Historyjka.

4 stycznia, 2011

Pewnego pięknego dnia ubiegłej jesieni, a może nawet i zimy poprosiłam któregoś z robotników o oderwanie jednego ze stopni  prowadzących na strych starych schodów.
Ciekawa byłam ich budowy, musieliśmy znaleźć sposób na  renowację zniszczonych schodów przy jak najmniejszej uciążliwości dla użytkowników. Nie miałam żadnych przeczuć, stopień wybrałam losowo. Znaleziona pod nim mumia szczura,  ku mojej uldze  rozsypała się w proch, ale tabliczka zostawiona 123 lata temu przez Józefa Jaskólskiego, podmajstra przetrwała i teraz oprawiona wisi wśród moich obrazów stanowiąc świadectwo marności nad marnościami, bo schody zrobione przez Pana Józefa trwają do dziś, a po nim… ech…
Uwielbiam na nią patrzeć i uwielbiam opowiadać tę historię.
Kamienica dała mi znak od siebie, a może to duch Józefa chciał by ktoś go wspominał?
Chodzę codziennie po schodach przez niego zrobionych i myślę o nim, wymyślam jak wyglądał, ile miał dzieci i czy udało mu się zostać majstrem.
Ciekawe,  czy on wkładając tabliczkę do schodów myślał o tym,  kim będzie ten, kto ją kiedyś znajdzie.
Li.

Sprawy łazienkowe.

4 stycznia, 2011
Kiedyś było tak:

A teraz:
Wchodzę  do łazienki.

Mam ochotę na kąpiel.
Zapalam ulubioną lampę  nad lustrem i …

… zastanawiam się czy wziąć prysznic czy…

 … wejść do pachnącej piany.

Wygrywa kąpiel w wannie, puszczam wodę, a na jej dźwięk  do akcji wkraczają ONE:
Masza zawsze robi obchód po wannie, fascynuje ją  różowa kaczuszka.

Kaczuszka  nie umie pływać i rozpaczliwie kiwa się w npianie, leżąc na boku.
Ma jednak na kaczej piersi napis zapewniający mnie o wielkiej miłości i  jest prezentem od mojej starszej córki.
Kąpię się z nią zawsze, kolorystycznie tworzy piękny kontrapunkt dla zgaszonej szarości  i bladego różu ściany.

Kocia wataha nie odpuszcza i delikatnie, na swoich cudownych,  miękkich białych łapkach wchodzi Sasza,
posiadaczka ślicznych różowych poduszeczek,   pasujących mi oczywiście do łazienki.

 Król Szary zjawia się pod koniec, udaje że nie jest zainteresowany, a w łazience znalazł się przypadkiem, właściwie to…

… on tylko szuka Bobcia.

Bobcio to koci kameleon, ale ja zawsze  go znajdę.
 To typ klasycznego podglądacza, interesują go wszystkie łazienkowe czynności, a już tryskający wodą prysznic w kabinie to jak kolejny sezon „Gotowych na wszystko”.
Na zdjęciu poniżej można podziwiać ( ale zapewniam, że  nie jest to obowiązkowe)  motyw dekoracyjny ze szklanej mozaiki osobiście przeze mnie przyklejany.
Według mnie jest wisienką na torcie, a zdania przeciwnego, jak ktoś oczywiście odważy się je mieć-  nie słucham.
Moja młodsza córka latała goła, ale ręka jest przyzwoicie pokazana, prawda?

Tu kolekcja moich perfum.
Ze zgrozą zauważam, że ostatnio kupuję tylko takie, które pasują mi do łazienki.

A to kolekcja przedwojennych buteleczek na perfumy pomieszanych z ładnym szajsem.
Grunt to mieszać.

Chciałam jeszcze dołożyć zdjęcie jak wychodzę z wanny, ale film mi się właśnie skończył.
Następnym razem…
: )
Li.


A kto wie co za rogiem?

1 stycznia, 2011

Sylwester się udał, choć wrodzona skromność nie pozwala mi napisać, jak bardzo się udał!

Wstałam w sobotni poranek w samo południe, dom tętnił życiem, wrocławscy goście rządzili w kuchni, kawa, śniadanie z posylwestrowych resztek- wszak kto zjada ostatki, ten jest piękny i gładki-potem następni goście i następni, zostały puste talerze, opuszczone przez wino butelki, ale za to wanna była pełna piany i nastał czas tylko dla mnie-na relaks, na ułożenie wrażeń i na umycie podłogi.
Szkoda, że o sylwestrowej dwunastej w nocy nie zamyka się na zawsze szlaban na wczorajsze dni, na uwierające sprawy, na smutki piętnujące duszę, na żale raniące serce.
Szkoda, że 31-ty dzień grudnia to tylko umowna granica pomiędzy dniem, a dniem- najważniejsza dla producentów kalendarzy, ale zupełnie nieważna dla losu, kpiącego sobie z dat, przełomów, postanowień noworocznych, obietnic, wróżb i oczekiwań.
W niezamierzonym, acz nachalnie wdzierającym się w myśli podsumowaniu myślałam, że nie miałam dobrych ostatnich dwóch lat- tyle w nich było smutku, strat w przyjaźniach wcześniej niezawodnych, chorób bliskich i wizyt na cmentarzu.
Ale przecież żyję, wybudowałam sobie i dzieciom dom, zamieszkałam w nim, a on daje mi poczucie bezpieczeństwa i oparcie, daje mi radość i dumę, jest jak ukochane dziecko, mogłam zaprosić do niego gości, bawić się, tańczyć i śmiać, objadać przyniesionymi przez nich przysmakami, pić wino i nie myśleć o przyszłości.
W ten wczorajszy wieczór i dzisiejszą noc do rana byłam najgorliwszym wyznawcą Carpe Diem.
Goście mnie nie zawiedli, świece dawały ciepło i lekką tajemnicę ciemnych kątów, a moja wielka sofa przyjęła każdego, kto chciał na niej usiąść w wygodnym rozwaleniu.

D. zaszalała i zrobiła pięć rodzajów masełek- z czosnkiem i skórką pomarańczy, z szałwią, z kasztanami i pancettą, z żurawiną i czymś tam jeszcze pysznym, do tego były małe bułeczki prosto z piekarnika i właśnie teraz, pisząc te słowa jem sobie ostatnią bułeczkę, gorącą i pachnącą, dopalają się świece, koty powyłaziły ze swoich kryjówek, Nowy Rok bez żadnych postanowień czas zacząć, proszę go tylko, by dał sobie szansę na bycie dobrym i pogodnym rokiem, bez nieszczęść i smutków, takim rokiem którego zawsze chce się pamiętać, przywoływać we wspomnieniach, zachlystywać się życiem w czasie jego trwania, być w zdrowiu i zgodzie z sobą samym i resztą świata.
Tego Wam i sobie gorąco, z całego mojego poranionego serca, ze wszystkich jego kątów, wyganiając z nich lęki przyszłości i strachy o bliskich- życzę!
Li.


Sprawy organizacyjne.

27 grudnia, 2010
Święta szczęśliwie za nami, teraz czas na Sylwestra i w związku z tym wynikła konieczność załatwienia spraw organizacyjnych.
Ostateczny termin zgłaszania się na imprezę mija jutro o północy :)
Ilość miejsc ograniczona liczbą posiadanych przeze mnie kieliszków do wina!
Piszcie na Mo67@poczta.fm po adres i takie tam inne organizacyjno-alkoholowo-jedzeniowe sprawy.
Jakoś się cieszę, nawet bardzo cieszę i mam przeczucie, że będzie to beznadziejna katastrofa, co w wolnym tłumaczeniu przeczuć i snów oznacza fantastyczną imprezę.
Kupiłam świetne znicze- w kształcie choinek- czerwone, zielone i białe w ilości 50-ciu sztuk.
Jak stypa po starym roku to stypa. No i jak fajnie ogrzeją taras!
A od mojej starszej córki dostałam fantastyczne foremki do lodu- w kształcie sztucznej szczęki. Będą fajnie grzechotać w szklankach :D
Niech idzie w cholerę i w przeszłość ten paskudny 2010 rok.
Z przyjemnością go pożegnam, nie roniąc ni jednej łzy!
Li.

Jak dobrze, że już minęły.

26 grudnia, 2010

„Zróbmy świąteczną atmosferę” nudziło od kilku dni moje młodsze dziecko, nie potrafiące oprzeć się natrętnym reklamom, w których idealnie piękne rodziny ubierają idealnie kształtną choinkę, a idealne panie domu w idealnym porządku układają zakupione co najmniej pół roku wcześniej idealnie wybrane prezenty.

„A dlaczego jeszcze nie mamy choinki?” pytało dziecko na dwa tygodnie przed Wigilią.
A dlatego, że jest mi daleko do ideału i odkąd sięgam pamięcią nie cierpię Świąt Bożego Narodzenia. Ale jak mus to mus, dzieci mają swoje prawa. Choinkę przecenioną o połowę z powodu braku zainteresowania, kupiłam w wigilię Wigilii w Castoramie. Wybrałam jodłę kaukaską, bardzo gęstą, licząc na to, że żaden z moich kotów nie zmieści się pomiędzy gałązkami. O tym, że jak zwykle się przeliczyłam, dowiedziałam się zaraz potem- koty oszalały na widok nowego drapaka, a Bobcio nie schodzi z drzewka, poza częstymi chwilami, gdy drzewko się przewraca… W celu zrobienia świątecznej atmosfery i bez myśli o obowiązku /się/ całowania powiesiłam na lampie w kuchni jemiołę, a nad stołem w salonie suszone plastry pomarańczy, lekko co prawda przypalone- zapomniałam, że suszą się w piekarniku i spędziły tam całe przedświąteczne popołudnie. Balustradę od schodów owinęłam łańcuchami i lampkami i tym sposobem świąteczny kicz wprowadził się i zadomowił. Prezenty kupiłam w piątek, w ostatniej chwili, ale za to bez towarzystwa szalejącego tlumu i wyjątkowo udane.

Wieczerza wigilijna u Rodziców, potem powrót do domu, dziwne zmęczenie, jakiś film, ale nie pamiętam jaki, chyba zasnęłam, męczące sny, w sobotę późno wstałam, miałam gościa, zapaliłam świece i choinkę, bo przecież świąteczna atmosfera, potem znowu zasnęłam, niedziela, późno wstałam, dzieci nareszcie pojechały do babci ojczystej, u mnie znowu goście, ale mam przed sobą perspektywę dwóch wolnych od ukochanego potomstwa dni, teraz jest późny niedzielny wieczór i już po świętach, ale za to z kłopotem pozbycia się sporej choinki. Nie znoszę przymusu odczuwania świątecznej atmosfery, fałszywego lukru, nieśmiertelnych świątecznych piosenek, dzikiego tlumu nawet na Kleparzu, szaleństwa, robienia remontów, generalnego sprzątania, udawania i pustosłowia. Nie znoszę Świąt, zawsze jest mi smutno, to pewnie jakaś genetyczna skaza. Cieszę się, że minęły, a za rok obiecuję sobie wyjazd z domu gdziekolwiek, byle daleko. Jest to moja tradycyjna poświąteczna obietnica, której nigdy nie dotrzymuję, ale przecież należy pielęgnować tradycję, prawda? Brniemy w to czego serdecznie nie znosimy, spętani tradycją i oczekiwaniami, ta pierwsza zmusza nas jako istoty społeczne do pewnych zachowań, te drugie rzadko się spełniają, a przecież smutek podbity rozczarowaniem nie wiadomo czym i kim, samotnością w tłumie, i świąteczną atmosferą jest jakoś bardziej … smutny.
Co roku są Święta i co roku znam datę mojego najbardziej smutnego i przygnębiającego smutku.

Nie tracę jednak nadziei, że kiedyś i na TEN smutek znajdę antidotum.

Li.

Zdjęć cd.

22 grudnia, 2010


Lampa nad lustrem w przedpokoju z tabliczką z jasnym przekazem :) Od razu dodam, że to nie jest TA lampa, o której piszę poniżej. Tamta ma ponad trzy metry długości!

Reszta później.
Li.


Odchodzić, nie odchodzić, oto jest pytanie.

22 grudnia, 2010

Mogę iść na kompromis i nie pisać na blogu o chorobie taty.

Ale czy będzie oznaczać to, że jej nie ma?
Mogę nie pisać o rozpaczy mojej mamy.
Ale czy oznaczać to będzie, że ona nie rozpacza?
Nie będę pisać o swoim żalu i obawach, ale czy one znikną?
Nie umiem udawać, że sprawy nie ma.
Nie umiem udawać, że u mnie wszystko w porządku, gdy jest w najlepszym nieporządku, jak boli, to boli, jak jest dobrze, to jest dobrze, jak jestem szczęśliwa, to całą sobą, jak jestem nieszczęśliwa, to nawet koty nie podnoszą swoich ogonków.
Kocham moją mamę, ale różnice pomiędzy nami zawsze muszą pomiędzy nami namieszać.
Nie mam pojęcia, co zrobię dalej.
Nie chce mi się zakładać nowego bloga, a straciłam serce do pisania w tym miejscu.
Są takie sprawy o których chce się powiedzieć całemu światu, ale niekoniecznie najbliższym.
Li.

A ze spraw mniej ważnych, ale znacznie bardziej pogodnych- wrzucam zdjęcia schodów, dziś nad schodami będzie powieszona ogromna lampa, osiemdziesięciokilowa, postaram się wrzucić zdjęcie wieczorem.
(Oby koty nie uznały, że to choinka dla nich).
Na portrecie pomiędzy półkami- moja mama.
Uwielbiam ten obraz, udało mi się go wycyganić…
Pomiędzy książkami moja kolekcja kotów z całego świata, kiedyś opiszę każdą figurkę.
Ciąg dalszy zdjęć w kolejnej odsłonie, bo nie mam cierpliwości do ich długiego ładowania.

Wyprowadzam się.

21 grudnia, 2010
Mój niemyślący brat , pomimo moich ostrzeżeń i próśb podał adres bloga mojej Mamie.
Paskudnie się zachował. Sam dwa lata temu wszedł tu nie proszony, a teraz bezmyślnie mnie zdradził.
Moja Mama nie akceptuje tego, że piszę o chorobie ojca, bo przed światem trzeba udawać, że wszystko jest w porządku. Ja tak nie umiem.
Kończę jednak pisanie w tym miejscu, taki widocznie mój tułaczy los, trzeba będzie się przeprowadzić, ale już bez rodziny, krewnych i znajomych królika.
Nie jest mi smutno, jestem wściekła i rozżalona.
To tak jakbym po powrocie do domu z udanej imprezy odkryła ślady włamywaczy, grzebiących w moich osobistych rzeczach.
Póki co, daję sobie kilka dni na poszukanie nowego mieszkania, a dla Was- miłego dnia.
Li.

Trochę zaniedbam moje Niedyskrety.

20 grudnia, 2010
Nagle pisanie straciło dla mnie swoją terapeutyczną moc.
Duszę w sobie mój smutek i strach, uśmiecham się do świata, ale tylko ustami, oczy odwracam, oczy mam wyjątkowo prawdomówne, zawsze pokazują to, co zalega mi na duszy dnie.
Tata zaczyna cierpieć coraz bardziej, Obcy buszuje w nim bezkarnie, a my czekamy na wyniki histopatologiczne, choć wynik PET-a pozbawia wszelkich złudzeń.
Historia zatacza koło, znowu rozmawia się o chemioterapii, operacjach, konsultacjach, historia chichocze- tata będzie na jednym oddziale chemioterapii z Nemo, byłym zięciem.
Ech… życie.
Wszystko mnie boli, a najbardziej bezsilność.
Nie zastanawiam się dlaczego znowu tak nas doświadcza los, nie zadaję pytania, dlaczego znowu my, widocznie teraz przyszedł czas na moją rodzinę, do pewnego czasu nie było w niej większych nieszczęść, chyba skończył nam się limit na szczęście, które jest przecież wyłącznie brakiem nieszczęścia.
Skupiam się na codzienności, trzeba przejąć na siebie obowiązki zakupów, kupna kilku codziennie przez tatę czytanych gazet, dzielę się z bratem i jakoś damy radę.
Muszę kupić choinkę, przystroić dom, zastanowić się nad świątecznym menu, czekają mnie kolejne Święta ze smutkiem w tle.
Nie chce mi się specjalnie szukać pocieszenia i rozrywek, daję się w tej sprawie nieść losowi.
Wczoraj byłam na tradycyjnym przedświątecznym spotkaniu u D., jak zwykle było cudownie, miło, wesoło i przez chwilę nie pamiętałam.
O, może to jest sposób na smutek- nie pamiętanie.
A co na to Lec?
Jak ćwiczyć pamięć, by umieć zapomnieć?
Li.

Znowu środa.

15 grudnia, 2010
Jest smutno i bardzo nerwowo.
Badania nie chcą dać się popędzić, wiszę na telefonie, jeżdżę, nie mam czasu dla siebie i dla Was, goni mnie praca, jestem ogromnie zmęczona, zasypiam natychmiast po przyłożeniu głowy do jakiejkolwiek poduszki, czasem pozwalam sobie na luksus kąpieli w wannie w musującym pudrze o zapachu karmelu i cynamonu, czuję się wtedy jak w szarlotce i przez chwilę jest mi dobrze.
Nowe auto traktuje mnie jak idiotkę i pokazuje na wskaźniku jaki bieg mam wrzucić, ale jednocześnie cudownie podgrzewa mi kręgosłup, jakoś mniej mnie boli, jednak podgrzewane siedzenia mają swój urok, dają mi chwilowe ukojenie. Jak tak dalej pójdzie, to ugotuję sobie pupę na twardo….:)
Wyniki moich badań dają mi nadzieję, że jeszcze trochę pożyję. Czasem słońce, czasem deszcz.
Na maile odpiszę jak będę miała trochę spokoju.
Jest szósta rano, kończę kawę, idę pod prysznic, dzień czas zacząć, piekę dzieciom bułeczki na śniadanie, niedługo zapomną, że mają matkę.
Li.

Chwilowo nie będę pisać.

8 grudnia, 2010
Popatrzyłam na siebie w lustrze i zawyłam z rozpaczy.
Po nieprzespanej nocy z kawą w tle i bitwie ze strasznymi myślami moja twarz wygląda jak wojenne pobojowisko.
Mój tata jest chory, bardzo poważnie chory.
Wczoraj wieczorem, nagle i niespodziewanie ta wiadomość wypłynęła na światło dzienne, choć podejrzewam, że jego lekarski nos od dawna czuł, że coś jest nie w porządku.
Bolał go kręgosłup, pokasływał, schudł, źle się czuł… ech…, a na nasze prośby o wykonanie badań wściekał się i obrażał. Do wczoraj, gdy poszedł na tomografię.
Pierwszy o jej wyniku wiedział mój brat i to on powiedział o nim tacie.
Historia zatacza koło, Obcy znowu sięga po kogoś z nas, trzeba będzie stanąć do walki, nie oddać taty, zmobilizować wszystkie siły, środki i ludzi.
Badajcie się. Róbcie prześwietlenia, USG i mammografię.
W przyszłym tygodniu mam trzy wolne dni i wykorzystam je na zrobienie wszystkich możliwych badań. Mam nadzieję, że się wewnętrznie uspokoję, bo znowu dopadło mnie przekonanie, że i ja tkwię w zasięgu rażenia Obcego. Ostatnio mam kiepskie samopoczucie i bardzo boli mnie kręgosłup. W tym samym miejscu co tatę.
Ech…
Li.

Życiem rządzi przypadek.

7 grudnia, 2010
Wczoraj popłakałam sobie szczerze widząc moją Hondzię odjeżdżającą w siną i zamgloną dal,
a konkretnie do Jeleniej Góry. Jakby mi serce wyrywano! Takie oto są skutki personifikacji dwóch ton stali, plastiku i gumy.
Od wczoraj odkrywam więc uroki braku auta. Nie jest lekko- brnę przez śniegi i błoto, jest mi zimno i jestem nieszczęśliwa. Nieszczęście wynika oczywiście z zupełnie innych powodów,
w dodatku tak głęboko ukrytych, że nie sposób ich wyraźnie określić, posiłkuję się więc nieszczęściem namacalnym i bardzo mnie uwierającym- sprzedałam swojego przyjaciela, takiego co to zawsze i w deszcz i w śnieg i w upał stał i wiernie na mnie czekał.
Nigdy mnie nie zawiódł, w przeciwieństwie do wielu moich przyjaciół z krwi i kości. Pokochałam go od pierwszego kilometra.
Jedyne pocieszenie to fakt, że Hondzia poszła w dobre ręce. W lepsze niż moje.
Będzie zawsze czysta i zadbana, a w bagażniku nie będzie piasku morskiego sprzed dwóch lat.
I tak sobie myślę- co by było gdyby pewna aurora_vulgaris nie zaczęła trzy lata temu czytać mojego bloga? Nie miała by teraz takiego fajnego auta, o!
Przypadkowo weszła, poczytała, pokochała i oto została nagrodzona za wytrwałość i stałość w uczuciach do autorki tego jakże poczytnego, acz ostatnio beznadziejnego i zaniedbanego bloga :)
Li.

A takie tam… środowe.

1 grudnia, 2010
Naruszyłam tajemnicę korespondencji otwierając list do Świętego Mikołaja, ale na swoje usprawiedliwienie podam, że zaadresowany był niejednoznacznie: Do Świętego Mikołaja:DDDDD Kocham Cię Mama!!!!:DDDD
Te uśmieszki mają znaczyć, że Młodsza dobrze wie, że Mikołaja nie ma, ale na wszelki wypadek…
Treść mnie rozwaliła. Dziecko dojrzewa i wykazuje się daleko posuniętym sprytem.
Bo jak inaczej interpretować punkt ostatni z dłuuugiej listy, który brzmi tak:
7. Najważniejsze: Rózga!!!!
Widocznie młoda doszła do wniosku, że jak dorzuci trochę tak dramatycznie brzmiącej samokrytyki, to Mikołaj zmięknie i odpuści różne grzeszki.
Mikołaj jest miętki. Trochę odpuści… ja go dobrze znam.
Mam jeszcze cudowną godzinę w ciepłym domu.
Kawa z mlekiem i leniwe snucie się między piętrami. Taki mam na nią plan.
Miłego, ciepłego dnia!
Li.

Odważna propozycja.

29 listopada, 2010
Jeszcze w piątek życie miało kolor marengo, a już w sobotę pełną piersią zaczerpnęło oddechu
i hojnie podlane wieczornym winem pitym na mojej wielkiej sofie w towarzystwie przyjaciół znowu nabrało ochoty na kolorowanie świata.
Tylko niedzielna głowa odwykła od wina w tak znacznej ilości protestowała bólem przez cały dzień.
I jak zwykle są konsekwencje nieumiarkowania w piciu-postanowiliśmy wspólnie o organizacji Sylwestra, u mnie w domu, z tarasem pod gwiazdami w tle.
D. zobowiązała się do wtaszczenia na czwarte piętro swojego wielkiego grilla, takiego co to mu padający śnieg niestraszny, grzać będą świece w lampionach (a może i kolorowe znicze), widok na zaśnieżone dachy Krakowa będzie w pakiecie, a do tego tańce, grill, wino i śnieg.
Każdy z zaproszonych znajomych ma przyprowadzić kogoś mi nieznajomego, a ja postanowiłam zaszaleć i zaprosić tych z moich czytelników z Krakowa i okolic, których znam z maili i komentarzy. Nie ma też przeszkód dla tych z dalszej odległości, ale nie obiecuję noclegu, bo moja sypialnia i sofa w salonie okupowana będzie przez najeźdźców z Wrocławia.
Kto ma więc ochotę na składkowego Sylwestra w odległości pięciu minut spacerem od krakowskiego Rynku, lubi potańczyć przy Abbie, Bee Gees, Shakirze, Lady Gaga i Chicago, chce poczuć trochę adrenaliny wśród nieznajomych osób, niech do mnie pisze na maila.
Myślę, że mój dom spokojnie pomieści się co najmniej czterdzieści osób, więc trochę miejsc dla Was mam!
Nieistotny jest wiek. Średnią wieku i tak zaniżą moje córki, które będą podejmowały swoich gości.
D. postanowiła zostać koordynatorem jedzenia i picia, mailowo i via telefon, jak ją znam to organizacja będzie perfekcyjna.
Ja biorę na siebie stworzenie nastroju…, to zawsze mi wychodzi :)
Wchodzicie w to?
Li.

25 listopada, 2010
Jestem zwyczajnie zmęczona. Opadło ze mnie napięcie i wyparowała adrenalina, trzymająca mnie w aktywności przez ostatnie miesiące.
Przez ostatnie dwa lata przerzuciłam Himalaje problemów, najdłuższym tunelem świata przebiłam się przez przeszkody, zmęczona i zestresowana łudziłam się nadzieją na spokój i długie kąpiele w nowej wannie z kieliszkiem wina, a wyszło tak jak zwykle.
Nie piszę bo przestałam umieć.
Czuję się zupełnie do niczego, choć jak widać umiejętność jęczenia i marudzenia umiera w człowieku ostatnia.
Nie mam siły, ochoty, radości i niech dzieje się co chce. Mnie na dziś widocznie musi być źle.
Li.

Miała być po dwóch dniach, ale kto by tam wierzył kobiecie?

19 listopada, 2010
Są takie dłuższe chwile w życiu kobiety, gdy musi skoncentrować się na sprawach przeraźliwie prozaicznych i nie ma czasu na bujanie w blogowych obłokach.
Obecnie absorbują mnie problemy typu: znalezienie ładnego kosza na śmieci do łazienki, znalezienie ładnej szczotki do toalety, znalezienie ładnych rzymskich rolet do łazienek itd.
Drobiazgi, a ja przecież nie znoszę zajmować się drobiazgami.
Od wczoraj mam łóżko (choć jeszcze bez materaca) i przepięknej urody lampy do obu łazienek. Jutro wrzucę zdjęcia. Jak znajdę nieustannie ginący kabelek.
W międzyczasie muszę koncentrować się na za dużej ilości pracy, na dzieciach, na kupnie nowego auta, na napisaniu czegoś dla pewnej miłej osoby, piszącej do mnie ponaglające maile, a ja nawet jeszcze nie wymyśliłam pierwszego zdania.
Pierwsze zdanie jest ważne, kto wie czy nie najważniejsze.
Jest taka książka Małgorzaty Musierowicz „Małomówny i rodzina”, pierwsze zdanie z niej to: Ryknęła krowa.
Genialne.
Z domu znikają kolejne kartony, koty się zadomowiły i swawolnie biegają po schodach, pies już wie, gdzie mieszka, a ja walczę z zadyszką po wdrapaniu się na to wysokie trzecie piętro.
Coraz mniejszą zadyszką, o!
Znaczy się- przywykłam.
Potrzebuję jeszcze tylko trochę czasu na zrobienie porządku dookoła mnie.
Li.

Jeszcze dwa dni, rozpakuję się do końca…

14 listopada, 2010

… i wtedy wrócę!

Niedziela, wpół do dziesiątej wieczorem, Młodsza niesie kilka podręczników ze swojego pokoju do salonu i sadowi się przed telewizorem. Pytam:
-Gusia, mówiłaś, że lekcje są odrobione?
-Odrobiłam! Teraz tylko będę się uczyć.

Wczorajszy tekst rozłożył mnie na łopatki:
-Mamaaaa, jedźmy do McDonalds’a…!
-A co z Twoim wegetarianizmem?
-Przecież mówiłaś, że tam w mięsie jest sama chemia!

:)
Li.


Notka o lekkim zabarwieniu makabrycznym.

8 listopada, 2010
Poniedziałki wpadają w kompleksy z powodu nie nadążania za sprawami do załatwienia.
Dziś jedną z nich był pogrzeb, wpisany w mój kalendarz w rubryczkę z godziną trzynastą. Wiedziałam, że nie zdążę na początek uroczystości, bo rubryczki przed i po trzynastej były gęsto obstawione sprawami nie do przełożenia, ale miałam nadzieję, że zmarły wuj, a mój ojciec chrzestny, widywany raz na kilka(naście) lat nie zauważy mojej nieobecności, skupiony na kontemplacji prochu z samego siebie wsypanego do gustownej urny.
Udało mi się jednak nie zakłócić uroczystości stukotem obcasów w cmentarnej kaplicy, bo podjeżdżając pod cmentarz idealnie trafiłam na moment gdy kondukt z żałobnikami wyszedł z kaplicy i skierował się w stronę rodzinnego grobowca.
Świeciło słońce, było ciepło i babioletnie.
Szliśmy spacerowym krokiem cmentarną aleją, kwiaty na grobach wyglądały pięknie, a delikatne dymy snuły się pod nogami.
Kondukt trochę się rozciągnął, awangardę stanowił wuj w urnie, ksiądz, ciotka i jej synowie, moja mama z nagle na nowo odkrytymi siostrzanymi uczuciami, potem tłumek kompletnie nie znanych mi osób, smutnych i skupionych, a na końcu grupa osób wcale nie pogrążona w smutku
i żałobie.
Rodzina:
Mąż siostry wuja, czyli mój osobisty ojciec.
Jego siostrzeniec, czyli mój brat.
Kuzyni i kuzynki wuja w pierwszej linii, z Gdańska, Pułtuska i Jędrzejowa.
Ochom i achom towarzyszyła radość ze spotkania, zobaczenia się, czasem po bardzo długim okresie, jakieś pospieszne wspominanie, chaotyczne zaproszenia, ależ musisz wpaść, do nas przyjechać, no popatrz umarł, a mógł jeszcze żyć, a co tam u Twoich dzieci, to już pewnie duże dziewczyny, a ja mam syna, a ja drugiego męża, a ja się rozwiodłam, ja rozwiodę się niedługo, biedna Wanda jak ona da sobie radę, ale piękna pogoda idealna na pogrzeb, na szczęście długo się nie męczył, bo teść kuzyna szwagra siostry mojej drugiej żony strasznie się męczył, a był u nas niedawno, chciał wybrać się na ryby, a co tam Panie w wielkim świecie, cicho, cicho- już go chowają.
Pożegnałam się, porozdawałam całusy, obiecałam odwiedziny wiedząc, że nigdy nie odwiedzę i szybko poszłam na parking.
W moim kalendarzu o czternastej trzydzieści zapisana była kolejna rubryczka ze sprawą do załatwienia.
Li.

Tytułem informacji, li i jedynie ( bez literatury;-)

8 listopada, 2010
Nie piszę, bo jestem zmęczona. Ładne zdanie- skutek i przyczyna.
Rozpakowuję kartony i worki, ale one rozmnażają się przez pączkowanie.
Zaobserwowałam ciekawe zjawisko ekonomiczne- najpierw zapłaciłam ekipie przeprowadzkowej za wniesienie rzeczy na trzecie piętro, a potem wezwałam ich drugi raz i zapłaciłam im za wywiezienie worów ze śmieciami na wysypisko. Prawdziwy interes, oto jedna z przyczyn braku pieniędzy… Ilość rosnących pod ścianą worów z niepotrzebnościami niestety zmusza mnie do wezwania ich po raz kolejny… Ech!
Większość kartonów stała nierozpakowana od trzech i pół roku, rzeczy nie wychodząc na zewnątrz gwałtownie się postrzały, przecież w planach miały być kartonowo osadzone tylko na jeden rok.
Rozpakowuję więc te kartony skrzętnie zapakowane przez Panią Jadzię, śmieję się przy ich opisach („Bety i jedna kołdra”), odkrywam dwie takie same pary butów, przy czym nie chodziłam w ani jednej, układam, przenoszę, upycham, w jednej sekundzie decyduję o wywaleniu, jestem zaprogramowana antyprzydasiowo! Rzeczą absolutnie cudowną jest schowek, w którym mieści się wszystko (to co niezbędne, rzecz jasna haha)! Panuje w nim pełna demokracja- narty i narciarskie akcesoria, walizki, wielki garnek, pudełka z drobiazgami, zapasowe płytki do łazienek i materac na wszelki noclegowy wypadek.
W tym szaleństwie jednak nastąpiła pewna chwila wyzwolenia i w sobotę byłam w kinie na absurdalnym filmie, ale uśmiałam się na nim jak norka. Naprawdę do łez!
Kto chce się pośmiać- to niech idzie na „Zanim odejdą wody”.
Tytuł kretyński, ale Robert Downey Jr jest do schrupania na żywo. Nie mówiąc o Zachu Galifianakisie.
Wrócę do siebie. Daję sobie czas do końca tygodnia na usunięcie wszelkich śladów po przeprowadzce. Mieszka nam się cudownie. Wspaniale. Ciepło. Przytulnie. Ciekawie.
Fajny jest ten mój nowy dom! Bardzo udomowiony!
Li.

Dziś są moje urodziny i biada tym, co zapomną :)

4 listopada, 2010
Czterdzieści trzy lata temu w ponurą listopadową noc pierwszy raz zaczerpnęłam powietrza w płuca i zaczęłam żyć. Pewnie czułam się spokojnie i bezpiecznie w ramionach mamy.
Czterdzieści trzy lata później w ponury, listopadowy ranek wstałam o piątej rano i czując oddech pośpiechu na plecach kończyłam sprzątanie i przenoszenie reszty drobiazgów z wynajętej nory. Dziś nareszcie nieodwracalnie zamykam ten etap życia, a klucz do niego wrzucam w morze oddając właścicielom mieszkania.
Pokusiłam się o ośmieszenie samej siebie i ułożyłam w rządku znalezione wszystkie balsamy do ciała. Rządek miał długość jednego metra i trzydziestu trzech centymetrów…
Kremów pod oczy bylo ponad dwadzieścia, a opakowań z pieprzem ziarnistym piętnaście- nareszcie znalazłam przyczynę mojego popierzonego życia!
A teraz siedzę na swojej wielkiej, cudownej sofie i z zadowoleniem patrzę na kuchnię, gdzie
w szufladach panuje idealny porządek, przyprawy ułożone są alfabetycznie, nie ma ani jednej rzeczy z przekroczonym terminem przydatności do spożycia, poza mną.
A potem mój wzrok pada na dyskretnie przypiętą przez moje córki malutką tabliczkę z napisem: „Nudne kobiety mają nieskazitelnie czyste domy” i cieszę się, że już zrobił się bałagan w szufladzie z herbatami…
Wszystkim moim czytelnikom, znajomym i przyjaciołom składam najlepsze i najcieplejsze życzenia z okazji moich urodzin!
/głupio Wam będzie się nie zrewanżować, hę? :)))/
Li.

Piękny dzień.

1 listopada, 2010
Złe wiadomości nie są w stanie przesłonić sobą urody świata, zza ich monstrualnych cieni i tak widać pięknie spadające w ciepło jesieni liście.
Zmiana czasu w tę właściwą stronę bez trudu poderwała mnie z łóżka o szóstej rano.
Prysznic, kubek kawy pół na pół z mlekiem i wesoły obowiązek posprzątania wynajętej nory- jutro oddaję klucze! Etap wynajmowania cudzego mieszkania mam za sobą i nie będzie cdn.
Koty zestresowane nieznaną przestrzenią szukają miejsc do schowania się grasując między kartonami, pies uparcie stoi pod drzwiami, chcąc wrócić na stare śmieci, dzieci w swoich pokojach jeszcze spokojnie śpią, a ja pomiędzy literkami snuję się po moim ślicznym salonie, rozkładam, odkurzam, cieszę się, dumam przy oknie z widokiem z trzeciego piętra, myślę, planuję, robię sobie drugą kawę, jestem u siebie, zapraszam za kilka(naście) dni, jak zabłyśnie moje szkło, zawisną lampy, obrazy i zatyka zegar po mojej prababci.
W tym nieszczęściu otaczającego mnie świata jestem szczęśliwa.
Na swój sposób.
Li.

Wszędzie czai się Obcego cień…

30 października, 2010
Wszystko piękne, pachnące, nowe, albo ulubione stare, cieszy, chyba cieszy, nie wiem, znowu chaos wokół mnie z przeprowadzką w tle-dziś w nocy zmarł młodszy i jedyny brat mojej Mamy, a od kilku dni wiem, że Nemo ma Obcego. Z przerzutami.
Szkoda tylko, że dalej w tkwi w takiej zaciekłości i złości i nie widzi powodu, by ze mną porozmawiać.
Odkąd się rozstaliśmy ciągle chorował. Ponadnormatywnie.
Jestem pewna, że były to choroby od-duszowe, bo gdy choruje dusza, ciało nie będzie zdrowe.
Jest mi go żal. Bardzo chciał być szczęśliwy, miał swoje wyobrażenie szczęścia, trawił życie na jego poszukiwaniu, gonił za nim i łapał jego cień, a zapomniał o tym, że szczęście to tylko stan umysłu.
Trzymam za niego kciuki, proszę los o łaskawość, o odstąpienie od ostateczności, to jest ojciec moich dzieci, którego kiedyś kochałam bardziej niż siebie.
Li.

Siedem mgnień wiosny, siedem jesieni…

25 października, 2010
Za kilkanaście dni minie siedem lat od dnia, w którym kupiłam strych.
Na trzeźwo myślących realistach robił przygnębiające wrażenie- niski, zagracony, zagołębiony z dziurawym przeciekającym dachem, którego nie były w stanie uratować przyklejane latami kawałki papy. Brzydki był ten strych i brzydka była ona- odrapana kamienica, krzycząca o pomoc spadającym tynkiem.
Ale ja patrzyłam na niego moimi oczami i widziałam rozświetloną słońcem kuchnię, przytulny salon, sypialnie, łazienki i zakwiecony taras.
Wtedy jeszcze sypialnia miała być małżeńska, a gabinet do pracy dla męża koniecznie
w najspokojniejszym miejscu, tak by nie przeszkadzał mu stukot garnków i dzieci. Oraz ja.
Dziś mam wannę tylko dla siebie, gabinetu nie ma, w zamian dzieci mają wielką łazienkę.
Nie ma też męża, mogę sobie bezkarnie trzaskać garnkami forte fortissimo.
Za dziesięć dni będą moje czterdzieste trzecie urodziny, daję sobie w prezencie dom.
Nie ma w nim śladów przeszłości, jest jak nowonarodzone dziecko z genami kamienicy, ale bez szkodliwego wpływu złych zaszłości i dotykających boleśnie emocji.
Jest mój tak bardzo, że bardziej być nie może.
Zakochałam się, pokochałam od gołych ścian do ametystów, wyczuwam w nim same dobre emocje i radość, dał mi poczucie dumy z siebie samej.
Tak, jestem z siebie dumna, choć zmęczona i finansowo sponiewierana.
Miłość jednak warta jest największych poświęceń, będę dbać o tę miłość, wyrażam ją mocnymi jak moje uczucie kolorami na ścianach i już cieszę się na powrót do korzeni, do gości, do kolacji przy winie i świecach, na powrót do gotowania, do nareszcie! nareszcie! życia!
Ostatnie trzy lata były gorzkawe, ale i gorycz ma swoją datę przydatności do spożycia.
Koniec tego. Koniec!
Li.

Dezorganizacja i chaos, uwielbiam to!

24 października, 2010
Sprawy wykończeniowo-sprzątaniowo- przeprowadzkowe zjadają mój czas.
Miotam się między i pomiędzy, wściekam na zepsuty pachnący jeszcze nowością piec, umawiam jego wymianę, zapominam zamówić zlew, odkrywam brak kontaktu do światła w toalecie, ogarnia mnie rozpacz na widok nowych pokładów pyłu, zakochuję się coraz bardziej w swojej ogromnej sofie, nakrytej smutną i zapyloną folią, pod którą wrzucam kolejne poduszki.
Jutro będzie ostatnim dniem produkcji pyłu gipsowego, bo Pan Jacek skończy szafę w przedpokoju. Pomysł z szafą urodził mi się po gruntownym sprzątaniu, najlepsze pomysły zawsze trafiają mi się nie w porę…
We wtorek chłopaki ze Skrzydlnej zamontują drzwi, to będą ostatnie brudne roboty i Pani Jadzia wkroczy ze swoją miotłą i mopem, dając mi nadzieję na rychły ład i porządek.
Środę i czwartek poświęcam na sprzątanie i przenoszenie drobiazgów, a piątek na ostateczną przeprowadzkę.
Noc z piątku na sobotę spędzę już pod własnym dachem.
Będą zdjęcia i tego bałaganu i ostatecznego efektu, tylko potem.
Nie mam czasu dla nikogo, nawet dla siebie, pochłania mnie w całości ta jedna, jedyna sprawa, mój całodobowy absorbujący kochanek.
Oczywiście, że jest to wina braku organizacji, poświęcania czasu na sprawy błahe, rozdrabniania się, spędzania bezproduktywnie cennych godzin na przyglądaniu się jak Pan Jacek wygładza ściany, czy ja temu zaprzeczam?
Ależ skąd!
:)
Li.

Eliminowanie braków.

17 października, 2010
Kupiłam lodówkę.
Jest jak kobieta Klimta, piękna, okazała i pełna przeciwieństw- na zewnątrz gorąca, w środku cudownie chłodna.
Pasuje do sofy, obie mają bujną osobowość i pewnie będą walczyć o uwagę i skupienie wzroku tylko na jednej z nich…
No i ten kolor wina, czerwonego wina!
Li.

Są takie rzeczy, z którymi nie wiadomo co zrobić, ale wiadomo, że muszą zostać i już.

17 października, 2010
Nie muszę już kupować wygodnego fotela.
Zawsze to jedna pozycja z mojej listy braków mniej…
Wyeliminowanie fotela nastąpiło jednak z konieczności, a nie z wyboru, a działanie z konieczności dotknięte elementem pewnego przymusu radości nie przynosi. Rien de rien.
Fotel został wyeliminowany przez przywiezioną mi wczoraj ze sklepu sofę, choć nazwanie tego wielkiego klunkra, klamota, grata* (*niepotrzebne skreślić) sofą jest nieuprawnionym nadużyciem godzącym w dobre imię zgrabnych, wygodnych, przytulnych sof.
W salonie mam potwora zdolnego pomieścić na sobie jakąś ogromną ilość osób wraz z ich kotami i psami. W sklepie była mniejsza, jestem tego pewna!
Staram się najpierw zobaczyć plusy:
1. koniec domowych awantur o to, kto siedzi rozwalony na kanapie przy ogladaniu „Mam talent”, bo rozwalić się możemy spokojnie wszystkie trzy.
2. koniec kocich i psich awantur o najlepsze miejsce w nogach- miejsca jest, że hoho, miaumiau, hauhau.
3. oszczędność w postaci braku konieczności zakupu fotela
4. oszczędność w postaci braku konieczności zakupu mebli, bo nic się już nie zmieści
5. możliwość przenocowania na tym czymś conajmniej czterech osob jednocześnie (co do razu wyklucza jakiekolwiek oszczędności haha..).
6. Wiecej plusów nie widzę, bo przesłania mi je to wielkie coś!
Minusy są ogromne:
1. nie pasuje mi do koncepcji i tu usprawiedliwia mnie fakt, że koncepcja narodziła się niedawno,
a sofę zamawiałam całe wieki koncepcji temu
2. nie da się na niej siedzieć z gracją i elegancją- nawet najlepiej wychowany człowiek zapada się w poduchy i rozwala jak naleśnik na patelni (co w sumie chyba jest plusem, jakby tak się blizej zastanowić…?)
3. zapomniałam, na śmierć zapomniałam, że w salonie przy tej ścianie nie mam kąta prostego, tylko ostry i teraz muszę kombonować, jak „zgubić” kąt.
4. więcej nie piszę, by się nie dobijać.
Ironia losu polega na tym, że będąc wielbicielką przytulnych, wysiedzianych sof i foteli, mam ogromne sofisko, którego nie jestem w stanie ogarnąć. Lądowisko dla helikoptera!
(Myśl o plusach, myśl o plusach, myśl o plusach…)
Li.

O brakach.

15 października, 2010
Nie pamiętam czym różniła się środa od wtorku.
Czwartek zapamiętałam, bo nareszcie dostałam swoją salonową podłogę.
Piątek podotykał mnie gwałtownie w czułe miejsca, a najbardziej to w głowę- jej ból otępił mnie na kilka popołudniowych godzin.
Parę minut temu zaczęłam sobotę.
Dobrze jest- kubek z herbatą z imbirem daje mi niezbędne do życia ciepło, mgła za oknem odgradza od ciemnego świata i jak mi Bóg miły to przedostatnia sobota w tej zimnej norze!
Brakuje mi tylko kilku rzeczy: kuchennego blatu, zlewu, baterii kuchennej, młynka na odpadki, lodówki, mebli do dzieci, łóżka do sypialni, dwóch szaf, szafek łazienkowych, lamp, wygodnego fotela, garnków do płyty indukcyjnej, drzwi, kilkudziesięciu żarówek, grzejnika-wieszaka do przedpokoju… ehm, to tylko kilka pozycji… zdobycie pieniędzy na te niezbędne do życia fanaberie nie powinno być problemem, muszę tylko pomyśleć.
Nie mam nic do sprzedania, ale za to wiele do kupienia.
Nie jest to uczciwy układ ze strony losu, o nie!
Li.

Ewolucja oczekiwań, czyli od mężczyzny do wałka.

11 października, 2010
Trzykrotnie przemalowywane ściany w salonie marszczyły się już od zniecierpliwienia. Łaskotane wałkiem z farbą w różnych kolorach były albo rozdrażnione, albo rozśmieszone albo zachowywały irytującą obojętność. Zwykłe i niezwykłe szarości, brudne różne róże, mniej lub bardziej aksamitne burgundy, czekoladowe i kakaowe brązy, trzy odcienie wrzosów, ech… codziennie spotykał mnie akolorystyczny pech.
W żadnym z tych kolorów nie było mi do twarzy, a bez twarzy nie mogłam trafić w ten jeden, jedyny odcień pełnego zadowolenia, spokoju i satysfakcji.
Do wczoraj.
Kolor wybrałam z mieszalnika, miał kosmicznie brzmiący symbol 10YR28072.
Jest kolorem moich marzeń, nie do określenia i jednoznacznego zaszeregowania, bo zawieszony pomiędzy szarością, a brązem ma w sobie kolory całego świata.
Głęboki, ale nie ciemny daje niesamowite możliwości aranżacji i grania tłem.
Ten kolor jest ciepło-gorzki, pachnie, otula mnie, zmiękcza, zachwyca i uszczęśliwia.
I po co mi mężczyzna, skoro do szczęścia wystarczą mi tylko pomalowane ściany?
Li.

Niedzielnie i w celu zapewnienia ciągłości informacji :)

10 października, 2010

Z plotek kamienicznych donoszę, że kamienica zyskała nowe, choć stare drzwi.
Poddane bolesnemu procesowi renowacji przez mistrza Jarząbka, starannie rozebrane z barchanowych warstw łuszczącej się olejnej farby pokazały swoje piękne oblicze, ze wzruszającymi zmarszczkami z przeszłości.
Został w nich mocno wytarty próg, deptany od 1887 roku przez mieszkańców, ich gości i złodziei.
Stare, nadtłuczone i popękane szybki witrażowe w nadświetlu trzeba było niestety wybić do ich ostatecznego końca, nie dały się wyciągnąć bez uszkodzenia drewna.
Ale mamy już wprawione nowe i choć współczesne, to znacznie piękniejsze.
Szerząc w kamienicy kult młodości, rzucają kiczowato cudne kolorowe zajączki na klatkę schodowę i rozjaśniają szare dni.
Dostałam je od męża mojej ulubionej maczki, artysty witrażowego i wrażliwego na moje błagania człowieka :)
Do pełnej urody klatce schodowej brakuje tylko koloru na ścianach i renowacji schodów.
Ale to przy oporze niektórych współwłaścicieli uda nam się zrobić pewnie dopiero na wiosnę.
I dobrze- znowu będzie okazja do zamieszania, podejmowania decyzji, radości ze zmian, pyłu i hałasu…
No dobra- żartuję. Pewnie będą współwłaścicielskie kłótnie, frakcje, reakcje i wojny, ale potem zapanuje pokój i spokój :)
Li.

Nocne rozmowy ze sprzętem AGD.

6 października, 2010
Wstałam w środku nocy szukając snu.
Kąty mieszkania zajęte kartonami nie pozwoliły się obszukać.
Pies na hasło „aport” nawet nie drgnął, a koty profilaktycznie zaczęły mruczeć z dezaprobatą.
Czując na sobie ciężar bezsennej samotności, zaprosiłam ją na kawę, bo co tak będę tu sama siedzieć?
Snuję się po domu, włączam pralkę i zmywarkę dla złamania ciszy.
Biorę prysznic, mam czas na peeling i balsam do ciała.
Dłużej niż zwykle wklepuję krem pod zmęczone oczy.
Patrzę na siebie i widzę smutek, on lubi nocne życie, wypełza wtedy z za dnia ukrytych w mojej głowie korytarzy i pokazuje swoją au naturel twarz.
Jestem w stanie nieustannego, tłumionego dziennym życiem smutku i nic na to nie poradzę.
Witaj smutku, czas więc się zaprzyjaźnić.
Idzie jesień,
Li.

Pokój Gusi, czyli Młodszej i fragment holu na górze.

2 października, 2010

Półki w przedpokoju- na prawo wejście do pokoju Starszej, na lewo do Młodszej, a zupełnie na lewo do kotłowni-widać brzuch mojego pieca :)

A tu pokój Agnieszki i bałagan książkowy. Układamy je powoli, och jak powoli…

Lampa z „Flo”, cudownie barokowa :)


Guśka lubi kolory i dobrze. Pasy na ścianach są ciężko wypracowanym kompromisem pomiędzy ścianą całą w mocnym fiolecie i jeszcze mocniejszym amarancie.
Reszta zdjęć za kilka dni!
Li.


Łazienka Dziewczyn.

2 października, 2010

Widok na łazienkę córek od strony okna. Daleko w tle pokój Agnieszki.

Przedziwne rzeczy dzieją się z kolorami na ścianach. Łazienka moich córek w rzeczywistości pomalowana jest na bardzo ciepły beż. Na niektórych zdjęciach beż sam robi się na szaro!


Tu jest prawdziwy kolor! To zdjęcie robiłam, gdy łazienka zalana była słońcem.
Nieszczęsna niebieska kabina, w rzeczywistości jej niebieskość ginie, ale na zdjęciu aż kłuje w oczy!
Brakuje zaplanowanego bardzo ozdobnego żyrandola, lamp nad lustro i… tysiąca drobiazgów :)
Poniżej widok od strony drzwi, których jeszcze nie ma.

Li.


Taras- moja kolejna miłość :)

2 października, 2010

No i kto nie wierzy, że kwitną mi clematisy ?

Kupiłam beznadziejne doniczki- miały być mrozodoporne, w fajnym kolorze jasnej, lekko spatynowanej szarości, a po pierwszym podlaniu zrobiły się w łaty pełne rdzawych wykwitów i wyglądają jak wykopaliska w fazie ostatecznego rozkładu. Musze je wymienić, bo obawiam się, ze nie przeżyją zimy, a moje clematisy, wiciokrzewy i pnące hortensje wraz z nimi.
Li.

Ametysty są pocałunkiem dla ściany :)

2 października, 2010

Tu na zdjęciu niedokończony jeszcze sufit w sypialni. Będzie podświetlany łagodnym, twarzowym światłem…:)

Powyzej widok na fragment toalety, która jest w tym samym kolorze co łazienka, ale na zdjęciu tego nie widać. W lustrze odbija się kabina prysznicowa.

Pomiędzy łazienką, a toaletą będą szklane drzwi.

Na ścianie jest kolor o nazwie „Malinowy krzew” :)
Szkoda, że na zdjęciu wychodzi tak ostro, w rzeczywistości jest pięknie przygaszony…

Bardzo podoba mi się mozaika, którą wyłożony jest m.in słupek na baterię do wanny. Wygląda jak macica perłowa, albo rozlana benzyna/by Aurora :) Pięknie się mieni, raz jest ciemna, raz jasna, ma w sobie fiolety, zielenie, szarości, niebieskości, róże… cudna!

Ametysty przyklejałam osobiście, choć uczciwie powiem, że nie wszystkie :)) Dopasowanie ich do wycięcia w płytkach wymagało sporej cierpliwości, której ja- jak wiadomo- nie mam :)

Widok na łazienkę od strony mojej sypialni. Kolory na ścianie są zdecydowanie bardziej przygaszone, nie takie ostre jak na zdjęciu…

Zapomniałam zrobić zdjęcie kabiny prysznicowej i toalety. Nadrobię następnym razem.

Teraz, gdy już znalazłam kabelek, to…:))

Li.

Schody- są jak biżuteria.

2 października, 2010

Widok od strony drzwi wejściowych.
Po lewej stronie gustowna folia zasłaniająca salon.
Po prawej stronie widać fragmencik toalety, wejście do mojej sypialni i szafę na buty.
Nie mam jeszcze drzwi wewnętrznych i to niestety widać:)

Stopnie są naprawdę pięknie wycięte, spisał się Pan Grześ- stolarz.


Tu widok z drugiego poziomu. Niestety, potwierdza się stara rodzinna prawda- nie potrafię robić zdjęć. Ale od czego wybraźnia?

Myślcie co chcecie, ja tam się w nich zakochałam :)
Li.

Pokój Karoliny, czyli Starszej :)

2 października, 2010

Po prawej stronie od wejścia jest szafa, a na ściętej ukośnie ścianie przykleiłam lustro, w którym fajnie odbija się ściana z półkami i lampa.
Powyżej-widok na pokój od strony okna.


Półki z regipsów podświetlane są ledami, ale na razie sterczą same kabelki…

Reszta za chwilę.

Li.


Niekończąca się historia.

2 października, 2010
Do wczoraj nie miałam jeszcze schodów, półek na książki, podłogi w sypialni i w salonie, pomalowanego przedpokoju, salonu, kuchni i sypialni. Druty na dole widowiskowo sterczały z puszek, a wszechobecny pył kpił sobie z zabiegów Pani Jadzi w postaci nieustannego mycia podłóg na górze. Lekko załamana podjęłam decycję, że w wynajętym mieszkaniu zostaję jeszcze na październik. Ulżyło mi i poszłam do pracy.
Wróciłam za pięć godzin:
1. stolarz był w trakcie montażu półek, a stopnie na schody pięknie wycięte i wybarwione leżały sobie jak gdyby nigdy nic czekając na zamontowanie.
2. przybyly niewiadomo skąd montażysta od podłóg kończył układanie podłogi w sypialni, gdzie chwilę wcześniej zostały pomalowane ściany
3. elektryk z uśmiechem na ustach ujarzmiał druty
4. znalazło się i szkło do półek w pokoju Starszej
5. stolarz od kuchni zadzwonił że będzie we wtorek.
6. Nie odwołałam firmy przeprowadzkowej.
Przyjechali wieczorem, zabrali tonę makulatury, ubraniowych śmieci i meble do wyrzucenia.
Przenieśli na górę trochę kartonów i teraz mamy rzeczy w dwóch mieszkaniach, nie mamy kanapy ani foteli, bo je wyrzuciłam, śpimy materacach, bo łóżka też wyrzuciłam, nikt nie wie, gdzie co ma, kartony triumfują, stan absolutnej tymczasowości i bałaganu.
Na górze są piękne łazienki, ale w wynajętej norze jest kuchnia. Pożyjemy więc chwilę na dwa fronty, wszak to tylko różnica dwóch pięter, po dwadzieścia sześć stopni schodów na piętro.
Kondycja w górę i szable w dłoń!
A teraz uwaga: kończę ładować aparat, idę na górę zrobić zdjęcia, zwłaszcza schodom, bo są absolutnie i bezwstydnie przepiękne!
Całusy dla wszystkich niecierpliwych,
Li.

Takie tam poranne, ciągle jeszcze spod szóstki, ale z jakże bliską perspektywą dwunastki!

28 września, 2010
Ostatnio w moim życiu jest tak jak z moją podświetlaną przez lampkę w podłodze ścianą w łazience- niby ją mam, ale nie mam, bo przez przewiercony przez hydraulika kabel nie dochodzi do niej prąd.
Jednak perspektywa kucia płytek w podłodze nie wzbudziła mojego entuzjazmu, łatwo doszłam więc do wniosku, że moje życie bez podświetlanej ściany będzie takie samo i że nie zgubię się w jego mroku. Mam ciągle wokół siebie dużo światła z wewnętrznych baterii, nawet gdy złośliwy los wyłącza mi prąd w ciągu nagle ciemniejącego od problemów dnia.
Tak-jestem zmęczona, czasem smutna, czasem śpiąca, blogowo milcząca, tkwię w stanie zawieszenia postępowania w sprawie procesu życiowego, ale już złożylam wniosek o jego podjęcie i za kilka dni, gdy nieodwracalnie zmienię numer mieszkania z 6-tki na 12-tkę, podłączę się do nowych akumulatorów w moim domu pod gwiazdami i odzyskam swój czas na życie bez marketów budowlanych, konsultacji, fachowców, popaprańców budowlanych i wypływającego z wysychającego źródła strumienia pieniędzy i stresu.
Dziś zuchwale i w ramach powrotu do siebie idę na „Carmen”.
Zrobię sobie hiszpańskie oko, o ile jeszcze pamiętam co to jest „smoky eyes”.
Od jutra będę mieć drewniane stopnie na schodach, półki na książki i szafy.
Myślę, że to będzie dobry powód do pokazania zdjęć.
:)
Li.

Piszę, żeby nie było, że nie piszę, ale co to za pisanie…

22 września, 2010
I kto by pomyślał, że będą mnie cieszyć jak wyspa Kuba gorące kaloryfery?
Od wczoraj licznik gazu pędzi do przodu, a moje mury grzeją się w cieple jak staruszka na przypiecku. Jest prawie dobrze, poza oczywiście doniesieniami, że gazu zabraknie…
Trwam w dziwnym stanie aktywnego oczekiwania, z budowy prawie nie wychodzę, wściekam się, że elektryk może dopiero w sobotę, a szafy będą dopiero we wtorek, mam bardzo mało czasu na przeprowadzkę, nie będę mieć kuchni, ani tysiąca innych rzeczy, ale czym to jest wobec własnego dachu, własnej ciepłej wody i własnego pieca, ogromnego i przytulnego, własnej ściany w kolorze czerwonego wina i nawet tego, że mojej kapryśnej, nastolatkowo niezadowolonej z życia Starszej „się podoba”.
Dochodzę do celu i choć jest to w stosunkach z życiem ciężko wypracowany orgazm, jestem usatysfakcjonowana i szczęśliwa.
Oraz przerażona, ale o tym następnym razem.
Li.

Jest tak, jak jest.

21 września, 2010
Poranne wstawanie w zaokiennych ciemnościach ma wiele uroku.
Cisza, domowy spokój, kawa z mlekiem i szansa na zebranie myśli są kuszącą przeciwwagą dla rozdzierającego ziewania i chęci powrotu do ciepłego łóżka.
Przede mną tydzień sprzątania i przenoszenia rzeczy.
Kolejna przeprowadzka znowu wymusi porządki, wyrzucenie butów nigdy nie noszonych, gazet nigdy nie przeczytanych, kremów nigdy nie użytych, wolna od zbieraności i niepotrzebności zacznę oswajać nowy adres.
Niedługo ogłoszę koniec mojej bezdomności i wtedy wrócę do pisania o tym co mi w duszy gra.
Na razie słyszę bezładną kakofonię, nieudolne strojenie instrumentów i smętne popisy solisty- złośliwego pecha.
Dzieje się dużo za dużo, z trudem to ogarniam.
Li.

Do wszystkich wiernych Jej pamięci.

12 września, 2010

Dziś minął rok od tego dnia.
W Pszczynie był pochmurny, trochę wietrzny dzień.
Na Rynku sprzedawano miód, a na cmentarzu grób Ilonki przykryty był kwiatami.
Rocznica śmierci- co za okrutna okazja do podarowania kwiatów.
Li.

Wszak nie dobija się koni…

9 września, 2010
Jestem uzależniona od pisania, ale czasem idę na odwyk.
Dzieje się tak, gdy nie jestem w stanie zebrać myśli, ani usiąść spokojnie z kawą przy laptopie.
Dzisiejsza historia śmieszy mnie od kilku dni i dotyczy Nemo wraz z jego kobietą koniem.
Nemo nie widział sie z dziećmi od lipca. Z sobie tylko znanych tajemniczych powodów.
Z moich obserwacji wynika, że na szczęście czas naprawdę leczy rany i nasze córki pochłonięte swoimi sprawami jakoś nie odczuwają nieobecności ojca.
Więzi na linii ojciec-dzieci pielęgnowane są via telefon, pod warunkiem jednakże że Młodsza wie, gdzie jest jej ładowarka, a Starsza ma ochotę telefon odebrać.
Ad rem jednak:
Nemo zadzwonił do Młodszej i zwierzył się jej z pragnienia posiadania kota.
Młodsza, która kociarstwo ma we krwi od razu dała mu numer do cioci D., czyli mojej przyjaciółki Dagmary, wielokrotnie tu przeze mnie w bałwochwalczy sposób opisywanej.
Nemo znał D. z dawnych czasów, zadzwonił, rozmawiał podobno niezwykle oficjalnie i powiedział, że po kota przyjedzie kobieta koń. Dla D. była to wielka gratka, bo nie miała (nie)przyjemności poznać kobiety z czasów, gdy ta świadczyła na rzecz naszych dzieci usługi opiekuńcze.
Kobieta koń wygląda podobno bardzo źle. Jest w dodatku smutna i co najlepsze z tej historii (jestem wredna i jest mi z tym dobrze:) ciągle narzekała na Nemo- a że ma serce z kamienia, a że rozstanie ze mną zmieniło go na niekorzyść (co za tupet, no no…), a że nie ma dla niej czasu, a że ciągle wraca późnym wieczorem, bo podobno siedzi u dzieci (u dzieci nie siedzi, więc pytanie- gdzie wieczorami przesiaduje Nemo? Gdzie jest Nemo?).
Potem zaczęła opowiadać, jaka to ja jestem wspaniała, z czego D. wysnuła wniosek, że może chce się ze mną na nowo zaprzyjaźnić… chyba z tej samotności, siedzi sama w domu na wsi i świadczy Nemo usługi gospodarskie.
Kobieta namówiona przez zniesmaczoną tymi wyznaniami D. wzięła dwa dorosłe koty, choć bardzo obawiała się reakcji Nemo (a D. do wydania pozostało jeszcze pięć kociaków).
Koty zamieszkały u Nemo w piątek, jeden na dzień dobry posikał jego ulubiony fotel, a drugi schował się gdzieś na całą dobę. Jak to koty w nowym miejscu.
W poniedziałek D. zadzwonila do kobiety konia z zapytaniem o kocie sprawy, a ta z płaczem wyjawiła straszną prawdę- jeden kot wyszedł z domu w sobotę i nie wrócił.
D. zapakowała więc do auta małego kocurka i zawiozła pogrążonej w żalu kobiecie kolejnego kota, choć gryzło ją sumienie kociary, czy aby na pewno dobrze robi. Na miejscu okazało się, że i drugi kot wybrał wolność, kobieta koń pogrążona jest w nieutulonym żalu, a Nemo nie ma.
D. zostawiła więc trzeciego kota, licząc, że dwa poprzednie- duże, wysterylizowane i dorosłe jakoś sobie na wsi poradzą. W chwili wsiadała do auta, żegnana kobietę konia trzymającą na rękach małego kocurka, z krzaków wyłonily się dwa zaginione koty.
Tym sposobem Nemo ma trzy koty i jest wściekły, kobieta koń nie czuje się taka samotna, Młodsza jest zadowolona z siebie i dzwoni do taty z zapytaniem: „jak tam koty?”, co oczywiście nie pozwala mu na żaden manewr pozbycia się któregokolwiek z nich, bo widzi, że dzięki kotom dziecko dzwoni do niego ze swojej inicjatywy, a do tej pory rzadko tak bywało, a D. dalej kombinuje co zrobić z resztą kociej ferajny.
Z tego wszystkiego najbardziej to mi konia żal.
Tak po babsku jest mi jej żal, choć nie zmienia to w niczym mojej na nią wściekłości.
A ja naprawdę nie mam czasu, by pisać. Od wczoraj mam grzejniki i piec.
Piec jest ogromny i zajmuje pół kotłowni.
Kocham mój nowy dom miłością absolutnie zaborczą, ślepą i nieobiektywną :)
Li.

Nie cierpię cierpieć.

2 września, 2010
Zaczęło się.
Starsza miała do szkoły na 7.30. Poranna panika sięgnęła zenitu.
Młodsza ugryzła tylko jeden kęs z własnoręcznie przeze mnie upieczonej bułki i przez piętnaście minut rozpaczała, że się spóźni bezsensownie biegając pomiędzy pokojami.
Buty zmienione zostały co najmniej trzy razy.
Nie znoszę roku szkolnego.
Konieczność uregulowania trybu życia tak cudnie wakacyjnie zwariowanego, konieczność pojścia na dwie wywiadówki i wiadomość o zaczynaniu przez Starszą lekcji o tak wczesnej porze wpędziła mnie od rana w zły humor i nic mnie dziś nie ukoi, chyba że… Zaraz zabieram cztery kubki z kawą i idę na budowę.
Popatrzę sobie, pomarudzę i będzie mi lepiej.
:)
Li.

Koniec jest już bliski.

30 sierpnia, 2010
Na tarasie zakwitł clematis. Jednym kwiatem o bladoróżowych płatkach.
Niesamowicie mnie to wzruszyło, mam już własnego kwitnącego clematisa, pierwszy raz w życiu!
Dzieci śpią z okazji ostatnich dni wakacji, a ja czuję, że czas zebrać wszystkie siły na najbliższy miesiąc.
Bo jednak wygląda na to, że zdążę przeprowadzić się do konca września!
I narodzę się na nowo.
A co na to Lec?
Czasem trzeba okres między przeszłością a przyszłością przeżywać w jakimś zastępczym czasie gramatycznym.
Li.

Same nowości i o tym, dlaczego trzeba słuchać matki.

28 sierpnia, 2010
Przedwczoraj zbiegając z wątpliwą gracją ze schodów uszkodziłam sobie nogę.
Ostry ból w łydce wskazywał na zerwanie mięśnia, ale szczęśliwie jest to tylko porządne jego naciągnięcie.
Unieruchomiona w domu zgrzytam zębami, najbardziej mi żal częstych wizyt na budowie, bo nie mogę chodzić, a zwłaszcza wchodzić.
Choć oczywiście wczoraj wieczorem nie wytrzymałam i weszłam na górę- trwało to jakieś dwadzieścia minut, ale dałam radę, a ten wysiłek podjęty w celu zobaczenia pomalowanej do końca łazienki był niczym dla widoku pięknych i subtelnych pasów (zdjęcia będą jak znajdzie się kabelek do aparatu. Albo jak go kupię, ale teraz przecież nie mogę wychodzić z domu…:)
O kolory na ścianach w pokoju spieram się ze Starszą, która po pierwsze oznajmiła mi, że jest „ohydnie” ( a moim zdaniem jest pięknie, ech…) i chce mieć „zwyczajny” pokój, cokolwiek to znaczy, po drugie stanowczo zażądała przemalowania świeżo pomalowanych ścian, po trzecie oznajmiła mi, że skoro ich nie przemaluję, to mnie nienawidzi i na koniec mało konstruktywnej rozmowy walnęła drzwiami od swojego pokoju.
Dalszy przebieg buntu naznaczony był wyjątkowo głośną muzyką, co jest o tyle niespotykane, że w naszym domu głośno muzyki słucham tylko ja, Starsza tego nie cierpi.
Wyrażanie nienawiści do matki warte widocznie było pewnego poświęcenia i zrobienia na złość sobie samej…
Posunęłam się do tego, że tylko jeden raz zwróciłam jej uwagę na ciszę nocną.
Reakcji nie było, ale za to ku mojej wielkiej uciesze pół godziny później do drzwi zapukała Policja wezwana przez sąsiada z kamienicy obok (a jeden Policjant był mi osobiście znany i lekko speszył się na mój widok, zważywszy na przyczynę wezwania, haha…). Wyjaśniłam miłym Panom przyczynę konfliktu, zapragnęli zobaczyć sporne ściany, drugi raz tego dnia wdrapałam się na budowę, wpadli w zachwyt, pooglądali sobie wszystko, podumali nad tarasem, postraszyli, że złodzieje mogą przejść do mnie po dachach i śmiertelnie poważnie pouczyli moje zbuntowane dziecko o konieczności ciszy nocnej i przy okazji o konieczności docenienia tego co robi dla niej matka oraz o tym, że kolory są fantastyczne i że oni chętnie tam zamieszkają.
Nie mówiąc o postraszeniu jej Sądem dla Nieletnich.
Starsza była w lekkim szoku, potem się popłakała i już mnie kocha, czyli sytuacja wróciła do pożądanej normy. Rozśmieszyło mnie jej spontaniczne wyznanie, że płyty Lady Sovereign nie znosi.
Tym sposobem po haniebnym zachowaniu przyszła natychmiastowa kara, jakie to wychowawcze !
I w dodatku nie przeze mnie wymierzona, ja jestem niewinna i z czystym sumieniem mogę powiedzieć słowa, których sama nie znoszę słuchać: „a nie mówiłam?”
:)
Li.

W sumie boję się, co będzie gdy skończę to całe budowlane zamieszanie…

23 sierpnia, 2010
Budzona od poniedziałku do soboty o wpół do siódmej rano mam już swój rytuał.
Po dzwonku na wpół śpiąca otwieram drzwi, podaję klucze, idę pod prysznic, robię kawę, idę na budowę, czuję jak napełnia mnie zadowolenie i chyba nawet poczucie szczęścia, głaszczę ściany, podlewam rośliny na tarasie, gadam z Panem Wojtkiem i Kubą, podziwiam ich naprawdę idealną robotę, z niechęcią schodzę na dół do wynajętej nory, dzieci śpią, koty śpią, pies śpi, zaglądam do kalendarza, planuję dzień i… cieszę się, że nie muszę iść do pracy na ósmą rano.
Wracam na budowę z drugim kubkiem kawy, szczegółowo omawiam sposób pomalowania pokoju Gusi, a zwłaszcza szerokość pasów żakardowego amarantu i batystowego fioletu na tle jedwabistego popielu, z czułością oglądam pąk na clematisie mając nadzieję, że tej jesieni zakwitnie, tam na górze czas płynie inaczej, jeszcze nieskażony stresem i pośpiechem.
Mniej piszę, rzadziej zaglądam do neta, prawie całe moje życie podporządkowane jest jednemu celowi- wprowadzeniu się do własnego, najwłaśniejszego domu we wrześniu.
Instynktownie czuję, że to uzdrowi moją wiecznie przeziębioną duszę, że da mi ciepło, którego od tak dawna mi brakuje, że da mi poczucie bezpieczeństwa, którego od tak dawna nie doświadczam, że da mi upragniony spokój i własne łóżko.
Dopuszczam jednak możliwość rozczarowania, rozczarowanie jest syjamską siostrą oczekiwania,
może poza adresem nic w moim życiu się nie zmieni?
Ale wtedy znowu będę szukać i czekać, bo nigdy, nigdy nie stracę nadziei na to, że będzie inaczej.
A co na to Lec?
Za każdym rogiem czyha kilka nowych kierunków.
Póki starczy mi sił i ochoty na próby.
Teraz nie jestem szczęśliwa. Nie znaczy to, że jestem nieszczęśliwa.
Jestem w stanie nijakim, a nijakości nienawidzę z całego mojego skorpionowego serca.
Li.

Dziennik budowy zbliża się do ostatniej kartki.

19 sierpnia, 2010
O szóstej rano obudził mnie dzwonek domofonu.
Gdyby to byli moi robotnicy, to mogłabym wybaczyć tę zbrodnię na bazie wzruszenia ich gotowością do pracy od samego rana.
Moi wykonawcy przyszli jednak pół godziny później, więc czeka mnie jeszcze dziś zrobienie awantury- naprawdę odetchnę z ulgą, gdy przestanę mieszkać w mieszkaniu będącym skrzynką kontaktową trzech ekip budowlanych.
Nie mówiąc o tym jak odetchnie mój pies- prawdziwie zmordowany koniecznością obszczekania każdego dzwonka.
Wrześniowy termin przeprowadzki wygląda coraz realniej.
Przestałam się martwić, że nie zdążę. Nie będę mieć pewnie kuchni, ale co tam- damy radę.
Jutro jadę do Skrzydlnej do stolarza pooglądać stan robót nad moimi drzwiami.
Na dolnym poziomie będą mieć wysokość 2,40 m, mieszkanie w kamienicy oblige, do sufitu mam trzy metry, naprawdę jest czym oddychać, cieszy mnie przestrzeń i mnóstwo dziennego światła.
Od poniedziałku będą rodzić się podłogi i kolory na ścianach, clematisy na tarasie puściły nowe wąsy, łazienka dzieci wygląda obłędnie, a niebieskie szkło kabiny tak bardzo mnie przerażające, po zamontowaniu straciło swoją niebieskość (no, prawie… Ale czyż piękno nie jest w oku patrzącego? ) i wtopiło się w otoczenie.
Znaczy się- nie ma co siać paniki, o!
Żyję w ogromnym stresie, ale jak idę na budowę to czuję się szczęśliwa.
No to idę :) Z porcją kawy dla wykonawców.
Cała trójka poddała się mojemu dyktatowi (choć wolę wersję: urokowi) i pije kawę pół na pół z mlekiem, zamiast paskudnej plujki.
Polubili też cukier trzcinowy zamiast białego, rafinowanego paskudztwa.
Jedyny minus tej zmiany to konieczność robienia im kawy przynajmniej dwa razy dziennie.
Ale są tego warci!
Li.
PS. Moja Starsza, mistrz bałaganiarstwa zapodziała gdzieś kabelek od aparatu.
Ewentualnie to sprawka Pożyczalskich.
Jak się dziś nie znajdzie, to kupię nowy i nareszcie pokażę zdjęcia.

Z jednej strony jestem matką nastolatki, z drugiej buduję dom. Trudno to wytrzymać, zaprawdę powiadam Wam!

17 sierpnia, 2010
Cierpię. Cierpię przeokrutnie. Męki cierpię.
Wpadłam we własne sidła i teraz muszę zachować twarz, a wszystko przez moje kombatanckie opowieści o licealnych, słodkich czasach, robieniu w konia rodziców i wakacjach w Bieszczadach ze znajomymi zamiast na obozie harcerskim, o czym przekonani byli rodzice.
Teraz cierpię i zaciskam zęby, bo moja Starsza jest gdzieś pod Gliwicami u znajomej pod namiotem na całe dwa dni.
W dodatku razem z koleżanką, która jednocześnie jest podobno ze Starszą u babci, czyli u mojej byłej teściowej w Chrzanowie.
Taka jest wersja dla rodziców koleżanki.
Wersja dla mnie- mam nadzieję- jest prawdziwa.
Razem z nimi jest dwóch (!!!!!!!!) kolegów, zabranych w celu i wyłącznie do rozłożenia namiotu. W (nie)rozłożeniu namiotu upatruję swoją nadzieję- rozkłada się go szybko, jak się wie jak.
Jak się nie wie, to ginie się w namiotowej płachcie i patykach z czegoś tam absurdalnie cienkiego
i rozkłada się go cztery godziny… A Starsza nie wie jak rozłożyć namiot na bank!
Namiot jest w wersji de luxe, ma dwie sypialnie, salon i duży przedsionek.
Jest sześcioosobowy, o matko, żeby tak pomieszały się im pałąki i pogubiły szpilki!
W dodatku w Krakowie leje deszcz, możliwe więc że pod Gliwicami też leje.
Nie mogę jednak tego się dowiedzieć, bo mam zakaz częstych kontaktów, a przecież nie chcę wyjść na nadopiekuńczą kwokę, którą zresztą jestem…
Cała reszta mojego świata też jest jak nierozłożony namiot.
Jestem chronicznie zmęczona, brakuje mi części zamiennych, ciągle nie skończyłam swojego dachu nad głową, ściana w pokoju Karolci ma odchylenie od pionu o całe cztery centymetry, a szkło w kabinie prysznicowej w łazience dzieci ma niebieski odcień.
Wyjątkowo nie pasuje on do płytek w kolorze ciepłej szarości, miedzi i srebra.
Zgrzyta mi w oczach, ale tak strasznie nie chce mi się niczego z tym robić, poza pomalowaniem ścian na niebiesko i udawaniem, że tak ma być.
Nie mogę doczekać się prac w mojej łazience, kupiłam takie cudne mozaiki i niestety, niestety te ametysty, którym tak się opierałam.
Uch, jestem słabą istotą, słabą…
Dziś życie jest beznadziejne, zalane deszczem i do prawdziwej szewskiej dupy.
Kto się ze mną nie zgadza, lepiej niech tego nie pisze.
Li.
Update:
Życie jak zwykle dopisało swój scenariusz.
Po godzinnym miotaniu się inteligentnej młodzieży z namiotem Starsza odkryła, że zapomniała zabrać pokrowca z pałąkami.
Namiot rozpięty został na patykach, a jego krucha konstrukcja wymogła pewne, spokojne zachowania.
No!

Jest tak gorąco, że nawet odgrzewane stare przepisy mogą ochłodzić :)

13 sierpnia, 2010

W piątek trzynastego, gdy upał obezwładnia można zrobić tylko jedno: CHŁODNIK!
Podaję dwie wersje- pierwsza jest dla kobiet, druga dla mężczyzn:

1. WERSJA DLA KOBIET:

Z chłodnikiem jest jak z gwałtowną miłością- koniec jest zimny, ale początek gorący i to w kolorze czerwonym, gdy żądze powodują masakrę wśród botwinki, siekanej na drobne kawałeczki, łącznie z jej sercem w postaci małego buraczka.
Wrzucenie tych posiekaności na odrobinę gorącej wody, wywołuje ekstatyczne jęki z garnka- na szczęście dla obyczajności, jęki te niedostępne są dla ucha zwykłego czlowieka- ich wysoka częstotliwość i zawarte w nich wyuzdane treści niepokoją natomiast koty.
Na gorące i seksowne spotkanie posiekanej botwinki, buraczka i wody przeznaczam okrutnie tylko parę minut- wystarczy to jednak, by początkową sztywność… surowca doprowadzić do tak upragnionego stanu bezbronnej miękkości…
Odstawiam to towarzystwo na bok, by ochłonęło z emocji i teraz mam do wyboru dwie czynności- w zależności od fantazji sięgam najpierw po jaja, lub też delikatnie pieszczę w dłoniach ogórki o fallicznym kształcie…, ech, te fantazje matki-natury- tak prowokujące swoim kształtem, ciekawe ileż to ogórków zostało zmiażdżonych przez żądne zemsty kobiety?
Dziś nie miałam jednak czasu na finezję i pieszczoty, i tak jak w niemieckim serialu (nie)obyczajnym- jaja do garnka i niech same dochodzą do twardości, a ogórki bez bielizny, nagie i nagle jakieś takie śmieszne, posiekałam w słupeczki.
By jednak nie zostawiać ich tak całkiem gołych, przykryłam je gustowną zieloną kołderką z koperku. Dodanie kilku wyciśniętych ząbków czosnku jest wyłącznie moją fantazją, będącą pozostałością romansu z pewnym Grekiem Tzatziki, od tej pory połączenie ogórka z czosnkiem ma dla mnie nieodparty urok.
W czasie rozbierania ogórków, jaja najwyraźniej pobudzone ich widokiem, osiągnęły stan doskonałej erekcji- ich twardość, tak widoczna gołym okiem, szybko jednak została przeze mnie złośliwie zlikwidowana za pomocą tarki o grubych otworach- jęki mogłyby obudzić umarłego, ale na mnie nie robiły wrażenia- wszak podobno ciągle pałam żądzą porozwodowej zemsty, a spersonifikowanie jaj miało terapeutyczną moc…;-)
A potem tylko miękkie przyjemności- rozbite w blenderze na gładko kwaśne mleko w mezaliansie z kefirem, wymieszane z botwinką, ogórkiem z koperkiem, jajkiem- teraz dopiero jest czas na pieprzenie i dla niepoznaki-solenie.
Orgia, prawdziwa orgia gdy smaki się mieszają, wnikają w siebie, i samo życie, gdy miłość z czerwoności popada w różowości- ot, takie wyblakłe uczucie, koniecznie podbite zapachem czosnku, z chrupiącym między zębami ogórkiem, z miękkimi cząsteczkami jajka, które tak gładko się połyka…
Chłodnik wchodzi tak aksamitnie, bez wysiłku, lekko, dużo i bez brzemiennych w kalorie konsekwencji.
Doskonały kulinarny kochanek na takie upalne dni.
Perwersyjnie można dodać kilka pokruszonych włoskich orzechów, mhmmmm… ten leciutki opór… zębów… .mhmmmm…
Daję słowo- można rozpalić zimnym chłodnikiem.
Wystarczy wąski strumyczek dla ochłody pomiędzy piersi… mhmmmm… (najlepsze są piersi z kurczaka;-).
2. WERSJA DLA MĘŻCZYZN:
– Wyjmij z lodówki, to co kupiła Twoja kobieta: kefir, jajka, ogórki i botwinę.
Nazwa botwina może Cię spłoszyć, ale spokojnie- to nic innego jak nastolatkowe buraczki z liśćmi.
– Przygotuj gar z gorącą wodą, co oznacza-uwaga- nalanie do garnka wody na wysokość 2-ch centymetrów.
– Botwinę umyj dokładnie, wypłukując spośród liści cząsteczki ziemi- uwierz mi, ma to znaczenie dla dalszej konsumpcji…
– Liście posiekaj nożem na drobne kawałki, nie dłuższe niż 4 milimetry, ale proszę- nie koncentruj się na porównywaniu jednego kawałka do drugiego, w tym akurat przypadku wielkość ma niewielkie znaczenie….
– Uważaj na palce, ups…odcięty?
– Po wizycie Pogotowia Ratunkowego, które opatrzyło Twoją rankę na paluszku, buraczki pokrój na cienkie plastry i pokrój w słupeczki, inaczej rzecz mówiąc- w prostokąty, o dwóch bokach wyraźnie dłuższych od pozostałych.
– Wrzuć to wszystko do gotującej się wody na parę minut, powiedzmy 4 (cztery).
Gdy botwina dochodzi, zajmij się jajami, ale proszę- nie stosuj tu wykładni rozszerzającej- mam na myśli wyłącznie jaja kurze.
– Kilka jajek, ilość w zależności od upodobań, ugotuj na twardo. Daj im 9 (dziewięć) minut, na pewno w tym czasie dojdą do stanu twardości, gdzie rolę viagry pełni gorąca woda.
– Botwina się studzi, jaja dochodzą, czas na ogórki- po pierwsze je rozbierz- to powinno przyjść Ci bez trudu. Po drugie posiekaj, a po trzecie dodaj do nich czosnek, ale nie w całości-wyciśnięty przez praskę.
A teraz czas na clou programu, skup się (przez te parę sekund nie myśl o seksie) i:
– miękką, wystudzoną botwinę połącz z ogórkami, startymi na grubej tarce jajkami (nie pisałam, że trzeba je obrać ze skorupki, wystudzić i zetrzeć na grubej tarce?), czosnkiem, teraz chwila popieprzenia sobie, ale takiego naprawdę solidnego, posolenia dla dodania smaczku,wrzucasz to wszystko do dobrze ubitego i wolnego od grudek kefiru… nawet nie wspominam Ci o zsiadłym mleku…
Daj sobie parę minut, by smaki się połączyły, smak… mhmmm…
Li.
P.S. Wersja de luxe, dla zrobienia wrażenia: zamiast jaj kurzych, użyj przepiórczych- są małe, ale warte uwagi- podaj je w chłodniku przekrojone wzdłuż.
Efekciarskie!

Remont wspomnień, czyli sposób na podniesienie nieco upadłego ego.

12 sierpnia, 2010
Ciesząc się słońcem wypiłam na tarasie poranną kawę.
Było mi prawie jak w Bułgarii, na tarasie L. i J. z widokiem na morze (dzięki Kochani za zaproszenie, ale ja bez mojej budowy nie mogę żyć).
Miasto jeszcze nie brzęczało porannym pośpiechem, można było przez chwilę poczuć się błogo
i wakacyjnie.
Chwila ta jednak nie chciała trwać dłużej i już mam w sobie niepokój konieczności załatwienia spraw i kupna takich na przykład drzwiczek rewizyjnych, czy fascynujących urodą kratek wentylacyjnych nie mówiąc o deklach.
Z wykończeniowego chaosu jak z piany wynurza się powoli moja mieszkaniowa najbliższa przyszłość. Będę mieć nareszcie swój dom. Dom, dom, dom!
Konsekwencje tego faktu są naprawdę kuszące- wróci do mnie obrażony wolny czas, zaniedbana chęć spotykania się z ludźmi, porzucona chęć gotowania, a nade wszystko poczucie bezpieczeństwa i możliwość zamknięcia drzwi przed światem. Mój dom- mój azyl.
Dla samych tych planów warto było mieszkać ponad trzy lata w tej wstrętnej wynajętej norze.
Wróciłam sobie do dni przeprowadzki, gdy myślałam, że sprzedając mieszkanie i wchodząc w bezdomność wynajmuję tymczasowe lokum na rok, może półtora.
Ale je ne regrette rien, rien de rien, mieszkając w kamienicy z budową na strychu zapuściłam korzenie, oswoiłam okolicę, mam swoje ulubione miejsca parkingowe, na podwórku posadziłam tuje, poznałam sąsiadów i przede wszystkim przypilnowałam swoich cegieł, murów i tego, by dom miał duszę. Ma!
Pierwszy raz w życiu byłam tak zdeterminowana na drodze do celu. Wbrew radom większości mojego świata myślę, że dobrze zrobiłam sprzedając pomałżeńskie mieszkanie.
Trzeba za sobą zamykać drzwi, nawet jak wpada się w brak komfortu i mieszkanie na mało malowniczych kartonach.
Brak poczucia bezpieczeństwa i kartonowy chaos czasem mnie dobijał, ale nigdy nie był to kołek osikowy wbity w samo serce, a pobudzenie do walki o lepszą i słuszną sprawę.
A co na to Lec?
Często dach nad głową nie pozwala ludziom rosnąć.
(Hm… i to że pokazałam niektórym niedowiarkom i nieżyczliwcom na co mnie stać, i że warto realizować marzenia jest może mało chwalebną przesłanką do dumy, ale jakże, jakże słodką…:).
Li.