjemnym życiu. Są jednak momenty, gdy pozytywne naładowanie nie wystarczy, bo ilość nieprzyjemności na tyle niebezpiecznie podnosi poziom życiowego wkurzenia, że nie pozostaje nic innego, jak iść w drugą stronę, odstąpić, nie reagować, zająć się czymś innym, mieć to w nosie, a przy okazji dziwić się, że komuś się chce wchodzić do mnie i próbować zatruwać mi życie.
O tym, że polski internet to szambo wie cały świat. 
Na moim blogu szambiarze zaczynają czuć się zbyt swobodnie, widocznie za mało zdecydowanie dusiłam zarazę w zarodku.
W związku z tym ogłaszam, zmianę polityki komentarzowej. Do tej pory, poza skierowanymi w moim kierunku wulgarnymi wyzwiskami  przepuszczałam wszystkie komentarze, bo sama organicznie nie znoszę cenzury.
Pozwalacie sobie jednak na zbyt wiele. 
Chamstwa, wścibstwa, pouczań przez nieznajomych, ocen na podstawie tak minimalnych wycinków rzeczywistości jakim są wpisy na blogu, obrażania moich czytelników, nietolerancji, polskiego kołtuństwa, moherowych beretów, zaściankowości, dulszczyzny i innych odmian polskiego przeciętnego użytkownika internetu nie będę tolerować. 
Wynocha stąd (wersja wytworna: uprzejmie proszę o opuszczenie tego miejsca), czytanie mnie nie jest obowiązkowe, tu obowiązuje lekkość formy i przyjemność ze wzajemnego kontaktu. 
Z Państwem opisanym powyżej  przyjemności brak.
Będę kasować, będę kasować, lalalala… Przez szacunek dla siebie i dla moich prawdziwych czytelników, tych którzy patrzą w tym samym kierunku i chcą miło pogadać, czy  pospierać się w poszanowaniu racji innych.
Li.

Wojna religijna.

9 stycznia, 2012
Moje młodsze dziecko żąda wypisania z lekcji religii.
Pan od religii jest wyjątkowo niemiły, zadaje bardzo dużo modlitw do nauczenia się na pamięć, a odkąd weszłam z nim w malutki konflikt,  tępi Guśkę skutecznie. 
Na semestr postawił jej tróję, to jedyna trója w całej klasie, nie mówiąc o tym, że jedyna trója u mojego dziecka! I tak oto mamy do czynienia z cudem nagłego zgłupienia, bo do  feralnego momentu mojego spotkania się z nim dziecko miało piątkę. 
Konflikt miał podłoże wcale nie religijne, żadne cuius regio, eius religio, poszło o mojego psa.
Choć wszystkie stworzenia boskie zasługują na szacunek, a pogląd ten prezentował już Święty Franciszek, mój pies-mały, pogodny i na smyczy, zmuszony przeze mnie do spaceru do szkoły przez zapominalstwo Młodszej (mama błagam Cię przynieś mi zeszyt od religii, bo dostanę jedynkę!) został potraktowany jak siła nieczysta, niemalże siarką i wodą święconą.
Pan od religii na jego widok, a może i mój, dostał szału wcale nie religijnego, a ja potraktowałam go jak natrętnego woźnego, bo skąd mogłam wiedzieć, że ten plujący i miotający się w obecności mojego psa człowieczek,  w wiszących dramatycznie na tyłku spodniach, wyraźnie niezrównoważony, histerycznie krzyczący, że „mam natychmiast opuścić z tym zwierzęciem budynek szkoły”  jest panem od religii, amen.
Na plus można mu policzyć, że lojalnie uprzedził Gusię, iż będzie cierpieć za matkę.
Jej własny, prywatny krzyż.
Nie ma to jak skutecznie zniechęcać dzieci do religii w tym katolickim kraju.
Bo przecież u nas, w Polsze same dobre ludzie. 
Religijne, sunące do kościoła przewietrzyć futra  i niedzielne palta, pełne miłości do świata ludzi i zwierząt, empatyczne i nakierowane na pomoc drugiemu człowiekowi. 
Istny raj na ziemi.
I dlatego zupełnie poważnie rozważam prośbę dziecka, bo hipokryzja jest mi daleka, do kościoła nie chodzę, nie ma mnie w spisie parafialnych owieczek pod nowym adresem, Starsza już przetarła w tej materii szlaki i czy nie lubiana przez dzieci religia w szkole spowoduje, że moja córka będzie lepszym człowiekiem?
Nie sądzę.
Li.

K…r…a.

8 stycznia, 2012
Gdybym miała opisać targające mną uczucia po otwarciu drzwi do domu, to napisałabym  moją najkrótszą do tej pory notkę: kurwa. 
Kurwa, kurwa, kurwa.
Nic bardziej adekwatnego nie ciśnie mi się na me wszak  nie wulgarne usta. 
Poimprezowy bajzel ledwo tknięty mopem, w mojej wypieszczonej łazience pety w umywalce, zużyte ulubione perfumy, rozlany jakiś alkohol i ogólny obraz nędzy i rozpaczy.
Starsza najwidoczniej straciła kontrolę nad sytuacją, choć jakieś przejawy wprowadzenia porządku i regulaminu imprezy można zauważyć- na secesyjnym lustrze pozostał napisany rozmazaną szminką nakaz rzygania do sedesu, a nie do umywalki. 
Oj, policzę się z towarzystwem jak tylko mi wpadną w ręce, choć doświadczenie w tej materii podpowiada mi, że przez najbliższe tygodnie będą omijać nasz dom szerokim łukiem.
Ukochana córka ma szczęście, że nie ma jej w domu, dziś jest pierwszy dzień w swojej nowej weekendowej pracy, dostała ode mnie tylko kipiącego złością  sms-a.
Uch!!! Ale jestem zła! 
(Z drugiej strony zyskałam pretekst do zakazu imprez do końca roku).
Piję zieloną herbatę dla spokojności i staram się nie rozglądać. 
Tylko ja i ekran monitora.
Dobrze, że miałam taki udany weekend, jakoś zamortyzował obecny szok. 
(Teraz mówię sobie soczyście, to co mam ochotę napisać, ale czytają mnie różni tacy wrażliwi… poprzestanę na mamrotaniu pod nosem…)
Li.