Myśli rozsypane i jeszcze nieuczesane.

7 kwietnia, 2011
Wczoraj moja przyjaciółka K. urodziła synka. Szczęściara- trzecie dziecko!
Zawsze chciałam mieć trójkę dzieci, to moje niezrealizowane pragnienie, ech … a tu zegar biologiczny pokazuje swoje, niestety… (o tak nieistotnym szczególe jak brak odpowiedniego kandydata na ojca nie ma co wspominać).
Czasem słońce, czasem deszcz…
Wstałam o piątej rano, bo sny bijąc  się z myślami nie dały mi spać, zaczęłam sprzątać, nastawiać pranie, kręcić się po domu, budzić koty, pić kawę i niechętnie myśleć o dzisiejszym dniu.
O 15.30 muszę być w Rudzie Śląskiej, czeka tam na nas Tata, nie można  zostawić go samego w obliczu kremacji, wierzę, że nasza obecność jest mu potrzebna.
Jutro pogrzeb, przyjadą ludzie z całej Polski, jakoś trzeba będzie to ogarnąć, choć dziś jeszcze nie mam pojęcia jak.
Drzewa za oknem zielenieją, przyszła wiosna, Taty nie ma, a życie i tak jest piękne.
Piękna niesprawiedliwość losu.
Li.

Życie chyba jednak nie lubi dalekosiężnych planów.

6 kwietnia, 2011
I znowu mijają noce i dni, chodzę po świecie z kolejną dziurą w sercu, dzieci chodzą do szkoły, z psem trzeba wyjść na spacer, wczoraj byłam na manicure, po dzisiejszej środzie będzie jutrzejszy czwartek, a po nocy przychodzi dzień.
Mam godzinę dla siebie, schną mi włosy, paruje kawa z mlekiem, obok mnie koty i pies, jutro kremacja, ostateczne unicestwienie materii, urna z popiołem i niekończący się serial wspomnieniowy w pamięci.
Szkoda mi Taty, tak bardzo mi go szkoda.
Ciągle odkładał życie na później, wydawało mu się, że ma dużo czasu, że jeszcze zdąży pojechać w tyle miejsc, że jeszcze zdąży przeczytać następną część książki znalezionej pod choinką.
Szkoda mi Taty bo planując przyszłość,  nie przewidział teraźniejszości.
Li.

Żal i ulga.pl

5 kwietnia, 2011
Myślałam, że potrafię pisać o wszystkim, a jednak o odchodzeniu mojego Taty pisać nie umiałam.
Wczoraj rano zmarł w ramionach Mamy, żal przeplata się z ulgą, ostatni miesiąc życia był dla niego naprawdę ciężki, a najbardziej męczył się myślą, że już nic nie da się zrobić.
Pewnie wszystko będzie jak dawniej,  nie będzie tylko Taty.
Nazywaliśmy Go „Dżordż”.
-Cześć Dżordż- mówiłam na powitanie
-Cześć Moniek!-odpowiadał za każdym razem.
Tylko On mnie tak nazywał.
Li.

28 marca, 2011

Przeżywam stany w skali  dotąd mi nieznanej.
Gubię się w nich i desperacko  szukając poczucia bezpieczeństwa  najchętniej nie opuszczałabym granic łóżka, tu czuję się najlepiej.
Stany depresyjne? Możliwe. I na mnie musiała przyjść pora Wielkiej Smuty.
Boli mnie cały mój środek, szalejący w nim niepokój czyni spustoszenia, wznieca pożary i powodzie łez.
Nie piszę, nie odpowiadam na maile, nie wchodzę na gg, nie chce mi się gadać przez telefon, nie chce mi się z nikim spotykać, nie chce mi się niczego poza świętym spokojem.
Muszę znowu znaleźć w sobie siłę, ale nie mam siły jej szukać. Ot, klasyczna pętla na szyi.
Czasem słońce, czasem deszcz…
Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija.
Clematisy na tarasie wypuszczają nowe pędy.
Li.


Podobno czas nas uczy pogody.

23 marca, 2011

Zawsze wierzyłam w cuda, ale zaskoczyło mnie nagłe i cudowne poprawienie stanu zdrowia Taty.
Spod bramy stojącej między życiem, a śmiercią w sobotę cofnął się do miejsca, w którym może rozmawiać, coś zjeść i nawet zażądać gazet. 
Dalej jest źle i wiadomo, że dobrze nie będzie, ale ciągle jest!
Zaskoczyła mnie też moja starsza córka, spędzająca przy dziadku po osiem godzin dziennie.
Cierpliwa i współczująca, trzymająca za rękę, nie bojąca się, nagle dojrzała… ech!
Kłębią się we mnie myśli, biją o pierwszeństwo, ale nie mam ochoty na ich opisywanie.
Emocje weszły we mnie zbyt głęboko, wydobycie ich na świat byłoby zbyt kosztowne, rabunkowe, muszą przeczekać w spokoju, skrystalizować się i może kiedyś…?
Nie, nie jestem smutna.
„Jestem trochę bledsza, trochę śpiąca, trochę bardziej milcząca, lecz widać- można żyć bez powietrza”.
Dzięki za piękne maile i wsparcie.
Li.


Nie piszę książki, bo…

17 marca, 2011
Z Tatą jest bardzo źle. Od kilku dni nie odchodzimy od Jego szpitalnego  łóżka.
Majaczy, idzie powoli w stronę światła.
Rozczula mnie. W krótkich chwilach świadomości jest sobą i krzywi się na źle złożoną gazetę, uzależniony od gazet i wiadomości sportowych, pyta o wyniki meczów. „Wisła wygrała 6:0” -zmyśliłam na poczekaniu.
Mój silny ojciec jest bezsilny jak piórko na wietrze.
Idę zaraz do niego, w nocy była pielęgniarka, teraz jest brat, zaraz będzie Mama, on czuje że jesteśmy przy nim, gotowi spełniać wszystkie zachcianki.
Wczoraj miał ochotę na lody truskawkowe i ananasa z puszki. Zjadł odrobinę. Tylko to, nic innego.
Chciał napić się piwa z sąsiadem z sali („to będzie ściśle tajna operacja,  sąsiedzie”), brat przyniósł zimnego Żywca, ale chyba już nie zdąży…
Nie boję się, jestem spokojna, dziś pada deszcz, niebo płacze nad moim Tatą, nad zrozpaczoną Mamą, nad bardzo tęskniącym za swoim Panem psem. Biedny Wicek, nic z tego nie rozumie… ciągle czeka przy drzwiach.
Li.

Przyznaję się, by mieć nad sobą bata!

13 marca, 2011

Pięknego dwudziestego ósmego dnia września  2010 roku (pamiętam słońce i wrzosy na Kleparzu) dostałam maila;
Szanowna Pani,
Jestem redaktorem Wydawnictwa XXX (wybaczcie- coś mi mówi, że na razie lepiej wykreślić nazwę tego zacnego wydawnictwa, ale gdy przyjdzie czas to się przyznam, wrażenie w każdym razie robi, oj robi:)))
Jakiś czas temu znajomy rekomendował Pani teksty umieszczone na blogu, cytując pyszne anegdoty i nie zawsze przyjemne zrządzenia losu.

A do tego te wszystkie smakowite przepisy! Zajrzałam i… zostałam. Całkiem niedawno podrzuciłam Pani teksty redakcyjnym kolegom. Jesteśmy zgodni co do tego, że koniecznie chcemy się z Panią spotkać! Czy myślała Pani kiedyś o publikacji wpisów? Nasze wydawnictwo myśli o tym poważnie.
Będzie mi niezwykle miło, jeśli spotka się Pani ze mną w tej sprawie. Z ostatnich wpisów wiem, że czas jest ostatnią rzeczą, którą może Pani swobodnie dysponować. Ale może się uda?

Będę wdzięczna za informację.
Pozdrawiam serdecznie,
Agnieszka …
Redakcja….
itd.

Najpierw się spłoszyłam, potem się spotkałam, jeszcze potem znowu się spłoszyłam, potem nie wiadomo po co rozmieniłam się na drobne w tym głupim konkursie Onetu na Bloga Roku (pozwalam cytować moje słowa w każdym roku, w którym przyszłoby mi do głowy powtórzenie tego błędu), w międzyczasie zachorował tata, ech… taka ze mnie literatka jak z koziej d… trąba.
Ale Pani Agnieszka nie odpuszczała, o nie!
I dobrze, bo po ostatnim,  bardzo miłym spotkaniu ostatecznie poczułam wiatr w żaglach i postanowilam podjąć to wyzwanie!
Skończyłam budować dom i nudy Panie, nudy… Pisanie książki jest pracą straszną, zważywszy na fakt posiadania osobistego surowego krytyka we własnej w dodatku osobie.
Co napiszę to kasuję, o rety! Czołgam się przez pomysły, zastanawiam, wymyślam, planuję, daję słowo- to jak nowa budowa!
W związku z powyższym:
Moi drodzy, najukochańsi, najwierniejsi Czytelniko-Przyjaciele!
Będzie mnie tu  mniej, bo nie jestem w stanie wykrzesać z siebie tyle emocji, by pisać i bloga i książkę (ale obiecuję, że bloga nie opuszczę).
Wiadomo, że sporo tekstu mam już przez te wszystkie lata napisanego, ale ciągle myślę o formule, zastanawiam  jak połączyć się na wieki wieków z Lecem, myślę naprawdę intensywnie,  by nie sprawić zawodu, tym którzy we mnie wierzą i sobie samej.
(Mam sny, w których moja książka leży na wyprzedaży w stosach w Tesco, brrr….:))
Idzie wiosna, będę siedzieć na tarasie i pisać.
Wiele wymyślać nie muszę, ostatnie lata dostarczyły mi przecież bogatego źródła i  inspiracji!
No to co? Będziecie mnie wspierać? (No i to moje zdjęcie na okładce, ha!)
Z Wami mi się uda, jakoś tak nieśmiała się zrobiłam, czy co…?
Całusy,
Li.

Daję znak!

8 marca, 2011

Przecież wiadomo, że żyję!
I wrócę, tylko muszę jutro pojechać do Wrocławia.
Wrócę, tacy jak ja zawsze wracają…
:)
Li.


Czas na małe przesłuchanie.

1 marca, 2011
Brudne okno sypialni próbuje łapać trochę słońca, a ja tęsknię za Panią Jadzią.
Pewnie trzeba będzie pogodzić się z myślą, że czasy cotygodniowego mycia okien już minęły.
Ukochane córeczki są chore, albo udają chore.
Skłaniam się ku tej drugiej możliwości, ale jakoś zobojętniałam na szkolny rygor.
Dobrze rozumiem ich chęć zaszycia się w domu z łóżkiem w tle.
Męczy mnie ta zima, a nie mam czasu i  ochoty na podejmowanie działań obronnych typu wyjazd na narty.
Trudno się bawić, gdy… ech!
A skoro ja nie piszę, to może popiszecie Wy?
Ilość nowych czytelników zaskakuje mnie i trochę płoszy ( no bo co tu ostatnio czytać ?)
Czas na filiżankę herbaty i  kawę na ławę:
Kim jesteście i skąd jesteście?
A co na to Lec?
Nie wystarczy mówić do rzeczy, trzeba mówić do ludzi.
Li.
PS. Pytacie o Sylwię:
walczymy dalej.
Jej partner do 15-go  marca jest w areszcie, ma miejscowego obrońcę z urzędu, więc chociaż to spadło mi z głowy.
Co będzie z nim dalej? Nie wiem, nie zajmuję się tym, koncentruję się na pomocy dla Sylwii.
Ostatnio bardzo podupadła na zdrowiu, miała krwotoki z nosa, omdlenia, dzieci były przerażone, a okazało się, że to nic takiego, drobiazg, po prostu- li i jedynie-  czwarta ciąża.
Termin rozwiązania przewidziany jest na koniec lipca. Zostanę matką chrzestną, przypilnuję towarzystwo.
Ale co się wkurzyłam to moje. Cholera jasna, XXI wiek? I wiara w antykoncepcyjną moc karmienia piersią?
Ręce mi opadły, dziewczyna jest przerażona, ja też (ale oddanie do adopcji nie wchodzi w grę, poruszyłam ten temat, próbując odpowiedzieć sobie na odwieczne pytanie: jak to jest, że jedni pragną i nie mają, a drudzy nie chcą i mają?).
Trzeba będzie dać sobie radę i z tym!


Ewolucja?

28 lutego, 2011

Kiedyś,  gdy było mi źle-pisałam.
Teraz jak jest mi źle- zamykam się w sobie, bez dostępu do sieci.
To tylko efekt ewolucji.
Pozdrawiam.
Li.


Plan dnia z planem buntu w tle.

24 lutego, 2011
Wstaję wcześnie rano, ogarniam mniej lub bardziej sytuację domowo-szkolną.
Wychodzę zaraz po dzieciach, albo mogę jeszcze trochę pobyć w domu i to są najmilsze chwile dnia.
Pracy i stresu mam dużo za dużo, jak już w to wejdę, to błąkam się do wieczora, z małą przerwą na sprawy obiadowo-domowe.
W międzypracy wychodzę na godzinę, by  odwieźć Młodszą na zajęcia.
Wracam i za dwie godziny znowu wychodzę, by dziecko odebrać.
Podrzucam ją do domu, albo zabieram ze sobą i robię zakupy dla siebie i dla Rodziców.
Zawożę je do Nich, stojąc w gigantycznym korku, bo rondo ciągle w remoncie.
Wracam do domu w okolicach dziewiątej wieczorem. Czasem o dziesiątej.
A i tak z reguły mało kogo zadowalam.
Jestem beznadziejną córką i ojcomatką.
(Narasta we mnie jednak takie poczucie buntu, że jak walnę, to…!!!)
A dzieci to mam z Nikim. Nikt nie interesuje się ich sprawami, no bo jak ma się interesować, skoro jest Nikim? Nikt został profesorem, to zapewne zabiera bardzo dużo czasu. Tego czasu, który mógłby być zmarnowany na weekend z córkami. Albo przynajmniej na kilka dni ferii. Albo na jedno popołudnie.
Marzę o wolnym weekendzie.
Samotnym, wolnym weekendzie, w posprzątanym domu, w łóżku, bez telefonu, bez pośpiechu, bez konieczności gotowania obiadów, z usprawiedliwionym lenistwem, z maseczką na twarz, szyję i dekolt, z płatkami nawilżającymi pod oczami, w ciepłym frotowym szlafroku, ze śniegiem szalejącym za oknem, co wzmaga poczucie bezpieczeństwa i przytulności… rety…
Li.

Rano mam trochę zapału.

22 lutego, 2011
Zaokienne widoki sprzyjają rozgrzeszeniu się za kawę pitą w łóżku.
Patrzę na miotane wiatrem płatki śniegu i czuję się jak one- bezradna.
Zaglądam do kalendarza, by mieć poczucie, że gdzieś muszę być na pewno.
Zalewam kolejnym kubkiem kawy czający się we mnie strach i wstaję do życia.
A co na to Lec?
Witaj dzień powstaniem!
No to hej, szable w dłoń, trzeba wywalczyć sobie wyzwolenie od ponurych myśli, zmarszczkotwórczych problemów  i brzydkich szarości!
Zdobycia miłego dnia!
W Krakowie wyszło słońce, świat pojaśniał.
Li.

Ostatni?

19 lutego, 2011

Tata postanowił zrobić swój ostatni  bigos.
To słynny bigos.
Gotuje go od dwóch dni, ledwo utrzymując wielką, drewnianą łyżkę.
Zaprosił na niego swoich podobno ostatnich gości.
Przyjdą na podobno ostatni niedzielny obiad.
(Nie radzę sobie, czuję ból wypieranej myśli o jego podobno bliskiej śmierci).
Widzę go w coraz gorszej formie.
Czytam coraz bardziej beznadziejne  wyniki badań.
(Ale ciągle nie mogę uwierzyć, że ten bigos naprawdę może być ostatni)!
Wczoraj wypisał mi receptę, zamarłam zobaczywszy jak w ciągu tygodnia niewyraźne stało się jego pismo.
Widziałam jak płacze.
Dużo czyta.
Nagle zrobił się bardzo zachłanny na życie.
Poszłam wczoraj na imprezę, śmiałam się jak nigdy w życiu. Z byle czego i do łez.
Li.


Zakaz pisania pod groźbą kary.

15 lutego, 2011
Narzuciłam sobie zakaz pisania, bo tyle smutku wokół, po co mam go rozsiewać dalej,  jest jak chwast nigdy nie do wyplenienia.
Oszukuje i mami, bo gdy wydaje się, że już jestem go pełna bez miejsca rezerwowego, gdy  jakoś go oswajam, przykrywam niemyślą i zaniedbaniem, on wybucha jak wulkan nową erupcją problemów.
Jednak nie jestem odporna, psiakostka, ani taka twarda jak mi się wydawało.
Wszystkie moje miękkości są obite i pełne siniaków od walki z losem.
A przecież na drugim planie toczy się „normalne” życie, muszę o nie zadbać, dać jeść, nastawić pranie, wyjść z psem i zatankować auto.
Stare samoratunkowe sposoby nie dają rady…wczoraj kupiłam sobie piękne buty i nie pomogły!
TEN smutek odporny jest i na zakupy i na nowe perfumy i na dotyk kosmetyczki.
Musi się wydziać, muszę go przeczekać.
Znalazłam sobie jedno tabu, miejsce wolne i niedostępne dla złych wciórności.
Mam tu śliczną pościel, czasem kielich z czerwonym wytrawnym, laptopa, książkę i poczucie, że nareszcie mam własne łóżko i nie (za)waham się go użyć.
Od soboty mam prawdziwą sypialnię, z półkami na książki i z lampą do czytania.
Jeszcze tylko rolety w okna i obrazy na ściany… i będzie cudnie. 
A co na to Lec? Wiadomo:
Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija.
Li.

Strata.

12 lutego, 2011
Mógł się walić mój świat, ale jedna rzecz od dwunastu lat zawsze była niezmienna i niewzruszona- pachący porządkami Pani Jadzi piątek.  
„Kocham Panią nad życie Pani Moniczko, ale nie dam już dłużej rady”- powiedziała mi wczoraj, a mnie najpierw stanęło z żalu serce, a potem popłynęły łzy.
No bo jak to będzie bez Pani Jadzi?
Mojej Przyjaciółki, naszej domowej instytucji od wszystkiego, podpory, powiernicy, ukochanej przez dzieci, psa i koty mądrej i cudownej kobiety?
Nie jest sztuką znaleźć kogoś do sprzątania, sztuką jest z kimś kto wchodzi nam do domu, do sypialni, do łazienki, do szafy  nawiązać taką więź, że nie ma tabu  intymności, naruszania prywatności, a jest zwyczajna radość z cotygodniowego zobaczenia się z kimś tak dobrym, przyjaznym, wiernym i kochanym.
Pani Jadzia kończy w tym roku 75 lat.
Od dłuższego czasu widziałam, że coraz  trudniej jest jej sprzątać, skarżyła się na ból ręki, mówiła, że musi już ode mnie odejść, że nie sprząta już tak dobrze jak kiedyś,  że… ech, ale miałam nadzieję, że nie odejdzie tak szybko, egoistycznie jej potrzebowałam, już tęsknię, brak mi słów.
Jest mi bardzo smutno, za bardzo przywiązuję się do ludzi.
Przyznaję-to moja wielka wada.
Li.

Szukam sposobu na płytki krwi.

10 lutego, 2011
Nie pojechałam do Pragi, ale wewnętrznie wyjechałam daleko, podejmując liczne próby relaksu z urlopem od laptopa w tle.
Nie pojechałam do Pragi na prośbę Taty, a skoro  jest przecież jedynym mężczyzną, którego życzenie jest dla mnie rozkazem…to zostałam w Krakowie z rozumiejącymi sytuację córkami. 
Tata kolejny raz miał nadzieję, że nareszcie zostanie podana mu chemia w dawce zdolnej do podjęcia walki z Obcym. Niestety, jego płytki krwi są jak V kolumna, sieją dywersję i morfologia wychodzi fatalnie.
Czy ktoś zna sposób na spowodowanie wzrostu płytek krwi? Obecnie oscylują w granicach 68 tysięcy, a jest to co najmniej dwa razy za mało.
Wbrew czarnym scenariuszom Tata żyje, ale nie ma się dobrze. Nadrabia czarnym humorem, nie ze mną jednak takie numery… Fatalną sprawą jest to, że ciągle  nie można mu  podać właściwej chemii, ta którą go raczą od czasu do czasu jest jak głaskanie kota za uszkiem- ledwo, ledwo… ech!
Nie pojechałam do Pragi, ale wyleguję się w łóżku do południa, piję kawę z mlekiem, czytam, piszę i jestem w tym wszystkim na swój sposób szczęśliwa.
I jeszcze mam do przekazania parę słów od Sylwii (słów było tysiące, z lenistwa skracam przekaz do minimum…): dziękuję, dziękuję, dziękuję!
Wpłynęło od Was w sumie 4180 złotych i kilka wspaniałych i naprawdę hojnych  paczek.
A ja poganiam komornika, mam nadzieję że w kwietniu dostanie już alimenty z Funduszu.
Gdyby tak się jednak nie stało, to przecież ma na kogo liczyć, prawda?
Przeciągam się leniwie, idę pod prysznic, koty w ilości czterech sztuk leżą zgodnie w nogach mojego łóżka, pies pomiędzy nimi, dzieci jeszcze śpią, życie chwilowo jest znośne.
W ramach uszczęśliwiania się drobiazgami kupiłam  wczoraj w Almi Decor dwa świeczniki.
Zobaczcie sami, czyż nie są czadowe?

Li.

Co oglądałam i co czytałam.

6 lutego, 2011
Są filmy, które kłują w moją wrażliwość i zostawiają w niej ślad nie do zatarcia.
Wczoraj wieczorem płakałam do łez  i śmiałam się do łez na „Jak zostać królem”.
Cudowny, fantastyczny, znakomity, grający na najczulszej nucie film. A Colin Firth będący od lat moim fizycznym  ideałem mężczyzny, ze swoją pewną charakterystyczną  nieporadnością,  nieśmiałym spojrzeniem, ale z niezwykłą wewnętrzną siłą tą rolą zajął moje serce na wieki wyrzucając z niego nawet Indianę Dżonsa.
Pzeczytałam ostatnią książkę Grocholi, niby to czwarta część przygód Judyty. Tytuł „A nie mówiłam!”.
Można ją sobie darować, nie dorównuje poprzednim częściom ani trochę, nudna, pisana na siłę i kompletnie bez grocholowatej lekkości. Szkoda! Jedyną przyjemnością przy jej czytaniu była kąpiel w pachnącej mandarynkami  pianie…
Niedzielę czas zacząć!
Li.
PS. W linkach mam Dom w Toskanii.
Autorka tego bloga Anita Stojałowska wydała książkę pod tym samym tytułem, ale nie są to teksty z bloga.
Coś innego i zaskakującego. Polecam Wam gorąco, świetnie się czyta, jest  słodko-gorzka, to moj ulubiony smak i nuta zapachowa.

Znikam, by wrócić.

2 lutego, 2011

Pogadałam sobie z maczką, zamknęła niedawno swojego bloga.

Pięknie pisała, tęsknie, z ogromną wrażliwością, lubiłam do niej zaglądać, bo gdy rozmawiamy ze sobą przez telefon, czy w czasie naszych spotkań znika urok słowa emocjami pisanego na rzecz przyziemnych babskich pogaduszek.
Powiedziała mi, że po kilku latach pisania bloga, zamykając go i klucz wrzucając w morze poczuła wielką ulgę. Rozumiem ją, bo sama złapałam się na tym, że codzienne pisanie jest  chyba jedynym obowiązkiem tak konsekwentnie przeze mnie realizowanym, haha… a ja przecież nie lubię mieć obowiązków.
Zmęczyłam się.
Ten nieszczęsny konkurs zupełnie niepotrzebnie zabrał mi sporo energii, jeszcze się nie odnowiła. Wykopałam sobie więc na blogowisku wygodną jamę, zwijam się w kłębek i zasypiam.
Na trochę. Wiadomo, że wrócę, nie wyobrażam sobie nie pisania, ale też nie wyobrażam sobie,  by do pisania się zmuszać. A trochę się zmuszam, co wyjątkowo gwałci moje poczucie wolności.
Przede mną kilka dni wakacji, a co będzie potem -się zobaczy.
Nabrałam nareszcie ochoty, by zacząć realizować pewien projekt, coś tam się ułożyło w mojej głowie, coś tam się wymyśliło, coś tam zaczyna się twórczo dziać, jeszcze tak nie było, żeby nie było!
Moi ukochani „Starzy Czytelnicy” zrozumieją, a „Nowi” mają co czytać, czego jak czego, ale skłonności do logorei mi nie brakuje. Dwa potężne blogi!
Całusy,
Li.

Nigdy więcej żadnych konkursów! No chyba, że zachoruję…

1 lutego, 2011

Moi Drodzy Czytelnicy!
Tu są wyniki konkursu, a mnie od utarcia od wczoraj boli nos.
Wygrały trzy blogi o chorobach, widocznie ten temat jest najciekawszy.
A ja- psiakostka- jestem zdrowa, poza sezonową grypą i alergią.
Jurorka napisała na swoim blogu, że przy ocenianiu kierowała się instynktem, a nie rozumem i jest to niestety widoczne.
A jaki ma to skutek dla mnie?
Powiem szczerze- czuję się jak ofiara rasizmu.
Jestem zdrowa, mam zdrowe dzieci, nie walczę o życie, więc jestem postawiona na niższym stopniu rozwoju w hierarchii blogowego konkursu.

Ale przecież- do diaska- nie będę walczyć o wyzwolenie zapadając na jakąś śmiertelną chorobę?
I gdyby tylko napisała, że te wygrane blogi były po prostu najlepsze przełknęłabym to bez trudu. Bo o życiu z chorobą można pisać w sposób zachwycający, popatrzcie u mnie w linkach na Chustkę, dziewczyna z rakiem żołądka pisze naprawdę porywająco i ujmująco.
A te wygrane blogi są nudne i przegadane, jurorka jednak napisała, że nie można dyskutować z walką o życie.
Coś tu jest nieźle pomieszane!
Muszę jednak napisać o jednej fantastycznej rzeczy: dzięki konkursowi weszło do mnie sporo ludzi i dzięki temu na koncie Sylwii jest już 4000 złotych.
Dla tego samego warto było.
Targają mną sprzeczne uczucia, idę po kawę.

Li.


Wtorek-potworek.

1 lutego, 2011
Wczoraj zdarzył się pewien mały cud, nazwijmy go cudek i udało mi się pozbyć feryjnie jednej córki.
Mój kolega, który przy okazji jest ojcem najlepszej przyjaciółki Starszej zabrał je w góry na kilka dni.
Byle daleko od smogu i internetu.
Ja mu się zrewanżuję w przyszłym tygodniu zabierając jego córkę do Pragi, po ustaleniu oczywiście tego z L. i J. ( haha…- czytają mojego bloga, grunt to przygotować sobie grunt :)
Uwięziona jestem w domu z chorą Młodszą, ale wyjdę na wolność, gdy pojawi się moja przepustka w osobie opiekunki.
Wczoraj byłam zrobić sobie manicure, połoźyłam żel i teraz kompletnie nie potrafię pisać, paznokcie tłuką mi się o klawisze, spadają z nich, ogólna katastrofa, wtorek-potworek. A napisanie sms-a na dotykowej klawiaturze telefonu  jest prawdziwym wyczynem.
Ech,  ten wieczny wybór pomiędzy wygodą krótkich i obgryzionych, a niewygodą długich, ale za to ślicznie wyglądających…, coraz częściej wybieram wygodę, nie da się ukryć, że to jeden z objawów ogarniającego mnie zniechęcenia.
A co na to Lec?
Czy muszą być ludzie ze stali? Czasem zdaje mi się, że powinni być z krwi i kości. …

Li.
 

Pretensje do Nowych z emotkami w tle :)

31 stycznia, 2011
Halo Nowi!
Wchodzicie tu setkami, czytacie i milczycie.
A przecież, jak mawiał Dziewoński: „Jedyne życie które ma sens, to życie towarzyskie”, nawet via net.
Uprzejmie proszę więc o przedstawianie się i wchodzenie w bliskie relacje ze Starymi oraz ze mną .
Łakniemy tu na blogu świeżej krwi, mniam, mniam…
:)
Dziś są 71 urodziny mojego Taty, a bał się że ich nie doczeka.
Pijemy za zdrowie mojego Tatusia, niech nie waży się umierać przed setką!
Możemy też wypić za jutrzejszą porażkę w konkursie, w tej części ocenianej przez jury.
Kil podesłał mi linka do bloga Pani jurorki i… na szczęście/niestety (niepotrzebne skreślić) nie walczę o życie, szczęśliwie mam zdrowe dzieci, więc jak rozumiem z tego powodu przegrywam w konkursie.
(Albo z powodu braku umiejętności pisania, ten argument jeżeli zostanie użyty, ostatecznie może mnie przekonać :)
Ale jakby się tak zastanowić, to moja pozycja konkursowa może i jest beznadziejna, ale życiowa  jest lepsza. Dzięki Ci losie!
Proponuję na ten temat nie dyskutować, tylko skupić się na toastach za zdrowie Solenizanta!
Dziś te cholerne, niesforne płytki spadły mu do 62, a powinno ich być ze 140!
Li.

Ten samoratunkowy plan na pewno będzie zrealizowany.

30 stycznia, 2011
Złe wiadomości  i takie sobie wiadomości walcząc o dominację,  kotłują się boleśnie w mojej głowie. Rozpaczliwie brakuje mi dobrych wiadomości, które swoją treścią wpływałyby  na (s)pokój w moim wewnętrznym świecie.
Mam tego dość, mam serdecznie dość, wyczerpała się moja tolerancja na obecne życie, chcę, pragnę,  żądam czegoś nowego i przyjemnego, czegoś beztroskiego i pięknego, chcę się wyzwolić! Droga do wyzwolenia prowadzi przez Pragę. Za tydzień rzucam  problemami  i wyjeżdżam na kilka dni do  L. i J. i ich domu z kominkiem, do Złotej Uliczki i Malej Strany, do knajpek i muzeów, do wyłączenia telefonu i bycia turystką z prawem leniwego włóczenia się po praskich uliczkach.
W tym roku ze względu na szczególne okoliczności nie zorganizowałam dzieciom ferii i choć w sumie same nie chciały wyjeżdżać, to był jednak błąd, wielki błąd. Naprawię go Pragą, piekną Pragą i wieczorami z moimi przyjaciółmi,  będę im gotować obiady i sybaryczyć do granic (nie)przyzwoitości.
Taki mam plan, pozwoli mi on przeżyć przyszły tydzień, Młodsza musi wyzdrowieć, Starsza nie może zachorować, tak dawno nigdzie nie wyjeżdżałam,  budowa zatrzymała mnie tu na miejscu jak zazdrosny kochanek, a krakowskie powietrze ciężkie od smogu nie pozwala głęboko oddychać.
Widok innego nieba zawsze działa na mnie kojąco, a ukojenia potrzebuję gwałtownie, odczuwam wielki jego niedobór, taki do granicy podrażnienia wszystkich moich czułości i wrażliwości.
Pojedziemy do Pragi przez Ołomuniec, jak zwykle tam się zatrzymam, a idąc do wielkiego sklepu Baty, sprawdzimy, czy zegar na Rynku dalej działa. Dawno nie kupiłam sobie nowych butów.
Pojadę do Pragi, bo muszę.
To kuracja dla zdrowotności i zmysłów nie pomieszania.
Li.


Jednak nie da się nie pisać o Sylwii :)

30 stycznia, 2011
Akcja „Sylwia” osiągnęła sukces w postaci zapewnienia jej dwóch miesięcy opłaconego mieszkania, rachunków i pieniędzy na jedzenie. Wiem o wysłanych do niej paczkach z pampersami, mlekiem, ciuszkami i słodyczami dla starszych dzieci. Czytam maile (odpiszę na wszystkie, obiecuję) i uśmiecham się do ekranu laptopa.
Pytacie co jest najbardziej potrzebne- wiadomo, że pampersy, jedzenie, kaszki, mleko i podstawowe środki czystości.
Ale ja, gdy robiłam jej pierwsze zakupy, kupiłam jej pachnącą sól do kąpieli, coś tylko dla niej, coś dla przyjemności i relaksu, na chwilę zapomnienia.
Bo wiem, że  gdy wejdzie do wanny z ciepłą wodą pełnej aromatycznej  piany, gdy zanurzy się w nią po szyję, gdy zamknie oczy, to na chwilę zapomni o problemach, taka pachnąca woda zawsze zalewa depresję i smutki.
(Trzeba ratować się wszystkimi dostępnymi sposobami, są dni gdy nie wychodziłabym z wanny cały dzień…)
Dopadła mnie jednak gorączka, wielkie dawki paracetamolu sztucznie ją obniżają, ale i osłabiają okrutnie, pozwolę sobie dziś na leżenie w łożku i ogólne marudzenie.
Pomarudzę więc o pomaganiu:
nie trzeba od razu używać wielkich słów, nazywać mnie aniołem, którym nie jestem (Ci,  co mnie znają pewnie pękają ze śmiechu, haha), pisać że zrobiłam coś wielkiego, że jestem niesamowita i takie tam inne bardzo mnie krępujące. Wbrew pozorom wcale nie jestem z tych określeń dumna, bardziej smutna i przygaszona.
Bo to straszne są czasy, w których pomoc człowiekowi w potrzebie nabiera nadzwyczajnej rangi i jest uświęcana.
Popatrzcie jak dużo w nas-ludziach jest dobra i wrażliwości, popatrzcie jaki odzew o pomoc przyszedł z takiego małego bloga jak mój. Popatrzcie jak od razu zadziałaliście, jak chciało Wam się wysyłać pieniądze, robić paczki, stać w kolejce na poczcie, popatrzcie  jaka tkwi w Was ta pierwotna przecież emocja wspólczucia, empatii i nie bój my się tego słowa-litości.
Nie piszcie, że robię coś nadzwyczajnego, bo po pierwsze nie jestem sama, bez Was nie byłoby tak wiele, po drugie potraktujmy to jako coś codziennego i normalnego, ja pomagam Tobie, Ty pomagasz mnie, słabszych trzeba chronić, a dzieci szczególnie, dzieci są zupełnie bezbronne.
Wyjątkowej łaskawości losu zawdzięczam to, że nie jestem w sytuacji Sylwii.
Bo mam zawód, bo mam rodzinę, na którą zawsze mogę liczyć, bo mam dom, który zawsze mogę zamienić na mniejszy, ech…
Ale przecież wystarczy jedna igraszka losu, jeden brak szczęścia, jedno nieszczęście i zaczyna walić się  mój świat.
Każdy może  mieć dużo i  mieć nic. Mieć kogoś i mieć nikogo.
W każdej sytuacji warto być przyzwoitym człowiekiem, ja głęboko wierzę w sprawiedliwość losu.
A co na to Lec?
Kiedy człowiek pokona przestrzeń międzyludzką?
Li.

Serce rośnie, ale gorączka niestety też.

29 stycznia, 2011
Obudził  mnie natrętny domofon i w tym samym momencie spłynęło olśnienie- stolarz!
Biedny ten człowiek chyba nigdy nie zobaczy mnie kompletnie ubranej…
Warto jednak było wstać skoro świt o godzinie ósmej i mieć już nareszcie skończoną szafę w przedpokoju. Będzie teraz panował w niej wyznaczony drążkiem  ład (haha), i porządek (haha), koniec z bezładnym rzucaniem kurtek i płaszczy na wieszak a la Thonet, co szczególnie uwielbiały koty moszcząc się na jego czubku.
Ferie tradycyjnie zaczęły się  chorobą Młodszej.
Wydziela z siebie ciepło wystarczające do ogrzania salonu, poziom marudzenia przekroczył punkt krytyczny, feryjne plany zrujnowały się zanim wyszły z fundamentów, a mnie zaczyna w charakterystyczny sposób boleć głowa, co może oznaczać, że za chwilę jedyną zdrową osobą będzie Starsza. Na chwilę, bo silne emocjonalne więzi pomiędzy nami mają niestety przełożenie na wzajemne zarażanie się jakimś grypowym paskudztwem.
Ratuję się herbatą z cytryną i imbirem i zaraz wyskoczę na Kleparz po składniki niezbędne do TEGO.
Miłej soboty, a na koncie Sylwii pieniądze rosną w sposób powodujący u niej gwałtowny wzrost ciśnienia i niemożność poprawnej z nią komunikacji, albowiem albo się śmieje, albo płacze, a generalnie brakuje jej słów. Zapytała mnie kim jest Li i o jakiego bloga chodzi. Zamarłam i mam prośbę- niech Was ręka boska broni w tytule przelewu podawać adres mojego bloga.
Jestem przecież poważnym pełnomocnikiem, wolałabym nie być czytaną przez moich klientów :)
Sylwia wie, że jestem inicjatorem pewnej akcji internetowej wśród moich przyjaciół i znajomych  i niech tak pozostanie na wieki.
Idę po cebulę, farmakologia nie działa, czas sięgnąć po środki sprawdzone na pokoleniach.
Li.

Nie o Sylwii :)

28 stycznia, 2011
Cały dzień czekałam na wieczór.
Zmęczona tygodniem uświęcam piątek z jego gwarancją wolnego weekendu.
Siedzę na swoim łóżku i…
… mam mnie tylko dla siebie, mogę sobie zaborczo i swobodnie wyciągać myśli, oglądać je,  jedne chować, inne odganiać, a jeszcze inne posłać gdzieś w świat.
A co na to Lec?
Różne myśli chodzą po głowie. Niektóre ją nawet opuszczają.

Laptop grzeje moje kolana swoim ciepłem, są takie chwile w życiu kobiety, gdy i takie ciepło przynosi spokój i ukojenie. Potrzebuję tego spokoju nocy po niepokoju dnia, bo codziennie poddając się biegowi wydarzeń, nie doganiam czasu dla  koniecznej myśli analizy, odkładam ją na potem, a potem… jestem zaskoczona wynikiem, nie znajduję w nim swoich myśli, może wyparowały, zmieniły skład chemiczny, kwasy stały się zasadami, zasady nagle weszły w odczyn obojętny, opóźnienie mojej reakcji zabiło spontaniczność i oszukało instynkt.
Coraz więcej ważnych dla mnie spraw odkładam na potem, jakby miało mi to dać gwarancję długiego życia, jakby moje przekonanie, że nie mogę zejść z tego świata bez załatwienia swoich ludzkich interesów miało jakiekolwiek znaczenie dla losu i mojego zapisanego w nim czasu.
A co na to Lec?
Życie zabiera ludziom zbyt wiele czasu.
Skupiam się na codzienności, coraz mniej uciekam w marzenia, to wskutek zrozumienia, że droga do realizacji marzeń wcale nie jest bezpieczna, dla własnego spokoju wolę więc nazywać je zadaniami, najwyżej ich nie odrobię, zamiast rozczarowania dostanę tylko pałę i będę powtarzać rok.
Bo rozczarowanie niszczy mnie najbardziej, a ja przecież chcę żyć długo i szczęśliwie, w tej kwestii ciągle jestem konsekwentna.
A co na to Lec?
Cudna mozaika z naszych rozbitych marzeń.
Ten tekst napisałam dwa lata temu na poprzednim blogu.
Nic nie stracił ze swojej aktualności i dziś mnie to przeraziło. Nic się nie zmienia?
Jestem zmęczona, ale ciągle z nadzieją na…
Tylko, że dwa lata temu miałam o te dwa lata więcej czasu.
Dlaczego ciągle mi się wydaje, że jestem młoda i mam czas?
Li.


Rozpiera mnie duma z powodu moich Czytelników.

27 stycznia, 2011
Niech sobie notki o Sylwii wiszą w spokoju, co jakiś czas będę je przypominać do momentu, gdy tej pomocy nie będzie już potrzebować.
Dzwoniłam do niej kilka godzin temu, dziewczyna jest w szoku, płacze i śmieje się na przemian, a na koncie ma już ponad 1600 złotych. Różne są wpłaty, do 10 złotych do 100 złotych, każda jest ważna!
Pięknie!!! Ludzie moi kochani, naprawdę pięknie!
I te Wasze dopiski w tytule przelewów, kilka mi przeczytała, można naprawdę w jednym momencie zakochać się w ludzkiej dobroci.
Ale jest i nieludzka twarz, banda idiotów i frustratów, którzy na jednym z blogów- przez litość nie napiszę na którym- używają sobie lansując tezę, że napisałam łzawą notkę na potrzeby konkursu.
I pewnie nie poświęcałabym tej zgrai swojej uwagi, gdyby nie zarzuty o naruszenie tajemnicy adwokackiej, zarzuty dodajmy absurdalne i świadczące jedynie, że gdzieś im tam gra, ale nie wiedzą co.
Informuję więc wszystkich, że to ja miałam dylemat czy podać dane Sylwii na blogu, ale to ona mi na to pozwoliła, twierdząc że uwolni mnie to od podejrzeń o prywatę i chęć osiągnięcia korzyści.
Jak widać nie uchroniło.
Ale ja naprawdę mam to w glębokim poważaniu, bo najważniejsze że Sylwia ma zapewniony byt dla siebie i dzieci na najbliższy miesiąc, pieniądze ciągle spływają, dzieci nie będą głodne, a ona nie będzie żyła w wiecznym poczuciu zagrożenia wyrzucenia z wynajmowanego mieszkania.
Najmłodsze dziecko ma dopiero pół roku, nie ma go z kim zostawić, musi czekać z podjęciem pracy, dopóki synek nie pójdzie do przedszkola.
Jest  to naprawdę dzielna i pracowita kobieta,  jestem pewna że i dla niej nadejdą jasne dni.
Na razie są ciemne chmury, ale przecież czasem słońce, czasem deszcz prawda?
Nasza pomoc pomogła jej uwierzyć w to, że nawet w sytuacji beznadziejnej można mieć nadzieję na zmianę i ufać w dobrego człowieka, a to zawsze dodaje skrzydeł.
Jej mąż zawiódł ją na całej linii, wiem to na pewno- poznałam tego ancymonka przed jego wyjazdem do Anglii. W dodatku wdał się w romans zaraz po wyjeździe, Sylwia dowiedziała się o tym i ciężko to odchorowała.
Drugi mężczyzna też ją w pewien sposób zawiódł, wdając się w sprawy, które zaprowadziły go do aresztu, niezależnie tego, czy jest winny czy nie.  Została bez pieniędzy i bez pomocy. Nie ma matki, matka przecież zawsze pomoże, jak nie finansowo, to przygarnięciem do domu. O ojcu napisałam. Na teściów nie może liczyć.
Ale ma mnie, a ja nie dam jej zginąć. Dla samej przyjemności pokonania złośliwości losu, o!
A ja mam Was!
Jeszcze bardzo dziękuję :)))) i tu uśmiecham się swoim najpiękniejszym uśmiechem, takim na specjalne okazje!
Li.

Dziękuję.

27 stycznia, 2011
Szukam słów, by nie brzmiały pompatycznie i z patosem.
Nie chcę jednak, by byly za skromne, bo emocje są ogromne.
(Ja to w ogóle jestem taka łatwo wzruszająca się, z gulą w gardle i do granicy łez).
Moi drodzy Czytelnicy, i Ci zasiedziali od lat i Ci nowi!
Ale daliście wspaniały popis empatii, wrażliwości, współczucia i co najważniejsze zaufania!
Zaufania do mnie!
Wpłaty wpływają przez cały czas, Sylwia trwa w osłupieniu, do wczoraj wieczorem na koncie  było 600 złotych, ale bank zaksięgował tylko jedenaście wpłat, dziś będzie na pewno dużo więcej.
Już to co jest pozwala tej dziewczynie na spokojny sen, ma pieniądze na jedzenie i na zaległy rachunek za prąd.
Jutro napiszę, ile pieniędzy wpłynęło  przez trzy dni, a teraz idę do wanny pełnej pachnącej piany, mam przed sobą jeszcze godzinę  cennego spokoju.
Miłego dla Was!
Li.
PS. Założyłam konto Paypal, rzeczywiście to niezwykle prosty sposób przekazywania pieniędzy.
Kto chce, to podaję  maila Mo67@poczta.fm.
Jeżeli chodzi o wysokość wpłat to uważam, że lepiej jeść małą łyżeczką, a częściej :)

PRZYDATNE INFORMACJE:
Pampersy 4+, od 9-20 kg.
Ciuchy na malucha  82 cm.
Dziewczynka ma 1,34 cm, jest  bardzo szczupła
Chłopiec  ma 1,28 cm, również  szczupły
mleko Gerber 2
zupki i deserki wszystkie od 5 i 6 miesiąca życia.


Po prośbie.

26 stycznia, 2011
Codziennie rodzące się historie życia zwyczajnych ludzi  rzadko wypływają na szerokie wody tzw. ogółu.
Ludzkie dramaty chowają się raczej po kątach zadłużonych mieszkań, nie w głowie im konkursy na bloga roku z opisami walki z losem. Bieda się nie sprzedaje, bo  bieda jest wstydliwa i upokarzająca, nie ma komputera i dostępu do internetu.
Podobno każdy jest kowalem własnego losu, ale gdy los ten wpada w biedę, trudno o ogień do kowalskiego pieca.
Mam klientkę Sylwię, od  roku walcząc z bezwładem sądu  próbuję ją rozwieść. Na razie nareszcie mam ustanowionego kuratora dla  jej nieobecnego i nie znanego z miejsca pobytu męża, sąd wyjątkowo wolno działa w tej sprawie.
Jej beznadziejny małżonek trzy lata temu wyjechał do Anglii.
Początkowo się odzywał, przesyłał jakieś drobne kwoty, a potem słuch o nim zaginął.
Zerwał wszelkie kontakty z rodziną, a jedyny ślad po nim to wpis gdzieś na forum poczyniony przez porzuconą przez niego kobietę i sms do ojca rok temu na Święta z powiadomieniem, że żyje. Ale ten numer telefonu jest już nieaktywny.
Sylwia ma troje dzieci, dwójka pochodzi z nieszczęśliwego  małżeństwa, a trzecie z obecnego, szczęśliwego związku.
Gdy porzucił ją mąż, zostawiając ją z długami i bez środków do życia w wynajętym mieszkaniu, zaopiekował się nią i dziećmi kolega męża-Piotr. Opieka ma swoje długofalowe skutki, mają półroczne dziecko, ale muszę przyznać, że to porządny facet, dzieci Sylwii traktuje jak własne, a one za nim przepadają.
Widziałam, więc wiem.

Klepali razem biedę, ale umiarkowaną. Nie stać ich było na przyjęcie komunijne dla córki, ale nie brakowało na jedzenie. Piotr zarabiał pracując na dwóch etatach, Sylwia zajmowała się domem i dziećmi, ot przeciętna rodzina.
15-go grudnia 2010 roku Piotr nagle i niespodziewanie został aresztowany na trzy miesiące, podobno za udział w tzw. aferze paliwowej. Trudno mi w to uwierzyć, sądzę że jest to jak zwykle pomyłka organów ścigania, to jest zwykły kierowca, dopuszczam jedynie możliwość, że został wplątany w coś wbrew swej wiedzy i woli. Jakiekolwiek jednak nie byłyby przyczyny aresztu,  Sylwia została sama z dziećmi.
Dawała sobie radę przez kilka dni, aż przed Świętami pękła i przyszła do mnie. Bo nie miała do kogo.
Nie miała też na bilet tramwajowy i z głębokiej Huty do centrum miasta przyszła na nogach z dzieckiem w wózku. Kto zna Kraków to wie, jaka jest to odległość.
Dałam jej trochę pieniędzy, kupiłam zapas pampersów, jedzenie, zupki dla niemowląt,  itd i zbadałam sytuację.
Jest bardzo źle:
Nie ma żadnych pieniędzy. Jej matka nie żyje, ojciec mieszka w małej wsi gdzieś na Pomorzu i nie może na niego liczyć, pomimo że będąc byłym wojskowym, ma wysoką emeryturę. Ale pije.
Bliższej rodziny w postaci babć, dziadków i ciotek brak, jej siostra ma 19 lat i jeszcze się uczy.
Koleżanki są, ale są to głównie poznane na placu zabaw inne matki,  nie ma przyjaciół, za krótko mieszkała w Krakowie, by nawiązać jakieś mocniejsze więzi.
Matka Piotra mieszka ze swoją matką, obie w sumie mają 1700 złotych z emerytury i renty, z czego 1300 złotych wydają na mieszkanie. Od czasu do czasu przynosi Sylwii jakąś bieda-zupkę, ale jest schorowana i sama wymaga opieki, nie można zostawić z nią dziecka i iść do pracy.
Opieka społeczna opłaca dzieciom obiady w szkole.
Czynsz za styczeń wraz z mediami wynoszący 1200 złotych zapłaciła, bo miała na ten cel na szczęście wcześniej odłożone pieniądze. Za luty już nie ma.
Córka zachorowała i nie miała na leki.
Powiedziała mi, że kilka razy dziennie otwiera pusty porfel, jakby miał stać się cud.

Napiszę Wam tak:
nie jestem w stanie sama utrzymać jej z trójką dzieci.
Potrzebne są pieniądze na mieszkanie i na niezbędne rzeczy dla półrocznego dziecka,  typu pampersy, mleko i zupki, dla dziesięcioletniej dziewczynki wyglądającej jak mały elf i dla siedmioletniego chłopca.
Znam Sylwię od dwóch lat, widzę jak walczy z losem.
Na rodziców męża nie może liczyć, są na nią obrażeni, tak na wszelki wypadek, żeby nie prosiła ich o pomoc. Mimo wszystko poprosiła- odmówili, bo cytuję:  „im samym jest ciężko”.
Sylwia ma trzydzieści lat, a wygląda jak szesnastolatka. Prawie jej nie ma.
Ujmuje mnie swoją troską o dzieci i miłością do nich. Ona niczemu nie jest winna, poza winą w wyborze męża.
Może niedługo, za dwa -trzy miesiące uda się dostać alimenty z Funduszu Alimentacyjnego, jak tylko komornik nareszcie weźmie się do roboty, przestanie bezsensownie szukać jej męża, tam gdzie go nie ma  i wyda postanowienie o umorzeniu postępowania o egzekucję alimentów . Mamy wydane przez sąd zabezpieczenie alimentów na tysiąc złotych.
Sylwia  dziś wieczorem dowiedziała się, że jej ojciec jadąc autem pod wpływem alkoholu potrącił 74-letniego jadącego prawidłowo rowerzystę, który poniósł śmierć na miejscu.
Ojciec jest aresztowany, grozi mu kilka lat kary pozbawienia wolności, a rowerzystą był dziadek chłopaka jej siostry. Tak to sobie wymyślił los.
Załamała się zupełnie.
Kilka dni temu  poprosiłam, by założyła sobie konto.
Jest w tak prawdziwej desperacji, że  pozwoliła mi podać swoje nazwisko:
Sylwia Hala, Kraków, nr rach: 65 1050 1445 1000 0090 7055 3459
Może ktoś z Was wpłaci 10 złotych, 20, a może nawet i 50?
W lutym zapłacę za wynajem jej mieszkania, a z Waszych wpłat może uzbiera się na jedzenie dla dzieci, pampersy, mleko  i zupki dla małego, bardzo żarłocznego  synka. Widziałam go, to wiem. Prawdziwy z niego mały smok, waży już prawie dziewięć kilo.
Potem będziemy martwić się o marzec.
Ręczę sobą, że pieniądze nie pójdą na żaden inny cel, bo to naprawdę jest porządna i uczciwa dziewczyna, walczy z losem jak umie, ale sama nie ma szans.
Muszę powalczyć  o wyciągnięcie Piotra z aresztu, jest przecież jedynym żywicielem rodziny!
Trzeba jej pomóc, naprawdę trzeba. Ma zdrowe dzieci, ale za chwilę te dzieci  będą głodne.
Patrzę na nią  i widzę jak chudnie w oczach, na pewno nie dojada.
Pomożecie? Proszę! Wystarczą naprawdę małe wpłaty, byle od wielu z Was!
A na znajomych z reala powywieram nacisk bezpośredni.
Li.
PS. Taka notka w obliczu konkursu może wyglądać dwuznacznie, jestem pewna, że odezwą się trolle, będą posądzenia o populizm i takie tam,  ale mam to w swojej wirtualnej i realnej d…
Nie proszę o pomoc dla siebie.
Update: Pytacie o adres:
Do przelewu adres starego miejsca zameldowania, u teściów Sylwii, taki ma w dowodzie osobistym, choć podobno teściowie wszczęli sprawę o wymeldowanie jej i dzieci. Jak tak rzeczywiście zrobią to powstanie kolejny problem- bez stałego meldunku w Krakowie trudno będzie uzyskać pomoc socjalną.
Pomartwię się tym jednak później:  ul. Biskupia 11/10, 31-144 Kraków
Do wysłania paczki lub listu właściwy jest  adres wynajętego mieszkania: os. 1000-lecia 1/84, 31-603 Kraków
Zakładam, że psychopaci mnie nie czytają :)


Ja Wam daję to, a Wy mi dajcie to.

25 stycznia, 2011

Nie mam dziś ochoty na pisanie.
Może Wy coś napiszecie do mnie?
Coś lekkiego, niezobowiązującego, miłego, dowcipnego, z puszczeniem oka, bez oka…
Cokolwiek! Byle bez problemów.
Czuję się dziś opuszczona i samotna, jak sierotka.
Sierotka Monisia (chyba nie ma bardziej dramatycznie brzmiącego zdrobnienia mojego imienia).
Li.


Bez-myślność.

24 stycznia, 2011
-Nie chcę  pisać o rodzinno-okolicznych chorobach,  choć te-wchodząc  w moje życie bezczelnie i bez pukania, żądają nieustannej uwagi.  Teraz udaję, że ich nie ma, dzisiejszy wieczór musi być przyjemny, to aksjomat warunkujący spokojną  noc i kolorowe sny.
Wieczór musi mieć herbatę w ulubionym kubku, snującą się między kotami muzykę i większą niż zwykle warstwę kremu pod zmęczone oczy.
Wieczór daje Młodszej całusa na dobranoc, otwiera wytrawne chilijskie wino, wysnuwa z wątku życia jedną, cienką niteczkę nie obciążoną zmartwieniami i smutkiem i pozwala się sobą cieszyć.
Wieczór  ma czas  na przeglądanie stosu książek kupionych na wyprzedaży  w „Matrasie”,   mhmmm… a to przecież same przyjemności, zaraz wejdę z jedną z nich pod kołdrę i  nie będzie tam miejsca na nic innego (choć pewnie nie wytlumaczę tego wchodzącym jak do siebie kotom).
Nie wiem skąd ten nagły przypływ dobrego humoru, widocznie  depresję zalała fala, wywołana wiecznym ostatnio trzęsieniem mojego świata. 
Tak bardzo pragnę być szczęśliwa i pogodzona z życiem, że dziś wieczorem wyłączam umysł i będę kompletnie bez-myślna. Tylko przyjemności, tylko przyjemności, tylko przyjemności…
Li.

O niczym.

24 stycznia, 2011
Lubię poranki, gdy mój  świat jeszcze śpi, a ja już nie.
Koty i pies akcentują swoją dezaprobatę wymownym ziewaniem, ale wiernie pokazują, że jakby co,  to dla mnie zdolne są do działania. Najwyraźniej było to widać w chwili,  gdy Kara potrąciła  kubek z pierwszą kawą,  a ta  szerokim strumieniem wlała mi się do łóżka.
Lubię więc siedzieć w łóżku z laptopem, w świeżo przebranej pościeli  i jeszcze przez godzinę cieszyć się wolnością od życia.
Zaokienna ciemność idzie w kierunku światła, a zapach kawy pobudza mi zmysły.
Telefon śpi jak zabity, kalendarz jeszcze  nie otwarty, nie straszy swoimi wpisami, dla niego poniedziałek zaczyna się o ósmej rano.
A co na to Lec?
Człowiek nie jest samotny! Ktoś go przecież pilnuje.

Usiłuję wyobrazić sobie co będzie za kilka miesięcy, gdy zakwiecę i zakrzewię taras, gdy o piątej rano będzie zalany słońcem, gdy będzie lśnił od porannej rosy, gdy tam wyłożona na kanapie i w piżamie będę mogła pić poranną kawę, ech…!
A co na to Lec?
Czasem trzeba okres między przeszłością a przyszłością przeżywać w jakimś zastępczym czasie gramatycznym.

Trudno nie poddać się okolicznościom, ale przynajmniej spróbuję i z wrodzoną sobie przekorą nie dam się złym nastrojom.
Piszę na dziś dobry scenariusz z happy endem w postaci wieczornej wizyty u kosmetyczki, będzie bezstresowo, miło, ciepło i bezpiecznie.
Pooszukuję samą siebie, ale to dobre oszustwo, depenalizuję je, bo czynione jest w obronie koniecznej, by nie smutnieć, nie produkować zmarszczek pod oczami, nie farbować włosów na siwo i nie zatruwać się żalem do losu.
Li.

Udawanie przez chwilę nie boli, a potem za karę boli podwójnie.

23 stycznia, 2011
Są takie chwile w życiu kobiety, gdy w sobotni wieczór maluje oczy i wychodzi z domu, by  pić wino i śmiać się do łez z dowcipów nie najwyższych lotów.
Są takie chwile w życiu kobiety, gdy wśród ludzi udaje się jej zapomnieć, że  ukochany ojciec umiera na raka, a jej nieukochany były  mąż, będący jednak  kiedyś miłością jej  życia,  walczy i nie ma już włosów, brwi i pięknych, gęstych, długich  rzęs.
A co na to Lec?
Strzeżcie się tematów, od których nie możecie uciec.
Są więc i takie chwile w życiu kobiety, gdy w niedzielne, pozornie spokojne południe wydaje się jej, że  nie wytrzyma kłębiącego się w niej bólu i buntu przeciwko kolejnym  wyrokom losu,
wydawanym bez sprawiedliwości.
Są więc i takie chwile w życiu kobiety, gdy musi popłakać sobie do opuchnięcia oczu, rwącego łkania,
do dna rozpaczy i bezsilności.
A co na to Lec?
Wielu ludzi przeżywa tragedię. Nie każdemu jednak pisze ją jakiś Sofokles.
Są takie chwile w życiu kobiety, gdy może skupić się tylko na zadaniach danych jej do wykonania:
1. woda mineralna Nałęczowianka, delikatnie gazowana-cała zgrzewka, bo tata lubi tylko tę wodę,
2. sok jabłkowy- tylko Tymbark, bo według taty jest najlepszy,
3.realizacja recepty wypisanej przez niego samego dla samego siebie,  na najsilniejsze środki przeciwbólowe,
4. i …zawsze uśmiech, zawsze lekka kpina, zawsze żart na podorędziu, zawsze podniesiona głowa.
A co na to Lec?
Jak często gramy komedię, bez nadziei na oklaski.
Li.

Pochwała soboty ze wstydem w tle.

22 stycznia, 2011
W soboty przebudzenie wygląda zupełnie inaczej i nie chce mieć nic wspólnego z nerwowymi porankami poprzednich pięciu dni tygodnia.
Budzik nie wrzeszczy, a ja go nie zabijam jednym celnym uderzeniem,  okno nie trzeszczy z wysiłku nie wpuszczania głośnych odgłosów miejskiego życia, dzieci śpią, i nawet koty wiedzą, że jest sobota, bo nie wykazują wzmożonej porannej  aktywności, z której najbardziej cudownie uciążliwym objawem jest dotykanie zimnymi noskami mojej twarzy (choć z powodu tego ostatniego z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że rano jestem budzona pocałunkami).
W sobotę rano mogę siedzieć w łóżku z widokiem na nagą lipę za oknem, bo rolet i zasłon wciąż brak, pić ulubioną kawę z mlekiem, czytać, pisać i robić plany, a planowanie wychodzi mi najlepiej.
Dziś zaczęłam tworzyć listę zaniedbań i niedokończoności, powieszę ją w widocznym miejscu, może wzbudzając we mnie poczucie wstydu, sprowokuje mnie do twórczego działania.
W domu ze ścian sterczą kable, nie ma progów, brakuje klamek, w trzech miejscach nie ma listew przypodłogowych, nie powieszone obrazy smutnieją,  wbrew swej woli ukryte za kanapą, wyspa kuchenna ciągle czeka na ubranie, ściana nad kuchennymi szafkami też jest naga, nie ma rolet, nie ma zasłon, nie ma półek, nie ma niezbędnej komody.
Cudowna lampa nad schodami cierpi na brak  żarówek, bo z przewidzianych czternastu sztuk ma zaledwie dwie.

Poniżej: widok z drugiego poziomu na lampę i  sterczący kabelek na suficie. Oczywiście, że  na etapie budowy było zrobione specjalne wzmocnienie pod lampę, bo już wtedy mialam przeczucie powieszenia tu czegoś ciężkiego. Okazało się jednak, że nie pasuje… akurat ta lampa nie zmieściła się między schodami.
No cóż, na wszelki wypadek nikt pod nią nie staje.

Bobcio zapozował pod rybą, nie mogłam się oprzeć…

Lampa wygląda naprawdę pięknie, idzie się schodami razem z nią.

Sterczące kable wyglądają jednak dramatycznie przygnębiająco:

Przeprowadziłam się, zamieszkałam, pokochałam, przytuliłam do mojego serca i nie zauważam na co dzień wad,  braków i niedociągnięć.
Akceptuję bez zastrzeżeń, ślepo wpatrzona i zakochana do końca świata i o jeden dzień dłużej.
Coś mi to przypomina, haha…
Li.


To jeszcze nie koniec inwestycji :)

21 stycznia, 2011

Sms-y i prośby o nie dojdą pewnie do zestawu moich nocnych mar.
Już mi się śnią, gdy tylko uda mi się zasnąć.
Trzeba niestety głosować nadal. Rzecz jasna, że nikogo nie namawiam, haha, ale spróbujcie nie głosować!
Z tych samych telefonów, na ten sam numer 7122, ta sama treść A01026, tym razem na wybór Bloga Blogerów.
A jury zaczęło czytać wybrane blogi.
Miłego piątku, mój będzie koszmarny, aż nie chce mi się wychodzić z domu.
Li.


Pieskie życie.

20 stycznia, 2011
Czuję wewnętrzny sprzeciw przed napisaniem notki o zakończeniu pierwszego etapu konkursu, wystarczy że wrze na innych blogach.
Nie będę więc czynić gwałtu na swojej wrażliwej naturze i napiszę  o sprawie o psa.
Sprawa o psa tocząca się przed prowincjonanym sądem,   zajęła mi wczoraj kilka godzin i była kolejnym potwierdzeniem gorzkiej prawdy, że stosunki międzyludzkie coraz bardziej schodzą na psy, w tym przypadku zresztą dosłownie.
Pies jest mały, kudłaty, ma rozumne oczy i przyjemnie kundelski pysk.
Przez pierwsze dwa lata swojego życia biegał sobie swobodnie po podwórku domu jednej z małopolskich wsi, dla rozrywki goniąc kury i podgryzając kacze kuperki.
Dobra pani dbała o jego pełną miskę i na noc zabierała go do domu.
Pewnego dnia,   z Ameryki po dziesięciu latach nieobecności,  wrócił sąsiad i oto okazało się, że mały, wiejski kundel może być przyczyną wojny, w którą zaangażowany czynnie jest wymiar sprawiedliwości, adwokaci i rzesza mniej lub bardziej fałszywych świadków.
Sąsiad na mocy dawnej umowy ma prawo przechodu przez podwórko właścicielki psa. Nieważne, że od  czasu ustanowienia drogi koniecznej wiele się zmieniło, że do jego domu prowadzi teraz inna wygodna droga, że nie musi przechodzić przez cudze podwórko… ech, nie musi, ale chce. Bo ma.
Pies przyjaźnie nastawiony do świata witał intruza szczekaniem, ale takie jest prawo psa.
Mój też szczeka,  nawet na padający śnieg.
Sąsiad najwyraźniej nie znał psich zwyczajów i dla obrony przed szczekaniem zaczął nosić wielki kij. Potem posunął się dalej i zaczął tym kijem drażnić psa. Potem zaczął go nim uderzać.
A potem złożył skargę, że na drodze służebnej grasuje wielki, agresywny pies i włascicielka małego kundelka musiała przywiązać go  łańcuchem do budy.
Odkąd pies spędzał czas na apatycznym leżeniu i czekaniu na sąsiada, instynktownie czując, że jest on sprawcą jego nieszczęścia. Sąsiad widział widocznie wielką przyjemność w spacerach przez błotniste podwórko, bo potrafił chodzić tam i z powrotem przez kilka godzin.
Pies chrypiał od szczeku, pani psa od krzyku, a syn pani psa pewnego razu nie wytrzymał i wyrwał sąsiadowi kij, popchnął go, aż „prawie,  że upadł”- tu cytat z aktu oskarżenia. Bo prawie że upadły sąsiad złożył zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa naruszenia jego nietykalności  oraz znieważenia go słowami powszechnie uznanymi za obelżywe, jak np. sadysta, a trybiki machiny  (nie)sprawiedliwości zaczęły się kręcić. Syn pani psa, żeby się ratować i udowodnić złośliwość sąsiada, na rozpadającej się stodole, w miejscu niewidocznym dla oczu sąsiada,  umieścił dwie nowoczesne kamery, dzięki którym  mógł  nagrywać  amatorski serial obyczajowy: ” Szlakiem podwórkowym”.
I dzięki tym filmom oglądanym wczoraj na rozprawie,  sędzia zyskała przekonanie wzmocnione jeszcze moja płomienną mową obrończą, że jedyną ofiarą tych sąsiedzkich porachunków jest biedny i przykuty do łańcucha pies.
A że przy okazji sąd uniewinni oskarżonego syna pani psa, to inna sprawa. Wyrok w piątek.
Hau, hau.
Li.

Notka o charakterze administracyjno- rozliczeniowym.

20 stycznia, 2011
Bezsenność wybiera sobie dni mojego  tygodnia i akurat wczoraj miała wolny dzień.
Korzystając z okazji zasnęłam więc  snem kamiennym przed północą, stąd niespodziewana wiadomość o przefrunięciu z kiepskiego jedenastego miejsca, na zupelnie niezłe ósme dopadła mnie wczesnym rankiem.
Oczywiście nie umknął  mi z pola widzenia ten drobny fakt, że do niedawna jęczałam o fatalności ósmego miejsca, które obecnie wydaje mi się ósmym cudem świata, ale któż z nas jest konsekwentny i doskonały.
Ja na pewno nie!
Ostatnie, przed kolejną turą konkursu,  liczenie głosów odbędzie się dziś w samo południe.
Nie pozostaje mi nic innego, jak poprosić tych, którzy na mnie jeszcze nie zagłosowali, a być może mają na to ochotę, o wysłanie sms-a na numer 7122 o treści A01026 ( A zero jeden zero itd)
Znowu nabrałam konkursowego apetytu, a utrzymanie tej ósmej pozycji będzie trudne.
Bardzo Wam dziękuję i wracam do pisania bez konkursowych wtrętów, choć przecież  pisanie o konkursie niczym nie gwałci tematu „Ja i moje życie”.
Ale jest nudne, prawda?
:)
Li.
Update: Jesteśmy w finale, moi drodzy głosujący i niegłosujący Czytelnicy :)))

Real.

19 stycznia, 2011
Tata wraca dziś do szpitala po kolejną porcję chemii, a ja mam wyrzuty sumienia.
Poświęcam mu za mało czasu, bo egoistycznie i  rozpaczliwie pragnę, by było normalnie, tak jak zwykle, gdy wpadam do Rodziców jak po ogień,  goniona wiecznym brakiem czasu.
Odsuwam od siebie myśl o przemijaniu,  nie chcę zauważać postępów choroby, w samooszukiwaniu się mam mistrza.
Jestem słaba, zagubiłam się i nie mogę się znaleźć, męczy mnie to (samo)poszukiwanie, rozwiesiłam listy gończe za moim optymizmem.
Pozornie jest normalnie-obiecałam mu ostatniego Forsyth’a, kupiłam go  i cieszę się, że jeszcze  nie dałam, ten prezent jest ciągle przede mną, bo wierzę że mam mnóstwo czasu, w kwietniu ma imieniny. 
Kupiłam mu pierwszą część szwedzkiego sensacyjnego kryminału, przeczytał z zainteresowaniem, część druga ukaże się w maju, ma na co czekać.
Nie chcę słuchać jego dyspozycji co do pochówku, bo przecież mamy na to jeszcze czas.
Nie chcę słuchać niczego związanego z jego odejściem, obecnie nie ma takiej opcji, zaklinam rzeczywistość.
Cieszę się, że płytki skoczyły na 124 i niewiele brakuje im do dolnej granicy normy 140. Marne 16.
Tata jest lekarzem i powiedział mi,  jak będą wyglądać etapy jego umierania.
Po pierwsze:
Po drugie:
Po trzecie:
S-f.
Uciekam od tego, szukam wypełniaczy myśli.
Znowu nie mogę spać.
Za parę godzin zacznie się codzienny ruch.
Jadę zawodowo za Kraków, potem mam spotkania, będzie pośpiech, stres i kawa.
Będę myśleć o tym, by wrócić do domu i w mojej sypialni zamknąć się na świat.
Może uda mi się zasnąć, a może tylko poleżeć w ciemności w otuleniu kołdry, ale nie samej, o nie.
Będą wszyscy: lęki, demony, wątpliwości, zmory, czarnowidy…i  ten cholerny, nie dający się wyrzucić z mojego łóżka strach.
Li.

Do Anny- w odpowiedzi na komentarz.

18 stycznia, 2011
Moje litery zostają ze mną w domu na resztę popołudnia i żądają już tylko przyjemności.
Robię sobie kawę pół na pół z mlekiem, w ulubionym kubku z napisem: ” Jeszcze nie jesteś doskonała, ale  jesteś już całkiem blisko”, układam się na łóżku w ulubionej, acz zabójczej dla kręgosłupa pozycji i piszę co mi w duszy gra.
Moje litery mają malutkie zmarszczki pod oczami i pierwsze siwe włosy, dla świata ukryte pod farbą, ale świetnie widoczne przez moje wewnętrzne oko.
Moje litery przeszły ze mną straszne chwile, współodczuwanie umierania, śmierć i ogromną tęsknotę.
Moje litery razem ze mną dojrzały i z ostrością coraz gorszego wzroku zobaczyły jak kruche jest życie i jak samotna jest śmierć.
Moje litery nie chcą już pisać o kupowaniu butów, których zresztą już tyle nie kupuję.
Moje litery są dalej moją cordon sanitaire przed smutkiem życia i bezwzględnością świata, ale  słabsze i coraz starsze coraz częściej poddają się złym nastrojom.
Nie piszę tak samo? Bo nie jestem taka sama. Wady niestety pozostały, ale życie się zmieniło.
Zmieniły się też priorytety i sposoby (samo)pocieszania na tym najgorszym ze światów.
Moje litery są moje i mówią moim głosem.
Tulę je więc mocno do siebie, odpieram złe wciórności i czekam na ten magiczny moment, gdy znowu przyjdzie czas bezpieczeństwa, miłości, odprężenia i przekonania, że cokolwiek się stanie nie jestem sama.
Bo teraz jestem sama wśród problemów i nie chce mi się udawać, że jest inaczej.
Gdybym pisała tak samo jak kiedyś, „z radością, bez myśli przewodniej„, nie byłoby to takie prawdziwe.
I jednak, mimo wszystko mnie czytasz. A ja będę dalej pisać, raz tak, a raz tak.
Czasem słońce, czasem deszcz, i w radości i w smutku.
Li.

Spadam, ale się wznoszę.

17 stycznia, 2011
Zmuszona przez okrutny los do aktywności od  wpół do siódmej rano, rozmrażałam auto   w szarościach i mgle i miałam ochotę spłynąć wraz z lodem w odmęty miejskiej kanalizacji.
Dramatycznie beznadziejny poranek zdołowany okolicznościami przyrody wpędził mnie w fatalny humor, nie pomógł też powód tej porannej aktywności, a to konieczność pobrania tacie krwi do badania. Ech…
Potem poszłam do pracy, nie miałam czasu patrzeć w okno  i nagle…
Nagle świat został zalany słońcem, termometr w aucie zastygł ze zdziwienia na plusowych dziesięciu stopniach, na Kleparzu kupiłam nieprzemrożoną rzodkiewkę i koszyk pachnących hiacyntów.
Nagle życie znowu nabrało kolorów, spadek konkursowy z beznadziejnego siódmego miejsca na fatalne ósme po raz kolejny pokazał, że czasem słońce, czasem deszcz, widocznie jak w realu świeci słońce i samopoczucie wariuje w obłokach ze szczęścia, to w necie dla równowagi oscyluje w okolicy dna.
Co ma być, to będzie, nie będę Was przecież prosić o te sms-y do znudzenia.
Poczułam dziś przez zimę wiosnę, w weekend może pojedziemy na narty, może na baseny termalne, a może i na to i na to, a może nigdzie nie pojedziemy, najważniejsze, że świeci słońce, bo ja  łaknę słońca, bez niego zamieniam się w marudzącą starą babę, a przy nim dostaję kolorów i kwitnę.
Na resztę dnia mam załadowane akumulatory, czuję, że rosnę w siłę i w biodrach (bo niewątpliwie na tę cudowną zwyżkę nastroju wpływ miała  pyszna tarta z owocami i galaretką).
Miłego dnia!
Li.
PS. Byłam wczoraj na „Turyście”. Są trzy powody dla których warto zobaczyć ten beznadziejny film: absolutnie przepiękna Angelina Jolie, absolutnie uroczy Johny Depp, absolutnie przepięknie sfilmowana Wenecja. Wyszłam z kina z poczuciem klęski i bardzo zadowolona.

Nie posłuchałam, wystartowałam i…

16 stycznia, 2011
Dziś dopadła mnie smutna prawda- moi czytelnicy na mnie nie głosują.
Oczywiście, że zarzut ten nie dotyczy wszystkich, są tacy co zmobilizowali okoliczne komórki (niezmienne całusy za to ślę), ale większość czyta i tylko czyta, li i jedynie.
Wzięcie udzialu w takim konkursie to zawsze ryzyko, ale niech przynajmniej przegrywam z honorem!
Mam marne trzy kulki co oznacza, że nie mam nawet 250 głosów, a to stanowi ułamek czytających mnie codziennie osób. Może być mi przykro? Może. I jest. Nie cierpię być na siódmym miejscu, co to za fatalna pozycja!
Głosowanie co prawda  trwa do 20-go stycznia, ale mam podstawy sądzić, że z pierwszej dziesiątki jednak wypadnę, bo chyba kto na Li chciał zagłosować, to już zagłosował.
I po raz kolejny znajduje potwierdzenie stara blogowa prawda, że w takim konkursie  na bloga głosują znajomi z reala, znajomi znajomych (patrz: akcja Ania), znajomi z facebooka (tam mnie nie ma), z rozmaitych forów (tam też mnie nie ma), a rzadko zagłosuje czytelnik, który wejdzie tu ze strony konkursowej, przeczyta, napisze nawet i miłego maila, ale sms-a nie wyśle.
Ale ja to ja, może nie do każdego trafiam z moimi tekstami, może jestem denerwująca, może się chwalę, może nie daję się lubić, może wokół mnie jest za mało nieszczęść, choć osobiście uważam inaczej, ale blog yours?
Najlepszy literacki blog na świecie? Czy naprawdę nie widać, że jest to literatura na najwyższym poziomie? Dwie cholerne kulki i dwunaste miejsce to jest porażka. Czytelników!
Nie rozumiem promowania bylejakości, gdy taka perła jest na wyciągnięcie ręki!
Przecież ten konkurs ma promować magię słowa, umiejętność pisania, trafiania w emocje,  a nie… ech…
Nie będę się denerwować, mam czterdzieści trzy lata i problemy z sercem.
Strzelę focha i idę do kina.
Li.

Na życzenie BB.

16 stycznia, 2011
Są takie chwile w życiu kobiety, gdy budząc się samotnie  w zimny, szary, styczniowy poranek  pragnie  zacząć dzień od delikatnego i zdecydowanego masażu ud, tej cudownej, często niedocenianej części ciała, a przecież otwierającej drogę ku niezmierzonym obszarom późniejszej rozkoszy.
Tyleż możliwości tej rozkoszy, ile ud (i może dlatego tak trudno na tym świecie o wierność jednym udom).
Pseudo-koneserzy lekceważą uda przedkładając ponad nie piersi, ale prawdziwi znawcy wiedzą, że uda to nie nuda.
Trzeba tylko wiedzieć, jak się za nie zabrać, by oszołomiły ostrym smakiem na języku, ostrym-bo uda pieprzenie wprost uwielbiają.
Przed podjęciem czynności masujących  trzeba je koniecznie wykąpać, a kąpiel  musi zostawić na nich swój zapach i smak.
Dziś wybieram olejek kąpielowy z czosnkiem, niech poleżą sobie w ostudzonym, mocno naczosnkowanym bulionie przez piętnaście minut.  
Po kąpieli zmarznięte trzeba osuszyć i niezwłocznie zabrać się za masowanie, aby je rozgrzać na drogę do raju.
Potrzebujemy:
Udek z kurczaka, powiedzmy sześć  sztuk, im więcej tym lepiej, ale koniecznie do pary (uda pasjami lubią występować parami), oliwa, masło, sól, czosnek, ziele angielskie, majeranek, grubo zmielony pieprz, zmieloną ostrą paprykę, inne przyprawy, a to wedug uznania, ostatecznie niech każdy dochodzi sam do tego, jakie cuda lubią uda.
Sól w ilości czterech łyżeczek łączymy w nierozerwalny związek z oliwą, konfekcyjną przyprawą do kurczaka, zmiażdżonymi kilkoma ziarenkami ziela angielskiego, kilkoma łyżkami majeranku i wyciśniętą całą główką czosnku. Mocno to ucieramy łyżką i w mgnieniu oka mamy cudny, pachnący i peelingujący krem do masażu. Delikatnie masując nacieramy uda, szczególnie mocno naciskając kciukiem, od ich początku do końca, albo od końca do początku, w tych sprawach nie ma jednej przepisanej metody, najważniejsza jest ochota, podbita fantazją, owinięta wyobraźnią i kusząca smakiem in spe.
Wysmarowane, wymasowane i zrelaksowane pozostawiamy w miejscu, gdzie intymnie mogą nacieszyć się swoją bliskością. W tym nacieszaniu się nie można im przeszkadzać przez conajmniej dwie godziny, niech przywierają do siebie tak blisko, by nie było miejsca na nic innego, niech się o siebie lubieżnie ocierają, niech w ciemnościach szukają się dotykiem, niech sobą przenikną, niech  dobiorą się parami, niech pokochają się wielką miłością do ostatniego kęsa.
Po dwóch godzinach brutalnie wkraczamy w ich życie przerywając miłosną sielankę i wrzucamy towarzystwo pod prysznic, usuwamy z nich cały krem do masażu, osuszamy i gdy takie sponiewierane nie spodziewają się od nas już niczego dobrego, dostają bonus w postaci aksamitu masła czule roztartego na ich skórze, ruchami pełnymi pieszczoty i delikatności. Na masło obficie sypiemy grubo zmielony pieprz, majeranek i ostrą paprykę-musi być ostra, słodka w wysokiej temperaturze karmelizuje się i gorzknieje, a przecież miłość ma być słodka.
Otoczone w przyprawach układamy w naczyniu żaroodpornym, obficie polanym oliwą z połową szklanki wody.
Im więcej ostrej papryki tym bardziej diabelsko kuszące te uda…
Tak potraktowane udka, napalone do działania, same już chcą dostać się do piekarnika, wcześniej nabuzowanego do temperatury ok. 220 stopni, pierwsza miłość jest gorąca, po 10-ciu minutach to gwałtowne pożądanie spada do 180-200 stopni, ale i tak jest im ze sobą dobrze jeszcze przez 40  min.
Taka miłość nigdy nie dzieje się pod kołdrą, wymaga powietrza i swobody!
Takie uda to nie nuda.
Są ostre, pieprzne, miękkie, ale jędrne, soczyste, pachnące od przypraw, zachęcające, prowadzące drogą do prawdziwej kulinarnej rozkoszy.
Pieprzne uda lubią wokół siebie łagodność, świetnie do nich pasuje mizeria ze śmietaną, zniewolona czosnkiem, mocne przyprawy i smaki czarują, dodają koloru, zachęcają, są najlepszym afrodyzjakiem do zupełnie innego dotyku zupełnie innych ud….
Ale o tym innym razem.
Smacznego!
Li.

Sobotni luz-blues.

15 stycznia, 2011
Kiedy w piątek robię plany na sobotę,  to krzyżuję palce i  dzięki temu prostemu fortelowi nie mam wyrzutów sumienia,  gdy ambitne sobotnie plany razem ze mną  nie wychodzą z łóżka.
Łóżko to ważna rzecz, kto wie czy w domu nie najważniejsza- a mówię to z pozycji osoby, która własne łóżko ma dopiero od trzech tygodni. 
Moje łóżko jest pod stałą okupacją czterech kotów i psa, leniwie na nim rozwalone zawieszają broń i wspólnie kokoszą się w miękkości kołdry. Dla mnie zostaje jej zawsze za mało!
Spędzam dzień w łóżku robiąc nic.
Czytam, gadam przez telefon, odpisuję na maile, zasypiam, nakładam sobie na twarz i pod oczy cuda czyniącą maseczkę, piję kolejną herbatę, wstaję tylko po to, by zaraz z powrotem się położyć, rozleniwiam się do granic (nie)przyzwoitości, na obiad zamawiam pizzę, a myśl o braku konieczności wykonywania jakichkolwiek czynności poza utrzymywaniem niezbędnych funkcji życiowych jest cudownie leniwa.
I to moje dolce far niente wcale nie musi mieć innych okoliczności przyrody- wystarczy zamknąć oczy i  oto leżę sobie pod palmą w moim łóżku, fale turkusowego morza cicho uderzają o jego brzeg, słyszę stukot spadających orzechów kokosowych, czuję na sobie promienie słońca przefiltrowane przez liście, jest mi błogo, cudownie, bezpiecznie, nie ma żadnych strachów, demonów, wiarybraków, snubrakowaczy i czarnowidów.
Dziś odpoczywam i myślę tylko o sobie.
Jakieś zakupy, jakieś gotowanie, jakieś sprzątanie, jakieś układanie prania- jutro.
Niedziela jest dniem wolnym od pracy, ale przecież wszelkie czynności domowe to dla kobiety nie praca, a ogromna,  niekończąca się  przyjemność, n’est-ce pas?
:)
Li.

Wcale nie jestem smutna, to tylko ten deszcz…:)

14 stycznia, 2011
Deszcz bębniąc w mój dach, myje miasto z resztek śniegu.
Lubię gdy tak pada, wilgoć skręca mi końce włosów w śmieszne loki, a czerwony szalik rozświetla szarości.
Wróciłam do domu, wolna już od obowiązków zawodowych, mogę całkiem spokojnie wypić kolejną kawę i nacieszyć się chwilowym spokojem. Łaknę spokoju, nawet wtedy, gdy tylko udaję, że rzeczywistości nie ma i zamykam się w swoim domu pod gwiazdami.
Ostatnie moje  lata to same przełomy i zmiany, wariactwa myśli, wybuchy, ruchy i tsunami emocji.
Walczę ze sobą i światem, nie ma we mnie obojętności ani przyzwolenia na status quo i  jak po burzy przychodzi słońce, tak po wojnie musi przyjść pokój. Czekam.
A co na to Lec?

Z walki myśli rodzi się pokój człowieka.
Życie ciągle uczy mnie  wiary w konieczność zmian, ciekawości w zaglądaniu za róg i walki ze strachem o byt.
Bo to przecież jasne, że się boję. Czasem boję się tak, że zwijam się z bólu i czuję jak mi brakuje powietrza.

Strach jest okrutny, dławi i otumania, paraliżuje rozum i odbiera jasność spojrzenia. Najbardziej w życiu walczę ze swoimi strachami, bo w tylu sprawach jestem tchórzem.
Rozsądny stosunek strachu do rzeczywistości pomaga żyć, przerost strachu jest zbrodnią na samym sobie, bo zabija poczucie własnej wartości, marzenia, wiarę w siebie i radość życia.
Strach jest jak psychopatyczny partner, toksyna od której trudno się uwolnić- silny, wstrętny, złośliwy, wymagający, bezlitosny, nieprzewidywalny, piętrzący trudności, śmiejący się prosto w zmęczone oczy i wpełzający do  serca.
Boję się o tatę, boję się o życie bez taty, boję się kolejnej straty.
A co na to Lec?
Jak zwykle: Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija.
Tylko szkoda, że to „mijanie” tak wyjątkowo boli. I ta bezsilność!
Li.

Jak zdobywać sms-y? Krótki poradnik z Anią w tle.

13 stycznia, 2011

Żeby zdobyć sms-y, które potem zamieniają się w kulki ( a mam już trzy)- trzeba mieć Anię.
Ania jest cudowna i nie każdy może ją mieć. Ja ją mam.

Ania ma wiele zalet, z których dwie wybijają się na plan pierwszy- czyta mojego bloga i uwielbia go czytać, co oczywiście podnosi moje ego i uruchamia wcale nie tak głęboko ukryte pokłady zarozumialstwa…
Ania pracuje w dużej firmie.
W tej firmie wszyscy mają komórki i wszyscy mają jedną wadę- nie czytają mojego bloga (mam nadzieję, że to stan przeszły).
Ania prosi, koledzy z pracy wysyłają i z ciekawości wchodzą na bloga. (W tym miejscu preferuję wersję, że utwierdzają się tylko w przekonaniu, że nie był to sms stracony…).
Ania zna Krzysia. Krzyś sms-a nie wysyła, bo już na prośbę swojej dziewczyny wysłał sms-a na bloga, którego ta dziewczyna lubi czytać. Ania jest oburzona, podpytuje Krzysia, co to za blog.
Krzysiu odpowiada Ani: takiej jednej babki, co zrobiła nadbudowę na kamienicy i byliśmy u niej na imprezie sylwestrowej, wcale jej wcześniej nie znając.
„Fajna ta babka”  powiedział Krzyś- ale możliwe, że dodała to Ania w celu poprawienia mojego kiepskiego samopoczucia.
Ania kojarzy fakty- miała być na tej samej imprezie, ale z powodów rodzinnych musiała wyjechać za Kraków.  Śmieją się z Krzysiem z odwiecznego „jaki mały jest ten świat”.
A ja ściskam i pozdrawiam dziewczynę Krzysia, jedną z moich ulubionych czytelniczek- Echoes i cieszę się nie wiadomo w sumie z czego.
Chyba właśnie z tego- jaki mały jest ten świat!
Dzięki :)
Li.

Sprawozdanie z głosowania.

13 stycznia, 2011
Dziękuję! Dziękuję za sms-y!
Zajmujemy dobrą ósmą pozycję i jak wyśle na mnie  sms-a ten z Was, kto jeszcze tego nie zrobił (tu rzucam groźne spojrzenie) to będzie lepiej :)
Pragnę więc przypomnieć: na numer 7122 wysyłacie sms-a o treści A01026 .
Wyniki ogłaszane są o północy i w samo południe.
Z moich długoletnich obserwacji wynika, że sms-ów nie wyśle chyba nikt przypadkowy, mogę liczyć tylko na stałych czytelników, ich krewnych i znajomych królika, choć oczywiście nie chciałabym nikogo tak strasznym podejrzeniem urazić.
Oprócz mnie walczą moje ulubione blogi:
http://www.yours.blog.pl/
http://www.alternatywnie.wordpress.com/
http://www.fetysz.wordpress.com/
Proszę o sms-a także i na nie. Dochód z sms-ów idzie na dobry cel, operatorzy komórkowi zrezygnowali z opłat,  złotówkę i dwadzieścia trzy grosze można dołożyć do czynienia dobra, prawda?
Dziękuję jeszcze raz, ściskam mocno
Li.

Czasem słońce, czasem deszcz, z reguły pada(m).

12 stycznia, 2011
Życie pogrywa ambiwalentnie wynikami płytek krwi, dziś wprawdzie szybują nadal poniżej normy, ale za to są zdecydowanie powyżej wczorajszego rozpaczliwego  dna.
Tata czuje się lepiej, więc i mnie jest lepiej.
Dzień  odszedł w noc zabierając swoje manele i tobołki z problemami,  wieczór jak tabula rasa, zapalam łagodne światło, nalewam sobie wina i zaczynam celebrować- w programie mam same zmysłowe przyjemności: pranie, zmywarka, sprzątanie, wymianę żwirku w kocich kuwetach, zniwelowanie kilku pokaźnych wzniesień prania… ech, Pani Jadzia chora!
Nie będę myśleć, tylko będę snuć się leniwie po domu, pokopciuszkuję, posprzątam, poukładam, pocieszę się długą kąpielą, a o problemach pomyślę jutro.
Li-Scarlett

Środa już od wtorku poszukuje kota w worku.

12 stycznia, 2011
Bezsenność zabiera mi poduszkę i wyrzuca z łóżka.
Zaokienne ciemności nie przefiltrowane przez zasłony są dziś wyjątkowo przygnębiające.
Zazdrośnie patrzę na ciemne kwadraty okien uśpionych kamienic i wlewam w siebie łyk ciepłej kawy szukając w niej energii i chęci do życia.
Mam dziś przed sobą kolejny ciężki dzień, chciałam ukryć to przed stresem, ale już mu o tym doniesiono. Zdradziły mnie moje własne myśli i poddały mu się bez walki.
Słyszę jak zaczyna syczeć w mojej głowie, jak ogarnia mnie całą, bezlitosny, obezwładniający i lepki.  
Są takie chwile w życiu kobiety,  gdy na smutne oczy nie pomaga najlepszy krem, a świadomość odchodzenia bliskiej osoby i konieczność bezradnego się temu przyglądania kamieniuje myśli i ścina serce lodowatym przerażeniem.
Nie pomagają mi podwójne dawki magnezu, kąpiele w pianie, czytanie w wannie Musierowicz i pisanie notek na blogu o wszystkim nieważnym.
Nie pomaga mi nie pisanie o gwałtownie postępującej chorobie taty.
Nie jestem w stanie wyobrazić sobie momentu, gdy sięgnę po telefon i nie będę mogła do niego zadzwonić.
Li.

Nie lubię, oj nie lubię, ale muszę :)

11 stycznia, 2011
Zaczęło się głosowanie.
Proste : na numer 7122 trzeba wysłać sms-a, o treści A01026.
Jedna litera i pięć cyfr.
Z jednego telefonu na jednego bloga można wysłać tylko jednego sms-a, piszę to na wszelki wypadek, gdyby ktoś mnie kochający, uwielbiający itp. chciał zainwestować we mnie więcej niż 1,23 zł.
Dzięki, wysyłajcie żeby mieć już z głowy i idziemy do przodu.
A co na to Lec?
Dokąd zmierza życie? Tam gdzie Ty, dopóki idziesz.
Li.

Ogłoszenie parafialne.

9 stycznia, 2011
Jak mnie już tak bardzo prosicie, tak ładnie, tak łechtając moje poczucie próżności, haha, to zgodnie z „proście, a będzie Wam dane”, zgłaszam bloga do konkursu. To będzie nasz trzeci raz!
Tu był pierwszy, tu był drugi, rok temu nie startowałam, a teraz znowu zaczynamy się bawić na tym pełnym chorób, smutku i niesprawiedliwości świecie. Najwyżej się przegra tuż przed finałem, czy to pierwszy raz? Był czas przywyknąć.
Pozostaje do wymyślenia krótki opis bloga, a z krótkimi formami zawsze mam problemy.
Veni, vidi, vici będzie zbyt bezczelne, prawda?
  :))
No to zabieramy się do roboty! Do wtorku można zgłaszać blogi, a potem zaczynamy się ścigać. Konkurencja zabójcza, ale przecież damy radę, nie może być inaczej!
Hej, komórki w dłoń!
Li.

Rewolucja piątkowa.

7 stycznia, 2011
Nie lubię bałaganu, a ciągle go gdzieś mam.
Dziś wchodzę w siebie, by porządnie posprzątać.
Powymiatam kąty i poukładam na półkach z emocjami.
Wrzucę do pralki oddzielające mnie od świata zakurzone zasłony  i wyleję wybielacz na czarne myśli.
Czuję jak ogarnia mnie rewolucyjny zapał do zmian, dość mam już tego ucisku na piersiach i panoszenia się stresu.
Dziś zrobię sobie dobry dla mnie samej dzień.
Będę dla siebie miła, czuła i delikatna.
Kupię sobie ptasie mleczko.
I stos gazet.
Wieczorem pójdę na urodziny do D.
I żadnych smutnych myśli, rien de rien.
Li.