Czasem warto zacząć od końca.
15 listopada, 2009Zobaczyłam je wczoraj i oszalałam.
Były dokładnie takie, jakie je widziałam w mojej wyobraźni- delikatnie lśniące, z grubego mięsistego materiału w kolorze bakłażana z nutą fioletu, miękkie, wygodne, przytulne, duże i z miejscem na poduszki z Almi Decor, w które można się wtulać (i wciąż i wciąż układać…).
Los podziałał nęcąco ceną- z siedmiu tysięcy przecenione na cztery z kawałkiem wydały mi się okazją nie do zmarnowania! Och, dawno niczego tak nie pożądałam!
Kupiłam, ale jeszcze nie odebrałam, bo mam teraz problem nie lada- gdzie je u licha przechowam? Trzyosobowa kanapa, dwuosobowa sofa i ogromny fotel.
Idealne do mojego salonu, którego jeszcze nie mam, może zapakowane postawię je na budowie, niech się integrują ze ścianami, niech się udomowiają, bo nie ma to jak domowa, wysiedziana, przytulna kanapa z wielką ilością poduszek…
I ten nieszablonowy kolor-marzenie! Będą z nim pięknie współżyć gorzkie brązy, czerwone wino i łososiowe szkło.
Kocham w sobie ten brak praktycyzmu, pozwala mi na szaleństwo zakupów, a co z nimi ostatecznie zrobię, pomyślę jutro!
Dziś cieszę się niedzielą, zaraz przychodzą do mnie goście na obiad, powymyślałam pyszne przystawki i piję sobie czerwone wino.
;-)
Li.
Skąd wzięła się Mohira?
12 listopada, 2009Ostatnie urodziny zaowocowały dla mnie nową rodzinną ksywką- Mohira.
Moje córki rzadko nazywają mnie „Mamusią”.
Z reguły jestem Mimi, Mami, Mamut, Mamutek ewentualnie w chwilach największej czułości Mimiś, a teraz ta Mohira!
A było to tak:
młodsza córka na urodziny postanowiła sprawić mi przepiękny naszyjnik, złożony z nanizanych na nitkę srebrnych liter tworzących imię „Monika”.
Na jej nieszczęście w sklepiku z tą „uroczą” biżuterią brakowało literek „n” i „k”. Dziecko w panice, bo hm… kupowało się prezent dla matki w ostatniej chwili, wymyśliło że zamiast n moze być h, a zamiast k może być r i tak nagle narodziła się Mohira, które to imię jakoś natrętnie kojarzy mi się z moherem, ale mam nadzieję, że to czysty przypadek.
Za każdym razem jednak, gdy słyszę od nich tę Mohirę, to pękam ze śmiechu:)
Li.
Jestem między, a między.
11 listopada, 2009Kolejna szaro-ciemno-mokra jesień usiłuje ryć w duszy korytarze smutku, siać przygnębienie
i depresyjnie przyduszać do ziemi.
Zaplotłam sobie warkoczyka, związałam go różową gumką recepturką i uzbrojona w atrybut małej dziewczynki nie poddaję się dorosłym lękom.
Moje życie tej jesieni zwariowało i z szybkością światła podrzuca mi kolejne zadania do realizacji, nie dając w zamian czasu, bo doba ciągle ma tylko dwadzieścia cztery godziny.
Będzie tak przez kilka najbliższych miesięcy, a potem położę się na kanapie na tarasie pod gwiazdami, z butelką wina, świecami i przyjaciółmi i znowu oddam się uciechom robienia nic
i życiowym przyjemnościom.
Zarezerwowałam wczoraj serię masaży, potrzebuję siły i aury mojego masażysty Mongoła, nie byłam u niego od dziesięciu miesięcy, grzeszę okrutnie niepamięcią o ważności siebie, łamiąc daną kiedyś obietnicę nigdy-o-sobie-nie-zapominania.
W celu grzechów odpuszczenia zadaję samej sobie okrutnie cudowną pokutę i w sobotę idę na seans do kosmetyczki, położę się przed nią na trzy długie godziny relaksu, mhmmmm…. uwielbiam dotyk… mhm…. jak nic innego…
A gdy już będę wolna od grzechów i nastanie w okolicy mojej duszy i ciała upragniony spokój, znowu będę mieć czas, by pisać z radością i bez myśli przewodniej.
Życie poszatkowane na etapy ciągle stawia mnie przed nowymi wyzwaniami, teraz jestem na etapie braku czasu na bloga i dla siebie, ale za to będę mieć ogromną nagrodę już niedługo, gdy wejdę z bezdomności w nowy etap -w cudowną, wspaniałą, pachnącą nowością, z szerokimi możliwościami upiększania, z pięknym widokiem na dalsze życie-domność!
Bardzo cieszę się, że pada deszcz, bo trzeba przetestować nowy dach!
A co na to Lec?
Czasem trzeba okres między przeszłością a przyszłością przeżywać w jakimś zastępczym czasie gramatycznym
Ech…:)
Li.
Samoużalanie się z nutką ekscytacji bliskim końcem.
7 listopada, 2009Zajętość zjada moje życie towarzyskie i uczuciowe, dając mi tylko oddech na sprawy niezbędne. Rety, jaka ta budowa jest absorbująca!
Ciągle teraz czegoś szukam, porównuję, zadaję pytania- czasem głupie są to pytania, ale co zrobić, gdy często nie za dokładnie wiem o co pytam…
Nie mam czasu dla siebie, a gdy go mam to zasypiam snem kamiennym i bezsennym i nie śnię, by we śnie nie musieć być aktywną, łaknę spokoju i lenistwa, takiego lenistwa gdy robię nic i jestem szczęśliwa.
Ilość spraw wiodących żywot w moim kalendarzu już dawno przekroczyła moje mizerne zdolności organizacyjne, bezładnie tłoczą się więc przy wyjściu do załatwienia, tratując się wzajemnie, a mnie od ich wrzasków boli głowa.
Czasem sobie myślę, że jednak przydałby mi się taki na przykład mąż, służący pomocą, ramieniem i porfelem.
Ale potem zaraz sobie przypominam, że przecież miałam już męża w charakterze trzeciego dziecka i od razu czuję ulgę, że choć to jedno mam z głowy, dwie absorbujące córki wystarczą.
Rany boskie, malarstwo włoskie- miks dwóch hydraulików, tynkarzy, plączącego się pomiędzy nimi elektryka hazardzisty, który-ciągle-nie-skończył, Wykonawcy-który- jest- wykończony, męczącego sąsiada z wiecznymi pretensjami, smutnej walki z kolejnymi donosami, szukania domu dla pięknego, porzuconego kota (dziś znalazłam!), przenosin firmy w nowe miejsce, ledwo widocznych plam na elewacji- ALE JA JE WIDZĘ- to zestaw, który wykończyłby największego twardziela!
A ja jestem przecież taka mięciutka!
Li.
Samożyczenia!
4 listopada, 2009Różne stany umysłu i tak nie usuną z mojego pola widzenia upływu czasu, konsekwentnie raz
w roku, w tym właśnie dniu zmieniającego cyferki mojego wieku.
No dobra, mam od dziś konfigurację 42, ale urodzona w nocy z 3-go na 4-go listopada 1967 roku wcale nie czuję się starsza niż rok temu, ba!- niż dziesięć lat temu, czuję się tylko trochę mądrzejsza.
Od życiowej mądrości jednak nie robią się zmarszczki, więc niech mi jej przybywa jak najwięcej,
a to czego sobie dziś życzę wypowiem w sobie cicho, acz dobitnie, zdradzając, że są to życzenia bujne, bogate i szalone!
Niech los bierze się do roboty, tak bardzo jestem spragniona szczęścia!
Otworzyłam na chybił-trafił Leca i co na to Lec?
Nie żądać od życia niemożliwego? Dlaczego?
Możliwości jego są przecież ograniczone.
Życząc więc sobie niemożliwości pozdrawiam Was ciepło i z uśmiechem w dniu moich czterdziestych drugich urodzin!
Li.
Żal musi się wyżalić.
3 listopada, 2009Ilość zapisanych w moim kalendarzu czynności, koniecznych do wykonania dzisiejszego dnia wyrzuciła mnie z ciepłego łóżka o szóstej rano. Ale jakoś brak mi zapału do natychmiastowego działania, wolę całkiem spokojnie i w towarzystwie zaspanych kotów wypić drugą kawę i nacieszyć się chwilowym spokojem.
Smutna była ta ostatnia niedziela, zdjęcie ślicznej, uśmiechniętej I., zrobione na godzinę przed ślubem, a teraz wkomponowane w czarny granit nagrobka oddawało strzał emocji prosto w serce.
Absurdalna z punktu widzenia zmarłych, a jednak taka niezbędna dla żywych jest chęć przystrojenia grobu jak najpiękniejszymi kwiatami i jak najdłużej palącymi się zniczami, tak jakby piękno płynące z chryzantemowych wariacji miało pomóc złagodzić smutek i żal.
A co na to Lec?
Świat jest piękny! I to jest właśnie takie smutne.
Mimo wszystko- miłego dla Was! Dziś wtorek-potworek, ostrożność wskazana!
Li.
Narodziny gwiazdy :)
31 października, 2009Do niedawna patrzyłam na nią oczami wyobraźni, a piękno jest przecież w oczach patrzącego. Tworzyłam w głowie jej nowy wygląd i znosiłam wątpliwości licznych niedowiarków, pukających się w głowę i kpiących sobie z moich marzeń.
A ja zawsze wierzyłam, że TO mi się uda.
Nie można w życiu iść za długo pod górę, nie można ciągle targać ciężkiej walizki pełnej porażek.
Jestem trochę zmęczona, ale staram się wierzyć, że wszystko co mnie spotyka-złe, smutne i rozczarowujące ma jakiś sens.
Ciągle mam w głowie Leca i gdy dochodzę do ściany, gdy wydaje mi się, że już nie mam żadnej możliwości ruchu, odwracam się i znowu idę do przodu.
Tyle emocji, teraz czas na konkrety!
Na pewno ten widok kamienicy poniżej przeszedł już do historii ulicy.
Żegnam się z nią bez cienia żalu- nie do zobaczenia paskudo!
Na pewno ten widok kamienicy poniżej przeszedł już do historii ulicy.
Żegnam się z nią bez cienia żalu- nie do zobaczenia paskudo!
Tu dziś rano jeszcze ubrana w rusztowania…To jednak można zrobić już bez rusztowań, bo opłaty za zajęcie chodnika na rusztowania są zdecydowanie za wysokie.
Tu jest już prawie doskonała, jeszcze tylko trochę makijażu i będzie prawdziwą uliczną gwiazdą.

Trzecie i czwarte piętro , powyżej linii gzymsu to nasza nadbudowa, moja i L.
Konserwator zalecił nam pozostawienie linii malutkich okienek strychowych, a niech sobie będą.
Są świadectwem ogromu pracy.
Kobiety potrafią!
No!
No!
:))))))))))))))
Li.
Zaniedbany ostatnio dziennik budowy.
30 października, 2009Jutro będzie wielki dzień, gdy brzydka żaba codziennie od maja całowana przez dwie królewny zrzuci do końca żabią skórę i objawi światu swoją urodę. Już dziś widać jaka jest śliczna!
Do listy ulubionych zajęć ostatnio dorzuciłam stanie na chodniku po drugiej stronie ulicy naprżeciwko kamienicy i podziwianie nadbudowy i elewacji.
Sprawia mi to nieustanną przyjemność. Wybrany przeze mnie i L. kolor, będący jakby nie było samowolą budowlaną wyszedł tak pięknie i stylowo, że konserwator zabytków musi paść z zachwytu i wydać stosowną decyzję o zatwierdzeniu naszych samowolnych poczynań.
A jak nie, to uzbrojone w estetyczne działa wytoczymy wojnę i wtedy zobaczy się kto tu jest wrażliwy na piękno, walkę mam przecież w skorpionowskiej krwi, a w walce o słuszną sprawę rosną mi husarskie skrzydła.
Prace budowlane nie mają już tego początkowego rozmachu, gdy widać było jak mury pną się do góry.
Ale cieszą dalej- oczywiście jest piękny dach, są śliczne okna, jeszcze tylko odrobina elektryka, sporo hydraulika, gazownika, tynki i wylewki i na koniec listopada najważniejszy etap będę mieć już za sobą, pozostaną mi tylko same przyjemności wykończenia,
powiązane niewątpliwie z wykończeniem się (a propos, umywalki do łazienek będą tylko stąd: http://www.kolorymeksyku.pl/, a najbardziej podobają mi się miedziane i ta niklowana na samym końcu, piękna! )
Nie będę się spieszyć, podobno wszystko ma schnąć, ulatniać mają się opary, nie wprowadzę się na Wigilię, to wprowadzę się na Wielkanoc, najważniejsze że zbudowałam sobie sobie i dzieciom dom, o psie i kotach nie wspomnę.
A jutro po ściągnięciu rusztowań zrobię zdjęcia i Wam je pokażę, bo będą najlepszym świadectwem, że warto, warto marzyć!
Warto i trzeba!
Kocham moje marzenia, pieszczę je codziennie, tulę do piersi, myślę o nich, daję im szansę na życie i one mi się odwdzięczają!
Li.
Trochę prywaty na specjalne życzenie dla jajożercy :)
29 października, 2009Są takie chwile w życiu kobiety, gdy odczuwa przemożną i nie do odparcia ochotę na jaja, przy czym zuchwałe myśli kobiety krążące wokół jaj rozmaitego autoramentu i pochodzenia,
z konieczności wymuszonej okresowym brakiem tych jaj najbardziej pożądanych, koncentrują się niestety na jajach najłatwiej dostępnych, popularnych i twardych ab ovo, nomen omen.
Gotuję jaja kurze do stanu erekcyjnej twardości, w ilości wyznaczonej liczbą chętnych na kolację, z reguły biorę po pięć na głowę.
W tej operacji niezwykle ważnym jest stopień twardości jaj, muszą one osiągnąć jej wyżyny, ale bez przekroczenia cienkiej czerwonej linii przegotowania.
Gorące jaja studzę w zimnej wodzie, taką operację odważam się czynić tylko jajom kurzym, inne- te wrażliwsze, studzę bardziej pokojowymi metodami.
Wystudzone i bezbronne jajka poddaję operacji dzielenia ich na pół, jednym celnym ruchem bardzo ostrego noża wbijam się w ich skorupki, tnę je na dwie połówki wzdłuż, sadystycznie wydłubuję im środki, tak by powstały skorupkowe łódeczki do nadziewania.
Skorupki chwilowo porzucam, bo oto mam przed sobą bezładny stos jajecznych połówek, takie biało-żółte świadectwo marności nad marnościami, bo przecież wystarczyło 20 minut, by płynne jajko mądrzejsze od kury, ugotowało się na twardo, bezpowrotnie tracąc szansę na życie w zepsuciu.
Nagie, wyeksmitowane ze skorupek jaja drobno siekam, a najlepiej to miksuję na gładką masę. Dzielę ją na kilka części, w zależności od tego, jakie dam im second life.
Bo są jaja, które uwielbiają pieprzenie, bez tego nie mogą żyć- daję im więc to czego pragną, hojnie sypię czarnym pieprzem, solę i wrzucam w nie drobno posiekany szczypiorek, wymieszany z musztardą, jej ilość dozuję w zależności od upodobań.
Inne jaja lubią być traktowane bardzo ostro, na granicy wytrzymałości, to prawdziwe jaja sado-maso, w ustach aż pieką, a to od sporej ilości ostrej papryki z drobno posiekaną zieloną pietruszką, dla perwersji dodaję do nich trochę śmietany, robi się już trójkąt, a to rodzi różne możliwości.
Dla wielbicieli łagodnych smaków robię jaja z pieczarkami, startymi na drobnej tarce, tam mogę wrzucić drobno posiekaną cebulę, korniszony, czosnek, wszystko co mi podpowie nieograniczona fantazja.
Wypełniam skorupkowe łódeczki trzema rodzajami jajecznego farszu, wypełniam z uwagą, wypełnieniu zawsze należy poświęcać uwagę, bo wypełnienie to clou każdego programu z jajami.
Wysypuję na talerz tartą bułkę, przytulam do niej skorupkowe łódeczki dupcią do góry,
a farszem na dół, wciskam mocno, by drobiny bułki odcisnęły na jajach swój ślad, niech będą naznaczone po wieki, a już conajmniej do momentu konsumpcji.
Wrzucam zabułkowanym farszem na gorącą patelnię z oliwą, wymieszaną pół na pół z masłem, pozwalam im teraz na namiętne uniesienia, na rozgrzanie się, na zrumienienie z pożądania, na chrupiącą skórkę i na ostateczne wyciągnięcie bez możliwości powrotu.
Ułożone na talerzach- mimo wszystko kuszą, bo jaja w każdej postaci potrafią roztaczać swój urok i czar.
Dobrze komponują się z nimi sałaty i mizeria.
Jaja z łakomą uciechą wydłubuje się widelczykiem, prawie jak ślimaki w kokilkach, choć prawie robi tu wielką różnicę.
Smacznego!
Li
Czasem trzeba zamilknąć, żeby zostać wysłuchanym (Lec)
28 października, 2009Sen jak wierny rycerz chronił mnie przed problemami, wykorzystywałam go nadmiernie, nie płacąc za nadgodziny. Otulona bezpieczeństwem kołdry, na dziesięć długich godzin wyłączałam się z obecności na zajęciach obowiązkowych z życia codziennego.
Dziś wyeksploatowany i zmęczony porzucił pracę, zmuszając mnie do porannej aktywności już od piątej rano.
Siedzę więc sobie na kanapie z widokiem na zdjęcie Ilonki, całkiem spokojnie wypijam z nią drugą kawę, uśmiechamy się do siebie, a zaokienna ciemność włazi bez pukania i miasto budzi się tramwajami ze snu.
Ostatni tydzień naznaczony jest wielkimi zmianami, w dobrym idą kierunku, a ja idę sobie razem z nimi. I mam ochotę na długi spacer, iść, iść, ciągle iść- w stronę słońca.
Myślę, że chwila w której zabraknie mi optymizmu będzie moją chwilą ostatnią.
Póki co, na kilka dni przed czterdziestymi drugimi urodzinami jeszcze ciągle chce mi się tego i tego, tego też, mhmmmm…. i teeeego, och i TEGO jak najwięcej, tego, tego, tego i tego!
Miłego dla Was!
:)
Li.
Żmija i siedem dni tygodnia.
21 października, 2009A co na to Lec?
Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija.
Mija mnie żmija,
jest wyjątkowo długa, widocznie to nowy gatunek, endemiczny bo we mnie tylko żyjący.
Pełznie przez moje noce i dni, ale ja już nareszcie mam surowicę na jej jad i przestałam bać się nie wiadomo czego i nie wiadomo kogo, bo niedawne odkrycie że najbardziej boję się samego strachu, tej niespersonalizowanej materii oblepiającej rozum, mrożącej myśli i dławiącej logikę uzbroiło mnie w antidotum na jad pełen braku wiary we własne możliwości.
Jest prawie dobrze.
A co na to Lec?
Niektórym wyrastają skrzydła z garbu.
Lokal na firmę już mam, bardzo blisko domu, za dwoma rogami, pięcioma chodnikami i z widokiem, co jakoś ma dla mnie znaczenie, bo czasem muszę stanąć w oknie i popatrzeć w kierunku swoich myśli, z szerokim horyzontem, polem dla wyobraźni i placem manewrowym dla nagłej zmiany planu na życie.
Dobrze, że los zepchnął mnie z wygodnej i nudnej drogi stabilizacji i zasiedzenia.
I choć tłukę się teraz na wybojach i wpadam w dziury boleśnie obijając sobie tyłek, to czuję się jak zdobywca!
Kładę na szalę przemijania moje emocje, rzadkie ostatnio radości, dorzucam wszędobylskiego smutku, kropię zawodowym sukcesem, dosypuję budowlanego piachu i ciągle wychodzi mi ciekawe życie.
A co na to Lec?
Biedny, kto gwiazd nie widzi bez uderzenia w zęby.
Będzie dobrze, nie może przecież być inaczej.
:)
Li.
Spowiedź kobiety ostatnio milczącej.
18 października, 2009Gdy na długo milknie kobieta, której na co dzień nie zamykają się usta od gadania i od śmiechu, gdy traci ochotę na werbalizowanie myśli, gdy nie pisze, nie dzwoni, nie kocha, to znaczy że nie ma czasu!
I nie znaczy to nic innego, a kto sądzi inaczej niech zamilknie na wieki.
W straszliwą ostatnio popadłam zajętość, taką zajętość do granicy wyczerpania od miotania się pomiędzy poszukiwaniem nowego lokalu na firmę, bo nagle urodziła się taka potrzeba, a na poród nie ma przecież innej rady poza jego przyjęciem, a poszukiwaniem grzejników do salonu (chcę takie).
Po drodze muszę pilnować niesfornego elektryka-hazardzistę, dyskutować z Wykonawcą o setkach problemów, bo bezproblemowa do tej pory budowa stała się wielce problemowa, pracować na przedmiot tej dyskusji i robić zielnik dla Starszej, to ostatnie zwłaszcza uważam za rodzinny skandal, powinnam pozwolić na to by za swoją beztroskę moja starsza córka dostała jedynkę, o konieczności zrobienia zielnika na lekcję biologii wiedziała od września.
Tkwiące jednak we mnie litościwe serce matki nie pozwoliło na takie okrucieństwo i czwartkowe popołudnie spędziłam w Ogrodzie Botanicznym zbierając egzotyczne liście, przy temperaturze powietrza bliskiej zeru, co niewątpliwie było bezpośrednią przyczyną mojego kataru.
Wieczór spędzony na prasowaniu liści celem ich błyskawicznego ususzenia był tylko konsekwencją popołudnia, a szóstka jest murowana, szóstka za pracę mamusi… wiem, wiem to moja rodzicielska porażka, ale niech pierwszy rzuci kamieniem ten kto nigdy nie złamał się pod naporem córeczkowej wielce udawanej rozpaczy.
Ech, tyle spraw stanęło mi na głowie, od pięciu lat po kolei z hukiem upadają wszystkie filary podtrzymujące moje życie, bo przecież w drgawkach zdechło moje małżeństwo, doprowadziłam się do bezdomności sprzedając mieszkanie, a teraz straciłam ostatni bastion bezpieczeństwa- lokal w którym miałam firmę, a to wydawało mi się najtrwalszą rzeczą w moim życiu.
No i tak uwięziłam się chwilowo w rozpaczy, szarugi za oknem spotęgowały to przerażające poczucie opuszczenia mnie przez życiowe szczęście, ludzi i boga, porozczulałam się nad swoim losem, a potem i tak doszłam do tego samego wniosku co zwykle- liczyć tylko na siebie i zabierać się do roboty.
A co na to Lec?
Dokąd zmierza życie? Tam gdzie Ty, dopóki idziesz.
Trudno mi się ostatnio żyje, ale przecież nigdy nie dostałam gwarancji, że będzie mi lekko.
Z czystego lenistwa nie chce mi się iść pod górę, ale jak mus to mus!
Li.
Marudzenie jest balsamem dla duszy.
13 października, 2009Szaleństwo wokół mnie zwalczać trzeba szaleństwem i właśnie parę minut temu kupiłam pięć lotniczych biletów do Londynu. Lecimy na dwa tygodnie ferii, pięć kobiet z czego dwie to moje córki-Młodsza za nic nie dała wyeliminować się z tego babskiego wyjazdu, żadna próba przekupstwa nie miała szans przy wizji Big Bena na żywo.
Nosi mnie, oj nosi, dość mam już tych krajowych problemów, przemycę je za granicę i tam porzucę. I kupię sobie COŚ.
Kota z Londynu też jeszcze nie mam…
Bo trochę tego wszystkiego za dużo, do jasnej ciasnej cholery!
Budowa domu na której się nie znam, praca której jest za dużo, elektryk-hazardzista, wymiana opon na zimowe co gwarantuje upały, złodziej w piwnicy, który mógł mnie zabić, dzieci które ciągle coś ode mnie chcą, zmiany mniej lub bardziej pożądane, szukanie kredytu, zgubienie ulubionych korali, szukanie wanny, szukanie schodów, szukanie dziury w całym, o rety jak dobrze, że mam tego bloga, nie ma to jak porządne, długie, jęczące, roztkliwiające się nad sobą, nudne jak programy wyborcze notki.
Od razu lepiej!
A Londyn zimą jest pewnie paskudny, ale co tam- będziemy dobrze się bawić, nie może być inaczej.
Li.
O tym co jest i o tym co będzie.
12 października, 2009Budowa własnego domu jest jednak niezwykle absorbująca.
Absorbuje mnie zwłaszcza przyjmowanie gości, a ilość znajomych pragnących obejrzeć budowę od środka wzrasta lawinowo z każdym tygodniem. A wiadomo, że trzeba wtedy wypić kawę w salonie, pogadać na tarasie, pooglądać zaookienne widoki- i tak przez kilka godzin dziennie. Uwielbiam to!
Teraz ciągle na coś czekamy, 20-go października mają być okna, to pozwoli zakończyć prace elewacyjne, 25-go października zacznie pracę hydraulik, co pozwoli zakończyć prace tynkarskie, itd… Oby tylko do przodu, powtarzam sobie to jak pobożne życzenie.
Skupiam się na budowie, na dzieciach i na pracy, nie mam czasu na nic innego, na pisanie też czasu nie mam, a może tylko nie mam ochoty, zmuszać się nie zamierzam.
Pozamykałam szuflady swojej duszy, nie marzę, nie śnię, tylko realizuję plan.
Gdy wybuduję sobie dom, gdy wejdę do łóżka w swojej sypialni, gdy zrobię zupę z dyni w swojej kuchni, gdy spędzę wieczór w swojej wannie w pachnącej pianie wśród zapalonych świec, gdy nareszcie będę mogła znowu powiększać swoje zbiory szkła, gdy będę mogła powiesić obrazy od ponad dwóch lat uwięzione w kartonach, gdy wydobędę z kartonów książki, gdy poczuję się bezpiecznie, to zacznę na nowo żyć. I niech będzie to kolejny początek starego życia, najważniejsze by był twórczy, by mi się znowu zachciało chcieć dobiec z ciekawością do rogu, za którym jest przecież zawsze kilka nowych kierunków.
Teraz tkwię w chaosie i szukam z niego wyjścia oraz punktów oparcia.
Niewiele ich jest.
Ale szaro za oknem, chyba pomaluję sobie usta na czerwono.
Li.
Wątek kryminalny z dramatem w tle.
8 października, 2009Kłopoty mnie kochają, to fakt notoryjny.
Dziś w nocy wyrwał mnie ze snu jazgot Kary Boskiej, mojego w dzień ukochanego psa, zamieniającego się na noc w szczekającego potwora. W korytarzu na parterze stały płyty gipsowe więc w trosce o ich los wyszłam na klatkę, zapaliłam światło, a pies pognał na podwórko, dalej szczekając. Drzwi do piwnicy były otwarte (no dobra, bałam się, cholernie się bałam), szybko je zamknęłam i zaczepiłam kłódką nie zauważając z tego strachu, że kłódka była przecięta. Płyty stały nietknięte, pies wrócił i patrzył na mnie znacząco, obwąchując drzwi do piwnicy, ale skąd mogłam wiedzieć, że KTOŚ tam może być? Na całe szczęście zresztą tego nie wiedziałam.
Wróciłam do domu, a rano alarm wszczęli robotnicy, okazało się, że drzwi do piwnicy były otwarte, ten KTOŚ od środka musiał podważyć skobel, bo ja go przecież zamknęłam, a piły i inny sprzęt w sumie o wartości czterech tysięcy złotych zniknął. Znaczy się, skok na piwnicę draniowi się udał. Musiał też drań działać w pojedynkę, bo zabrał tyle ile mógł udźwignąć, zostawiając sporo innych wartościowych rzeczy.
Na miejsce zbrodni wrócił dziś inny przestępca, przywleczony siłą przez mojego kolegę Krzysia. Krzyś czuje się paskudnie, bo to on ‚dał mi w prezencie” pracę tego elektryka, nie mając pojęcia, że Pan Romek w czasie wolnym od pracy próbuje zdobyć majątek na „na automatach”. Ewidentnie uzależniony i skruszony przyznał mi się do grzechu przepuszczenia mojej kasy i w dodatku do wygrania niczego.
Ustaliliśmy, że dajemy mu szansę odpracowania długu, do ręki nie dostanie już żadnych pieniędzy, a materiał na jego pisemne zlecenie kupi mi Krzyś. No cóż, nigdy nikogo nie przekreślam, staram się zrozumieć tego biedaka, w gruncie rzeczy porządnego faceta, uzależnienie w każdej postaci to ludzki dramat, trzeba mieć w sobie wiele siły, by mu sprostać.
A poza tym rozpaczliwie potrzebuję elektryka, a to podobno prawdziwy mistrz, więc jakby łatwiej przyszło mi wybaczenie, choć zaufania do niego już nie odbuduję.
W każdym razie majster ma mieć na niego oko, a cała elektryczna robota ma być zakończona w poniedziałek.
Idę do pracy, z niejaką ulgą, bo może tam znajdę upragniony spokój.
;-)
Li.
Dziennik budowy
7 października, 2009Elektryk uciekł.
Prawdopodobnie poczuł, że musi zmienić swoje życie i zaopatrzony w pieniądze, które dostał na materiały spędza teraz upojny tydzień gdzieś w Nowej Hucie. Na lepsze miejsce by mu nie starczyło. Jego telefon od wczorajszego ranka milczy, w domu są tylko ciemne okna, a na budowie tynkarze rozkładają bezradnie ręce- nie mogą tynkować bez skończenia prac elektrycznych. Nareszcie więc przydarzyło mi się to, przed czym byłam tak często przestrzegana- nie dawać pieniędzy przez robotą i samej kupować materiał. Samej? Materiał? Kable i takie tam? Ja?
Podobno wróci, tacy zawsze wracają. Wróci i wpadnie w moje ręce. Uch! Marny będzie jego los.
Smutna wiadomość to taka, że nie dam rady skończyć wszystkiego w tym roku. Terminy wykonawców w naszym dotkniętym kryzysem kraju są niezwykle odległe, na przykład schody mają mi się urodzić dopiero w lutym. Moja góralska znajoma w niedzielę przysyła mi dwóch prawdziwych górali, co do podobno robią piknie, może im uda się wcześniejszy poród.
Ręce opadają, a wraz z nimi marzenia o Wigilii już u siebie.
Trzeba będzie zacząć marzyć o Wielkanocy :)
Miłego dla Was!
Li.
Czas nas uczy pogody
6 października, 2009Byłam u Ilonki.
Nie jestem w stanie napisać, że byłam na jej grobie.
Po prostu- byłam u Ilonki, pogłaskałam krzyż i powiedziałam cicho:”Cześć stara, tęsknię za Tobą”.
Potem była piękna niedziela z odpustem pod pszczyńskim kościele, bo przecież świat jest piękny! I to jest właśnie takie smutne. (Lec)
Ilonka niestety wiedziała, że odchodzi, na trzy dni przed śmiercią w jednej z krótkich chwil świadomości powiedziała do męża i rodziców: „Mamy pecha”.
A ja nie mogę uwolnić się od natrętnych myśli o tym co działo się w jej głowie, o tym jaka musiała być zrozpaczona, pełna buntu i niezrozumienia, bo na pewno się na to nie godziła- ona taka walcząca i dzielna.
Bardzo boli mnie jej samotność, pomimo naszej przy niej obecności, w obliczu nieuchronności śmierci każdy jest samotny, na ostatnie dni przed odejściem nie mogła już nic mówić, nie widziała świata, mogła mówić tylko do siebie i patrzeć tylko w głąb siebie…
A co na to Lec?
Najstraszniejsze jest, kiedy jest się samotnym we własnym wnętrzu.
W dziwnym jestem stanie, tak jakby moje życie płynęło dwoma torami.
W jednym bez przeszkód szybko płynę życiem zawodowym i budowlanym, a w drugim siedzę w łodzi na stojącej wodzie, bez wioseł, nie płynę ani w przód, ani w tył, chcę tak sobie trochę postać w miejscu, podumać, pobyć w żałobie, teraz rozumiem jej głęboki sens, żałoba jest konieczna, trzeba ją przeżyć, by potem żyć, by dobić do brzegu i znowu zacząć iść do przodu.
Gdy przyjdzie na to czas.
Miłego dla Was!
Li.
Czas wracać do życia.
2 października, 2009Lekko ostatnio zaniedbana budowa dziś zagrała mi na nosie ścianką działową ślicznie wypadającą na środku drzwi do pokoju Starszej. O rety, ale rano popiekliłam się na majstra Jacka, co za kompletna budowlana bezmyślność, oto są skutki ścisłego trzymania się planu bez używania rozumu. Przecież rzadko zdarza się plan doskonały, a już plany sporządzone przez naszych- pożal się boże- architektów na pewno do takich nie należą i przy ich realizacji ostrożność jest bardzo wskazana.
W związku z opieprzeniem z samego rano jakiegoś mężczyzny humor mam doskonały;-))
Mobilizuję do działania swojego lenia, cały piątek przede mną, a ja lubię piątki za soboty.
Za oknem pada deszcz starego tynku, nareszcie skuwana jest elewacja, kamienica powoli odsłania swoje nagie ceglane wdzięki.
Jesteśmy z L. w konflikcie z urzędem konserwatora zabytków, bo nasza wizja kolorystyczna kamienicy mija się niestety z wizją konserwatora, koszmarną wizją-dla nas nie do przyjęcia.
W związku z powyższym, po ustaleniu co nam grozi za niesubordynację i brak uzgodnienia konserwatorskiego co do koloru elewacji, podjęłyśmy ryzyko kar wszelakich i malujemy kamienicę zgodnie z naszymi marzeniami o kolorze zgaszonej cegły z kremowymi dekorami. Zaproponowany przez konserwatora w postaci próbki na ścianie kolor musztardowy z dodatkiem żółto-zielonkawej oliwki, przypominający jako żywo skutki kociej niestrawności, spowodował u nas tak wielki szok estetyczny, że nasze bezprawne działanie wbrew jego decyzji można podciągnąć pod czyn popełniony pod wpływem afektu z powodu szoku.
Wybronimy się! Wytoczymy estetyczne działa! Ma być pięknie i już.
A co na to Lec?
Bronić sztuki? Nie, zmusić ją do ataku.
;-)
Miłego dla Was!
Li.
Ech…
30 września, 2009Chodzę po świecie z dziurą w sercu. Wkładam w nią moje noce i dni, ale czas nie przynosi mi ukojenia, a palec zatrzymuje się bezradnie nad numerem telefonu ciągle jeszcze nie wykasowanym.
Tęsknię na smutno, bo smutkiem dotknięta jest tęsknota której los zabrał święte prawo do jej zakończenia, do zmiany scenariusza w ostatniej chwili z dramatu na happy end, smutna jest i zmęczona wieczną tułaczką po myślach i w niezaspokojeniu.
Może za tydzień, za miesiąc, za rok, kiedyś tam, z biegiem nocy i dni, coraz starsza -osłabnie, nie będzie już taka natrętna, wtopi się w emocje, wyblaknie…
Ech, na razie daję sobie do niej prawo, w niedzielę jadę do Ilonki, pogadam sobie z nią, pójdę na kawę na pszczyński Rynek z jej Rodzicami, staram się, naprawdę staram znaleźć w tym wszystkim jakiś sens.
Dziś miała być operacja.
Li.
Mój Lwów.
29 września, 2009Przelotem
28 września, 2009No i zdumiał mnie ten Lwów!
Pękam od wrażeń, muszę dać im ochłonąć, bo jednak emocje wzięły górę- nie da się nie myśleć, że to przepiękne, pełne rozmachu i uroku miasto było kiedyś polskie. Ta polskość wyłazi każdym kątem spod starych tynków polskimi napisami i zaczepianiem w tramwajach przez staruszki Polki słyszące rozmowę po polsku.
Czy Kraków piękniejszy? Na pewno jest inny, dużo niestety skromniejszy, budowany bez tego zachwycającego w architekturze kamienic przepychu.
Hotel George w którym często zatrzymywał się Wańkowicz rozczulił mnie do łez, znowu sobie sięgnę po „Tędy i Owędy”.
Cmentarz Łyczakowski poruszył i zasmucił, zachwyciły uliczki, zaułki, kościoły, jedzenie w knajpkach, zakupiona na pchlim targu figurka kota.
A największa niespodzianka, to buty na nogach lwowianek- chodzą w niebotycznie wysokich szpilkach, nie straszny im przedwojenny lwowski bruk, patrzyłam na to z największym podziwem.
We Lwowie są piękne buty, proszę drogich Pań, zakupiłam dwie pary, nie sposób było się oprzeć, cóż począć. :)
Zdjęcia i reszta wrażeń potem, może nawet dziś wieczorem, teraz już biegnę na budowę, umieram z ciekawości co tam się podczas mojej nieobecności zmieniło.
Potem wypada zająć się trochę pracą, niestety…
Miłego dnia!
Li.
No to jadę.
23 września, 2009Czasy się zmieniają, córki dorastają i zaczynają dawać matce kieszonkowe:
Wczoraj Starsza z ważną miną wręczyła mi kopertę z napisem”” Mama -na Lwów”, a w środku było 150 euro i 280 hrywien. Naprawdę byłam pod wrażeniem, bo dziecko z chęci pozbycia się mnie na weekend posunęło się nawet do wizyty w kantorze i wymiany drobnych euro na hrywny, hehe… O wzmiance na kopercie napisanej drukowanymi literami „Hrywny- waluta na Ukrainie” nawet nie wspomnę…
150 Euro to miła niespodzianka pozostałości po wyjazdach, Starsza jako rodzinny, wyjazdowy bankier skrzętnie je chowała i oto są! Na drobne przyjemności!
Za hotel i utrzymanie nie płacę, mogę szastać forsą do pustki w porfelu.
Rany boskie malarstwo włoskie, jak to możliwe że mam już taką dużą córkę?
I jednak nieśmiało, trochę z nieuzasadnionym poczuciem winy, a jednak, jednak cieszę się na ten Lwów!
Li.
Jakoś tak- nijak.
22 września, 2009Bujam się na koleinach życia, a od tego bujania boli mnie głowa.
W celach więc samoratunkowych przyjęłam pewną kuszącą propozycję i od czwartku do niedzieli bujać się będę we Lwowie.
Jadę sprawdzić co tam Panie słychać za wschodnią granicą. I podobno pójdę do lwowskiej opery.
Zostawiam moje dziewczyny wcale faktem mojego wyjazdu nie zmartwione. Starsza planuje „bewu”, czyli babski wieczór, a Młodszej szykuje się „wuzetbe”, czyli wieczór z babcią. Pani Ewa zaklepana, zakupy zrobi się jutro, chyba się cieszę…, tak-cieszę się!
W celach więc samoratunkowych przyjęłam pewną kuszącą propozycję i od czwartku do niedzieli bujać się będę we Lwowie.
Jadę sprawdzić co tam Panie słychać za wschodnią granicą. I podobno pójdę do lwowskiej opery.
Zostawiam moje dziewczyny wcale faktem mojego wyjazdu nie zmartwione. Starsza planuje „bewu”, czyli babski wieczór, a Młodszej szykuje się „wuzetbe”, czyli wieczór z babcią. Pani Ewa zaklepana, zakupy zrobi się jutro, chyba się cieszę…, tak-cieszę się!
I popatrzę sobie na inne niebo, to zawsze mnie koi. Może nawet znajdę jakiegoś lwowskiego kota do mojej kolekcji kocich figurek?
No i ten Lwów, ufff!
Li.
Słowo na poniedziałek.
21 września, 2009Brakuje mi słów, by opisać uroczystość kremacji i pogrzebu.
Serce rwało się na kawałki, a oczom brakowało łez.
Pomilczę więc sobie trochę, bo to jest taki smutek małomówny, smutek który nie potrzebuje słów i publiki, musi się wysmucić sam, musi sam ułożyć się wygodnie do wiecznego snu.
Dziś świeci słońce zapowiadając piękną jesień.
Miłego dnia Wam wszystkim
Li.
Prepiątkowo.
16 września, 2009Nie będę lubiła tego tygodnia, w moich wspomnieniach niech się zamaże i nigdy później do mnie nie wraca. Ból głowy, ból serca, ból myśli, miotam się między granicami rozpiętych emocji, sama już nie wiem, co mi może przynieść ukojenie.
Sen odszedł ode mnie i nie chce wrócić, bezsenność igra sobie ze mną co noc, a podkrążone oczy nie dają się mocy najlepszego korektora.
Tkwię po uszy w nieszczęśliwości i niech sobie tam zostanę, dopóki sama nie wyciagnę się za uszy i nie trzasnę za sobą drzwiami z napisem „Powrotu nie ma”.
Potem pogadam z Ilonką, pożegnam się z nią na chwilę zwaną życiem i będę znowu iść do przodu, bo dopóki idę to żyję.
Potem pogadam z Ilonką, pożegnam się z nią na chwilę zwaną życiem i będę znowu iść do przodu, bo dopóki idę to żyję.
Przede mną problemy do pokonania i zadania do wykonania.
Nie wiem co się zmieni, nie znam swojej przyszłości, nie sądzę jednak by odejście Ilonki zmieniło moje życie. Będzie w nim tylko występować stały brak jednego jego elementu, unikatu nie do podrobienia, bo egzemplarz made in Ilonka był tylko jeden.
Li.
Samo(po)czucie.
15 września, 2009Czuję się jak pusta butelka. Mam kształt, ale nie mam środka.
Jestem bardzo zmęczona, a szukanie przyjemniejszych pól myślowej eksploracji z góry skazane jest na niepowodzenie.
Budowa- ble, ble… dach- ble, ble…, elektryk- ble, ble…
Dominuje jeden Ilonkowy temat i wszystkie tej dominacji konsekwencje.
Niby jest normalnie- żyję, pracuję, buduję dom, spotykam się z ludźmi, śmieję się jak zawsze często, bo okazji do śmiechu nigdy mi nie brakuje, zaprzątają mi głowę dzieci, ich zajęcia szkolne i pozaszkolne, wymiana klocków hamulcowych i wybór drzewa na podłogę, a jednak jest inaczej- nagle wpadła mi w życie wielka okazja, taka której nie da się przepuścić, to okazja do płaczu w pełnej rozpiętości od łez zaledwie szklących oko do płynących strumyczków rujnujących makijaż… to okazja z samego nieba, bo przecież nie żaden inny, a tylko boski wyrok skazał Ilonkę na los w postaci braku dalszego losu.
Niby jest normalnie, a jednak dzień siekany jest telefonami, pytaniami, dotykaniami w samą ranę, współczuciem, żalem i straszną, nie do objęcia rozumem rozpaczą Rodziców Ilony.
Niby jest normalnie, a jednak w piątek będę na Jej pogrzebie.
Zgodnie z życzeniem mojego brata i Rodziców Ilonki ceremonia ma mieć ściśle prywatny i rodzinny charakter.
Nie chcę się zastanawiać nad tym, czy to dobrze, czy to źle.
Na Jej ślubie było ponad dwieście osób, na pogrzeb przyszłoby pewnie tyle samo.
I ślub i pogrzeb jest dla żywych, między gratulacjami a kondolencjami jest jednak zasadnicza różnica.
Myślę, że mój brat zwyczajnie już nie ma na to siły.
Li.
Są sprawy, które dzieją się pomimo…
14 września, 2009-Chyba oszalałaś kobieto-powiedział do mnie kolega Krzyś po przeczytaniu podobno „bandyckiego” i „nie do przyjęcia” kosztorysu na prace elektryczne.
Zacny ten mężczyzna pooglądał fachowym okiem budowę, pochwalił, pozachwycał się (tu jakby nie miał innego wyjścia, bo ja poza zachwytem niczego innego nie przyjmuję) i wziął sprawy elektryczne w swoje ręce, obiecując przysłać mi swojego pracownika, geniusza napięcia i prawdziwego maestro instalacji elektrycznych.
Geniusz ten był akustykiem u Marka Grechuty, już to samo nastraja mnie do niego entuzjastycznie. Ma podobno wizje i pomysły. I zrobi mi czary-mary na tarasie, bo chcę tam mieć głośniki, z sączącą się muzyką w ciepłą letnią noc.
I podświetli mi schody tak jak chcę.
I nie będzie marudził z powodu mojej chęci posiadania w salonie czterech wiszących lamp, a ani jednej z nich na środku pokoju.
I zrozumie, że w łazience potrzeba mi naprawdę dużo kontaktów.
A już na pewno zrozumie, że ja nie muszę znać się na elektryczności, by wiedzieć jakiego światła pragnę w sypialni, a jakiego w kuchni.
I tym sposobem grzecznie rozstałam się dziś z dotychczasowym elektrykiem, który zirytował mnie w samo południe kręcąc swoim nosem w kształcie żarówki na wszystkie moje sugestie, traktując mnie lekceważąco z pozycji elektrycznego macho, podkreślając, że nie znam się na elektryce, a ja przecież do dziś pamiętam, że prąd elektryczny to uporządkowany ruch elektronów swobodnych.
Cena, a raczej honorarium za usługi maestro ma być czterokrotnie mniejsza, co jest przyjemnym dodatkiem, ostatecznie oszczędzanie jest ze wszech miar wskazane.
A z innych plotek donoszę, że jutro od rana dach będzie ubierał się w piękną blachodachówkę w kolorze gorzkiej czekolady.
Życie…
Ech, to życie… okrutne, piękne, szczęśliwe, bezwzględne… pomimo wszystko-życie.
Li.
Snucie…
14 września, 2009Jak koty osowiałe w deszczowy dzień, snują mi się po głowie smutne myśli.
I niech tak zostanie, bo smutek musi się wysmucić, by potem skrystalizować się w stałej postaci nigdy nie zaspokojonej tęsknoty, złożonej w sercu na przechowanie do końca życia.
Będę w sobie pielęgnować tęsknotę za Ilonką, nigdy tak blisko nie dotknęła mnie śmierć, nigdy tak blisko nie szepnęła mi wprost do ucha: „Memento mori”, nigdy nie byłam zmuszona zmierzyć się bezpośrednio z beznamiętną i prostą prawdą, że w obliczu śmierci jesteśmy niewiele znaczącym pyłem, a dobra jakie mamy na ziemi nie znaczą nic.
Ilonka powiedziała parę miesięcy temu: „Mam wszystko i nie mam nic, bo mam raka”, przywołuję sobie te słowa właśnie dziś, gdy przede mną są poważne decyzje finansowe, gdy zastanawiam się nad wysokością kredytu na wykończenie domu, a ja przecież nigdy nie byłam minimalistką. I chcę powalczyć sama ze sobą, bo czy naprawdę będzie miała wpływ na moje życie droga wanna Villeroy&Boch?
A parę minut temu zadzwonił mój brat i powiedział, że odebrał Ilonkę, była lekko uśmiechnięta, a na jej twarzy malował się spokój…
Powiedział mi: wyglądała ładnie- jak zwykle.
Li.
Historia jagodowych szpilek.
13 września, 2009Te buty w sierpniu ubiegłego roku oglądałam w Hego’s, i właściwie to do dziś nie wiem, dlaczego nie kupiłam ich od razu, tylko poprosiłam o odłożenie mi jednej pary do wieczora. Miałam zamiar po pracy wpaść do Galerii Krakowskiej i przymierzyć je jeszcze raz, ale oczywiście sobie zapomniałam.
Gdy przyszłam po nie następnego dnia okazało się, że zostały sprzedane, a była to ostatnia para w moim rozmiarze 38.
(Na zdjęciu wyszedł kolor jaśniejszy, w rzeczywistości są ciemniejsze, w soczystym kolorze przekrojonej leśnej jagody).
A potem był wieczór panieński Ilonki i ku mojemu zdumieniu okazało się, że to Ilonka gwizdnęła mi te cudne szpilki sprzed nosa. Pośmiałyśmy się z tego, dobrze pamiętam ten dzień pełen śmiechu dla gości, ale dla Ilony pełen skrywanego bólu, bo właśnie w tę pamiętną sobotę dziewiątego sierpnia 2008 roku Obcy przypuścił pierwszy atak, mylnie wtedy przez lekarzy uznany za wypadnięcie dysku.
W TYM dniu TE szpilki miała na sobie pierwszy i ostatni raz.
Przygnębiające jest porządkowanie rzeczy zostawionych przez naszych bliskich na tym świecie.
Ze smutkiem odkrywa się prawdę dawno odkrytą, że po odejściu kochanej osoby życie nawet nie przystaje w zadumie, tylko nie oglądając się za siebie idzie dalej.
Ze smutkiem odkrywa się prawdę dawno odkrytą, że po odejściu kochanej osoby życie nawet nie przystaje w zadumie, tylko nie oglądając się za siebie idzie dalej.
Żyjącym zostaje szafa pełna niepotrzebnych już ubrań, torebek, butów, łazienka pełna kosmetyków, ulubione perfumy, drobiazgi dzienne i nocne, wszystko w co ubiera się codzienność.
Te buty zabrałam dla siebie, będę je wkładać na szczególne okazje, będę o nie dbać, nigdy ich się nie pozbędę.
I choć nie muszę mieć takich symboli, by pamiętać o Ilonce, to będą one dla mnie wieczną przypominajką o przewrotności losu i o koniecznej wobec tego losu pokorze.
Wszystko to marność nad marnościami.
Li.
(*) (*) (*)…
11 września, 2009Ilonka odeszła dzisiejszej nocy.
Wcale nie czuję ulgi, tylko wielki żal.
List do I. z prośbą do Anioła o jak najszybsze przekazanie.
10 września, 2009Kochana Ilonko,
dziś nie potrafię już o Tobie pisać, nie mogę, wyrywam sobie sama serce, nic nie da szukanie najpiękniejszych słów, wszystko co napiszę nawet otulone w miłość i ogromny smutek jest niczym wobec Twojego pełnego cierpienia odchodzenia, Twojej własnej, samotnej walki o każdy oddech, rurek z tlenem w Twoim nosie, rurek w Twoich żyłach, tych uporczywie piszczących od skaczących wskaźników monitorów.
Kochana Ilonko,
z całego serca życzę Ci spełnienia naszych marzeń najskrytszych i jak najszybszego końca Twojej ziemskiej drogi, dojdź nareszcie do kresu, podejmij jeszcze ten jeden wysiłek i doczołgaj się do granicy między światłem, a wiecznym cieniem, zwolnij swoje serce z pracy ze skutkiem natychmiastowym, niech przestanie nareszcie bić.
Kochana Ilonko,
my już po prostu nie możemy wytrzymać Twojego cierpienia, nie potrafimy Ci pomóc, tak Cię proszę, nie walcz już.
Kochana Ilonko,
gdy dziś trzymałam Twoją dłoń, poczułam lekkie jak puch ściśnięcie moich palców, jestem tego pewna, że dałaś mi znak, że wiesz że jestem przy Tobie.
Kochana Ilonko,
wiesz… od tego płaczu ciągle boli mnie głowa i skacze ciśnienie, zapominam brać te cholerne leki…
Proszę Cię, pozwól mi Cię opłakiwać bez tej przygniatającej świadomości, że cierpisz.
Li.
Jeden telefon z głupim dowcipem…
10 września, 2009Wieczorem byłam u Ilonki i wylałam rzekę łez. Jest bardzo źle, bardzo.
Dostała wieczorem ogromną dawkę morfiny, bo cierpi strasznie, na noc została sama, jest nieświadoma, otumaniona narkotykami, niestety nie można z Nią być na Oddziale Intensywnej Terapii na noc, i tak dzięki naszemu koledze rodzina może być przy niej przez większość doby.
A dziś rano, gdy mój brat z rodzicami I. przyjechał do szpitala, okazało się, że szpital otoczony jest przez Policję, bo podobno podłożono w nim bombę. Nikt nie może wejść, Mama Ilony płaczem i łzami ubłagała, by jej wejść pozwolono i szczęśliwie trafiła na wrażliwego człowieka.
Tacie I. i mężowi wejść już się nie udało.
Stoją bezsilnie pod szpitalem, gdzie trwa akcja poszukiwania bomby, której na pewno nie ma, ale przecież sprawdzić to trzeba.
Nawet to nie zostało im oszczędzone w ostatnich godzinach życia Ilonki, rzucam klątwę na tego „dowcipnisia”, niech go piekło pochłonie!
Li.
Środa urody życiu doda.
9 września, 2009Będę dziś dla siebie dobra i dam sobie wolny dzień, choć wizja wizyty u dentysty w samo południe skutecznie psuje mi humor. Niby nic nie boli, ale zawsze to dentysta, banie się go jest jednym z moich najstarszych lęków, do dziś pamiętam koszmar przypinania mnie pasami w celu usunięcia zęba mlecznego. Moje dzieci wolne są od tej traumy i chwała bogu.
A teraz spokojnie piję sobie kawę, patrzę na szalejące koty, Młodsza już w szkole, Starsza jeszcze śpi, bo może, robię sobie plan dnia, którego na bank nie będę się trzymać, słońce za oknem, stuki na budowie, za parę minut na poranną rozmowę przyjdzie Wykonawca, odganiam od siebie myśli o konieczności wizyty w serwisie z autem, bo coś mi stuka w tylnym kole, może przestanie, dzień zapowiada się spokojnie i pogodnie, bez nagłych burz i wyładowań, a pod wieczór wpadnę do I.
I dla mojego smutku i mojej za Nią tęsknoty nie ma najmniejszego znaczenia fakt, czy będę na zewnątrz smutna, zapłakana, nieumalowana, czy zrezygnuję ze swoich marzeń, czy nie będę robić sobie przyjemności, czy nie będę cieszyć się budową, czy będę widowiskowo rozpaczać i zmieniać swoje przyzwyczajenia.
I. odchodzi, ale moje życie trwa.
Tragedią jest odchodzenie I., szczęściem jest moje życie.
Nie muszę tego godzić, dopasowywać jednego do drugiego.
Wystarczy, że za nią bardzo tęsknię, choć przecież nie moja tęsknota jest tu najważniejsza, I. zostawia za sobą wielkie dziury w sercach wielu ludzi, jest to najpiękniejszy dowód dla sensu Jej istnienia, jest najważniejszym dowodem życia na wypadek śmierci, I. kocha i jest kochana, nie odchodzi samotnie.
Piszę to dla tych, którzy zarzucają mi brak uszanowania „majestatu śmierci”.
O tych, którzy zarzucają mi, że piszę „medycznego harlequina” i że wszystko wymyślam dla poklasku, przez litość nie wspomnę.
A po jej śmierci pójdę do kosmetyczki, zażyczę sobie masażu twarzy i będę myśleć o I.
Uwielbiała to i jestem pewna, że będzie wtedy ze mną.
Li.
U Ilonki bez zmian.
8 września, 2009Ilonka dziś nie odzyskała świadomości.
Jej brat przywiózł z Warszawy lek o nazwie Selol, nie jest jeszcze dopuszczony do obrotu, nie przeszedł nawet badań klinicznych, jego skład został wynaleziony przez lekarzy z Wojskowej Akademii Medycznej, ma w sobie potężną dawkę selenu, podobno w chorobach nowotworowych potrafi zdziałać cuda. Dostać go można za darmo na Akademii, lekarze chętnie go udzielają ciekawi efektów…
Jak słusznie zauważyli lekarze Ilonki, na pewno jej nie zaszkodzi, a może pomóc.
Podaje się go dwa razy dziennie, jest w formie oleistej zawiesiny.
…
Wtorek-potworek znowu nie zawiódł.
Pozłościł mnie, pokonfliktował z czasem, wysłał na drugą w tym tygodniu wywiadówkę, a kto by tam lubił chodzić na wywiadówki dzieci, skoro jeszcze tak niedawno człowiek z drżeniem serca czekał na powroty z wywiadówek własnej matki, która niestety z reguły musiała sporo nasłuchać się na temat takiego „zdolnego lenia” jak ja. No i potem wyciągała bolesne konsekwencje…
Na razie mam do rozwiązania problem z gwałtownie ujawniającą się co rano nagłą niechęcią Młodszej do szkoły. Dziecko zaczyna boleć brzuch, nie chce jeść śniadania i idzie do szkoly wyjątkowo nieszczęśliwa. Podpytana na tę okoliczność zeznała, że bardzo się boi, postraszona przez nauczycieli, że „czwarta klasa to wielki przełom, że już nie będzie im tak łatwo jak w trzeciej, że są większe wymagania, że jak ktoś nie da rady, to będzie powtarzał klasę”… itd., o rety, moje biedne, przerażone dziecko przez trzy lata z rzędu wpisywane do złotej księgi uczniów ma nagle wizję szkoły jako miejsca kaźni.
Poszłam więc na wywiadówkę wyjaśnić sytuację, bo przecież nie ścieżką strachu ma prowadzić droga do wiedzy oświetlana przez kaganek oświaty.
Niestety nowa wychowawczyni mojej córki to klasyczny nauczycielski beton, jaka szkoda! Poprzednia była cudowną, ciepłą i bardzo inteligentną kobietą.
W charakterze terapii zapowiedziałam więc Młodszej, że życzę sobie, aby dostała pałę z każdego przedmiotu. Nadmierne ambicje posiadania samych piątek i szóstek należy tępić w zarodku, od czasów szkolnych nie cierpię prymusów.
Ale ten niedobry wtorek-potworek przyniósł mi dziś też radość z łażenia pod własnym dachem, są już zamontowane wszystkie krokwie i są jaskółki!
Olbrzymie! I mają swój własny przepiękny widok!
Górują nad okolicą, czy nie pisałam niedawno, że będzie to najładniejsza kamienica na ulicy? Teraz jestem absolutnie przekonana, że w całej okolicy!
Dach robią prawdziwi cieśle, górale z poczuciem humoru.
Ta bardzo lubię snuć się po budowie podpatrując i podsłuchując, śmiejąc się z ich świńskich dowcipów, smakując zapach ciętego drzewa, brodząc w trocinach, ech… wybuduję sobie dom i będę go mieć. Lubię mieć dom.
Dom dodaje pewności siebie.
Wiem to tak dokładnie, bo odkąd sprzedałam mieszkanie, to straciłam grunt pod nogami i teraz ciągle muszę brnąć do brzegu.
Ale jest już niedaleko.
Li.
A takie tam…
8 września, 2009Osadzona w życiu mam swoje codzienne sprawy, mam też sprawy nadzwyczajne powodujące wybuchy radości i wzruszeń, mam przyjaciół i znajomych, mam rodzinę, koty i psa i idę sobie albo lekkim krokiem, albo powłócząc nogami do swoich celów, czasem oberwę po nosie, czasem dostanę skrzydeł, ale żyję, ciągle żyję, intensywnie żyję, to moje codzienne życie jest moją szansą na dalsze życie.
Planuję przyszłość z właściwym mi rozmachem, planuję nareszcie porządnie nauczyć się włoskiego, planuję kiedyś sprzedać strych i wybudować dom pod miastem, planuję za rok wakacje na Sardynii z moją koleżanką Jędzą, ciągle przecież nie poznałam Sardynii od pasa w dół, a podróżowanie autem po Europie, z namiotem i z dziećmi ma urok nie do odparcia.
Plany, plany, plany- jak nie wychodzą, to można je zastąpić innymi, bo plany są zastępowalne.
Tylko ludzi w sercu nie można zastąpić, gdy ktoś odchodzi to zawsze przez boleśnie w nim wyrwaną dziurę, taką nie do załatania, ciągle krwawiącą, mam w sercu kilka takich dziur po osobach mi niegdyś bliskich, ale jeszcze nigdy nikt mnie nie opuszczał bez możliwości powrotu wybaczeniem, tak ostatecznie, tak już bardzo tęskniąco, tak już bardzo brakująco, tak okrutnie niepotrzebnie.
A stan I. powoli, nieubłaganie, zgodnie z przewidywaniami lekarzy pogarsza się z każdym dniem.
W tych rzadkich chwilach świadomości, gdy morfina uwalnia ją ze swoich kajdan, Ilonka pyta co tu robi, rozmawia z mężem o powieszeniu półek na pamiątki z ich dalekich podróży, daje mi całusa prosto w usta i mówi, że czeka na operację we Francji.
A już po chwili od wybudzenia łapie się za głowę i zaczyna jęczeć z bólu.
Śmierć złodziejka- kradnie ludzkie plany, kradnie ludzkie życie.
Li.
Trudno znaleźć tytuł.
6 września, 2009Napięcia w rodzinie nie da się wyłączyć.
Ani nawet zmniejszyć, bo ono rośnie z godziny na godzinę.
Ilonka powoli idzie w stronę światła.
Maksymalne dawki morfiny i innych środków przeciwbólowych nie pomagają jednak zupełnie uśmierzyć bólu, w rzadkich chwilach przebudzenia Jej twarz ściąga się z powodu cierpienia.
To nas wszystkich boli najbardziej, ta bezradność w walce z bólem.
Największym życzeniem bliskich jest by odeszła jak najszybciej, by już tak niepotrzebnie nie cierpiała.
Scenariusz nakreślony przez lekarzy nie ma happy endu, nie ma nawet cienia nadziei.
I nie ma tu zastosowania cudowna pewność, że cuda się zdarzają.
Jej życie może się skończyć za parę godzin, może za parę dni, a może jej silny organizm da jej więcej czasu. Prawdopodobnie obrzęk mózgu wywoła wylew i zupełnie straci świadomość.
Wczoraj od Jej brata dowiedziałam się, że w Polsce nie udało się przeżyć żadnej kobiecie z mięsakiem i nikomu z mięsakiem na kręgosłupie.
To jest wiedza mi zupełnie niepotrzebna, bo jest tylko dowodem na to co już wiem- nie ma nic bardziej kruchego nad ludzkie życie i nic bardziej niepewnego niż przyszłość.
Muszę to wziąć pod uwagę w moich planach.
Li.
Nihil novi, tylko gorzej.
5 września, 2009Wczoraj mój brat przyznał mi się, że odkrył mojego bloga i że popłakał się czytając ostatnie notki.
Tak to jest z tajemnicami, gdy na wspólnie użytkowanym w pracy kompie zostawia się ślady.
Licencję czytała cała rodzina, łącznie z Rodzicami Ilonki, tutaj pisząc bardziej osobiście
i w związku z pogarszającym się stanem zdrowia Ilony upublicznienia w rodzinie I. bloga nie chciałam, ciężko przecież czytać o cierpieniu kogoś tak bliskiego.
Może kiedyś… kiedyś dam im adres tego bloga, bo tu zapisałam moje życie z ich córką.
Ech…
Wczoraj zadzwoniła do mnie z Paryża D. będąca w kontakcie z profesorem, mającym operować Ilonkę 30-go września. Okazało się, że Francuzi podczas badań wykryli, że coś jest w płucach, zaskoczeni natomiast są przerzutami do mózgu. Jednak oficjalnie operacja nie jest jeszcze odwołana.
A guz w pniu mózgu czyni coraz większe spustoszenia. Ilonka już prawie nie widzi, zaczyna się obrzęk mózgu, który powoduje coraz koszmarniejszy ból. Wczoraj wieczorem stanowcza pani doktor postawiła sprawę jasno- stan I. jest terminalny i albo zwiększy dawki morfiny i Ilonka już nie będzie się wybudzać i w związku z tym nie czuć bólu, albo każde jej przebudzenie się będzie się dla niej wiązało z cierpieniem.
I trudno powiedzieć ile to potrwa, bo wysportowana i niepaląca I. ma bardzo mocne serce, które ciągle chce żyć.
Ostateczność tego stwierdzenia poraziła mającą matczyną nadzieję Mamę Ilonki.
Nawet nie próbuję sobie wyobrazić, co czuje matka tracąca dziecko.
Ja usycham z tęsknoty za moimi córkami po tygodniu ich nie widzenia.
Li.
Egoistycznie, bo prawie tylko o mnie.
3 września, 2009Dziś było inaczej. I. chwilami odzyskiwała przytomność i zamieniała parę słów.
Pocałowała moją rękę i uśmiechnęła się do mnie uśmiechem na całe moje życie.
Przebudzenia się są jednak drogo okupione wzmagającym się bólem głowy, dostawała więc kroplówkę z czymś mocno znieczulającym, popadała w niebyt bez reakcji na bodźce, potem znowu powoli otwierała oczy, takie błędne koło z naszym wyczekiwaniem na Jej przebudzenie.
Wiemy już, że w mózgu są trzy guzy, niedobre nieoperacyjne guzy, będą robić coraz więcej zła, coraz bardziej uciskać i sprawiać coraz większy ból.
Byłam dziś u niej dwa razy, słabo sobie radzę z emocjami, ale przy niej jestem uśmiechnięta,
a gdy zaczynam ją głaskać po głowie to wskaźniki na monitorach zaczynają przyspieszać i nawet wszczynać alarm z powodu nagle szybszego pulsu. Czuje ta moja kochana, łysa pałka, że jestem obok….
Tak mi smutno, ona nie zasłużyła na taki los, tyle naszych babskich interesików nie zakończonych, tyle ją ominie babskich spraw, nie będzie wiedziała jakim przereklamowanym dramatem jest czterdziestka, nie urodzi sobie ślicznej córeczki, nie będzie wiedziała jaki obcas będzie najmodniejszy w następnym sezonie, nie zobaczy jak urządziłam sobie dom i w dodatku zostawia mnie samą na pastwę niedobrego losu, bo kto mi przypomni o wizycie u kardiologa, kto zapyta czy wzięłam rano leki, kto mnie opieprzy, że ich nie wzięłam, kto będzie się o mnie martwił wyłącznie z powodu bezinteresownej miłości, kto mnie będzie akceptował ze wszystkimi moimi wadami i niedoborem zalet, kto będzie ukochaną ciocią moich córek, kto będzie wymagał ode mnie wysłania sms-a nawet w środku nocy na potwierdzenie, że wróciłam z dalekiej podróży…
Mój brat traci żonę, jej Rodzice tracą jedyną córkę, a ja tracę Ilonkę.
Już czuję się bardzo samotna.
-Śmierć powinna mieć siwe włosy, a nie stukać wysokimi obcasami- tak mi dziś na gg napisała maczka.
Li.
Memento mori…
2 września, 2009Nadzieja upadła wraz z wynikiem dzisiejszych badań- Obcy uderzył w płuca i mózg, przerzuty są potężne, a co gorsza- nieoperacyjne. I tak szybko powstały, przecież niedawno miała zrobione badanie PET, które nie wykazało zmian nowotworowych poza kręgosłupem!
Ilona umiera i nic już nie możemy zrobić. Zaskakujące nas nagłe pogorszenie się Jej stanu okazało się podstępnym atakiem Obcego.
Nie jest już w stanie walczyć, nie wie co się z nią dzieje, jest nieprzytomna i otumaniona od pompowanych w nią leków, a jej ciało bardzo mizerne i wychudzone, gubiące się w plątaninie żyłek i kabli w niczym nie przypomina dawnej, pięknej, pogodnej I.
Pożegnałam się z nią, ucałowałam, potrzymałam za rękę.
Jestem pewna, że mimo zasłony nieprzytomności czuje, że jesteśmy razem z nią.
Nie wiem, ile potrwa Jej agonia, lekarze nie dają wiele czasu.
Oby tylko nie cierpiała, oby nie cierpiała, dość już tego niepotrzebnego nikomu cierpienia.
Są przy niej Rodzice, brat i mąż.
Tak trudno zrozumieć i tak trudno uwierzyć.
Li.
Ilona umiera i nic już nie możemy zrobić. Zaskakujące nas nagłe pogorszenie się Jej stanu okazało się podstępnym atakiem Obcego.
Nie jest już w stanie walczyć, nie wie co się z nią dzieje, jest nieprzytomna i otumaniona od pompowanych w nią leków, a jej ciało bardzo mizerne i wychudzone, gubiące się w plątaninie żyłek i kabli w niczym nie przypomina dawnej, pięknej, pogodnej I.
Pożegnałam się z nią, ucałowałam, potrzymałam za rękę.
Jestem pewna, że mimo zasłony nieprzytomności czuje, że jesteśmy razem z nią.
Nie wiem, ile potrwa Jej agonia, lekarze nie dają wiele czasu.
Oby tylko nie cierpiała, oby nie cierpiała, dość już tego niepotrzebnego nikomu cierpienia.
Są przy niej Rodzice, brat i mąż.
Tak trudno zrozumieć i tak trudno uwierzyć.
Li.
Informacja
2 września, 2009Francuzi podjęli decyzję o operacji, termin wyznaczony jest na 30 września.
Przy stole ma stać wieloosobowy skład operujący.
Wcześniej I. w Paryżu ma przejść kolejne badania.
Francuzi twierdzą, że Ilonka po wszczepieniu protez kręgów po trzech dniach będzie chodzić.
A dziś w nocy… ech, straciła przytomność i jest na intensywnej terapii.
I nie wiemy dlaczego.
Li.
Czasem słońce, a czasem porażka.
1 września, 2009Dziś spadł mi na głowę świat, ale bez utraty przytomności.
Ciągle zapominam, by nie ufać i nie wierzyć nikomu, poza rodzicami i bratem.
Będę mieć sporo problemów, bo widocznie Los uznał, że mam ich za mało.
Jasne, że sobie poradzę, zawsze sobie radzę, teraz tylko jestem trochę bardziej mięciutka, bo mój pancerzyk Skorpiona mam ponadgryzany przez emocje, przez dziury świecę gołym, nadwrażliwym ciałem.
Przyszłam wieczorem do domu, popłakałam sobie trochę, to mi zawsze pomaga, łzy myją zakurzone zwoje, są paliwem dla myśli i wyostrzają spojrzenie.
I od razu urodziła mi się zuchwała myśl-a może rewolucyjna zmiana jest mi potrzebna?
Może wyzwoli nowe moce i nowe pomysły? Ostatnio czułam jak energia we mnie zaledwie się tli…
Stłumiam w zarodku tę rewolucję, bo nie ufam już swojej Przyszłości, kto wie co przyjdzie jej do głowy, kto wie, czy nie obdarzy mnie Obcym, jakie przyniesie mi cierpienia…
Ech, spadł mi na głowę mój bezpieczny świat, w sumie szkoda, że bez utraty przytomności, mogłabym przez chwilę nie myśleć.
Tak cholernie nie chce mi się znowu walczyć.
A jutro napiszę o decyzji Francuzów.
Dziś nie mam już siły, dziś mam tylko swoje zmartwienie, przytulę się do dzieci i poudaję, że jest wczoraj.
Li.
Poranne i bolesne uświadomienie sobie żałosnej, życiowej sytuacji.
1 września, 2009Koniec wakacji, dwie dorastające córki, konieczność „niezbędnych „zakupów do szkoły, broń boże związanych z działem artykułów szkolnych… – wczorajsze popołudnie i wieczór zrobiło ze mnie cyborga z porfelem na wierzchu.
Koniec wakacji to koniec późnego wstawania i późnego chodzenia spać, rany boskie jak ja nienawidzę tego szkolnego kieratu, gdy w półprzytomności robię śniadania i znowu nie mam czasu dla siebie.
Dwie córki, cztery koty i pies wystarczą na umeblowanie każdego poranka.
Dopijam kawę i czas witać dzień powstaniem (Lec).
:)
Miłego dla Was!
Li.
Sprawozdanie z weekendu bez happy endu.
30 sierpnia, 2009Sobota zaczęła się barwnie.
Rano wjechałam na autostradę, drobnymi ze schowka w aucie zapłaciłam 6,50 złotych, spieszyłam się, jechałam szybko gdzie się dało szybko jechać, czyli prawie nigdzie, zatankowałam na Orlenie przed bramkami w stronę Katowic, poszłam zapłacić 232,48 groszy i… ups!
Odkrycie, że nie mam ze sobą porfela zajęło mi kilka sekund, ale tłumaczenie się przed obsługą trwało całe wieki.
Uratował mnie mój NIP, fakt wcześniejszego tankowania na tej stacji przybrał barwy poręczenia.
Zostawiony w zastawie dowód osobisty, dowód rejestracyjny i legitymacja zawodowa dała przemiłemu kierownikowi gwarancję, że jeszcze tu wrócę. Pożyczył mi nawet swoje prywatne dwadzieścia złotych, musiałam przecież jakoś wydostać się z autostrady i na nią wrócić, w sumie do sforsowania za pomocą sześciu złotych i pięćdziesięciu groszy miałam trzy bramki.
Wróciłam do Krakowa po portfel, potem oddałam honorowy dług i już mogłam spokojnie dojechać do celu, a celem był hotel, gdzie moja Starsza pod opieką moich znajomych poza pływaniem i wakacjowaniem dokarmiała białą kocią rodzinę.
Zwabienie więc do klatki kota o dwóch różnych oczach nie było trudne, naiwne stworzenie wyskoczyło z żywopłotu na sam szelest worka z karmą.
Dziś kociak przejechał w klatce podróżnej 140 km,

zaliczył weterynarza cmokającego nad jego niesamowitymi dwukolorowymi oczami, przeżył spotkanie z naszymi kocimi rezydentami, pofukał na Szarego, dał się obwąchać Maszy i…

i… już się zadomowił, mruczy niesamowicie, jest ślicznym kocurkiem, ale kiedyś będzie z niego prawdziwy kocur, dałyśmy mu na imię Szeryf- widać, że lubi rządzić, a zgodnie z tradycją każdy nasz kot w imieniu musi mieć „sz”.
Szczęściarz, szczęściarz!
A wieczorem pojechałam do I. i chce mi się płakać.
We wtorek Francuzi dadzą ostateczną odpowiedź co do operacji- czy się podejmą i ewentualnie kiedy. Z tego co powiedział bratu profesor, którego niestety już nie lubię i któremu niestety już za grosz nie ufam za tę jego nieodpowiedzialność w robieniu nadziei, potrzebny jest zespół conajmniej trzech chirurgów, dwóch onkologów, dwóch ortopedów, neurochirurgów i Bóg wie kogo tam jeszcze. Koszt operacji drastycznie wzrasta, ale nie to jest najgorsze.
Najgorsze jest to, że I. jest tak słaba i cierpiąca, że zobojętniała na wszystko.
Bardzo ją boli głowa, nic na ten ból nie pomaga, nawet morfina.
Wygląda bardzo źle, tak źle, że jestem tym porażona. Widziałam ją przecież zaledwie półtora tygodnia temu. Nie do wiary, jak ten Obcy ją wykańcza, nie do wiary.
To wszystko jest jak koszmarny sen.
Cholernie pospolite określenie, ale brak mi słów, zresztą jakkolwiek to nazwę, to słowa i tak spłycą przekaz emocji.
Słowa są nekrologiem myśli (Lec).
Li.
Takie tam… z wyrzutami i oknami.
28 sierpnia, 2009I. w Paryżu walczy o życie, a ja zajmuję się bzdurami. I mam cholerne wyrzuty sumienia, że mnie to tak cieszy.
Tak, tak- wiem, że nie moja wina, wiem, że mam prawo itd.
Ale ziarno goryczy w tej mojej radości jest. I. nie widziała jeszcze strychu po rozpoczęciu budowy, gadałyśmy tylko na ten temat godzinami.
Chodzę na budowę z kawą i bez kawy, z L. i jej facetem, ze znajomymi, z Wykonawcą, bez Wykonawcy, z Panią Jadzią, która chce „tylko zobaczyć Pani Moniczko, ile będzie sprzątania”, zawsze jest powód, by kilka razy dziennie wdrapać się po chwiejnej drabinie i pooddychać swoim powietrzem.
Od poniedziałku nareszcie zacznie swoje prenatalne życie dach, w całości urodzić ma się w ciągu tygodnia, a dziś wybrałyśmy z L. piękne okna, kolor tabasco. Mogłyśmy poszaleć, bo „kolega kolegi” szczęśliwy producent tychże, dał nam spory rabat pozwalający na wybranie najlepszych okien w przyzwoitej cenie i już przynajmniej wiem co oznacza zwrot „okna sześciokomorowe”. Pozbyłam się myśli o oknach drewnianych, może kiedyś… gdy będę mieć dom z ogrodem…
Na razie ma być łatwo i bezproblemowo.
W przyszłym tygodniu inny kolega tego samego kolegi też pozwoli nam poszaleć i wybrać blachodachówkę, o rety- to naprawdę podniecająca czynność, mhmmmm….
Chodzę, miłośnie głaszczę cegły, codziennie oglądam swój widok z okna, drobiazgowo sprawdzam postępy robót zauważając wszystko, a naprawdę jest czego pilnować.
Nie mam o budownictwie najmniejszego pojęcia, ale pilnuję!
No!
Li.
Czasem słońce, czasem deszcz…
27 sierpnia, 2009Nic z tego nie rozumiem. Rien de rien.
Francuski cudotwórca nagle zmienił zdanie, operacja zostaje przełożona, podobno za mało wnikliwie przyjrzał się wynikom.
Jakby wcześniej nie zauważył, że Obcy zaatakował I. w dwóch miejscach- w odcinku lędźwiowym i w odcinku piersiowym, a jedynym sposobem na dostanie się do Obcego pasożytującego na kręgach piersiowych jest operacja od strony klatki piersiowej, to jest niezwykle niebezpieczne, w Polsce takich operacji jeszcze się nie robi.
Ech…, wieczorny telefon od brata zamknął mi oczy na uroki wieczoru spędzanego w domu znajomych pod Krakowem. Nagle wszystko poszarzało i gwiazdy zgasły.
Bo jak to? Co to za cudotwórca? Najpierw dał nam taką wielką nadzieję, wielką jak cała Francja, by teraz ją odebrać, zostawiając jej tyle co nic?
Nic z tego nie rozumiem.
Kolejne badania odkrywają nagle nowe dla niego okoliczności.
Waha się. nie jest już taki pewny, zdecydowanie tylko przekłada termin operacji.
Bo obszar operacyjny jest za duży, bo do tej pory jednorazowo wymieniał tylko dwa kręgi, a tu trzeba od razu cztery, bo…
Nic z tego nie rozumiem, bo jak mógł mówić, że wie co ma robić, gdy nie wiedział?
Na razie I. ma robioną arteriografię, trzeba sprawdzić, którymi żyłami płynie pożywienie dla Obcego. Po chemii jest go o połowę mniej, aż o połowę i tylko o połowę.
Nic z tego nie rozumiem, ale jest mi smutno jak cholera.
Idę spać. Nie ma dzieci, przytulę się do kota.
Li.
Dla Psiarzy ta notka.
25 sierpnia, 2009Przyszła dziś do mnie Pani Ewa, nie widziałyśmy się trzy tygodnie. W czasie mojej nieobecności opiekowała się kotami i wzięła do siebie naszego psa.
W związku z tym moja Młodsza sporządziła umowę o opiekę nad psem, zmusiła Panią Ewę do jej podpisania, sama też się podpisała, mało tego- podpisał się i pies łapą odciśniętą w bliżej niezidentyfikowanej substancji, choć wygląda mi ona na dżem truskawkowy.
Rzadko piszę o naszej suce, chyba zupełnie skociałam.
A przecież Kara, zwana Karą Boską to cudny okaz kundla z ujmująco wiernym spojrzeniem.
Kocha nas nad życie, wszystkie trzy, z kotami żyje w pełnej symbiozie, choć przetykanej awanturami o zawartość miski.
Trudno komuś spoza naszego stada zdobyć jej zaufanie.
Da się pogłaskać, bo za pieszczoty dałaby się zabić, a już przynajmniej głodzić, ale potem trzeba pilnować swoich nogawek, bo potrafi przypaść do nich w najmniej spodziewanym momencie.
Jest najlepszą przyzwoitką, przy niej nie mam szansy nawet na niewinny pocałunek…
Ad rem:
Pani Ewa umowy dopełniła, oddała mi psa żywego i świetnej formie.
A ja parskam ze śmiechu, czytając sobie sporządzony przez Młodszą „dokument”.
Przepisałam go wiernie, a tytułem wyjaśnienia dodam, że Pani Ewa ma lat 57, a jej „chłopak Wacław” jest od niej trochę młodszy. Lala to suka Pani Ewy, rozpuszczona jak nieboskie stworzenie, nasze psy się lubią, choć czasem walczą o wpływy.
Umowa objęcia opieki
nad psem suką Karą
przez Panią Ewę i jej chłopaka Pana Wacława, gościnnie mama Pani Ewy, gdy Pani Ewa albo jej chłopak Pan Wacław nie będą mieć czasu.
przez Panią Ewę i jej chłopaka Pana Wacława, gościnnie mama Pani Ewy, gdy Pani Ewa albo jej chłopak Pan Wacław nie będą mieć czasu.
ORGANIZACJA DNIA:
1. Wyprowadzanie jej minimum 3 razy dziennie.
2. Dbać o nią jak o własne oko w głowie.
3. Codziennie bawić się, pieścić i całować minut 12 albo więcej
4. Kara za złamanie umowy wynosi pracę przez 4 tygodnie na darmo.
DIETA:
1. Maks jedno serduszko dziennie, choć najlepiej wcale ich nie dawać Karze bo jest za gruba.
2. Kara ma pić dużo wody.
3. W misce ma być cały czas sucha karma.
4. Raz na tydzień można jej dac paluszek lub ucho, ale małe!!!!!!!!!!
5. Gdy Pani Ewa lub Pan Wacław karmią Lalę proszę zamykać Karę lub Lalę w innym pokoju żeby nie jadła za dużo.
I tu następują stosowne podpisy.
Umowa wprawdzie nie jest jednoznaczna, daje możliwość różnej interpretacji, ale to pierwsza umowa sporządzona przez moje dziecko i jestem z niej dumna.
Moja krew!
:)
Li.
Vouloir, c’est pouvoir.
25 sierpnia, 2009Vive la France!
Wieści z Paryża zapachniały jak najlepsze francuskie perfumy.
Francuski chirurg-onkolog, sława podobno światowa, fenomen i cudotwórca, po dzisiejszej konsultacji z I. w roli głównej i wykonaniu już na miejscu w swojej klinice serii badań (notabene tych badań, na wynik których w Polsce zawsze trzeba czekać kilka tygodni, a Francuzi opisują je od ręki…, ech…), podjął decyzję o podjęciu się eliminacji Obcego i zrekonstruowaniu Ilonie zniszczonych przez nowotwór kręgów.
Termin operacji ustalony został na 9-go września, cena na około 40 tys Euro, na szczęście nie jest to kwota, której nie można zdobyć rodzinnymi siłami, I. zostaje z moim bratem w Paryżu do piątku, bo Francuzi chcą poddać ją dalszym badaniom.
Będzie dobrze, bo nie może przecież być inaczej.
Teraz czeka nas wszystkich maksymalna mobilizacja, ale przecież un pour tous, tous pour un.
:)
Li.
Lepiej uwięzić myśli w głowie.
24 sierpnia, 2009Zwyczajnie nie chce mi się pisać.
Uwięziłam swoje myśli w głowie i jestem tylko oczekiwaniem na wieści z Paryża, a wszystkie przydarzające mi się w międzyczasie historie śmieszno-romansowo-kocie niech sobie poczekają na swoją kolej, albo zamilkną na wieki.
Bo TE sprawy meblują sobą moje myśli tak, że już nie ma miejsca na nic innego.
To istne zawalimyśli, zwaliste, ciężkie i niezgrabne, nie da się ich wepchnąć w kąty i zakamarki umysłu, stoją rozkraczone na środku, zabierają światło i absorbują sobą uwagę.
Mam ochotę wpaść pomiędzy nie z siekierą i zacząć rąbać.
Po kawałku, metodycznie, rozprawić się z każdą, unicestwić, roztrzaskać na drzazgi, a potem spalić i znowu cieszyć się jasną stroną życia.
A co na to Lec?
Tak samo jak przed palcem wymierzonym w oko zamyka się powieka, tak i przed pewnymi myślami broni się instynktownie mózg.
Nawet od wewnątrz.
Ciężko wydobyć z tego zawalonego umysłu choć trochę optymizmu, ale go wydobywam.
Jak mantrę powtarzam: będzie dobrze, będzie dobrze, przecież nie może być inaczej.
Będzie dobrze, będzie dobrze, będzie…
Obiecałam Ilonce zrobić dla niej coś bardzo ważnego, coś co ma szansę zrealizować się dopiero w przyszłości, specjalnie dla niej, a obietnicy przecież złamać nie mogę, dana pod słowem zobowiązuje, nie może mnie więc zostawić samej, mamy swoje plany, a przecież najważniejsze to mieć plan!
No!
Li.
Samobiczowanie
21 sierpnia, 2009Zawiodłam się na sobie samej.
Ten zawód wżera mi się w myśli, nie pozwala o sobie zapomnieć, pokazuje się światu i rumieniąc mi ze wstydu policzki, wypływa na twarz stanowiąc poważną konkurencję dla mojego makijażu.
Jestem na siebie wściekła i długo będę czekać na samowybaczenie, a za grzech zwątpienia dam sobie ciężką pokutę, tak jak ciężki jest mój wstyd.
Wczoraj wieczorem pojechałam do I., pożegnać się z nią przed jej wyjazdem.
Do Krakowa wracam w poniedziałek wieczorem, a I razem z moim bratem będzie już wtedy w Paryżu.
I. jest pełna nadziei. Mój brat, pomimo wszystkiego-też.
A ja, naczelna rodzinna optymistka, zmamiona przez lekarzy i wygooglane wiadomości na temat tej cholernej osteosarcomy wpadłam w Rzekę Zwątpienia i tak dałam nieść się bezmyślnie do Źródła Beznadziei.
A przecież póki tli się choć iskra, zawsze jest nadzieja na ogień.
A co na to Lec?
Dokąd zmierza życie? Tam gdzie ty, dopóki idziesz.
Wydawało mi się, że racjonalne podejście do choroby I. pozwoli mi na mniejsze emocje i łatwiejsze pogodzenie się z nieuchronnym.
To był błąd, bo racjonalizm często jest odhumanizowany, użycie rozumu wyklucza wiarę w cuda, a przecież cuda się zdarzają, samo życie cudem jest.
Gdybym mogła spojrzeć sobie w oczy, może zobaczyłabym tam spojrzenie dawnej Li, która nigdy się nie poddawała i zawsze zawsze szła do przodu.
A co na to Lec?
Pamiętaj, jeśli Twoja pozycja jest nie do obrony-możesz ją przecież zdobyć.
Li.
Pierwszy buduje się dla wroga, drugi dla przyjaciela, a trzeci dla siebie!
20 sierpnia, 2009Spędziłam wczorajszy wieczór u przyjaciółki na wsi.
Tydzień temu porzuciła Kraków i przeprowadziła się z rodziną do nowo wybudowanego domu w miejscu absolutnie cudownym. Kupiła działkę w samym środku zabitej dechami wsi, więc szczęśliwie nie mieszka na nowym osiedlu wśród nieśmiertelnych iglaków na idealnie wystrzyżonych trawnikach. Ma w ogrodzie zieleń wiejską, wybujałą i niepokorną. Jaśminy, brzozy, modrzewie i bzy przepychają się u płota i są takie piękne! W starej drewutni mieszkają sowy, pies nie wie co robić ze szczęścia na wielkim podwórku, a kot rasy egzotycznej zwariował i szaleje po drzewach.
Wyszłyśmy w nocy przed dom, powietrze pachniało zielenią i wsią, świerszcze świerszczyły,
a niebo obnażyło się do błyszczących gwiazd.
Aż nie chciało mi się od niej wyjeżdżać…
Rano poszłam z kawą na budowę.
Miałam tam spotkanie na szczycie w sprawie okien, rzecz należało omówić odpowiednio długo i szczegółowo, rozmowy na temat budowy mogę prowadzić w nieskończoność, co za ulga, że Wykonawca ma do mnie cierpliwość, sama mu się dziwię, ja bym siebie nie zniosła.
Miasto wstawało ze snu, szum aut z każdą minutą psuł powietrze, a niebo zasnute smogiem z trudem utrzymywało swoją niebieskość. Popatrzyłam na to wszystko mając w oczach wczorajsze gwiazdy i pomyślałam sobie, że pomieszkam tu kilka lat, a potem wybuduję sobie dom, na wsi, pomiędzy wiejskimi domami, ze starymi drzewami, na wsi, która nie jest modna, w odległości do 20-tu kilometrów od Krakowa.
-co Pan na to Panie Zenku?
-nie ma sprawy Pani Moniczko, wybuduję Pani następny dom.
-no to jesteśmy umówieni!
Najważniejsze to mieć plan, n’est-ce pas?
:)
Li.
Opublikował/a leelilee 











