Gdyby kiedykolwiek Drogi Czytelniku przyszło Ci do głowy, że jest Ci w życiu źle, przeczytaj tę historię, potem popatrz w okno i idź sobie na spacer.
Poznałam ją osiem lat temu.
Walczyłam w jej imieniu z PZU o odszkodowanie za skutki wypadku komunikacyjnego- jechała busem, bus dachował, miała połamane prawie wszystkie kości, cudem z tego wyszła w przeciwieństwie do reszty pasażerów.
Była wtedy w trudnym momencie życia, z dwuletnią córeczką odeszła od męża. Miała dwadzieścia siedem lat, skończyła studia, jej ojciec nie żył od kilku lat, matka byla profesorem na wyższej uczelni, kontakt pomiędzy nią a matką był bardzo toksyczny.
Była również alkoholiczką- niewinne popijanie na imprezach w jednym z najlepszych krakowskich liceów, a potem na studiach wpędziło ją w nałóg, była na kilku odwykach, na jednym z nich poznała swojego męża, a nie jest to najlepszy portal randkowy, niestety.
Ona alkoholiczka, on narkoman i lekoman, żyli w ułudzie wspierania się w walce z nałogiem.
Ale tylko przez chwilę.
Dziecko, problemy, awantury, bicie, głód, ciągi, rozstania i powroty, w międzyczasie bardzo duże odszkodowanie od PZU, była kasa, a jak jest kasa, to….
Za chwilę była w drugiej ciąży, otrzeźwiała, zostawiła męża i wróciła znowu do matki, która w międzyczasie zachorowała na raka kości.
Wydawało się, że poukładała sobie życie- opiekowała się matką, dziećmi i nie spotykała się z mężem.
Ale niestety zaczęła spotykać się z przyjacielem męża, poznanym przez niego- a jakże inaczej- na odwyku.
Od czasu do czasu miałam z nią kontakt, prowadziłam jej sprawę rozwodową, dzieci rosły, do jej przyjaciela mówiły tato, ojca biologicznego nie prawie znały, ona zresztą na kontakty nie pozwalała.
W międzyczasie zmarła jej matka, przyjaciel wprowadził się do mieszkania po matce, pozornie normalna rodzina. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że uzależniła się od morfiny podkradanej chorej matce.
Po rozwodzie wyszła za mąż.
Dwa lata temu pierwszego września były mąż stanął niespodziewanie w drzwiach jej mieszkania i zażądał prawa do odprowadzenia starszej córki do szkoły, przy czym nie widział dziecka od trzech lat i nie wiedział, do jakiej szkoły chodzi. Wywiązała się awantura, drugi mąż prawdziwy maczo zaczął wywijać maczetą, gdzieś tam na jej drodze stanęły palce pierwszego, jeden efektowny ruch i… trzy palce efektownie rozsypały się po przedpokoju, a krew sikała sobie wesoło.
Ona w szoku pamiętała tylko o tym, że palce trzeba wsadzić do lodu.
Wsadziła do mrożonej marchewki z groszkiem i to jest jedyny tragikomiczny moment tej całej historii.
Policja, sprawa karna przeciwko drugiemu, palce pierwszego zostały przyszyte, wyrok, tysiące problemów, nie pijąc od czterech lat wróciła do picia, dochodziła do upojenia w granicach 4 promili, schudła do 33 kg, wygladała jak śmierć, potem nagle przytyła, a to była tylko opuchlizna.
Po alkoholu gwałrtownie wzrastała jej agresja, często kierowała ją przeciwko sobie, drugi więc ją wiązał
i „z tego wszystkiego” sam wrócił do picia po 8 latach.
Zmarła w nocy w czwartek, spita do nieprzytomności, związana i z twarzą w poduszce.
Była dorosła, nad nią przestałam się już litować.
Ale te dwie biedne małe dziewczynki, 6 i 9-letnia są w pogotowiu opiekuńczym, bo drugi nie miał do nich żadnych praw, pierwszy jest tych praw pozbawiony, obie babcie nie żyją, jej siostra nie utrzymywała z nią kontaktów.
Zostały tylko dwie małe, nic nie rozumiejące dziewczynki.
Jaki będzie ich los?
Ot, taka historia która wydarzyła się za jakąś ścianą, w jakimś bloku, jakiejś rodzinie.
Jestem beznadziejnym adwokatem.
Nie umiem zdystansować się od tych ludzkich nieszczęść, które mnie ciągle
otaczają/osaczają/zajmują* (niepotrzebne skreślić).
Li.