Wrócił wtorek-potworek, potrzebne antidotum!

6 kwietnia, 2010
Wstanie rano i przeczytanie pozostawionej zapobiegawczo wczoraj samej sobie karteczki z napisem: „we wtorek mam dobry humor i nie ma od tego odwołania” wcale w ten dobry humor mnie nie wpędza, a wręcz przeciwnie- czuję rosnącą niechęć do zaczynania dnia, co dobitnie pokazuje siłę przekazu postanowień dawanych samej sobie, dokładając tym samym jeszcze poczucie winy z powodu jakże rażącego braku jakiejkolwiek doskonałości.
Triumfuje wtorek-potworek i nawet nie chce mi się nic na to radzić.
Dzieci wróciły wczoraj poprzeziębiane i z gorączką, tym samym tradycji lanego poniedziałku i bitwy na „bomby wodne” z małoletnimi sąsiadami babci stało się zadość.
Wróciły również trochę rozczarowane, bo Święta z tatą raczyły zacząć się dopiero późnym niedzielnym popołudniem, kiedy ojciec spuszczony ze smyczy stawił się u babci, przerywając tym samym ustaloną od lat tradycję wspólnego święcenia koszyczków i niedzielnego świątecznego śniadania.
Starsza obliczyła skrupulatnie, że spędziły z tatą 25 godzin, w tym zawarła się przerwa na sen
i czas podróży w obie strony.
O rety, doprawdy, cała doba wraz z jedną nadgodziną musiała wyczerpać ojca do cna, pewnie to wyczerpane męskie biedactwo nie pokaże się dzieciom do przyszłego tygodnia, a to wszystko oczywiście w ramach spełniania obowiązków rodzicielskich i hartowania przyszłych pokoleń- niech wiedzą, że życie jest ciężkie.
Jasne, jasne-piszę w rozżaleniu, ale jak nie być rozżaloną?
W okresie świątecznym wciskam sobie uparcie jedynie obowiązującą wersję, że uwielbiam spędzać święta bez dzieci, że sen, że imprezy, że samo dolce far niente, a wszystko po to, by nie zabierać im budowanej przecież od wczesnego dzieciństwa corocznej tradycji- czterech koszyczków przygotowywanych przez babcię po mieczu dla czwórki wnuków, pójścia przez pół Chrzanowa do kościoła z tatą, ciocią, wujkiem i kuzynami, bizantyjskiego wielkanocnego śniadania, bo babcia tu zawsze szaleje, nieograniczonego lania się w ogrodzie z sąsiadami na śmigusa-dyngusa, powtarzanego od ich urodzenia świątecznego rytuału, budzącego poczucie bezpieczeństwa swoją niezmiennością.
Jasne, jasne- piszę w rozżaleniu, ale jest mi tak bardzo szkoda dzieci liczących każdą godzinę spędzoną z ojcem, a przecież powinny być to noce i dni…
Ostatni raz zgodziłam się na samotne spędzenie Świąt, jak mi mój dobry humor miły!
Od przyszłego roku zaczynamy budować własną świąteczną tradycję, budowanie mam przecież we krwi!
Principiis obsta, sero medicina paratur.
Li.

Życie, życie jest nowelą…

3 kwietnia, 2010

Życie pisze swoje historie, czasem są to prawdziwe wyciskacze łez, emocjonalne bomby rujnujące pozorny spokój, ale za to umożliwiające budowę nowych uczuć, nowych emocji, nowego stanu ducha.

Dzisiejsza i właściwie banalna historia doprowadziła mnie do łez, płakałam w słuchawkę telefonu razem z Mamą Ilonki, ale kończąc rozmowę byłam już spokojna i szczęśliwa, czułam jakby Ilonka z niebytu dała mi znak, a pewna prześladująca mnie historia znalazła swoje zakończenie:

Czterdziestoletnia Agata, matka czwórki dzieci, z których najmłodsze miało dopiero dwa lata leżała w szpitalnej sali razem z Ilonką. Guz w jej brzuchu miał wielkość małego arbuza. Była przerażona, załamana, w ciężkiej depresji, a Ilonka- sama ledwo żywa po operacji -podtrzymywała ją na duchu, wzmacniała i dodawała sił do walki z Obcym. Po śmierci Ilonki czasem myślałam o tej Agacie, miała mięsaka o mniejszym stopniu złośliwości, ale z tego co mówiła Ilona-lekarze nie dawali jej większych szans na przeżycie. Do szpitala przyjeżdżał do niej mąż- ale nie codziennie, bo trudno mu było wyrwać się z domu pełnego dzieci gdzieś na wsi pod Oświęcimiem, ja widziałam go chyba tylko jeden raz i zapamiętałam go jako prostego, zafrasowanego, pochylonego nieszczęściem mężczyznę, niezdarnie próbującego poprawić żonie poduszkę.

Gdy wieczorami nielegalnie wdzierałam się na szpitalny oddział, a cudowne pracujące tam pielęgniarki udawały, że mnie nie widzą, gadałyśmy sobie wszystkie trzy, nasze rozmowy toczyły się wokół absolutnych bzdur, babskich mało ważnych spraw, w obliczu ciężkiej choroby jednak te sprawy nabierały niebywałej ważności, bo były nierozerwalnie związane ze zwykłym, codziennym życiem, a każda z nich chciała żyć. Pamiętam wieczór, gdy nałożyłam im obu nawilżającą maseczkę na twarz, a Agata przyznała, że nie ma nawet kremu, bo swoje potrzeby w licznej rodzinie zawsze ustawia na koniec kolejki. Ilonka wtedy oznajmiła, że jest to sytuacja skandaliczna, a ja dyskretnie otrzymałam polecenie dokonania zakupu kilku kosmetyków…

Po śmierci Ilonki nie wiedziałam co dalej działo się z Agatą. Czasem o niej myślałam, zawsze ze smutkiem, byłam prawie pewna że nie dała rady Obcemu, prześladowało mnie zdjęcie jej małego synka.

Kilka dni temu, późnym popołudniem Mama Ilonki wraz ze swoim szkolnym kolegą, który przyjechał ją odwiedzić po czterdziestu latach niewidzenia się, poszła na pszczyński cmentarz. Zapadał lekki zmierzch, było ciepło, na wielu grobach paliły się znicze, cmentarze ze swoim powietrzem ciężkim od smutku mają jednak w sobie urokliwe piękno.

Po drodze, na cmentarnej alei minęli wolno idącą parę, ludzie ci sprawiali wrażenie jakby szukali jakiegoś grobu. Mama Ilonki nie mogła zauważyć, że za nimi para przystanęła, a mężczyzna powiedział do kobiety: „mam przeczucie, że to jest matka Ilony”. Nigdy jej nie widział na oczy, mijali się podczas odwiedzin, nie mógł wiedzieć jak wygląda. Zawrócili, poszli ich śladem i oto nareszcie po paru tygodniach poszukiwań Agata odnalazła grób Ilonki. Płakała tam bezładnie przez godzinę, opowiadała jak kolejną niedzielę przyjeżdżała do Pszczyny na poszukiwania grobu, jak już dziś zrozpaczona i zdeterminowana zdecydowała że musi iść do parafii po informacje, jak Ilonka dała jej siłę do życia, jak przetrwała operację, chemio-i radioterapię, jak otrzymała wiadomość, że nie ma w niej komórek rakowych, jak ciągle o Ilonce myśli, jak nie może o niej zapomnieć, jak bardzo była zrozpaczona po jej śmierci, jak bardzo pragnęła odnaleźć grób- Mama Ilonki powiedziała mi, że godzinę tam stały, płakały, śmiały się, niesamowite emocje i wzruszenie…

Dobry człowiek po śmierci w ludzkiej pamięci prowadzi dalsze życie, bo odcisnął na innych piętno, wrył się w ludzką pamięć mocno, głęboko i tak twórczo, że nie można go zapomnieć. Ilonka śmiałaby się z tego pomnika jaki zostawiła w naszej pamięci- nie była przecież święta, miała wady, jak każdy z nas. Ale ostatni rok jej życia wydobył z niej takie piękno, taką siłę, taką pogodę ducha, taką odwagę w ukazywaniu słabości, że myśli o niej poza smutkiem i brakiem akceptacji dla jej śmierci zawsze są ciepłe, ogrzewają i dają siłę

Bardzo za Tobą tęsknię moja Kochana, bardzo!

Li.


Uśmiechnięty piątek.

2 kwietnia, 2010
Po wczorajszej primaaprilisowej katastrofie budowlanej nie ma śladu, elewacja wygląda nieskazitelnie, a żadna rysa nie ma odwagi na niej zaistnieć i niech tak zostanie na wieki.
Biegnący za mną od kilku dni święty spokój dziś nareszcie złapał mnie w swoje ramiona, poddaję mu się z radością, wtulam się w niego i tak chcę zostać przez kilka najbliższych dni.
Mam za sobą poranny relaksujący seans u kosmetyczki, a przed sobą wolność od matczynych obowiązków, bo moje kochane córki wyjechały do babci po mieczu i aż do wtorku nareszcie jestem sama!
Uwolnię się więc od myśli, w których mam ochotę związać własne dzieci, zakneblować i wrzucić do ciemnej piwnicy, pozwolę sobie na luksus maleńkiej tęsknoty i zajmę się rozpieszczaniem siebie, bo ostatnio o sobie zapomniałam, a przecież każda matka ma prawo do bycia zadowolonym z życia człowiekiem.
Będę mieć spokojne Święta, pełne snu, spotkań z przyjaciółmi i ze świątecznym śniadaniem u Rodziców.
Hedonizm w połączeniu z pełnym mruczenia sybaryczeniem, o!
Życzę Wam wszystkim tego, by było Wam jeszcze lepiej niż mnie!
Li.

Dlaczego tak długo nie pisałam?

1 kwietnia, 2010
Stało się to, czego obawiałam się w najgorszych snach- fundamenty nie wytrzymały nadbudowy i pękają. Przedwczoraj, nagle, wraz z ponuro i przerażająco brzmiącym stęknięciem, na kamienicy pojawiła się rysa od parteru do czwartego piętra, jak świeża blizna oszpeciła fasadę, a mnie wbiła się prosto w serce, zabijając moje marzenia.
Inspekcja Nadzoru Budowlanego zaleciła wbicie kotwii i wstrzymanie prac budowlanych. Prawdopodobnie mieszkańcy będą musieli opuścić kamienicę, bo istnieje zagrożenie dla ich życia.
Wykonawca w stanie przedzawałowym znalazł się w szpitalu.
Nie wiem co będzie dalej, nie jestem w stanie pisać- wybaczcie. Jestem zrozpaczona, od kilku dni płaczę, nie mam pojęcia co robić… i właśnie przeczytałam w dzisiejszej gazecie o własnej katastrofie budowlanej!
Li.

Jak mie sobie wzion, to mie sobie mo!

26 marca, 2010
Dwadzieścia pięć lata temu pewien góralski sześćdziesięciotrzyletni kawaler zapragnął się „łozenic” i uderzył w konkury do trzydziestopięcioletniej panny z dzieckiem z nieprawego łoża. „Brzydka ona, brzydki on, a taka ładna miłość”, był ślub, weselicho i adopcja syna na swojego. Zgodnie żyli, nie pił, nie bił, aż nagle w wieku osiemdziesięciu lat „łodbiło mu” i zakochał się w pięćdziesięcioletniej wdowie z sąsiedniego przysiółka.
Dziadziuś krzepki jeszcze-potrafił swoją miłość okazać w iście męski sposób- rąbał wdowie drzewo, nosił węgiel, oporządzał wdowie gospodarstwo, słowem- robił dla niej wszystko to, co przestał robić dla żony.
Pierwszy pozew o rozwód złożył osiem lat temu, ale na tej góralskiej bogobojnej wsi podniósł się taki wrzask, sąsiadki-baby go zagryzały, „z chałpy ni móg wyść”, że pozew cofnął na rozprawie, pod namową Sądu, niewiele zresztą rozumiejąc, bo „głuchawy letko jest”.
Drugi pozew złożył dwa lata później i tu już był konsekwentny, popierał powództwo i dowodził przed Sądem rozkładu pożycia, ale za babcią stanęła cała wieś barwnie i ze szczegółami opowiadająca o niewiernym dziadziusiu, podłej wdowie i biednej babci, która po rozwodzie nie będzie mieć gdzie mieszkać, bo w tak zwanym międzyczasie dziadziuś sprzedał wdowie swój pikny góralski dom za parę groszy i wdowa zaczęła do babci słać listy wzywające do opuszczenia jej własności.
Dziadziuś rozwodu nie dostał, ze względu na zasady współżycia społecznego.
Ten uparty góral w wieku osiemdziesięciu sześciu lat złożył kolejny pozew, ale tym razem posłuchał rady kogoś hm… moim zdaniem nie za mądrego i postanowił doprowadzić do sytuacji, że to babcia będzie chciała się z nim rozwieść-oto zaczął nagle babcię lać i wyzywać od, tu cytat” kurew, szmat, powsinóg, łajz i złodziejek”. Babcia, która przez trzydzieści lat małżeństwa nigdy od dziadziusia nie doznała przemocy ni wyzwisk, nagle w wieku siedemdziesięciu lat zaczęła chodzić posiniaczona i w potarganych włosach. Sprawa o znęcanie się dziadziusia nad babcią była niezwykle szybka i obyła się bez słuchania świadków, ponieważ dziadziuś oświadczył Sądowi, że do wszystkiego się przyznaje i że chce wyrok, ale babcię dalej łoić będzie „co by łobzydzic jej zycie we wspólnej chałpie”.
Jakież jednak było wielkie rozczarowanie dziadziusia, gdy okazało się, że wyrok w sprawie karnej o jego znęcanie się nad babcią, wzmocnił w sprawie rozwodowej procesową pozycję babci- teraz to bez żadnych wątpliwości, dziadziuś został uznany za wyłącznie winnego rozkładu pożycia, a skoro strona wyłącznie winna rozkładu domaga się rozwodu, a druga niewinna strona na to się nie zgadza, Sąd rozwodu nie da. I nie dał!
I na tym właśnie etapie, po wyroku Sądu I instancji, sprawa trafiła do mnie, na skutek prośby znajomego, pod tytułem „zrób coś z tym, bo tam dojdzie do tragedii”.
Nie chciałam nic robić, przeczytałam uzasadnienie wyroku i uznałam, że nie ma szans na sensowną apelację. Dziadziuś jednak bardzo nalegał, znajomy nalegał na mnie, ech- postanowiłam spróbować przekonać Sąd, że trwały i zupełny rozkład pożycia, jaki jest pomiędzy dziadziusiem a babcią-a co ustalił bez żadnych wątpliwości Sąd I Instancji -jest jakby mocniejszą przesłanką do rozwodu, niż nieudzielenie go ze względu na zasady współżycia społecznego i brak zgody babci.
Napisałam sążnistą i jakże kwiecistą apelację i właśnie wczoraj po raz pierwszy zobaczyłam na własne oczy swojego klienta i jego żonę, bo oczywiście i dziadziuś i babcia przyjechali z samiuśkiego Podhala na rozprawę przed Sądem Apelacyjnym.
Sąd z trudem utrzymywał powagę, ja niestety też.
Malutki, pokurczony dziadziuś przyjechał z postawną sześćdziesięcioletnią wdową, całą w koralach i z piękną góralską chustą. Siwiuteńka, bezzębna babcia ubrana na czarno, przyjechała z synem.
Na sali rozpraw babcia ciągle płakała, „głuchawy letko” dziadziuś okazał się głuchy jak pień i nic nie słyszał, w związku z czym przykładał do ucha dłoń zwiniętą w trąbkę i w trakcie referatu sędziego ciągle mnie pytał ” co gadajo”.
Po wygłoszeniu przeze mnie apelacji Sąd zapytał babcię o stanowisko procesowe, babcia z trudem wstała, łzy jej przestały płynąć, oczy zalśniły, spojrzenie stwardniało, a z ust -wbijając nas wszystkich przytomnych w wielkie zadziwienie -wydarł się niezwykle gromki głos mówiący: „nie dom rozwodu! Jak sobie mie wzion, to mie sobie mo”!
Wyrok Sądu I Instancji Sąd Apelacyjny utrzymał w mocy, ja poniosłam pierwszą w swoim życiu porażkę w sprawie rozwodowej, ale nie przejęłam się tym bo wdowa zachwycona iście „harlequinową” treścią mojej apelacji postanowiła mnie wynająć do sprawy rozwodowej numer cztery, którą oczywiście niezwłocznie trzeba założyć, bo dziadziuś przed śmiercią chce być wolny.
Ech… choć kusił mnie folklor tej sprawy, odmówiłam stanowczo, jednak drugiej porażki „nie zniesę”. Dziadziuś rozwodu nigdy nie dostanie, przy tym stanie rzeczy jestem tego pewna.
Ot, historyjka z życia wzięta.
Li.

Jestem na dnie.

22 marca, 2010

Boli mnie gardło i cała reszta. Przez japonki, w których wyskoczyłam do sklepu. Albo przez jazdę autem przy otwartym oknie. Albo ze starości. Nos mam jak bania, głos jak zardzewiała furtka na jednym zawiasie, jestem jedną siedzącą nieszczęśliwością, a zaraz będę leżącym workiem.
Nie cierpię być przeziębiona.
Zaraz podam sobie sama herbatkę do łóżka i oddam się cierpieniu.
Błąkam się w okolicy samopoczuciowego dnia i nic, nic nie jest w stanie mnie ukoić.
Idę spać,
Li.


Spowiedź dziecięcia wieku konsumpcji.

19 marca, 2010
Osiemnasty dzień marca 2010-go roku zapamiętam jako dzień, w którym wrócił mi rozum, a nawet trochę rozsądku. Zapamiętam go też jako dzień zwycięstwa nad swoimi konsumpcyjnymi żądzami i wyzwoleniem się z kredytowej niewoli i dyktatu mojego architekta.
Wczoraj nagle zrozumiałam, że jak głupia i naiwna panienka dałam się porwać trendom i naciskom, złudom z wnętrzarskich gazet, blichtrowi i rozdętemu ego, tracąc z pola widzenia to co jest przecież najważniejsze- jakość mojego przyszłego życia.
A nie chcę go marnotrawić na konieczności zarabiania pieniędzy na spłatę dużego kredytu, na zamianę fantastycznych wakacji na ametysty na ścianie, na czynienie oszczędności, nie daj Panie Boże na kosmetyczce i przyjemnościach, o nie!
Rezygnuję więc bez żalu z pięknych (och jak psiakostka pięknych!) dębowych, olejowanych dech za 40 tysięcy stąd, z cudnej urody włoskich płytek do łazienki za 30 tysięcy stąd, z kabiny prysznicowej, a właściwie kawałka zakrzywionego szkła za 4 tysiące, z zapierającej dech mozaiki ametystowej , z tego i z tego też.
Postanawiam kupić tylko polskie płytki, tylko polską ceramikę i armaturę, zwykłe podłogi na których będą widoczne ślady szpilek moich koleżanek, a mnie będzie cieszyć ruch w domu.
Mam przyjaciół K.i P. z domem pod Krakowem.
Uwielbiam tam jeździć, bo tych ludzi kocham, a ich dom ma piękną duszę. Na podłodze leżą tanie panele i zwykły dębowy parkiet, ale za to na ścianach wisi siedemnastowieczne malarstwo holenderskie, K. i P. są kolekcjonerami rzeczy pięknych i śmiesznych, przedwojenne figurki baranków wielkanocnych są naprawdę rozczulające. W ogromnej kuchni panuje swojski rozgardiasz, a herbatkę przy kuchennym stole można pić godzinami.
„Parapetówa” była w stylu lat siedemdziesiątych, gospodarze nie przejmowali się podłogą, tańce były szalone!
Mam innych dobrych znajomych, którzy niedawno wykończyli nowe mieszkanie. Za podłogę zapłacili ponad czterdzieści tysięcy, w związku z powyższym zapraszając na „parapetówę” zastrzegli konieczność ściągnięcia butów.
Ja przyszłam w japonkach, moi przyjaciele K. i P. zbuntowali się i butów nie ściągnęli, byliśmy jak powstańcy w tłumie zdominowanych przez podłogę bosych gości. Impreza była drętwa, jaskrawe światło z designerskich lamp zabierało chęć do szaleństw, muzyka sączyła się gdzieś tam daleko z ukrytych głośników, gości snuli się z kieliszkami w rękach, zupełnie jakoś nie zintegrowani.
To jest ładne mieszkanie, jak z katalogu, nie ma duszy, nie jest w nim zaznaczony rys indywidualności, osobowości, kuchnia za 70 tysięcy zniewala funkcjonalizmem, ale onieśmiela brakiem ciepła i kuchenności.
Dla mnie dom musi być domem, tu sobie cenię tradycyjne wartości, jak ja z moimi córkami będę w nim będę szczęśliwa, to uszczęśliwię swoich gości. Przedmioty muszą mieć swoją historię, meble mają być wygodne, kuchnia przytulna, a łazienki ciepłe.
Nic na pokaz, nic dla zrobienia wrażenia i nic na co mnie nie stać.
Trzy razy N, to jest moja filozofia na najbliższe dwa wykończeniowe miesiące.
Poczułam ulgę, no! Przez chwilę zwariowałam, ale na szczęście wróciłam do siebie.
Li.

Notka wpadkowa, bezznaczeniowa.

16 marca, 2010
Życie ciągle zaskakuje mnie swoją nieprzewidywalnością.
Teraz trwam w stanie zaskoczenia nagłą bezsennością, wygoniła mnie z łóżka na tułaczkę po mieszkaniu, skazuje na nocną samotność i ranne podkrążone oczy.
W dzbanku parzy się melisa z pomarańczą, jak ona nie da mi ukojenia, to zacznę czytać drugi tom „Domu nad rozlewiskiem”, po kilku stronach na pewno zasnę, tom pierwszy jakoś zmęczyłam, drugi nudzi mnie od kilkunastu miesięcy, nie mogę przez niego przebrnąć, leży na widoku jak wyrzut sumienia, przecież nie zostawia się nie przeczytanych książek, bo wpadają w czarną rozpacz i stają się wydawniczym dramatem.
Nie jestem w stanie zrozumieć sukcesu tej książki, ale pewnie przemawia przeze mnie zazdrość niespełnionej autorki wydawniczego hitu, którego ciągle jeszcze nie napisałam, ale na pewno napiszę. Kiedyś.
Zabieram się do czytania. Na sam widok okładki ziewam roooozdzierającoooo…, choć rośnie mi ciśnienie, gdy czytam z niej że ma być to polski „Rok w Prowansji”. Znaczy się podróbka, jak chińska Chanel noszona przez posłankę Szczypińską, ale na torebce podobne były przynajmniej litery, a tu podobieństwa brak. „Rok w Prowansji” to jedna z moich najulubieńszych książek, smakowita, barwna, ciepła jak świeża bagietka, chrupiąca humorem, często ją sobie poczytuję, zawsze mam wtedy ochotę na jedzenie, na wino, oliwki, sery i suszone pomidory.
A tu nie mam ochoty na przeczytanie następnej strony. Zakładam jednak możliwość, że się nie znam, starzeję, marudzę i wybrzydzam.
A co na to Lec?
Myśleli, że dzieło to czytałem z wypiekami na twarzy. A to były rumieńce wstydu.
Li.

Zaczynam wspominać, chyba się starzeję :)

14 marca, 2010
O północy przywiozłam moje starsze dziecko z lotniska. Wykończone i spalone na Mulatkę z bardzo wyraźnymi białymi „okularami”. Oczywiście w kwestii kremów z wysokim filtrem nie słuchała matki i teraz ma dwukolorową twarz.
Starsza leciała z Monachium w niezłym towarzystwie- kardynała Macharskiego, jego świty i całej ekipy skoczków narciarskich z Małyszem na czele. Znaczy się opieka boska nad samolotem była szczególnie wzmocniona.
Cieszę się, że jest zadowolona i wypoczęta, a najbardziej cieszę się, że była z moim bratem- widzę, że jest jej potrzebny męski punkt widzenia na pewne sprawy, a na swojego ojca liczyć przecież nie może.
Nie cieszę się za to z tego, że coraz częściej będzie podróżować beze mnie- w czerwcu leci do Niemiec na tydzień na szkolną wymianę, a pod koniec czerwca do Anglii na dwa tygodnie do mojej starej znajomej.
A historia tej starej znajomości miała swój początek na Rynku w Krakowie, dwadzieścia lat temu,
podczas II Festiwalu Kultury Żydowskiej, gdy zostałam zaczepiona przez pewną parę- rudego brodacza i śliczną brunetkę. To byli Anglicy, przyjechali na festiwal, gubili się trochę w Krakowie, szukali jakiegoś noclegu. Rudy miał na imię Barney, a dziewczyna Ruth i była z pochodzenia Niemką.
Ależ to było fascynujące towarzystwo! Razem tworzyli duet Rubato, Barney grał na akordeonie, a Ruth śpiewała i grała na gitarze. Zamieszkali u mnie i spędziliśmy razem kilka dni. Przytrafiały nam się niezłe przygody, gdy niespodziewanie znajdowaliśmy się w niespodziewanych miejscach, szalone to były czasy! Poznałam ich z Leszkiem Długoszem, który autorytatywnie stwierdził że Barney jest najgenialniejszym akordeonistą jakiego zna, potem (już nie pamiętam jak to się stało, chyba właśnie przez Leszka) Barney który był również stroicielem fortepianów, nastroił fortepian w kinie „Kijów”, gdzie miał się odbyć koncert finałowy festiwalu, bilety oczywiście były nie do dostania, a dla nas załatwił wejściówki jako honorarium za swoją pracę.
Jedynym zgrzytem tych kilku dni było włamanie do auta Barneya, gdzie beztrosko zostawił niezwykle cenną rzecz- schowane w starym, stylowym futerale instrumenty do strojenia fortepianów z końca XIX wieku, wraz z równie starą książką o wszystkich ówczesnych typach i wytwórniach fortepianów i pianin. Bardzo mi było przykro, stało się to pod moim domem, głupi złodziej myślał pewnie, że kradnie coś cennego, a przecież to była rzecz niesprzedawalna. Barney rozpaczał, dla niego był to wielki cios, te instrumenty należały jeszcze do jego pradziadka. I oczywiście, że się nie znalazły, postępowanie przez Policję zostało umorzone wobec niewykrycia sprawcy.
Nie wpłynęło to jednak na naszą znajomość, a wręcz przeciwnie- Barney zakochał się we mnie miłością beznadziejną i zaczął przyjeżdżać do Polski bez Ruth, co było trochę kłopotliwe, ale do opanowania. Ruth przyjechała do mnie jeszcze dwukrotnie, a potem niestety w 1994 roku wyszłam za mąż i wcale zaraz nie wróciłam, za to na dziesięć długich lat skończyło się moje ciekawe życie, byłam tylko żoną, matką i czasem kochanką, jak to klasyczna cura domestica.
Na początku 2000-go roku dostałam od Ruth list, w którym napisała mi, że kupiła w Devon dom, że urodziła dwie córki i że przyjmuje na wakacje osoby zainteresowane nauką angielskiego, jakby kogoś z moich znajomych to interesowało, to… itd.
Przez ostatnie dziesięć lat nasza znajomość odeszła sobie spokojnie w przeszłość, jak wiele innych miłych znajomości umierających naturalnie z powodu braku kontaktu i zmiany okoliczności.
Nie miałam pojęcia co się z nią dzieje, nie wiedziałam jak ułożył sobie życie Barney, ale gdzieś tam jeszcze tłukło się we mnie wspomnienie ich twarzy, a już zawsze gdy po raz kolejny czytałam „Władcę Pierścieni”- dziadek Barneya był pierwszym wydawcą Tolkiena.
I gdy moja Starsza powiedziała mi, że bardzo chce jechać na wakacje do Anglii na obóz językowy, pomyślałam wtedy o Ruth, pomyślałam również, że taka nietuzinkowa osoba na pewno złapana jest w sieć wyszukiwarek, wbiłam jej arystokratyczne niemieckie nazwisko w Google i z prawdziwym wzruszeniem obejrzałam sobie jej zdjęcia w pewnym artykule o prowadzonej przez nią szkole tanga. Dużo jest Ruth w internecie i co najważniejsze- dalej jest taką pogodną osobą jak kiedyś. Wymieniłyśmy kilkanaście maili, czym jest dziesięć lat bez kontaktu wobec całego życia?
Skutkiem maili Starsza jedzie do niej w celach naukowych na dwa tygodnie.
Ruth mieszka w ślicznym miasteczku niedaleko wybrzeża, ma córkę w wieku mojej córki, myślę że dla Starszej- fanatyczki języka angielskiego- będą to świetne wakacje.
Muszę tylko zagryźć swoje ciągle własne zęby i nie histeryzować z powodu jej samotnej podróży- samolotem do Bristolu, a potem pociągiem.
Dziecko twierdzi, że to dla niej będzie pestka.
Hm…
Lubię, gdy niespodziewanie z przeszłości w moją teraźniejszość znowu wchodzą ludzie kiedyś mi bliscy.
Li.

Potrzebne ciepłe myśli do ogrzania zmarzniętej ziemi.

12 marca, 2010
Dziś po północy minęło pół roku od śmierci Ilonki.
Nie ma dnia bym o Niej nie myślała.
Codziennie malując oczy przesyłam Jej uśmiech i całuska, zdjęcie wetknięte w ramę mojego lustra pokazuje Ją taką, jaką chcę Ją pamiętać- piękną i uśmiechniętą.
Dzisiejszej nocy wypiłam z Nią wino, popłakałam sobie i choć łzy były ciepłe jak czuły dotyk, czułam się bardzo samotna, przytuliłam się do psa i skuliłam w kącie kanapy, czując się tak bardzo bezradna wobec nieodwracalności Jej zniknięcia z mojego życia.
Tęsknię, a ta tęsknota jest nie do wyleczenia, to przewlekła choroba do końca życia.
Proszę życzliwych Jej pamięci choć o jedną ciepłą o Niej myśl.
Ta zima taka długa w tym roku, a mnie ciągle prześladuje myśl, że Ilonka na tym cmentarzu strasznie marznie.
Li.

Opowieść o D.

10 marca, 2010
Gdy w środku tygodnia na niczego złego nie spodziewającego się człowieka spadnie taka szewska środa, to trzeba się ratować. Bardzo, bardzo zły miałam dzień…
Pod wieczór więc, w celach ratunkowych pojechałam do mojej przyjaciółki D., w dzień prowadzącej życie poważnej i odpowiedzialnej Pani Dyrektor w dużej angielskiej firmie, a w nocy przemieniającej się w kociego łowcę.
D. niedawno zakupiła „zestaw do bezstresowego łowienia kotów” w postaci wielkiej klatki ze sprytną zapadką i oto co wieczór na Woli Justowskiej, w najnobliwszej dzielnicy Krakowa zastawia pułapkę na bezdomne koty, których tam jest bez liku. D. ma misję- jak najwięcej kotów złowić, wysterylizować, wykastrować, przez kilka dni doprowadzać do porządku we własnej łazience (gdzie metr kwadratowy pięknej szklanej mozaiki kosztował…hm…), wypuszczać, albo szukać domów, dokarmiać, dbać i generalnie prowadzić życie prawdziwej kociary.
D. ma fajnego faceta, niejakiego B. Mawia o nim, że jego jedyną zaletą jest tolerowanie kotów na stole (a ma ich piątkę, albo i więcej), ale to tylko takie gadanie, B. jest ciepłym, miłym, dowcipnym i niezwykle cierpliwym mężczyzną.
Kociarzem stał się niejako przy okazji pożycia z D., zdaje się zresztą że nie miał innego wyjścia.
D. ma wieczne z kotami przygody, moja ulubiona dotyczy historii z pewnym pięknym, acz lekko skołtunionym kocurem, który włóczył się wokół domu D., pewnego dnia wpadł w jej ręce, stracił męskość i gdy dochodził do siebie w jej pięknej łazience, w okolicy pojawiły się ogłoszenia zrozpaczonych właścicieli proszących o informację o ich ukochanym kocurze, w dodatku cennym reproduktorze. No cóż… D. podrzuciła kota pod wskazany adres, licząc na to, że jego gęste, rodowodowe futro przykryje ślady strasznej zbrodni. Pewne jest tylko to, że jego kariera jako reproduktora bezpowrotnie się skończyła.
Inna historia dotyczy wakacji, gdy D. poleciała na Kubę, a B. miał za zadanie opiekować się kotami. Na kilka dni przed jej powrotem, B. wysłał jej sms-a, że przed domem siedzi ciągle jakiś kot, chyba ma zwichniętą łapkę i że B.-prawdziwy bohater i odpowiedzialny mężczyzna, dokarmia go w oczekiwaniu na powrót D. Jakież było zdziwienie i wściekłość D. gdy okazało się, że tym niby bezdomnym kotem jest jej bura Grubcia, na co dzień nie wychodząca na zewnątrz. Musiała wypaść przez okno i przez kilka dni błagalnym wzrokiem wpatrywała się B., by wpuścił ją do domu, rzeczywiście miała zwichniętą łapkę, ech… ale była awantura, że B. nie poznał Grubci, na usprawiedliwienie podam, że B. odróżnia czarnego od rudego, ale burych od siebie już nie.
D. oswaja bezdomne koty i szuka im dobrych domów. Pomimo towarzyskiej natury cierpi na brak „bezkocich” znajomych, nawet ja mam kota od niej, moją piękną Saszę.
Uwielbiam tę kobietę, ma szerokie horyzonty i wielkie serce. Ma też najlepszą na świecie zdolność zorganizowania cudownych wakacji, to z nią byłam w Hongkongu, Singapurze i Indonezji i nie musiałam kiwnąć palcem, a już bilety lotnicze miałam przed oczami.
Ad rem: dziś wieczorem poszłam razem z nią na łowy, postawiłyśmy klatkę w trawie niedaleko „kocich miejsc”, schowałyśmy się w aucie i czekałyśmy na efekt.
A efekt był, a jakże i to zaledwie po pół godzinie czekania! Zwabiony na wołowinkę wpadł do klatki szaro-bury kot. Niestety, wielkie było rozczarowanie D., gdy okazało się, że jest to kotka, którą dwa dni temu złowiła, zawiozła do sterylizacji, a ona okazała się kocurem i to w dodatku już wcześniej wykastrowanym.
Przedstawiłam D. moją ponurą wizję- pozbawiła płodności wszystkie koty w okolicy, albo też wszystkie koty już wiedzą o jej zbrodniczej działalności i omijają okolicę szerokim łukiem.
D. jednak nie traci ducha i nadziei, gdy ją opuszczałam wsadzała do klatki świeży kawałek mięsa.
Wracałam od niej uśmiechnięta i z ogrzanym środkiem.
Li.

Napisałam to dwa lata temu i ciągle myślę tak samo.

10 marca, 2010
Czasem zastanawiam się na ile istnieję?
Są dni, gdy lubię nie istnieć dla świata- wydaje mi się, że jak wyłączę telefon i zamknę się w domu, to już mnie nie ma. A tu figa z makiem- jestem tylko niedostępna.
Jak zakrywam się kołdrą po uszy, chcąc poczuć się bezpiecznie jak w kokonie, też jestem, tylko pod kołdrą.
Gdy wyjeżdżam, to tu mnie nie ma, ale jestem tam.
Wszędzie zostawiam ślady elektroniczne- płacę kartą, podaję NIP do faktury, lokalizują mnie przekaźniki GSM, czasem fotoradary…
Ja siebie w lustrze zauważam, ale dzieci zauważają mnie głównie wtedy gdy mnie nie ma, jestem taką stałą wartością w ich życiu jak powietrze, a czy zauważa się powietrze?
Tylko wtedy, gdy zaczyna go brakować.
Fajny paradoks- zauważyć, gdy nie ma.
Istnieję, istnieję jak cholera, tu i teraz i we wspomnieniach, ze swoimi wszystkimi wadami,
z odrobiną zalet, ale niewielu obchodzi moje istnienie.
To takie małe istnienie- ledwo zauważalne.
Bardzo łatwo można przestać istnieć w cudzym życiu, wyjść z niego bez dania sobie samemu prawa powrotu, zamknąć oczy dotychczas wpatrzone, zerwać więzy nierozerwalne.
A co na to Lec?
Należy żyć przez kalkę, by w razie zniknięcia mieć dowód istnienia.
Li.

O Dniu Kobiet i czymś tam jeszcze…

8 marca, 2010
W Dzień Kobiet, którego nie obchodzę dostałam życzenia i kwiaty.
Największym zaskoczeniem był mój Wykonawca, który rano przyniósł mi prawdziwego i jednego goździka. Goździk jest śliczny i przypomina jako żywo czasy mojej wczesnej młodości (szczęśliwie wystąpił bez obowiązkowych w tamtych czasach rajstop w kolorze cielistym), nie podejrzewałam Pana Zenka o takie subtelne poczucie humoru.
Do pracy przyniesiono mi bukiet róż, ale bez wizytówki co uruchomiło moją wyobraźnię niekoniecznie w pożądanym przez ofiarodawcę kierunku.
Z reguły dostaje się coś od kogoś, od kogo tego czegoś się nie chce, a nic nie dostaje się od kogoś, od kogo pragnie się dostać cokolwiek, odwieczny (nie)porządek świata wprowadzający tylko chaos w emocjach… Ale róże są piękne, stoją w poczekalni, nomen omen… niech czekają… może się doczekają… a może będzie to tylko jego i róż niedoczekanie?
W firmie, gdzie zgodnie z umową mam stawiać się raz w tygodniu na dwie godziny dostałam po tulipanie od każdego pracującego tam mężczyzny, co dało okrągłą liczbę sześciu tu-Li-panów, stoją na biurku i cieszą oko. Odebrałam kilka telefonów z życzeniami, kilka sms-ów, ale nie czuję się jakoś szczególnie wyróżniona jako kobieta, bo jestem nią przecież codziennie.
Najpiękniejszy prezent dał mi elektryk Andrzej- od kilku dni pracował bez wytchnienia, naprawiał szkody po Panu Romku-Prawdziwym- Dzwonku, godzinę temu zameldował mi koniec prac na poddaszu, jutro zabiera się za salon i sypialnię, planuje pracować do końca tygodnia, kable go słuchają, układają się pięknie- internetowe, elektryczne, telefoniczne, będą prowadzić w ścianach poukładane życie, bez nałogów i zbaczania w najmniej spodziewane kierunki.
Znaczy się- idę do przodu.
A moja Starsza przeżywa swoje przygody, linie lotnicze zgubiły jej narty (a właściwie to moje, piękne zielono-złote Atomiki, kupione w tamtym roku!!! Wydarłam je sobie spod serca..), jeździ na wypożyczonych, mój brat nie ma nad nią litości, zmusza do czarnych tras, dziecko płacze, na dole po zjeździe jest z siebie bardzo zadowolone, ale jeszcze nie wie, czy jest super.
Nie sposób w tym życiu się nudzić, tyle ciekawych spraw i sprawek, za mało dnia by wszystko ogarnąć, za mało czasu by dotknąć i posmakować, ale wystarczająco dużo by zjeść cały pojemnik fantastycznych, zielonych jak niedojrzałe śliwki oliwek z Kleparza (druga budka po lewej stronie od wejścia, za kwiaciarnią, oliwki na wagę, takich zielonych i tak dobrych nie jadłam jeszcze nigdy w życiu, już się uzależniłam, Echoes to wiadomość specjalnie dla Ciebie!)
Czeka mnie spokojny wieczór w wynajętym mieszkaniu, do mojego domu mam tylko dwa piętra i jakieś trzy miesiące.
Li.

Gdy dziecko jest w samolocie, we mnie budzą się demony.

7 marca, 2010
Telefon nareszcie mógł z ulgą odetchnąć po przyjęciu w siebie wiadomości o szczęśliwym lądowaniu samolotu w Turynie. Moje starsze dziecko jak zwykle cedzi słowa: dwie godziny temu był „Frankfurt”, teraz zaledwie „Turyn”. Gdy smarkuli odpisałam z nutką matczynej egzaltacji, że „mogę nareszcie spokojnie iść spać”, to w odpowiedzi napisała mi, że „nie wie o co mi chodzi, bo przecież nie jest z babcią i na innym kontynencie”. No tak, ale to właśnie fakt, że nie jest z babcią budzi mój największy niepokój, haha…
Oczywiście wiem, że wróci do domu zachwycona, narciarsko wyjeżdżona i wypoczęta, ale co się namartwię to moje. Przerażająco w tym martwieniu robię się podobna do własnej matki, a przecież nic mnie tak nie złości jak jej wieczne czarne przepowiednie!

Nalałam sobie czerwonego wina i uzbrojona w winny oręż będę walczyć z własną nadopiekuńczością i złudnym przekonaniem, że tylko w mojej obecności dzieciom nic złego się nie stanie. I czasem z lękiem myślę o tym, że moja miłość do nich tak bardzo determinuje moje życie, że nie daję sobie miejsca na nic innego, pocieszam się jednak, że gdyby to „coś innego ” będzie miało być czymś dla mnie ważnym, to wywalczy sobie należne mu miejsce, tak by inne uczucia poczuły respekcik i szacuneczek.
A co na to Lec?
Czy mam złudzenia? A jakże. To są produkty uboczne nieubłaganego racjonalizmu.
Ech… no tak…
Pozostanę w swoich złudzeniach, bo mi w nich dobrze. I dobre jest to wino!
A za Starszą cudownie sobie potęsknię, nawet trochę ją poidealizuję.
Jak wróci to przynajmniej przez dwa pierwsze dni nie wkurzy mnie do granic wytrzymałości.
Są przecież takie dni, gdy moja matczyna miłość jest moim własnym wrogiem, gdy z bezsilności
i złości na jej absurdalne nastoletnie histerie mam ochotę popełnić zabójstwo i to ze szczególnym okrucieństwem. Ale te chwile mijają, a zawsze zostaje mnóstwo czułości. I radość. I duma.
Cieszę się, że jestem matką.
To trudne zadanie, często jestem matką beznadziejną i niekonsekwentną, ale miłość do dzieci to najczystsze i najcieplejsze uczucie jakie jest mi dane w życiu.
Idę przytulić się do Młodszej.
Li.

A Ty, czy masz ważne dokumenty?

6 marca, 2010
Wczorajszy wieczór wzniósł się na apogeum wydarzeń całego tygodnia pełnego wszystkiego, a już najwięcej pośpiechu.
Jedyną przyjemnością była wieczorowa środa, gdy spotkałam się na kolacji we włoskiej knajpce z tą niezwykłą kobietą, szczęśliwie co jakiś czas bywającą w Krakowie.
W czwartek byłam w Opolu, gdzie nareszcie i zwycięstwem zakończyłam sprawę, o której pisałam rok temu tutaj.
Sprawiedliwość jak zawsze jest nierychliwa, długo trzeba było czekać na taki wyrok Sądu, jeszcze tylko musimy znaleźć spokojny sposób egzekucji wyroku i odebrania psychopatycznej matce dziecka bez użycia siły, scen i telewizji.
Najważniejsze, że siostry znowu będą razem, a mój kolega odzyska spokój i przestaną dręczyć go demony. Z nowego związku urodziła mu się trzecia córka, będzie miał co robić. Jego obecna partnerka to miła i ciepła kobieta, wiele z nim przeszła i co najważniejsze absolutnie akceptuje fakt wychowywania z nim dwóch córek z pierwszego małżeństwa, a jak wyrok rozwodowy się uprawomocni, to jadę na ich ślub!
Z Opola wracałam jak na skrzydłach, Sądy nareszcie zaczynają dostrzegać w ojcach równoprawnych rodziców, a doktryna której podstawą było przekonanie, że „lepsza najgorsza matka niż najlepszy ojciec” powoli odchodzi w niebyt.
A wczoraj wieczorem, wracając do domu po odwiezieniu Pani Jadzi, mając przed sobą weekend, perspektywę sobotnich nart, wylot Starszej do Turynu, sen i święty spokój, niebacznie przejechałam skrzyżowanie na „późnym” zielonym, stałam się obiektem pościgu policyjnego (no jasne, że w lusterku wstecznym widziałam radiowóz na sygnale, ale żeby to na mnie ???), zostałam poproszona o dokumenty, oczywiście podałam, oczywiście uśmiechnięta przeklinając w myślach nietwarzowy dresik, buty Emu mojej córki i włosy byle jak związane na czubku głowy, ech i tak braki w urodzie zeszły na dalszy plan w obliczu braku ważnych badań technicznych. Badania skończyły mi się wraz z gwarancją auta w styczniu, co za niefart, mnie przecież nawet nie przyszło do głowy, by do dowodu rejestracyjnego zaglądać…
Skończyło się ostatecznie tak, jak każda bajka kończyć się powinna- dobrze i bez przerażającego ciągu dalszego w postaci zatrzymania dowodu rejestracyjnego, mandatu i punktów.
Kończę kawę i jadę do stacji diagnostycznej. I to zaraz, wszak potem jedziemy na narty.
Jestem niezwykle wdzięczna tym miłym, cudownym, wyrozumiałym mężczyznom- gdyby mnie nie zatrzymali jeździłabym dalej w błogiej nieświadomości, aż do czasu jakiejkolwiek kolizji czy wypadku- bez badań technicznych nie ma ochrony ubezpieczenia.
Posprawdzajcie więc swoje dokumenty, a ja znikam na caluśką sobotę, miłego dnia dla Was!
Li.

A takie tam, przed snem…

2 marca, 2010
Wygooglałam satelitarne zdjęcia kamienicy!
Zdjęcia są sprzed pół roku, widać rusztowanie z zieloną siatką, no i nie ma już starego dachu.
Ale historia, z Kosmosu widać Wielki Mur i Wielką Nadbudowę … :D
Znalazłam sobie również i elektryka, choć nie przez Google, a przez stosunki międzyludzkie.
Na pierwszy, drugi i trzeci rzut oka elektryk wygląda bardzo porządnie, szczęśliwie nie widzę w nim ani grama fantazji, co po przejściach z Panem Romeczkiem uważam za zaletę i conditio sine qua non naszej współpracy.
Rety, jaka jestem zmęczona, straciłam dziś sporo złudzeń, ale i mam jakby więcej nadziei na bliski już koniec mojej budowlanej odysei.
No i będę mieć w kablach uporządkowany ruch elektronów swobodnych, znaczy się -prąd.
To jedyna definicja jaką pamiętam z fizyki!
Li.

Dzień Niepodległości.

2 marca, 2010
No i stało się, co się stać musiało- wywaliłam elektryka.
W związku z powyższym najpierw sobie popłaczę, a potem poszukam innego, wszak nikt nie jest niezastąpiony, a co dopiero taka elektryczna, niesłowna łajza.
Nie wytrzymałam, naprawdę nie wytrzymałam, a zniosłam przecież i hazard i rekina i wieczną niesłowność!
Wczoraj w samo południe wyszedł na godzinę „coś zjeść”. Zadzwoniłam o czwartej, ciągle jadł ale obiecał, że będzie na ósmą wieczorem i będzie „pracować całą noc”.
Widocznie jadł bardzo długie spaghetti, bo oczywiście nie przyszedł i nie odbierał telefonu.
Rano za to przyszli robotnicy i znowu mnie zapytali z dużą dozą złośliwości, kiedy przyjdzie elektryk. Nigdy!
Nigdy, nigdy, nigdy, nie chcę go już widzieć, nagrałam mu się na pocztę, zaraz zadzwonię do mojego kolegi, niech go sobie zabiera i rzuci rekinom na pożarcie.
Kłopoty to przecież moja specjalność, dam sobie radę, tylko jeszcze trochę sobie popłaczę nad swoją naiwnością i wieczną wiarą w ludzi i elektryków.
A w pokoju młodszej córki są wywalone w ścianie dwa otwory wentylacyjne, za to w pokoju starszej córki nie ma ani jednego.
Pomyliło się coś chłopakom, wszyscy oni to jedna wielka rodzina z kuzynem elektrykiem.
Będę szczęśliwa jak nareszcie się od nich wszystkich wyzwolę.
Li.

Chwilowo życie bywa znośne.

1 marca, 2010
Życie cudem jest- zwłaszcza w taki poniedziałek jak dziś, gdy pierwszym odebranym telefonem jest telefon od elektryka i to z budowy.
Pan Romeczek wrócił z nadmorskiej wyprawy i zajął się moimi kablami. Hura!
I od razu odpukuję w nieumalowaną swoją główkę, a kysz, kysz pechu i siło niefartu nieczysta. Całkiem spokojnie wypijam więc drugą kawę i zaraz idę na inspekcję.
Odpoczęłam na wysokościach, górskie powietrze wywietrzyło mi z głowy myśli niespokojne, inne leżą gdzieś w zakamarkach umysłu przywalone przyjemnościami, wyjazdy z domu są konieczne dla zmiany widoków, szczególnie tych na przyszłość.
A przyszłość swą widzę świetlaną, będę mieć dom, a reszta jakoś się ułoży, jeszcze tak nie było, żeby nie było.
A co na to Lec?
„Nie ma tego złego, co by… Gdy Ikar z Dedalem spadli, stali się aniołami, wyrosły im własne skrzydełka i mogli potem fruwać, ile ich dusze zapragnęły”.
Najważniejsze, by w każdej złej, beznadziejnej, fatalnej, przygniatającej nas życiowej sytuacji znaleźć jaśniejszą stronę.
Zawsze jest taka jedna wolna od cienia, to bezcień.
Trzeba w niego wejść i kurczowo trzymając się nadziei na dobre życie, nie dać się z niego wyrzucić.
Li.

Wiadomości z pierwszej ręki.

26 lutego, 2010
Za tydzień mój ukochany brat zabiera na narty w Alpy moją starszą córkę. Na cały tydzień!
W tej cudownej sytuacji widzę tylko jeden minus- szkoda, że nie zabiera mi dwóch córek.
Ale co tam- zawsze to o jedno śniadanie do robienia mniej, będę mogła rano spać pięć minut dłużej. Łaknę snu, a ciągle siedzę nocami w bezsenności, bo mi szkoda czasu na sen, ech- kto zrozumie kobietę…?
Moje włoskie narty w marcu odwołane, nie mogę jechać, umarłabym z tęsknoty- nie zostawię mojej budowy samotnej, bo kto dopilnuje montażu schodów, kto pokrzyczy na robotników, że palą w moim salonie, wszak nawet na tarasie jest zakaz palenia, kto wymyśli kolor ścian na klatce schodowej kamienicy, kto będzie robił Wykonawcy poranną kawę z mlekiem i z syropem z agawy, kto wreszcie dopadnie elektryka, który dwa dni temu uciekł mi aż nad morze (czyta mnie ktoś z Mielna? Potrzebuję kogoś zabić!).
Tym razem jednak powód jaki mi podał telefonicznie celem usprawiedliwienia swojej nieobecności jest very poważny: otóż podobno w Mielnie, w tzw. mini-oceanarium zdechł pewien rekin i w związku z powyższym obecność mojego elektryka jest tam niezbędna. Rekin zdechł z powodu awarii instalacji elektrycznej i tylko mój, tylko mój kurwa elektryk jest w stanie tę instalację naprawić, choć rekinowi życia nie wróci.
Doprawdy, aż dziw że nie rozpiera mnie duma z powodu „mienia” TAKIEGO kurwa elektryka.
Mam poważne obawy, że wcześniej zelektryfikują cały Gabon niż mój dom.
Nie mogę sobie wybaczyć, że po aferze hazardowej dałam mu szansę rehabilitacji, odpłaca mi się cudownie- ciągle nie mam prądu, więc nie mam gazu, więc… i oczywiście żaden inny elektryk nie tknie rozgrzebanej roboty po tym draniu.
Kurwa, a nie elektryk i zdania nie zmienię.
Li.

Niepożądana codzienność.

25 lutego, 2010
Czwartek-od-rana-nic-nie -wartek, bo, albowiem, ponieważ:
1. kominiarze sobie nie przyszli na odbiór kominów, wentylacji i kto ich tam wie czego jeszcze.
2. elektryk sobie nie przyszedł na dokończenie tablicy rozdzielczej.
3. przyszła za to sobie po raz kolejny Straż Miejska i po raz kolejny nie przyjęliśmy mandatu.
Tym razem za rozładowywanie o siódmej rano materiałów budowlanych pod kamienicą „jeden metr od przejścia dla pieszych”, na którym nota bene rzadko widać jakiegoś pieszego.
Czysta, żywa złośliwość instytucji głównie najwyraźniej powołanej do ściągania pieniędzy do budżetu miasta. Taka sobie Straż Windykacyjna. Uhhh… aż się gotuję! Idę na rozmowę z Komendantem Straży, przepis przepisem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie, wszak nie ma innej możliwości rozładowania materiałów i załadowania odpadów, mam nadzieję że to mu jasno wyłożę.
No i jak mam bujać w obłokach, pisać lekkie i błyskotliwe notki, jak tu rzeczywistość skrzeczy mi za uchem, problemy pchają się bez kolejki, a telefon nie milknie od złych wiadomości?
Apage satanas, ja marzę, marzę o tej chwili, gdy-już-będzie-po-wszystkim, gdy w ciepły, letni poranek nie będę musiała nigdzie się spieszyć, nie będę musiała słuchać budowlanych odgłosów, tylko skupię się na podlewaniu kwiatów na tarasie i kubku z kawą. Z poranną gazetą w tle.
Już niedługo będę w raju, gdzie wszystko będzie działać jak trzeba.
Szkoda tylko, że droga do raju musi przejść przez piekło, hehe :)
W sobotę jedziemy na narty, aż do samiuśkiej niedzieli, hej!
No i oczywiście nie omieszkam wymoczyć swego udręczonego ducha w gorących źródłach, należy mi się jak nie wiem co!
Li.

Wcale mi się nie chce, ale muszę.

23 lutego, 2010
W celu realizacji moich szaleńczych wykończeniowych pomysłów musiałam wystąpić o kredyt.
Tym samym nagle stałam się dla banku jednostką podejrzaną i wymagającą przeprowadzenia procesu lustracyjnego, do granic absurdu włącznie.
Ilość niezbędnych dokumentów, oświadczeń, zaświadczeń i innych dawno przekroczyła moją zdolność percepcji. Zamieniam się więc w automat do przynoszenia tego i tego i przestaję dziwić się zaiste idiotycznym zasadom liczenia zdolności kredytowej, a już na pewno kosztów utrzymania.
Przestaję dziwić się panience w banku bardzo zdziwionej, że nie pracuję na etacie (no jak to? Przecież każdy powinien mieć jakiś etat!).
Przestaję zastanawiać się nad meandrami (nie)polityki bankowej, która działa na tyle zniechęcająco, że zaczynam tęsknić do instytucji zwykłej skarpety. Nie cierpię tłumaczenia, wykazywania, udowadniania i czekania.
Ale najbardziej nie cierpię tego, że nie potrafię oszczędzać i że przez swój rozrzutny tryb życia znalazłam się oto w piekle formalności kredytowych.
Od dziś wprowadzam nowe zasady- i gdy usłyszę tylko „Mami, daj kasę”, to zabiję.
Tym samym wzrośnie mi zdolność kredytowa, bo przynajmniej jedno forsożerne stworzenie zniknie z rubryczek formularza. Co ciekawe, bank nie bierze pod uwagę alimentów, które przecież idą na utrzymanie dzieci, w całości obciążając mnie kosztami ich utrzymania.
Czyli te alimenty, to co? Na waciki?
Li.

O tym, że prawda zawsze zwycięży i że nie należy ufać "śniegołapom".

20 lutego, 2010
Wczoraj przed południem wybiegłam z domu, bardzo spiesząc się na służbowe spotkanie.
Przed kamienicą wpadłam w sam środek afery śniegowej- z naszego spadzistego dachu, mimo „śniegołapów” zsunęła się potężna połać zmrożonego śniegu i spadła na bogu ducha winnego przechodnia.
Afera, otrzepywanie, ugłaskiwanie, dawanie wizytówki, oglądanie nieistniejących ran, wysłuchiwanie o „długofalowych skutkach uszkodzenia mózgu”, ufff.. trochę to trwało, na spotkanie wpadłam spóźniona usprawiedliwiając się opisem sytuacji. Widziałam jednak w czekających na mnie męskich oczach pewną nutę podejrzliwości i niedowierzania, no cóż- nie każdy bez zastrzeżeń wierzy kobiecie.
Dziś w południe te same oczy przywiozły mi do domu ważne dokumenty.
Zaparkowały te oczy pod kamienicą (notabene na zakazie) i nie zdążyły wysiąść, gdy kolejna połać śniegu spadła prosto na dach ocznego auta. Usłyszałam huk, wybiegłam przed dom, a tam kolejna afera, skądinąd słuszna, aczkolwiek nie rozumiem wobec tego jaką rolę na dachu mają odgrywać te nieszczęsne „śniegołapy”?
Skutek jest taki, że oczy uwierzyły mi jednak w przyczynę piątkowego spóźnienia, zaalarmowana administratorka przysłała na ratunek syna, sama stojąc na straży na dole, a ja z rzeczonym synem i przybyłym do mnie kolegą T. zrzucałam śnieg z okien na poddaszu, z dziką zawziętością traktując go miotłą.
A teraz czekam na powrót Młodszej z basenu i jedziemy na wieś za miasto do moich przyjaciół, muszę nareszcie zażyć trochę sobotniego spokoju…
Li.

Piątek jest przeważnie zmęczony.

19 lutego, 2010
W piątki rozum zaczyna wcześniejszy weekend i tylko zalanie kawą zmusza go do minimum aktywności.
Wczorajsze słońce porzuciło miasto łamiąc mu serce mgłą, brudnym śniegiem i koniecznością pracy. Dostaję od tego naocznej niestrawności, zamykam się więc na zaokienne (nie)widoki i pijąc kolejną kawę z żółtego, słonecznego kubka w białe kropki trwam w bezmyślności, udając że jestem w pogodzie ducha i dobrym humorze.
A co na to Lec?
Czasem trzeba przestać myśleć, aby zorientować się w sytuacji.
:)
Li.

Zwierzenia z wiosną w tle.

18 lutego, 2010
Nareszcie udało się spędzić współwłaścicieli kamienicy w jedno notarialne miejsce i uporządkować bałagan w stanie udziałów, piwnic i nadbudowy. Nie ma to jak porządek prawny, a ja jestem nareszcie samodzielnym paniskiem, Pani Na Nadbudowie hehe… Cieszę się, bo to kolejny krok, nieważny dla ludzkości, ale za to jaki ważny dla mnie!
Pogoda też poczuła, że rzecz jest warta uczczenia i śnieg z nadmiaru emocji topnieje w oczach. Jestem bardzo zmęczona, zasypiam na fotelu u ulubionego dentysty, robię śmieszne błędy, suszę włosy nie włączoną do prądu suszarką, ciągle coś gubię, zapominam, błądzę, ale przy aktywnym życiu utrzymuje mnie myśl, że jeszcze tylko kilka miesięcy i będę mieszkać w swoim własnym domu. Dość mam już tej wynajętej bezdomności, dość zimnej kuchni, dość urywanej ciągle klamki od drzwi wejściowych, dość, dość, dość!!!
A wiosną, po zimnej Zośce posadzę na moim pięknym dużym tarasie morze kwiatów, usiądę sobie na najwygodniejszej tarasowej kanapie, jaką tylko będę mogła kupić, postawię na stoliku z widokiem na dachy Krakowa kubek z cafe latte i będę mieć zuchwałe przekonanie, że los może mnie pocałować prosto w nos. O!
No! Rany boskie, nawet nie macie pojęcia jaką radością jest dla mnie każda cegła, każda ściana, każda rura, nawet na byle druty sterczące ze ściany patrzę z miłością. Już kocham ten dom, kocham go z każdym dniem coraz bardziej. Czuję w nim taką dobrą energię, bijące ciepło i zapach lawendy w szafie z butami. Czuję poczucie bezpieczeństwa i silnej rodzinnej więzi. Znowu będę mogła wrócić do cudownego zwyczaju zapraszania gości na kolacje i gadania przy winie do białego rana. Znów będę mogła kupować obrazy, łososiowe szkło i wszystko to na co mam ochotę, a na co teraz nie mam miejsca.
A w sypialni będę mieć baldachim, jak królować to na całego.
:)
Li.

Notka wcale nie na temat Dnia Zakochanych.

14 lutego, 2010
Jestem zakochana w swoich córkach, kotach, psie, w sobie jestem zakochana wprost bez pamięci i nie opuszczę się aż do śmierci, na co dzień mam tyle miłości, że nie muszę szczególnie obchodzić Dnia Zakochanych i mogę bez poczucia odrzucenia przez świętujące społeczeństwo miotać się niedzielnie pomiędzy pralką, kuchnią i Młodszą odrabiającą lekcje.
Lubię, naprawdę lubię zaokienny spokój niedziel i ich inny rytm dnia.
Lubię cały dzień nie wychodzić z domu i tak dobrowolnie uwięziona w murach mieszkania zajmować się tym, na co w tygodniu czasu nie mam.
A teraz szczególnie lubię usiąść nad planami nowego domu i po raz kolejny paroma kapryśnymi kreskami zburzyć wcześniej zbudowaną koncepcję kuchni.
Burzę i buduję, kreślę, poprawiam, myślę, wymyślam, przypominam sobie, zapominam, jeszcze do końca nie mam na nią pomysłu, ale gotować w niej już mam ochotę.
Dom jest gotowy do przyjęcia w siebie wszystkich moich wykończeniowych pomysłów, a one w mojej głowie biją się o przetrwanie.
Koniec, finito, the end, mam gładkie, oślepiająco białe ściany aż krzyczące z chęci pomalowania się na mocny kolor, daleki od mdłej bieli, mam ostateczne kształty pomieszczeń i mnóstwo powietrza do nasycenia go swoim zapachem.
Teraz robotnicy w celach remontowych demolują klatkę schodową kamienicy- sądząc po jej stanie ostatni raz malowana była w latach przedwojennych.
W międzyczasie wyremontowali zaszczurzoną i ciemną od stuletniego kurzu piwnicę, nareszcie jest w niej comme il faut-jasno, czysto, pusto, są wylewki zamiast klepiska, nowe ściany, umyte mury- cieszę się, że przy okazji nadbudowy inni współwłaściciele kamienicy poczuli chęć do zmian i że nasza wspólnota mieszkaniowa działa zgodnie dla poprawienia kamienicznej urody.
Ciągle ostatnio jestem w wielkiej zajętości, nie mam czasu na pisanie, choć może bardziej nie mam chęci, czuję że nareszcie nie muszę porządkować myśli literkami, pewne emocje skostniały już ostatecznie, innych do siebie nie dopuszczam, żyję dniem dzisiejszym nie wybiegając myślami w niepewną przyszłość.
Czasem tylko ogarnia mnie nagły smutek niewiadomego pochodzenia, taki smutek NN, nie znam jego przyczyny, ale pozwalam mu się we mnie wysmucić, bo po nim zawsze przychodzi jakaś radość i przyjeżdża od roku nie widziany przyjaciel z Wrocławia, który tak cudownie kłamie, że wyglądam na 25 lat, potem znowu wpadam w topiel z obowiązkami, muszę się ratować i nie myślę o niczym, tylko idę spać i śpię bez snów.
Wczoraj późno w nocy byłam na Plantach, wyglądały jak Narnia, śnieg był bajkowy, przez chwilę byłam sobą sprzed kilku lat, syciłam oczy, śnieg topniał mi na włosach, czułam się jak królowa. Przez chwilę, przez jedną chwilę.
Cholernie tęsknię za swoją dawną beztroską i bezczelnym przekonaniem, że wystarczy mieć na twarzy złoty puder, a przy dekolcie przypiętą czerwoną różę by odgonić złe wciórności i wiarybraki.
Nie mam depresji, nie płaczę po kątach, ciągle chce mi się śmiać, tylko czasem jestem zwyczajnie zmęczona moim wspaniałym życiem.
Ech…
Li.

Jak wizja trupa w bagażniku wpłynęła na losy pewnego sporu.

10 lutego, 2010
Zmuszona obowiązkami zawodowymi nolens volens musiałam udać się sto kilometrów poza Kraków, w miejsce gdzie na gminnych drogach zalega skorupa lodu, trudno jechać szybciej niż 50km/h, nawet autem z napędem na cztery koła. Wlokłam się więc między głębokimi, lodowymi koleinami, sama na bocznej drodze, tak to jest, gdy zachciewa się skrótów i jazdy „na oko”.
Innego jednak zdania co do stanu nawierzchni drogi był kierowca wysłużonego bmw, wyprzedził mnie z rykiem zmęczonego silnika i wracając na prawy pas potrącił idącego poboczem psa.
Pies uderzony kołem przekoziołkował w powietrzu i zniknął w głębokim śniegu leżącym na polu.
Miałam nadzieję, że biedak nie żyje bo ostatnią rzeczą jaka była mi potrzebna to jakieś komplikacje po drodze. Musiałam to jednak sprawdzić, bo moje sumienie wyło we mnie psim nieszczęściem. Wgramoliłam się więc w głęboki śnieg, czując jak paskudnie mokre robią się nogawki moich eleganckich i oczywiście cienkich spodni.
Pies rzecz jasna żył, wszak nie mogło być inaczej w w sytuacji gdy spieszyłam się jak jasna cholera i jakiekolwiek spóźnienie nie mogło wchodzić w rachubę.
Pies żył i w dodatku patrzył na mnie wzrokiem będącym milionowym zwielokrotnieniem osobliwego sposobu patrzenia mojego psa, po którym zawsze mięknie mi serce i pustoszeje lodówka…
Mówię do drania:
Ty draniu! Żyjesz! No i co mam teraz zrobić?
Pies nie wiedział, ale patrzył na mnie tak ufnie… a niech to trafi szlag.
Nie mogłam zostawić go w tym śniegu, zamarzłby w męczarniach.
Zupełnym przypadkiem w bagażniku auta, oprócz nieśmiertelnego parawanu plażowego miałam tablicę korkową i stary koc.
Tablica świetnie sprawdziła się w charakterze noszy, a ja z najwyższym obrzydzeniem, starając nie patrzeć się na zwisające bezwładnie dwie łapy przeniosłam drania do bagażnika, otuliłam go kocem i pojechałam dalej cięższa o psi problem.
Czas mnie gonił, błagałam los by utrzymał go przy życiu, bo najbardziej przerażała mnie myśl co pocznę z trupem psa.
Do sądu wpadłam w ostatniej chwili, przez zdychającego mi w bagażniku psa byłam nadzwyczajnie skłonna do ugody, siedziałam jak na szpilkach, ufff… przeżył moją rozprawę i mogłam poszukać weterynarza.
Weterynarz po opowiedzeniu mu historii nie chciał ode mnie przyjąć pieniędzy, pocmokał nad draniem, poobmacywał, stwierdził że z trudem, ale przeżyje i obiecał mi że znajdzie mu dobry dom (drań na oko ma dwa lata). Ech, zrobiło mi się lekko na duszy, bo dottore wyglądał przyzwoicie, mimo że miał wąsy a ja jakoś wąsaczy nie lubię. Ale mówił do psa łagodnym głosem i pełnym współczucia, w dobrych go zostawiłam rękach, wracałam sobie do domu spokojna i szczęśliwa.
Jeszcze tylko musiałam przekonać mojego klienta, że zawarta przeze mnie ugoda była szczytem negocjacyjnych możliwości, bo przecież nie mogłam przyznać mu się do tego, że moje ustępstwa na rzecz przeciwnika wymuszone były wizją psiego trupa…
Li.

Wiem, że to już było, ale przecież do przyjemności chce się wracać i wracać!

6 lutego, 2010
Nie będę udawać, że mi tego nie brakuje, bo brakuje.
Ta czynność prozaicznego wypełniania, znana całemu światu, bardzo mnie w dodatku relaksująca, jest dla mnie tak często z przyczyn obiektywnych niedostępna.
Jednak nie dziś!
Och… Ach…!!!
Bo są takie dni jak ten, gdy zamykam oczy na zaokienny świat, przyjmuję najlepszą, najbardziej kuszącą, satysfakcjonującą i wydajną pozycję i skupiam się tylko na przyjemności, na dostarczaniu sobie bodźców, na nieśmiałym i powolnym, acz już gorącym początku, na coraz bardziej dynamicznej akcji, na wypełnianiu, zaciskaniu, wkładaniu i wykładaniu, a na końcu poczuciu cudownej konsumpcji.
Nie interesuje mnie z kim to robię.
Gdy mam na to ochotę, mogę być sama, jest mi też zasadniczo wszystko jedno, kto będzie moim towarzyszem, a moje bogate doświadczenie w tej kwestii podpowiada mi, że niestety zawsze znajdą się chętni…
Uwielbiam fantazję, odrzucam tanie barowe standardy, mnie interesuje wypełnienie w wersji de luxe, nietuzinkowe, barwne i ciekawe.
Z moich obserwacji wynika, że większość ludzi preferuje klasykę- zwykłe ruskie, z mięsem czy z kapustą i grzybami. Ja szczęśliwie nigdy nie jestem większością. W tym temacie zawsze wyrażam swoje niezbite przekonanie, że do środka nie można wsadzać byle czego, wsad nobilituje i jest bezlitosny- możesz zostać w grupie pospolitych pierogów, albo możesz wejść do elity pierożkowej, gdzie delikatne ciasto, mąka jak śnieg biała…
Początki wcale nie są trudne, choć wymagana jest znajomość kilku tricków, które w świecie ludzi powodują, że piersi kobiety wydają się większe, usta bardziej kuszące, skóra gładsza, a w świecie pierożków dają ciastu niezwykłą elastyczność, umiejętność rozwałkowania się do cienkości papieru ryżowego i kolor zbliżony do ecru.
Potrzebujemy:
Górkę z mąki, białej pszennej. Robię w niej śliczną dziurkę i wlewam cieniutkim strumieniem wrzącą wodę z czajnika, energicznie mieszając nożem. Wodę leję na oko-uwaga, to przenośnia!- aż mąka ją wchłonie, zawsze mogę dodać więcej wody, gdy ciasto będzie za twarde, albo dodać więcej mąki, gdy będzie za miękkie. Gdy już nie parzy, zaczynam walczyć z jego twardością i robię mu energiczny masaż- na początku jest do niczego, takie kluchowate, ale powoli wyrabia się, a ja leję na niego łyżkę oliwy, solę, daję dwa żółtka dla koloru i co jakiś czas w trakcie wyrabiania smaruję dłonie masłem, to dla większej pieszczoty i udelikatnienia konsystencji.
Ma być takie jak kobiece piersi- miękkie, ale elastyczne, delikatne, bardzo gładkie w dotyku i w kolorze kości słoniowej.
Teraz nadchodzi czas na wykrawanie pierożkowych krążków, muszą być małe, tak by jeden pierożek wchodząc we mnie, ładnie mnie wypełnił, by przyciśnięty lekko językiem do podniebienia puścił swoje soki, by można było obrócić go w ustach…. smakować… delikatnie nadgryźć…połknąć…mhmm…
Delikatnie urywam kawałek ciasta, a resztę chowam pod wilgotną ściereczkę, by nie wyschło i nie nabrało zmarszczek. Rozwałkowanie jest jednym z nielicznych tu aktów przemocy, pierożkowanie charakteryzuje przecież łagodność i subtelność. Lubię ten zdecydowany ruch wałkiem po coraz cieńszym cieście, lubię zabawę w wykrawanie krążków, lubię tę pierożkową bezmyślność, to moje skupienie myśli tylko na tych czynnościach.
Nadzienie przygotowałam sobie wcześniej, zawsze robię kilka do wyboru.
Ilość wypełniających pierożki pozycji wyznaczona jest tylko granicą ludzkiej fantazji.
Im dalej od rusko-mięsnej-kapuściano-grzybowej tradycji tym ciekawej, choć oczywiście klasyka trzyma się świetnie i godnie jak Tina Turner i trzymać się będzie- dobrze zrobione pierogi ruskie są przepyszne i są takie dni, gdy ruskie rulez!
Ale o jakości i kolorach życia decyduje przecież jego wypełnienie, farsz każdego dnia, takie codzienne jedzenie ruskich znudzi i zniechęci do każdego następnego dnia, bo im częściej je się to samo, tym większe niebezpieczeństwo życiowej szarości, smutku, bezwładu w turlaniu się do starości, bez dania sobie szansy na zmianę życiowego menu.
Rozglądam się po ulicy i bez pudła rozpoznaję codziennych zjadaczy ruskich, dla których szczytem szaleństwa są te z mięsem, a te z kapustą i grzybami tchną prawdziwą perwersją…
Uzbrajam się więc w cały swój urok i będę kusić…
1. Szpinakowo-łososiowe są zaskakujące.
Mdły w gruncie rzeczy łosoś na tle łagodnego szpinaku rozkwita smakiem, czasem myślę, że to przez piękne zestawienie kolorystyczne łososiowego różu z mocną zielenią szpinaku, przy czym trudno tu rozstrzygnąć, który kolor dominuje. Do uduszonego rozdrobnionego szpinaku (najlepszy jest z mrożonki) dodaję bardzo dużo wyciśniętego czosnku, soli i grubo mielonego pieprzu. Wlewam odrobinę śmietany, trochę masła, odparowuję i wrzucam śliczne drobne kawałki łososia- może być usmażony, albo zrobiony na parze. Ważne jest, by kawałki były w „sam raz”, wyraźnie wyczuwalne, ale nie nachalnie duże, to jest właśnie ta cienka czerwona linia pomiędzy sztuką barową a kulinarną…
Mówiąc wprost- w przekroju pierożka w zieleni szpinaku ma być widoczny róż łososia.
Podaję je posypane parmezanem i świeżo mielonym pieprzem, są przepyszne i bardzo delikatne w sam raz na początek miłej konsumpcji.
2. Serowo-gruszkowe są echem mojej ulubionej przystawki-soczystej gruszki z serem pleśniowym.
Kostkę gruszki otaczam zmielonym serem typu rokpol, wymieszanym z posiekanymi orzechami włoskimi. Świetnie smakują z masłem ziołowym.
3. Z fetą, oliwkami i czosnkiem są przykładem wariacjI na temat kuchni świata- gorąca feta zawsze się obroni, jądro stanowi czosnkowy ząbek otoczony fetą z posiekanymi oliwkami.
Podaję ze stopionym masłem z koperkiem, posypane pieprzem, mniam… uwielbiam je.
Nie jadam pierogów na słodko. Ale tym nie sposób się oprzeć:
4. Makowo-bakaliowo-różane– namoczony w mleku mak mielę dwa razy, dodaję do niego ile chcę drobno posiekanych jakich chcę bakalii, odparowuję go, by był bardzo gęsty, dosładzam miodem i obtaczam nim kulkę z konfitury z płatków róż.
Podaję ze śmietaną i cukrem, są przepyszne, zaskakujące, bardzo wyrafinowane.
Słucham muzyki i mruczę sobie cichutko…., że pierożki trzeba porządnie zlepiać, tak by nie rozklejały się w czasie gotowania, bo pusty pierożek wygląda dramatycznie, robi się z niego mączny flaczek, blady i nikomu niepotrzebny, a farsz ginie w garnku tragiczną śmiercią kulinarnego nieistnienia.
Porządnie zlepiony pierożek przetrwa 3-5 minut gotowania i ……
i finis coronat opus.
Gotowanie jest niezwykle seksowne, n’est-ce pas?
Li.

Losy pewnego prezentu, gdzie jedna płacze, a druga nie może przestać się śmiać.

4 lutego, 2010
Pewien ojciec miał dziś urodziny.
Jego jedenastoletnia córka wyciągnęła od swojej matki, a byłej żony ojca kwotę dwudziestu złotych i długo i wytrwale grzebała w sklepie w stosie kubeczków, by wreszcie znaleźć odpowiednio doskonały na prezent urodzinowy.
Kubek dla czułej na piękno matki był szczytem paskudztwa-pękaty i nieproporcjonalny, pomalowany w cztery, rozpaczliwie różowe świnie tańczące wokół kubka na dwóch nogach, ale córce wydawał się piękny i oryginalny, wszak trudno dyskutować z gustem jedenastolatki, najważniejsze, że cieszyła się nim tak, jak tylko dziecko cieszyć się potrafi.
Prezent został zapakowany i czekał na solenizanta.
Dziś został wręczony, ale ku wielkiemu żalowi darczyńcy nie spotkał się z przychylnym przyjęciem- ojciec obraził się straszliwie i wyszedł zostawiając córkę zdezorientowaną i smutną.
Niewinny kubeczek kupiony w dobrej wierze przez równie niewinne dziecko, na dole pod różowymi świnkami zawierał pewne imię kobiece, czego córka wcześniej nie zauważyła. Co ciekawe, nie zauważyła tego też matka, choć prawdę powiedziawszy nie przyglądała się kubkowi szczególnie dokładnie.
Ech… Nemo się przyglądnął…, a że zawsze przypisywał nadmierne znaczenie słowom, uznał że to zamach na jego miłość. Może nawet i spisek.
Ja wiem, że trudno uwierzyć, że nie miałam z tym nic wspólnego!
Do głowy mi nie przyszło, że na paskudnym kubku w różowe świnki znajdzie się akurat TO imię, imię kobiety konia, a Nemo uzna, że to obraza końskiego majestatu, co oznacza że widocznie koń może być świnią.
I gdy córka popłakując zasnęła w nieutulonym żalu, to ja będąc pełną współczucia dla jej rozczarowania nie mogę przestać się śmiać, choć gorzkie są nuty w tym śmiechu…
Co za historia, co za śmieszna, żałosna, przewrotna historia!
Imię kobiety konia na kubku z różowymi świnkami, wyżyny obrazy, niewinne dziecko i jego podejrzana matka, La Comédie Humaine.
(Ale co się pośmiałam to moje, och- jak ja kocham w sobie tego wrednego skorpiona!)
Li.

Ciągle się spóźniam z przeszłości w teraźniejszość.

3 lutego, 2010
Podobno dziś jest środa.
Dziwne- nie zauważyłam poniedziałku i wtorku, choć w pamięci na przykład mojego kota Bobcia wczorajszy wtorek na pewno odcisnął się piętnem- wykastrowany stracił swoją męskość, ale szczęśliwie nie stracił uroku, choć niewątpliwie bezpowrotnie pozbawiłam go możliwości korzystania z jednej z największych życiowych przyjemności…
Zawsze jak mnie nie ma, to w uporządkowanych jako tako przed wyjazdem sprawach zaczyna się ruch wojenny, jakieś nieprzewidziane potyczki z czasem, jakieś pretensje i animozje- wracam w sam środek konfliktu dźgana ostrymi kawałkami rozbitego świętego spokoju.
Pobudzona do pourlopowego działania zrobiłam listę zawodowo-budowlanych spraw do załatwienia i stanowczo stwierdzam, że jest ona za długa i niepokojąco absorbująca. Jakieś konieczne wizyty w gazowni, w elektrowni, u notariusza, wodociągi, coś tam, coś tam, budowa gotowa do oddania nie odda się jednak za darmo, trzeba zapłacić cenę za papierkologię.
Ale już blisko, coraz bliżej do własnego łóżka!
A wtedy to ja oddam się przyjemnościom, mhmmm…, uruchomiona wyobraźnia podpowiada mi takie przyjemności, że na samą myśl o nich jest mi przyjemnie.
A propos przyjemności-w sobotę idę na imprezę karnawałową.
Obowiązuje strój w stylu lat siedemdziesiątych, a ja nie mam pojęcia co wymyśleć, choć urodzona w 1967 roku sporo z tamtych czasów pamiętam.
Najwyraźniej moja pamięć podpowiada mi obraz siebie jako przedszkolnej sieroty w stylonowych rajtuzkach i z grzywką przyciętą w połowie czółka, nad brwiami…
Coś czuję, że będzie świetna zabawa!
Li.

Sezon na emocjonalne wyprzedaże.

31 stycznia, 2010
Skutecznie zepsułam sobie dobry nastrój popołudnia filmem „Slumdog, milioner z z ulicy”.
Cudowny, przygnębiający, piękny, poruszający, kolorowy, czarno-biały, ściskający gardło ze wzruszenia, ściskający pięści z bezsilności, cholernie smutny, z pozornym happy endem-film.
Popłakałam sobie.
I jak zawsze, przy jednej okazji do płaczu załatwiam inne łez wymagające sprawy, traktuję hurtowo smuty i niepokoje, bo okazyjnie potraktowany płacz jest mniej bolesny, tańszy w emocjach, to płacz wyprzedażowy, dostaje się więcej za mniej. Ale jakość łez pozostaje bez zmian, łzy myją i wypłukują uwierające mnie sprawy, a te wyciągnięte na brzeg emocji lśnią jak kryształki Svarowskiego, mogę przyglądnąć im się uważniej, w lepszym świetle, mogę zmierzyć je wzrokiem i już ich w sobie nie wyolbrzmiać, bo spośród moich licznych wad skłonność do dodawania problemom objętości przeszkadza najbardziej mnie samej.
A co na to Lec?
Każdy człowiek nosi w sobie swego olbrzyma i swego karła.
Olbrzym mieści się czasem w jego zakamarku, a karzeł czasem zmieścić się nie potrafi.
Nie powinnam oglądać smutnych filmów, ot co.
Zaraz włączę sobie „Allo! Allo!”.
Li.
P.S. Kupiłam wczoraj kolejne buty. Piękne szpilki w kolorze starego złota.
Czuję niepokojące przekonanie, że to już może być jakaś choroba…

Tato, wszystkiego najdłuższego!

30 stycznia, 2010
Jutro są siedemdziesiąte urodziny mojego taty, a dziś wieczorem z tej bolesnej okazji tata urządza wielką imprezę. Wynajął salę w piwnicy w jednej z moich ulubionych restauracji i zaprosił mnóstwo gości.
Nie mogę uwierzyć, że mój ojciec ma już siedemdziesiąt lat. Dla mnie jest młody i ciągle taki sam. Fan sportu (rzecz jasna-oglądanego), codziennych gazet (muszą być conajmniej dwie), koniaczku i polityki przekracza trudną granicę siedemdziesiątki.
A przecież jeszcze niedawno, w zasięgu mojej świeżej pamięci był w moim wieku, miałam wtedy kilkanaście lat i nawet nie przypuszczałam jak szybko będę dorosłą kobietą po czterdziestce…
Maluję sobie paznokcie na opalizujący grafit, zakładam nowe buty i idę zmierzyć się ze swoimi obawami co do starości, ze swoim brakiem akceptacji dla aż tak szybkiego upływu czasu, z lękami że zabraknie rodziców, dorosłość ma swoje plusy, ale i ten jeden podstawowy minus- nieubłaganie nadchodzącą, powoli atakującą, podstępnie zabierającą siły starość.
Strzeż mnie Panie Boże przed byciem staruszką, wolę być starą kobietą!
A co na to Lec?
Wieczność? Jednostka czasu.
Li.

Zimno, a w sercu maj.

29 stycznia, 2010
Kraków przywitał nas uderzeniem śniegu prosto w twarz. Zimno, jak zimno!
W wynajętej norze stęsknione koty oszalały z radości, biały Bobcio wpadł w trans i mruczy od wczoraj, nie odstępując nas na koci krok. Dobrze być w domu.
Walizki czekają na rozpakowanie, na razie wyjęłam tylko figurki kotów- trzy porcelanowe koty z Londynu przez noc zawarły znajomość z resztą figurkowej kociej zgrai i już zadomowione cieszą oczy.
Rety, jak mi się chce wszystkiego i nic mi się nie chce!
Powroty do życia zawsze się spóźniają, są nacechowane lenistwem i brakiem zapału, żyją złudą i wspomnieniami…
Zostawiłam w Londynie ładowarkę do telefonu, popadł więc w ponure milczenie, nie mam auta, bo pozostawione w dniu wyjazdu w serwisie czeka aż po nie przyjadę, czuję się jeszcze trochę odcięta od mojego zwariowanego świata i bezpieczna z kubkiem kawy na kanapie.
Zaraz jednak ten świat zapuka do drzwi, bo przyjdzie mój wykonawca, dzieci wstaną i pewnie będą chciały coś jeść, a lodówka pusta, nowe kartki w kalendarzu czekają na zapiski i plany.
Wróciłam, ale już planuję następną podróż, bo przerwy od życia są konieczne dla życia.
Miłego dla Was!
Li.

Ostatni z Anglii.

27 stycznia, 2010
Tak, zdecydowanie moglabym mieszkac w Anglii.
Podoba mi sie nawet lewostronny ruch!
Za kazdym razem jednak dostaje dreszczy gdy widze Angielki z golymi nogami, w sandalkach, bez kurtek, rety, co za odpornosc na zimno!
Wczoraj nie moglam wyjsc z katedry westminsterskiej, ma w sobie tyle piekna, ze mozna zwariowac.
Zapalilam w niej swiece za Ilonke, tak mi ciagle zal, ze nie bede mogla jej juz niczego opowiedziec, ze nie posmiejemy sie razem, ze nie szukam dla niej prezentu, ze… ech, wszystko mija, nawet najdluzsza zmija, ale moj zal i tesknota za nia skamienialy i nie chca ruszyc sie z miejsca.
Jutro wsiadamy do samolotu, zaraz zaczne pakowanie, ilosc naszych zakupow przekracza zdrowy rozsadek i daje murowany nadbagaz, ale pewnym rzeczom nie mozna bylo sie oprzec, opieranie sie grozilo strasznymi konsekwencjami nieposiadania na przyklad slicznej bielizny, och jakiej slicznej! Przyjemne, acz nierozsadne zakupy dadza nieprzyjemne i realne konsekwencje, ale pomysle o tym jutro.
Dzis jeszcze mam wakacje i jeszcze troche funtow w portfelu na prezenty, dla Ciebie tez i dla Ciebie, no i oczywiscie, ze dla Ciebie braciszku :)
Milego dla Was!
Li.


Wiosna? Wiosna!

23 stycznia, 2010
Wiesci z Krakowa o koksownikach na ulicach mroza mi uszy, o jak dobrze, ze mnie tam nie ma!
Tu widze niesmiale krokusy i peki zonkili, trawa jest soczyscie zielona, wiosna, prawdziwa wiosna wisi w powietrzu i pachnie. Jest mi dobrze i bezproblemowo i tak bedzie pewnie do srody, moment rozpoczecia pakowania walizek zamknie moje wakacje. Wszystko mija, nawet najdluzsza zmija, a co dopiero przyjemnosci, tych mam z reguly za malo i zawsze sa za krotkie, ale moment nasycenia sie przyjemnosciami bedzie koncem odczuwania zyciowych przyjemnosci, wole wiec trwac w nienasyceniu i planowac kolejny przyjazd do Anglii- kiedys…
Kiedys, gdy kiedys przemieni sie w juz.
Dzis mam ochote potrwac wylacznie w terazniejszosci, popijajac sobie czerwone i zupelnie niezle winko, potem popatrzec na angielskie, ciemne niebo, poglaskac tutejsze cudne kocury i zasnac.

Dzis bylam w Tate Modern, przez te noc musze odprowadzic z oczu do serca te wielka ilosc piekna jak mnie dzis dotknela. Stalam przed tymi obrazami i chcialo mi sie plakac ze wzruszenia.
Obudze sie rano z mocnym postanowieniem spedzenia beztroskiej niedzieli.
Milego dla Was!
Li.


Dalsze londynskie obserwacje :)

20 stycznia, 2010
Bardzo nie chcialam isc do Madame Tussauds, ale moje corki od zdjecia z woskowa figura z kims tam i kims tam uzaleznialy swoje dalsze zycie, zwlaszcza towarzyskie. Nolens volens kupilam trzy bilety polaczone z biletem na London Eye (w sumie 98 funtow, moze sie komus przyda taka niepotrzebna informacja) i z prawdziwym wstretem weszlam w to miejsce, ktore podobno koniecznie trzeba w Londynie zobaczyc.
Oczywiscie, ze sie nie rozczarowalam, bo wiedzialam ze to nie jest miejsce dla mnie.
Nie mam pojecia dlaczego ludzie znajduja przyjemnosc w ogladaniu figur celebrytow, Hitlera i Indiry Gandhi. Nie mam pojecia czemu ma sluzyc mania robienia sobie zdjec ze zmarlym Jacksonem. Nie mam pojecia dlaczego ekscytuje to ludzi doroslych, bo podniecenie dzieci jestem jeszcze w stanie zrozumiec.
Po straconych z zycia dwoch godzinach wyszlam stamtad przygnebiona i smutna i dopiero pyszna kolacja z winem w japonskiej knajpce ze znajomymi poprawila mi humor.
Zalosnym jest widok woskowych figur ludzi, ktorzy za zycia posiadali wladze i pociagali za sznurki losow tego swiata, jakim przerazajacym jest widok sali tortur i zmasakrowanych, ociekajacych krwia woskowych figur bedacych swiadectwem ludzkiego okrucienstwa.
To muzeum dziala na najnizsze ludzkie instynkta, chec podgladania, zaspokajania ciekawosci, to jak namietne czytanie pism plotkarskich, nie dam sobie wmowic ze to jest sztuka, chyba ze sztuka jarmarczna, cyrkowa, metna.
Brrr, nigdy wiecej.
Ale to jeden, jedyny zgrzyt, poza tym wszystko nam sie podoba.
Nie bardzo chce mi sie chodzic po sklepach, bo tego nie znosze, wiec na razie mam tylko jedna pare odjazdowych butow, koncentruje sie raczej na zakupach dla dzieci, ale tez umiarkowanie, wole patrzec na londynskie niebo i wody Tamizy.
Co do bardzo wysokich londynskich cen to w pewnym momencie przestalam sie nimi przejmowac przyjmujac zasade, ze jeden funt rowny jest jednej zlotowce i wtedy jakby hurtowe wydawanie funtow mniej boli.
Z kronikarskiego obowiazku podam, ze przecietny moj i dzieci dzien spedzony w miescie bez zakupow ciuchowych, z jakas kawa i sokami po drodze, kanapkami, biletem na przejazdy po miescie (kupujemy bilety calodzienne, dla mnie ich cena to 7,50 funta, dla dzieci 2 funty, bardzo sie to nam oplaca, bo duzo jezdzimy, a trasport jest bardzo drogi ) to wydatek rzedu 100 funtow.
Dzis na przyklad zrobilam drobne zakupy spozywcze, kupilam Starszej kurtke narciarska, trzy parasole, bo lal deszcz, bus-passy, zaplacilam za wejscie do figur woskowych i na London Eye (moze pojdziemy tam jutro) i jestem ubozsza o 380 funtow.
Ale bogatsza o to wszystko co za nie kupilam, zdecydowanie wole te wersje, hehe.
Paskudnie konsumpcyjny ten Londyn…
Ide spac, jutrzejszy dzien peka od planow, od rana trzeba go odchudzac!
Li.


Info z lenistwem w tle.

20 stycznia, 2010
A w Londynie dzis mokro i zimnawo, trzeba bedzie zrezygnowac z planow zewnetrznej eksploracji na rzecz muzeow. Pije sobie dobra herbatke i zachwycam sie tutejszymi domowymi kotami, bo to niesamowite dwa kocie egzemplarze.
Nie wlaczam telefonu, duzo spie i calymi dniami chodze po angielskim powietrzu.
Bolesnie przekonuje sie, ze Londyn slusznie zasluguje na miano najdrozszego miasta swiata- jeszcze nie udalo mi sie dziennie wydac mniej niz sto funtow, a kupilam sobie dopiero jedna pare pieknych czerwonych szpilek! Za to moje corki beda miec nadbagaz na bank.
Piekny ten Londyn, naprawde piekny, czuje pokore wobec takiego rozmachu, czuje ducha dawnego imperium, choc nie lubie duzych miast tutaj czuje sie swietnie.
Wszystko mi sie podoba, wszystko mnie cieszy, wyluzowana i zadowolona z zycia mam przed soba jeszcze kilka dni wakacji i zakupow.
A jest co kupowac, niestety :)
Milego dla Was!
Li.


Obchodzi mnie życie, nie mam czasu na nic innego.

14 stycznia, 2010
Przeklinając głośno swoją nadzwyczajną umiejętność braku organizacji i zostawiania ważnych spraw na ostatnią chwilę, snuję się smętnie pomiędzy laptopem z otwartym pozwem do napisania „na dziś”, a trzema walizkami, które również dziś ze mną i córkami za jakieś dwanaście godzin mają znaleźć się w samolocie.
Optymistycznie rzecz ujmując mam jeszcze sporo czasu, bo spać nie zamierzam, wolę snem kamiennym przespać lot, wolna wtedy od natrętnych myśli o tajemniczych prawach fizyki unoszących samolot do góry.
Ech, kupiłam dziś funty i zaczęłam się cieszyć.
Dwa tygodnie oddechu podrasowanego londyńskim smogiem, beztroskiego dolce far niente, snucia się pomiędzy różnistymi naocznymi pięknotami, poszukiwania figurki londyńskiego kota, bo z Londynu kota jeszcze nie mam, niech to będzie czas cudownie marnotrawiony!
Smutna już byłam od zmęczenia i pracy, a im jestem starsza tym bardziej jestem przekonana, że nie do ciężkiej pracy zostałam stworzona, choć niestety mam również niezbitą pewność, że do lekkiej też nie…
Daleka ostatnio od spraw blogosfery nie mogę jednak nie zauważyć konkursu na Bloga Roku.
Po ubiegłorocznej molekulkowej hecy mnie się już nie chciało startować, choć za każdym razem dzięki Waszym głosom dochodziłam do finału. To są jednak dawne czasy- teraz mam poczucie, że piszę beznadziejnie, gdzie mi tam do dawnej Licencji.
Ale za to w konkursie walczą moi czytelnicy i znajomi.
Proszę- wyślijcie sms-a na bloga Di– ona robi najpiękniejsze kolczyki w całej blogosferze :)
Jeden sms to koszt 1,22. Dochód tradycyjnie przekazany jest na cele charytatywne.
Numer Di to: H00020 (to są zera), na numer 7144.
Klaudia Maksa, czyli anne-marie walczy w tej samej kategorii co Di: numer H00813.
To są dwie bardzo fajne kobiety, same nie poproszą, ale proszę ja. Zasługują na uwagę!
A teraz moi drodzy, żegnam się ciepło, bądźcie niegrzeczni najbardziej jak się da!
Odezwę się z Londynu,
miłego dla Was
Li.

Nowy poniedziałek.

4 stycznia, 2010
Pierwszy poniedziałek nowego roku zaczęłam zabójstwem budzika, walnięty moją subtelną i pełną czułego dotyku dłonią zamilkł z wrażenia na wieki.
Przeciągam się mocno i wyciągam za uszy z ubiegłorocznego lenistwa, ostatnie dwa tygodnie roku zakończone łagodnym sylwestrem przy kominku w domu na wsi u moich przyjaciół skutecznie pozbawiły mnie chęci do zawodowej aktywności na rzecz sybaryczenia i konsekwentnego hedonizmu.
A tu roboty huk, do wyjazdu na ferie do Londynu zostało mi tylko jedenaście dni!
– Mami, będziemy zwiedzać w Londynie te wszystkie muzea? zapytała moja starsza córka, a ja prawie pękłam z dumy, że mam takie intelektualnie do rzeczywistości nastawione dziecko
– No jasne, pójdziemy do British Museum i Galerii Narodowej, do Tate Modern, mamy mnóstwo pięknych rzeczy do zobaczenia!
-Eeee nieeee, no co Ty Mama, ja myślałam tylko o figurach woskowych i London Eye!
To by było na tyle, jeżeli chodzi o muzealny entuzjazm mojej córki.
Ha! Ale i tak im nie podaruję!
Piję sobie łagodną kawę, słucham jak za oknem szurają robotnicy, koty śpią obok mnie, pies śpi pod moimi stopami, grzeje mnie jak piecyk, a ja wstaję do życia z poczuciem, że wszystko mija, nawet najdłuższa żmija, minęła nareszcie żmija numer 2009, niby niepozorna kombinacja cyfr, a niosąca w sobie tyle skumulowanych nieszczęść, problemów i zawodów.
Przeżyłam i teraz czas na nagrodę, jak po burzy słońce, tak po złym roku dobry rok, to odwieczne prawo przyrody, nie do obalenia.
Li.

Wiecie co? Idzie zmiana!

31 grudnia, 2009
Wstałam w środku nocy budząc koty i gwałcąc uśpioną ścianę kamienicy zapalonym prostokątem światła.
Postałam w jasnym oknie z kubkiem herbaty patrząc na zaokienny kawałek świata-podobno pantha rei, a widok za oknem uparcie stoi w miejscu.
Zawsze wolna od postanowień i noworocznych deklaracji, corocznie lekceważąca noworoczne oczekiwania, dziś jednak pragnę, by ten najgorszy rok odszedł ze swoim nadbagażem i nigdy już nie trafił do mnie z powrotem.
Weszłam w swoje głęboko ukryte pragnienia i rozpaliłam w nich nadzieję, dokładam im myśli i marzeń, niech buzują, niech znowu zrobi się ciepło i jasno w moim świecie, niech w tej jasności znowu zaiskrzą jak ulubiony złoty puder niegdysiejsze cieszące mnie drobiazgi, niech znowu chce mi się szukać radości, przypiąć do płaszcza czerwoną różę, niech wróci do mnie żelazna konsekwencja w szukaniu życiowych przyjemności, niech…
To naprawdę był fatalny rok. nie chcę więcej takich dni.
Nieistotne, że zbudowałam dom.
Kupa cegieł i betonu nie zrównoważy niedwracalnych strat w ludziach, emocjach i przyjaźni.
To nie był dobry rok, bo po raz pierwszy w moim życiu miałam dni, których nie chciało mi się przeżyć, nie znane mi nigdy wcześniej stany depresyjne, jakieś cholerne zniechęcenia, jakiś brak radości i najgorsze z najgorszych- dni, w których traciłam wiarę w człowieka.
Tyle było smutku u bliskich mi ludzi, zalewały mnie jego fala, a ja przecież kiepsko pływam, czułam że idę na dno, od płaczu traciłam oddech, powoli umierałam na życie…
Ale wiecie co?
Jestem pod moim pancerzykiem skorpiona mięciutka i wrażliwa na bodźce, nawet te które dopiero się rodzą, przeczuwam stany, które dopiero kiełkują, i dziś jak nigdy czuję zmiany, wielkie zmiany!
Nie tylko dla mnie to był fatalny rok i siła ludzkich zawiedzionych nadziei i oczekiwań wyzwoliła nieznane siły przyrody, podgrzane przez kosmiczne promieniowanie z gwiazdek z nieba płyną do nas falą ciepła, energii, chęci, jasności i radości!
Niech to będą choćby tylko stare podgrzane miłości, nowe twórcze zauroczenia, ciepłe spojrzenia, kosmiczne pomysły z ziemskim wykonaniem, czuły dotyk, uśmiech, śmiech, poranna kawa w łóżku, wieczorny masaż, ech!
Idzie zmiana, wyczuwam ją swoim radarem, a gdyby zatrzymała się gdzieś po drodze, to sięgam po broń ostateczną- czary-mary i odczaruję cię zły losie, mam jeszcze w sobie trochę siły, nie złamałeś mnie do końca, jeszcze potrafię ci się przeciwstawić, dość już tego poniewierania mną w codzienności!
Odczaruję cię zły losie i pójdę kupić sobie czerwone szpilki, mój fetysz przeciwko szarości.
Czary-mary, chcę znowu żyć!
Li.

Jestem, bo gdzie mam być, jak nie tu i tu?

28 grudnia, 2009
No!
Jestem, wróciłam stamtąd, dziękuję- było cudownie.
Od pewnego czasu chciało mi się nic, więc oddawałam się nic-nie-robieniu z ochotą, instynktownie czując, że jest mi to potrzebne do odnowienia zasobów energii, bo czułam już swąd samospalania się, zabijał woń moich perfum.
A co na to Lec?
Do wszystkiego tylko dwa kroki: jeden naprzód, drugi wstecz.
Spałam więc pół doby, pracowałam jeno dla podtrzymania mitu kobiety pracującej, przepuszczałam wielkie pieniądze na kosmetyczkę i jej kojący dotyk pełen dobroci dla mojej skóry, dużo czytałam, oglądałam stare filmy i nareszcie zaczęłam znowu wychodzić wieczorami z domu.
A co na to Lec?
Nienawidzę samotności, bo zaczynam w niej tęsknić do tłumu.

Dziś mam w sobie prężnie działającą elektrownię jądrową, chce mi się wszystko, a najbardziej żyć i z życia korzystać.
Mam nadzieję, że uporałam się ze smutkiem i żałobą, schowałam Ilonkę w wygodnym miejscu w mojej głowie, niech ze mną żyje, tańczy, wykańcza dom, starzeje się, była prawdziwą przyjaciółką, takiej przyjaźni nie odstawia się w niebyt niepamięci.
A co na to Lec?
Jestem realistą, nie mogę zamykać oczu na surrealizm życia.
Byłam wczoraj wieczorem w kinie na „Millennium”, gnana ciekawością co można zrobić z książki, która przykuła mnie do siebie na trzy noce. No i można, choć liczne w książce wątki zostały pocięte jak karp na dzwonka i chyba trudniej ogląda się ten film komuś, kto książki nie czytał.
Dobrze też, że nakręcili go Szwedzi, są szwedzkie krajobrazy, w których odbija się echo Bergmana, a nie ma amerykańskiej sensacji i zmieniających się szybko kadrów.

Wczoraj moja córka uświadomiła mi, że za niecałe trzy tygodnie lecimy do Londynu, o rety! Dla spokoju ducha muszę więc nadrobić zawodowe zaległości, każde moje lenistwo ma swój ogon, wlokący się potem przez noce i dni.

A mój przyjaciel H. z Warszawy zaprosił mnie na narty w marcu do Włoch, już postanowiłam, że jadę i niech się dzieje co chce, a najlepiej by z tego powodu nie działo się nic. Córki wyraziły zgodę, Pani Ewa dała się zaklepać do tygodniowej opieki nad nimi, plan jest, teraz tylko trzeba się go trzymać i pochodzić na siłownię celem przypomnienia sobie, że ma się gdzieś tam ( jeszcze głęboko ukryte) mięśnie ud!
No i niech wtedy drżą alpejskie niebieskie szlaki, bo to właśnie piękny kolor niebieski trasy preferuję podczas moich szaleńczych zjazdów.
Budowa stoi i schnie.
Ech… jest jak jest.
No!
Li.


Spokojnych Świąt.

24 grudnia, 2009
Czasem marnotrawiłam swój czas, gdy przepływał mi pomiędzy palcami w niezauważeniu, zlekceważony mścił się swoim brakiem na sprawy ważne.
Mój czas teraz pędzi, lawirując pomiędzy sprawami i o ostre kanty problemów obija moje kolana, a gdy dostaję od niego luksus wolnej godziny, zasypiam jak dziecko.
Dziś czterdzieści, jutro pięćdziesiąt- mam tylko pewność, że liczba moich dni nigdy nie będzie mniejsza niż chwilę temu.
Ale tego ostatniego roku mojego życia nie żałuję, były tam dni tak smutne, że nie chcę ich pamiętać i żałować.
Dziś Wigilia, spędzamy ją razem z Rodzicami Ilonki, pewnie popłaczemy z tęsknoty, pewnie porozdrapują się rany, w naszej pamięci Ilona prowadzi swoje życie, przecież widzę jak uśmiecha się do mnie w mojej głowie, czuję że mnie pilnuje ten mój kochany Anioł Stróż, mam teraz osobistą ochronę, taką która nigdy mnie nie zostawi.
Nic nie jest tak samo, ale jest inaczej.
I wiem, że będzie dobrze bo nie może przecież być inaczej.
Życzę Wam szczęścia, nawet jeżeli tym szczęściem miałby być tylko jakże niedoceniany brak nieszczęścia.
Wszystkiego dobrego,
Li.

Kocham Li i Leca.

16 grudnia, 2009
Przerwa jest konieczna, gdy ciągle się biegnie i z braku kondycji brakuje oddechu.
Albo gdy trzeba być w kilku miejscach w tym samym czasie, a dysponuje się tylko jedną swoją osobą.
Albo gdy z pośpiechu maluje się tylko jedno oko i wyraźnie widzi się to dopiero w lusterku samochodowym na kilka minut przed ważnym spotkaniem.
Albo gdy zapomina się o czymś, o czym miało się pamiętać i nie zapomnieć.

Potrzebowałam przerwy od życia, ale jego bez niedwracalnych konsekwencji przerwać się nie da, zrobiłam więc sobie przerwę od pisania bloga, bo w tym wirtualnym życiu mogę umrzeć i zmartwychwstać piękna i pełna sił.

Żyjąca we mnie Li pobudza mnie do życia, despotycznie rządząc się w moim środku i drapiąc prosto w najbardziej wrażliwe miejsca- ona nie wie jakie to uczucie, gdy nie chce wstać się z łóżka w zaokiennych szarościach, gdy ciepła kołdra w tych niebezpiecznych czasach daje takie poczucie bezpieczeństwa, że chce się spędzić w jej otuleniu cały dzień.
Li nie wie, jak boli głowa, gdy tłuką się w niej myśli niewesołe.
Li wyśmiewa moje obawy i lęki, jest bezlitosna w kpinach, aż w końcu doprowadza mnie do łez ze śmiechu z powodu mojej „żałosnej życiowej sytuacji”, wysyłając na budowę, gdzie zaczynam pękać z dumy, że „jam to nie chwaląc się uczynił”, a wtedy zapominam o kredycie i takich tam innych stresujących sprawkach…
Li zawsze lecpamięta, że wszystko mija nawet najdłuższa żmija, że nawet gdy się poluje na słonie, trzeba czasem zabić pchłę, że życie zmierza tam, gdzie ty, dopóki idziesz.

Moja kochana Li!
Zmusiła mnie do całoniedzielnego pławienia się w basenach termalnych, do zafundowania sobie pachnącego pomarańczami masażu, do wizyty u kosmetyczki, do zakupu pięknych wysokich butów, do wizyty na siłowni, do życia.
Moja kochana Li!
Wyśmiała moje ponurości, przygnębki, smuty-druty, snubrakowacze, wiarybraki, życianiechciaki- wyśmiała, bo to pójście na łatwiznę, poddanie się aurze, szaremu niebu, mrozowi i grypie.
Trzeba żyć, nie ma innego sposobu na życie.
A co na to Lec?
Czyny nie zaistniałe wywołują często katastrofalny brak następstw.
O!
Trzeba żyć i iść, bo kto wie co za rogiem…
Lec twierdzi, że za rogiem jest zawsze kilka nowych kierunków, a ja mu wierzę.
Li.

Żale kobiety budującej dom.

8 grudnia, 2009
Nie mam najlepszego humoru, ale kto by miał w mojej sytuacji?
Zamknęłam się w pokoju, ale nie chroni mnie to przed hałasem i pyłem wciskającym się z przedpokoju.
Koszmar wymiany starej rury kanalizacyjnej od strony mieszkania właśnie się ziszcza.
Dzwonek od rana stracił dech z przepracowania, natłok chętnych do rozmowy ze mną i „czegoś ode mnie chcenia” Panów Zenków, Stasiów, Jacków i Piotrusiów wyjątkowo dziś mnie rozdrażnił.
No bo skąd mam wiedzieć kiedy przyjdzie elektryk? Jak wiatr zawieje to przyjdzie…
Albo kiedy L. zadecyduje, gdzie ostatecznie chce grzejniki? Czy ja jestem L.?
Budowa wkracza w fazę pośpiechu, nerwów i wyścigu z czasem.
To już nie jest to spokojne układanie cegieł w gorący, sierpniowy dzień, a naczynie połączone z kolejnym naczyniem, bez opróżnienia jednego, nie można napełnić drugiego.
I tak:
Dopóki L. nie zdecyduje, gdzie chce grzejniki, dopóty nie będzie u niej wylewki.
Jak nie będzie u niej wylewki, to nie będzie skończona elewacja od podwórka, bo nie będzie można zdjąć windy, którą transportuje się materiały budowlane na trzecie piętro.
Jak nie będzie ściągnięta winda, to nie będzie u mnie wprawione okno w sypialni, stanowiące obecnie wejście do windy. I tak dalej!
Wisienkę na torcie stanowi mały, biały kot Bobcio, który wpadł w sam środek pyłu i sadzy i jest teraz szary. A Szarego już mam.
I zostanę sobie taka wściekła conajmniej do południa, a co!
Gdyby tylko los zesłał mi kogoś na kim mogłabym się wyładować, uch!
;-)
Li.

Prezentologia.

6 grudnia, 2009
Prezenty rozdane.
Starsza nie ma już złudzeń co do osoby Mikołaja i list przysłała mi mailem.
Młodsza miota się jeszcze między dziecięcymi złudzeniami i podejrzliwą pewnością, ale na wszelki wypadek napisała tradycyjny list do Mikołaja i położyła go na parapecie. Rozczulił mnie zdaniem na końcu długiej listy- „Kochany Mikołaju, jak nie dasz rady przynieść mi wszystkiego co chcę, to powiedz Gwiazdce”. No to Gwiazdka już wie.
A ja kupiłam sobie piękną, dużą, czarną torebkę, kilka płyt i książek, mikołajowa okazja do zakupów uwalnia mnie od poczucia winy i myślenia o wydatkach budowlanych, jedna torebka to dwa grzejniki, taki przelicznik natychmiast uruchamia niepraktyczną stronę mojej natury i wybór jest jasny!
Chciałabym wierzyć, że przede mną wiele jeszcze torebek, płyt i książek, chciałabym wierzyć, że panuję nad swoim życiem i potrafię nim spokojnie sterować, chciałabym wierzyć, że jeszcze się zakocham, chciałabym wierzyć, że będę przy moich córkach jak najdłużej, że poznam ich rodziny, że sprawdzę jak to jest mieć sto lat, ale ostatnie przygnębiające wydarzenia i ciągle dochodzące do mnie wieści o nagłych, ciężkich, nowotworowych chorobach znajomych, budzą we mnie lęk, że TO może dotyczyć i mnie.
Bo dlaczego nie? Jaką mam pewność, że los będzie chciał długo, rok po roku prezentować mi kolejne lata?
Smutne myśli są ciężkie od problemów i przyduszają sobą radość życia. Czasem potrzebuje ona bodźców, by się spod nich wygrzebać i poszybować do oczu, by nadać im blasku, czasu by zejść do ust i wygiąć je w uśmiech, to małe radości budują życie.
Będę więc w samoratunkowym celu nierozsądnie wydawać pieniądze na rzeczy mi niepotrzebne, dla życiowej i babskiej radości, dla chwilowej beztroski, bo trzeba szukać radości gdzie się da, czasem nawet i w sklepie z torebkami.
Li.

O tym samym.

4 grudnia, 2009
Zmęczona jestem.
Chcę zdobywać świat, ale świat wcale nie chce być zdobywany i stawia zbrojny opór strzelając do mnie jak do tarczy postawionej samotnie w polu.
Całe moje obecne życie podporządkowane dzieciom, budowie i pracy (kolejność przypadkowa) kosztuje mnie takie megawaty energii, że wieczorami wyłączam telefon i pogrążam się w letargu z herbatą z melisy w tle.
Nie zauważyłam Andrzejek, nie zauważę pewnie Sylwestra, albo się starzeję nagle i bez ostrzeżenia, albo taka karma i jeszcze trochę muszę przetrwać.
Czytam, bardzo dużo czytam. Czasem do rana, nie mogąc oderwać się od książki, w związku z czym jestem potem zmęczona, w związku z czym marudzę, ech…
Trzy ostatnie noce poświęciłam na trylogię „Millennium” Stiega Larssona, nie mogłam od niej odejść, to mroczna, fascynująca i świetnie napisana książka. Tomiska są obiecująco grube, każde ma ponad sześćset stron, połyka się je nie czując nasycenia.
A na budowie totalny bałagan, plątanina rur, kabli i miotających się pomiędzy nimi facetów w strojach roboczych, nic ciekawego, zaglądam tam bez zapału raz dziennie, rejestruję wylewkę na tarasie i wychodzę bez emocji. W końcu kiedyś ten bajzel się skończy.
Zabieram się do pracy, jedyny pożytek z piątku jest taki, że jest przed sobotą.
I tak sobie myślę, że to ten snujący się od śmierci Ilonki smutek, cienki ale mocny jak pajęcza nić, oplątujący noce i dni, oblepiający myśli o niej, nie dający o niej zapomnieć, przesyłający całusa w stronę jej zdjęcia, ściągnął mnie na ziemię i obciął mi skrzydła. Żebym pamiętała, że jestem tylko i li człowiekiem, istotą kruchą i marną.
Tak musi być, tak musi być- na razie.
Li.

Finansowe i estetyczne skutki pewnego lenistwa.

30 listopada, 2009
Kawa pita samotnie w poniedziałkowy ranek, gdy spieszyć się nie muszę, dzieci jeszcze śpią, a za oknem snuje się jeszcze przytulna ciemność- relaksuje.
Niepożądany ruch zacznie się o siódmej rano, gdy robotnicy stawią się do pracy, a moje córki postawią się do pionu. Póki co-chwilo trwaj!
Czytam wiadomości, gadam miłośnie do rozespanych kotów i staram się nie patrzyć na dwie pary butów dumnie stojących na podłodze, choć nazwanie tego paskudztwa butami jest dla nich zbyt pochlebne….
Paskudztwa są wynikiem mojego niedzielnego lenistwa, niechęci do galerii handlowych i teorii o konieczności usamodzielniania dzieci, przez co obdarowałam moją starszą córkę kwotą 400-tu złotych, kartą do bankomatu (wyłącznie na wszelki najwyższy wypadek) i przykazaniem kupna sobie dżinsów, butów zimowych i nakrycia głowy.
Dziecko grzecznie wypełniło polecenie, przekroczyło limit o zaledwie 120 złotych (a spodziewałam się większych strat) i przyniosło do domu dżinsy, berecik, dwie pary rękawiczek, wisiorek i te straszne buty, na widok których zgrzytają mi zęby, a ręce zaczynają drżeć z chęci podarcia ich na strzępy…
Spróbuję opisać to paskudztwo, mogą stanowić rozkosz dla oczu turpisty, moje oczy jednak gwałcą i ranią, ech- ciężkie jest życie wrażliwej na piękno matki nastolatki!
Buty numer jeden to tzw. emu, niezrozumiała dla mnie niekształtna forma, stworzona podobno w Australii, by ogrzewać zmarznięte stopy surferów, w związku z czym są to najwidoczniej idealne buty dla nastolatki w Krakowie!
Fakt, że są w panterkę pominę tylko dla swojego samopoczucia, staram się zamykać oczy, by na nie nie patrzeć i niech będzie, że ta panterka tylko mi się wydaje…
Buty numer dwa może nie byłyby takie złe, gdyby nie ich zadziwiająca podeszwa, której nie ma. Ja jej w każdym razie nie widzę, a to coś co widzę, ma grubość kartki papieru.
Doprawdy, są to buty stworzone wprost na krakowskie zimy i śnieżną breję na chodnikach.
Starsza jest niezwykle dumna ze swoich zakupów, ja podobno się nie znam, w portfelu ubyło mi 520 złotych, a dziecko dalej nie ma butów na zimę.
Taki jest koszt mojego niedzielnego lenistwa.
Ale gdy tak sobie myślę, ile przeczytałam zaległych gazet, ile nałożyłam na twarz maseczek, ile nadrobiłam zaniedbanych przyjemności, ile pogrzałam się w domowym ciepełku z cudnym nic nie robieniem, to bilans i tak mi wychodzi in plus.
No i nie musiałam iść na zakupy, nie cierpię galeryjnego tłumu, szału zakupów w rzekomo przeświątecznym nastroju, sztucznych choinek i Mikołajów.
Gdy Starszej zmarzną stopy, będzie pole do negocjacji i wtedy wkroczę.
I co tam, nastolatką zachwycającą się butami w panterkę jest się niestety tylko przez parę lat w życiu, niech ma!
:)
Li.

(Nie)usprawiedliwienie.

24 listopada, 2009
Zwyczajnie brak mi czasu na pisanie, no bo skąd mam wziąć ten czas?
Kiedyś go miałam w nadmiarze, teraz gdy go mam to muszę kupować drzwi albo prowadzić rozmowy na temat pieca do gazu, a doprawdy trudno rozmawiać o czymś na czym się kompletnie nie znam, ale w tym nieznaniu się doszłam do wniosku, że kupuję piec kondensacyjny.
Sprawy budowlane pochłaniają mnie bez reszty, dwie leżące i kaszlące córki dopełniają dzieła absorbcji, praca i klienci też ciągle coś ode mnie chcą, a moje niegdyś magiczne wieczory z dobrym winem, lampą i laptopem bez żalu zamieniłam na kamienny sen do rana.
Brakuje mi oddechu, ale rekordzista podobno potrafi go wstrzymać na kilkanaście minut, dam radę i ja!
Z budowlanego bałaganu i chaosu zaczyna wyłaniać się piękny ład z gładziutkimi jak pupcia po peelingu ścianami, z orurowaniem godnym podziwu, z kuszącymi moje zmysły dekoratorskie kształtami… och, ze śpiewem na ustach idę sobie kilka razy dziennie na budowę i ciągle, ciągle nie mogę się nacieszyć i napatrzeć!
I dlatego mnie tu nie ma, ale wrócę!
No!
Li.

Nie mam czasu na pisanie, ale mogę chwilę pogadać…

18 listopada, 2009
-Mami, ale jak będę mieć swój pokój to będziesz do mnie przychodzić i nie będę tam sama siedzieć?-takie oto pełne niepokoju pytanie zadała mi moja młodsza córka.
I staraj się tu matko o komfort mieszkania dla swoich dzieci!
Ciekawe czy będą spać u siebie i uda mi się nareszcie wyrzucić je z łóżka, o kotach i psie nie wspomnę…
Wczoraj był u nich z wizytą ojciec.
Dowiedziały się, że niepotrzebny jest im dodatkowy angielski, korepetycje z chemii i fizyki, niemiecki dla Młodszej, basen dwa razy w tygodniu i takie tam inne kompletnie niepotrzebne wydatki, bo z dalszej części wypowiedzi wynikało, że uzasadnionym wydatkiem na dzieci jest tylko chleb i woda.
I to wszystko mówi doktor habilitowany z szansą na szybką profesurę, ech…, tak szybko zapomniał o naszych rozwodowych ustaleniach, o swoich obietnicach, o priorytetach i o tym, że jest tatą.
Usprawiedliwia go szok, do niedawna z wielką pewnością siebie mówił dzieciom, że budowa na strychu to są tylko moje mrzonki.
A teraz pewnie tkwi w przekonaniu, że buduję za jego alimenty na dzieci.
Jakoś jest mi go szkoda, co tylko oznacza, że czasami bywam idiotką.
Nota bene nie przestają dziwić mnie porozwodowi ojcowie, którzy nagle tracą z pola widzenia dobro swoich dzieci, skupiając się wylącznie na materialnym wymiarze ojcostwa, dbając głównie o jego zmiejszenie.
W czerwcu zmienił się kodeks rodzinny na korzyść strony (bo przeciez może to być i matka i ojciec) wychowującej samotnie dzieci- teraz sąd przy orzekaniu alimentów może uznać, że jedna strona przez sam fakt codziennej staranności i wychowania dzieci je alimentuje, więc drugą można obciążyć kosztami utrzymania dzieci w całości! Drżyjcie niedopowiedzialni rodzice!
A Wy drogie baby, składajcie pozwy o podwyższenie alimentów, takie na maksa!
Zbierajcie rachunki, liczcie nawet koszty drugiego śniadania, soku do picia i biletów tramwajowych.
Li.

Hej ho, hej ho, po kredyt by się szło :-(

16 listopada, 2009
Przychodzi klient do banku po kredyt hipoteczny i dyrektor banku mówi do niego tak:
nie masz Pan zdolności kredytowej, ale jeżeli zgadniesz Pan które oko mam szklane, dostaniesz Pan kredyt.
Klient patrzy w niebieskie oczy dyrektora i mówi: prawe.
– Skąd Pan wiesz? To prawda!
– Bo to oko patrzy bardziej po ludzku.
Hehe, moja ulubiona koleżanka aurora_vulgaris zadzwoniła dziś do mnie z tym kawałem, ale jako że czeka mnie konieczność wzięcia kredytu i wątpliwa przyjemność udowodniania bankowi, że mam zdolność kredytową, to pośmiałam się jakby półgębkiem…;-)
Budowa powoli wychodzi z kokonu, przepoczwarzając się w pięknego motyla.
Tynki są już skończone, centralne ogrzewania też, rodzi się woda i gaz, a po nich przyjdzie fala wylewki… ech, będę tęsknić! Od kilku miesięcy jestem zakochana po uszy w tym siermiężnym, pylącym, głośnym, absorbującym dziele stworzenia…
A kamienica jest już cała pomalowana i jak tylko granit obejmie cokół w mocnym i wiernym uścisku na lata, to pokażę zdjęcia.
Na szczęście dla nas, współwłaściciele poza jedną starszą parą i mną, nie mieszkają w kamienicy. Tym samym cedują decyzyjność, dając sporo wolnej ręki. A jako, że efektem kolorystycznym elewacji są zachwyceni, to mam nadzieję że na tej fali zachwytu pozwolą na szaleństwa remontowo-kolorystyczne klatki schodowej-na tych łukach, półcieniach i zakątkach.
Pomysł już mam! Klatka schodowa jest w stanie tragicznym, niemalowana od wojny, ze schodami wysokiego ryzyka…, ale z wielkimi aranżacyjnymi możliwościami!
Wszystko mnie cieszy, ale najbardziej chyba to, że moja Mama powiedziała mi, że jest ze mnie dumna. Po raz pierwszy w życiu.
W dodatku niczego nie krytykuje i wszystko jej się podoba!
Kurczę, taka jestem stara, a tak mnie cieszy uznanie własnej rodzicielki.
Nie przywykłam do niego, jako że z reguły robiłam za zakałę rodziny, rozwiedziona i takie tam inne, a tu proszę- własnym starym taką zrobiłam niespodziankę!
Li

Kolejny poniedziałek na drodze do wieczności.

16 listopada, 2009
Budzik wrzeszczał mi do ucha od szóstej rano i choć ciemność za oknem działała wyjątkowo łóżkolubnie, nolens volens wstałam… i jestem w porannej nieszczęśliwości.
Straszne jest to życie dorosłego, trzeba wcześnie wstawać, pracować, stresować się i jeszcze być odpowiedzialnym.
Taka jestem zmęczona dorosłym życiem, przecież w sobie ciągle jestem młoda i niedojrzała, ciągle mam ochotę na szaleństwa, na taniec i flirty, ciągle chcę się uśmiechać i niczego nie traktować poważnie. A los cynicznie zmusza mnie do bycia dorosłą, gdy ja dorosnąć nie chcę, do zarabiania pieniędzy, gdy ja nie chcę pracować, do wychowywania dzieci, gdy ja sama nie czuję się wychowana, do podejmowania codziennej walki o byt, gdy ja- taka pokojowo nastawiona, chcę być tylko beztroska.
Dorosłość jest kpiną z młodzieńczych marzeń, obozem przetrwania, to taki survival dla romantycznych panienek, dla marzycielek, dla mieszkanek obłoków bujających, dla mnie.
Za chwilę, mgnienie oka, nie będę już dorosła, tylko stara.
Będę staruszką, to myśl, która mnie naprawdę przeraża.
Będę staruszką- ja!
Co za absurdalnie prawdziwa perspektywa.
Wysoka nagroda za antidotum na poniedziałkowe zniechęcenie!
Li.