A nic ważnego, tak tylko sobie piszę- o życiu…

18 sierpnia, 2009
Sierpień w Krakowie ma urok astrów i pomidorów malinowych z Kleparza.
Odwiozłam dziś Starszą do babci po mieczu, snuję się sama między godzinami i mam przed sobą aż dwa wolne wieczory, mogę je przehulać i roztrwonić tylko na siebie, stan dla matki dwójki absorbujących córek wielce pożądany.
Idę na rower, pojadę wzdłuż Wisły do Ilonki, jest bardzo słaba, ale mobilizuje się na poniedziałkowy lot do Paryża, we wtorek ma mieć konsultację w klinice, my wiemy, że to najważniejsza, decydująca o dalszym życiu konsultacja, ale ona nie ma tej świadomości.
Nie chcę się nad tym zastanawiać, czy to dobrze czy źle.
Jak widzę jaka jest krucha, słaba i cierpiąca, to nie wydaje mi się właściwym dokładać jej cierpienia. Z drugiej strony ciągle gdzieś tam we mnie odbijają się echem słowa lekarki z Kliniki Leczenia Bólu, że powinna o tym wiedzieć, bo „może ma na tym świecie jakieś sprawy jeszcze do załatwienia, może będzie chciała komuś coś powiedzieć…”.
Ech, nie do mnie należy decyzja o stopniu informacji. Ilona ciągle ma nadzieję na wyzdrowienie, ta nadzieja dodaje jej sił. Jest bardzo inteligentna, myślę że domyśla się prawdy, ale to jest ten rodzaj prawdy, który najtrudniej przyznać przed samym sobą.
Będę ją wspierać wszystkimi moimi mocami, ale gdy mnie znowu zapyta czy umiera, znowu skłamię, z całą mocą skłamię. I zmienię temat, opowiem coś śmiesznego, tak-jestem tchórzem, małym tchórzem, ale nie potrafię, nie potrafię!
I niech Bóg mi wybaczy.
Zapakuję do mojego rowerowego koszyka wielką naręcz astrów, dziś są jej imieniny i choć wychowana na Śląsku nigdy ich nie obchodziła, to jednak weszła do rodziny, gdzie każda okazja do dania prezentu jest starannie wytykana i pamiętana. Raz zapomniałam o imieninach mojego ojca, rany boskie, prawie groziło mi wydziedziczenie, a to fatalne przeoczenie tatuś pamięta mi do dziś, wiele jeszcze musi upłynąć darowanych mu butelek koniaku, by zapomniał.
Jadę.
Li.

Uprawianie kociarstwa w Spa.

17 sierpnia, 2009
Powroty do domu są konieczne, zwłaszcza dla kotów.
Szary nie opuszcza mnie na krok, Masza i Sasza przechadzają się z pionowo postawionymi zadowolonymi ogonkami i mruczą, och jak one mruczą… Pani Ewa przychodziła do nich codziennie, ale widocznie pieszczot było za mało.
A na zdjęcia poniżej jest niesamowita kocia gromadka, karmiłyśmy to towarzystwo z moją Starszą nie mogąc nie ulec urokowi kotów kubek w kubek białych.
Ten maluch poniżej ma jedno oko niebieskie a drugie brązowe, tak jak jego matka.
Na zdjęciach nie ma wszystkich kotów, w sumie jest siedem białych egzemplarzy, coś niesamowitego, babcia, matka, brat matki (tu strzelam, to tylko moje podejrzenie) i cztery małe kociaki.
Mieszkają na działce obok hotelu, przełaziły przez żywopłot i organizowały sobie żarcie :)
A plan jest taki, że pięknooczasty maluch będzie mój.
Wracam po niego w weekend i ani słowa na ten temat.
Mam trzy koty, mogę mieć i cztery, zamiast męża :)




Zrobiłam rezerwację od czwartku do poniedziałku. Zaglądnęłam do kalendarza i jeszcze mogę sobie pozwolić na kilka dni przyjemności.
Trochę się pomasuję, poupiększam, podkarmię koty, no i ukradnę tego jednego.
Najważniejsze to jest mieć plan.
:)
Li.

Jak jednym pytaniem zrobić z siebie idiotkę?

15 sierpnia, 2009
Późnym wieczorem, po przeraźliwie nudnej i mało śmiesznej komedii „Operacja Dunaj”, a brak śmieszności to dla komedii przecież grzech nie do wybaczenia, mając w aucie cztery rozbawione z zupełnie innego powodu niż film kobiety i będąc bez grosza w porfelu poszukiwałam bankomatu.
Władowałam się w ciasne uliczki Bielska i u zbiegu jednej z drugą spotkałam Policję w radiowozie.
Uchyliłam okno:
-Proszę Pana, szukam bankomatu, najchętniej Millennium.
Pan Policjant popatrzył na auto pełne śmiejących się do niego kobiet i zapytał:
-Ma Pani Visę?
A ja na to, kompletnie bezmyślnie:
-Wizę??? Do Bielska???
I już w chwili, gdy to idiotyczne pytanie wyleciało mi z ust, zaczęłam się śmiać, śmiać tak bardzo, że jeszcze teraz mam drgawki, zwłaszcza gdy przypomnę sobie ogromniejące ze zdziwienia oczy policjanta.
Zadziwiające w tej historii jest to, że nie dmuchałam w balonik.
:)
Li.

Zaraz wracam do Spa, może na chwilę zapomnę.

13 sierpnia, 2009
Niebo rozrzutnie pozbywa się deszczu i moje cegły mokną.
Tym razem jednak nie obawiam się zalania sąsiadów, ten drugi strop jest solidny i nieprzemakalny.
Mury na drugim poziomie powyznaczały sobą już kształt pomieszczeń, wściekle zielone krokwie wykąpane w środku grzybo-korniko-bójczym zajęły sobą podwórko i niecierpliwie czekają na poniedziałek, gdy zaczną nowe życie w konstrukcji dachu.
Budowa idzie zgodnie z planem, a nawet lepiej. Kosztorys ani nie drgnie w niepożądaną dla każdego inwestora stronę, a Wykonawca wyczerpująco odpowiada na moje najgłupsze pytania.
Jeszcze tylko trzy tygodnie i nareszcie będę mieć swój dach.
Inne sprawy nie mają takiego szczęścia.
Idą kulawo w niepożądanym kierunku, prowadzone przez kompletnego dyletanta, bez wyobraźni i sumienia, nie można go spersonifikować dla wyciągnięcia konsekwencji, jest niewyraźny i rozmyty, ale swoim złem wciska się w życie naszej rodziny.
Nie rozumiem tego, nie potrafię się pogodzić, czuję straszną bezradność i pieką mnie oczy na samą myśl.
Wygląda na to, że lekarze w Polsce rozłożyli szeroko swoje ręce w geście bezradności i nie są w stanie już nic zaproponować I.
Teraz podobno czekają na to, co powiedzą Francuzi po konsultacji w Paryżu 25-go sierpnia.
A gdyby nie było tej konsultacji, to na co by czekali?
Na jeden z najważniejszych składników chemioterapii Ilonie skończył się tzw. limit życia, co oznacza, że podanie następnej dawki spowoduje nieodwracalne uszkodzenia jej organizmu.
Wczoraj mój tata powiedział mi, że wyznaczono jej bardzo odległy termin następnego cyklu chemii, co nie wróży najlepiej, a teraz ma wdrożone leczenie stricte paliatywne.
Sprawdziłam znaczenie tego pojęcia i jestem przerażona.
Li.

Jestem, bo gdzie mam być jak nie tu?

11 sierpnia, 2009
Siedzę w pracy. Tak, tak- w pracy.
Musiałam wrócić na trzy dni do Krakowa, między innymi z powodu pewnego klienta, histerycznie nastawionego do wymiaru sprawiedliwości, a jednocześnie pełnego nieuzasadnionej wiary we mnie, co oznaczało niestety, że nikt mnie w jego sprawie zastąpić nie mógł.
No cóż, nec Hercules contra plures, causa perdita, tak czy siak.
Śmiać mi się chce, bo sprawa była o czapkę gruszek, zwykłe wykroczenie drogowe, ale ugodzony honor długoletniego kierowcy nie pozwolił mu na przyjęcie mandatu.
Hm…, bo w sumie za co ten mandat? Za niewinne przejechanie, nota bene na oczach Policji, skrzyżowania na czerwonym świetle i za brak kierunkowskazów przy zmianach pasów ruchu?
Z powodu etyki zawodowej nie mogę otwarcie manifestować swojej radości z przegranej, ale jako kierowca cieszę się, że sprawiedliwość zatriumfowała, jak zwykle mam rozdwojenie jaźni ;-)
Zostawiłam za sobą bezstres, sen i przyjemności i wróciłam wczoraj w nocy pod szare krakowskie niebo.
Dziś boli mnie głowa od spadających mi na nią wraz z deszczem problemów, rzeczywistość zaskrzeczała, sił dodaje mi tylko świadomość, że w Spa została moja walizka i córka, więc powód by tam jeszcze wrócić mam niepodważalny.
W czwartek wieczorem znowu będę leżeć pod dłońmi masażysty, rano obudzą mnie ptaki, a nie szum miasta i betoniarki, przez chwilę będę mogła znowu poudawać, że mnie nie ma dla nikogo.
Bardzo jestem zmęczona swoją potrzebnością.
Bo to nie jest potrzebność, która ukoi i przytuli, która da satysfakcję…
TA potrzebność jest wymagająca, bezwzględna i nie licząca się z tym, że jestem tylko człowiekiem. Dla TEJ potrzebności jestem automatem bez prawa przestoju, bez prawa do urlopu i wyłączenia telefonu.
Wolny zawód to naprawdę najbardziej wyrafinowana forma niewolnictwa, ech… jak kusi myśl o wyzwoleniu, jak kusi!
Muszę sobie tylko znaleźć jakieś łatwe, proste i przyjemne źródło zarobku!
I have a dream…
Li.

Co robię w ciągu dnia?

7 sierpnia, 2009
Byłam dziś na wycieczce rowerowej. Było cudnie- łapałam oddech leżąc w rowie po każdym podjeździe pod górę, z wiatrem we włosach zjeżdżałam w dół, słońce opaliło mi blade kolana, a widoki gór były piękne.
Stres przywleczony z Krakowa powoli umiera tu od świeżego powietrza i nadmiaru przyjemnych zajęć, bo dzień mam sprawiedliwie podzielony między masaże ręczne i wodne, basen i gimnastykę, rower i kosmetyczne zabiegi.
Masażysta beznamiętnie wytrzymuje moje jęki, masuje jak szatan, jego dotyk boli mnie w ten szczególny sposób, gdzie chwilowy ból za chwilę przeradza się w wielką ulgę. Ale na końcu zawsze mnie głaszcze, delikatnie wmasowując oliwkę, ledwo muskając moją skórę, zamieniam się w oczekiwanie na jego dotyk, wstaję z uczuciem niedosytu, nie mogąc już doczekać się następnego razu.
Niesamowicie relaksuje mnie sauna, jestem w niej z reguły sama, mogę być swobodna, nago, sama ze swoimi myślami, te zimne topią się z gorąca zanim mnie zatrują, a te ciepłe leniwie we mnie sobie płyną, ciesząc się z prostych przyjemności.
Dużo śpię i rzadko włączam telefon, dzieci mnie oszczędzają, wczoraj przetańczyłam cały wieczór, czytam po jednej książce dziennie, a dziś nie wiedziałam jaki jest dzień tygodnia.
Czytam „Wzgórza Toskanii” F. Mate i tak rozpaczliwie pragnę żyć inaczej, spokojniej, blisko natury, ech … spokojnie, jeszcze tylko dwanaście dni i takie myśli schowają się we mnie głęboko, znowu wpadnę w utarte ścieżki stresu i pośpiechu, znowu będzie tak jak zwykle, znowu będę prowadzić rabunkową gospsdarkę samej siebie, wstydliwie zapominając o wszystkich obiecanych sobie zmianach.
Tylko co zrobić z uwierającą myślą, że mój czas nie stoi w miejscu, coraz mniej go mam na takie życie jakiego pragnę i coraz mniej na miłość, nawet jeżeli to tylko będzie miłość do siebie samej?
Li.

Prasówka.

6 sierpnia, 2009
Z uwagą obserwuję rozwijającą się aferę z „surogatką”- kobietą, która wynajęła swój brzuch i urodziła dziecko bez jednego wspólnego z nią genu. Obserwuję z uwagą, ale i z niepokojem, bo znając polską chorą (nie)sprawiedliwość i częsty brak odwagi sędziów do wydania wyroków tzw. odważnych, zwyczajnie boję się o los tego dziecka. Zwłaszcza po idiotycznych wypowiedziach ministra sprawiedliwości o handlu dziećmi.
Nie ufam „surogatce” za grosz, nie wierzę w jej ani jedną dobrą intencję. Nie była dziewicą pierworódką, urodziła przedtem troje dzieci, w tym jedno oddała do adopcji, bo było niepełnosprawne. Nie wierzę ani w szok poporodowy, ani w nagle obudzoną miłość do synka.
To jedynie sprytne, cyniczne, prymitywne babsko, które chce kosztem dziecka zapewnić sobie utrzymanie, bo wiadomo że biologiczny ojciec będzie zobowiązany do alimentacji dziecka, a podejrzewam że możliwości alimentacyjne ma spore. To niepracująca, utrzymująca się z opieki społecznej i alimentów szantażystka i egoistka nie zastanawiająca się nad tym, że może rozwalić bezpieczny świat dziecka.
Ufam, że sytuacja dziecka się nie zmieni- zostanie przy biologicznym ojcu, bo to on od jego urodzenia zajmuje się z nim i nawiązał więź emocjonalną. Sądy coraz częściej orzekają na korzyść ojców, kończą się czasy idiotycznego przekonania, że lepsza najgorsza matka niż najlepszy ojciec.
Tylko dziecka żal. Zawsze żal mi dziecka. Kto wie, do czego posunie się kobieta, która dla zysku sprzedała swój brzuch.
Semper mater certa est, Rzymianie wiedzieli co mówią, ale nie znali się wtedy na genetyce.
Mnie ciśnie się na usta inna rzymska paremia: Pacta sunt servanda.
Całym sercem stoję po stronie biologicznego ojca i jego żony.
Wyobrażam sobie ich rozpacz i przerażenie, wyobrażam sobie w jakim muszą żyć niepokoju i lęku. Niech moc będzie z nimi!
Li.

SPAnie w SPA

5 sierpnia, 2009
Śpię i śpię. Niedawno wstałam, ale zaraz znowu zasnę.
SPAnie mnie utula i koi.
Boli mnie całe ciało, czuję każdy mięsień, to stres wrzeszczy bólem w moim środku z rozczarowania nic-nie-robieniem, nigdzie-się-nie-spieszeniem i wyłączeniem telefonu. Nareszcie mam wakacje- ułomne, bez palm i słońca, ale wakacje.
Dziś nawet nie zadzwoniłam do Wykonawcy, a powinnam -zwłaszcza po wczorajszym porannym incydencie, gdy zamiast cukru trzcinowego do naszej porannej rytualnej kawy wsypałam mu dwie łyżeczki soli.
Dzielny był- przełknął pierwszy pokaźny łyk bez plucia, nie był jednak w stanie ukryć zaskoczenia niespodziewanym smakiem i to na szczęście zauważyłam.
Mam nadzieję, że uwierzył w moje gorące zapewnienia, że nie był to ukryty sposób na pokazanie mojego niezadowolenia z jego działań ;-)
Idę na kolację, a potem dalej będę tkać sobie kosmetyczne przyjemności w materii życia, bo jak ja sama sobie nie zrobię przyjemności, to kto?
Woda mi szumi za oknem, a niebo jest gwiaździste.
Li.

Hej ho, hej ho po stropie dziś się szło!

3 sierpnia, 2009

Zamknęłam oczy i weszłam po drabinie. Efekt zapiera dech w piersiach!

Jeden z robotników od soboty dwa razy dziennie polewa strop wodą. Oczywiście, że teraz bardzo przydałby się deszcz, ale równie oczywiste jest to, że nie spadnie go ani kropla, to taka lekcja pokory, że nigdy do końca nie ma się tego czego się chce.
Powoli zbieramy się z dziewczynami do wyjazdu do Spa, dziwne- jakoś nie mam na to ochoty, tak trudno będzie mi się rozstać z moimi cegłami i tym pięknym stropem, brak mi będzie moich codziennych inspekcyjek, picia kawy z widokiem i tej ogromnej radości z tego niezauważalnego kroku dla ludzkości, ale jakiego wielkiego dla czło-Li-wieka!
A z kronikarskiego obowiązku by/Pepys donoszę, że sobotnia „wiecha” była nadzwyczaj udana, zjawił się nawet mój tata, wydarzenie o tyle doniosłe, że była to jego pierwsza wizyta na budowie. Wódka lała się prawie tak szybko jak beton z pompy, kilku osobom urwał się film, ale nie mnie niestety- ja wypiłam tylko symbolicznego łyka, mam nadzieję, że moja absynencja nie spowoduje jakiejś katastrofy budowlanej.
Tłumaczy mnie jedynie to, że ktoś musiał być trzeźwy!
Ostatecznie to budowa, przepisy bhp i takie tam…:)
Li.

Przed godziną zero.

31 lipca, 2009

Zdjęcia na czwartym piętrze zrobił mi majster Jacek. Dla mnie to teraz teren niedostępny jak kosmos, ciągle nie opanowałam lęku przed wejściem na rusztowanie, a niech to! Ale mam obiecane prowizoryczne schody, realizacji tej obietnicy będę zajadle pilnować!
Tu początki zbrojenia stropu:


Taką śliczną, regularną krateczkę można tylko pokochać, a już conajmniej podziwiać!

Ten strop ma trzymać w ryzach cała nadbudowę, samego betonu będzie ponad pięćdziesiąt ton, trudno mi to sobie wyobrazić… Tam gdzie stoją robotnicy, będzie mój taras- na drugim planie widać lipę, której zapach będę sobie wdychać w długie, letnie wieczory, takie jak dziś :)

Jak tak patrzę na tę wielką ilość stali, czuję niezwykłą wdzięczność do losu za nadzwyczajny spadek jej ceny.

Zrobiłam zakupy na jutrzejsza imprezę. Na podwórku stoi już stół pięknie zbity z desek ze stylowym blatem z płyty OSB.
Postaram się przemycić na niego coś poza kiełbasą i wódką, zresztą to nie ma większego znaczenia- ważne, że zalanie stropu to kolejny krok do przodu, coraz bliżej domu dla mnie i dzieci. Bardzo tęsknię za swoim domem, za ciepłem i poczuciem bezpieczeństwa. I nie chcę tego od nikogo, wybuduję sobie sama. Nieistotne, czy ktoś to doceni, czy będzie podziwiał, czy będzie zazdrościł… Istotne, że to ja będę dumna z samej siebie.
Jutro będzie dla mnie ważny dzień, nareszcie będę mieć własny sufit nad głową!
Li.

Piątkowy poranek bez mleka, to poranek w złym humorze.

31 lipca, 2009
Niemożność zrobienia sobie pierwszej porannej kawy z powodu braku mleka, od rana wpędziła mnie w zły humor i biada każdemu, kto wpadnie w moje ręce.
Nie pomaga mi w poprawie samopoczucia jazgot piły za oknem i warkot betoniarki, te wszystkie stuki, huki i przekleństwa tak znienawidzone przez sąsiadów, a mnie przecież do niedawna brzmiące słodkim allegro con moto.
Oj, nie lubię nie mieć mleka, nie lubię!
Pijąc więc zieloną herbatę, porządkuję myśli, nadaję im numery, tworzę jedną kolejkę dla uprzywilejowanych, a drugą dla natrętnych, mam tyle spraw na głowie, że ciągle mi jakaś z niej spada, łamie, a ja muszę poskładać ją w jedną całość.
Praca, dzieci, budowa, Ilona, te cztery sprawy oznaczone są kolorem najważniejszości i nie będę nadawać im numerów.
Sprawy budowlane toczą się swoim torem, bez żadnych zakłóceń.
Dziś wieczorem odpowiednie służby zamykają ulicę, będzie zagrodzona do jutra do godzin popołudniowych. Jest to niezbędne z powodu posadowienia na jezdni wielkiej betoniary z pompą pompująca beton bezpośrednio na strop. Ech… będzie się działo.
Najważniejsze jednak ma być po tym, bo zakończenie tego etapu budowy jest podobno tak bardzo ważne, że mam zrobić imprezę z powodu tzw. „wiechy”, miejsce-podwórko, gości- ośmiu robotników, Wykonawca, sąsiedzi, ja i moi goście.
L. poleciała sobie wczoraj na wakacje do Norwegii, sama więc muszę reprezentować inwestorki, co zresztą uczynię z radością.
Ilonka, ech… tu sprawy nie toczą się właściwym torem.
Na dzień dzisiejszy Obcy zaatakował siedem kręgów i nie pokazuje żadnej reakcji na chemioterapię poza wyniszczeniem organizmu.
Szukamy pomocy za granicą.
Mój drugi brat jest lekarzem i pracuje we Francji.
Otworzyła się tam możliwość konsultacji i ewentualnie operacji w dwóch klinikach, jedna z nich ma ogromne sukcesy w onkologii. Francuscy lekarze widzieli już wyniki badań, nie ukrywają że jest to wyjątkowo ciężki przypadek, ale widzą szansę na operację, czego nie widzą lekarze w Polsce. Wizyta w Paryżu wyznaczona jest na koniec sierpnia, Ilonka ma za zadanie przetrwać kolejną chemię, zaczyna ją dziś.
Trzymajcie za nią kciuki, ślijcie dobre myśli, jest to bardzo potrzebne.
To co się z nią dzieje jest tak bardzo niesprawiedliwe i takie okrutne, że brak słów.
Li.

Foto-raport.

30 lipca, 2009

Never Say Never Again- kabelek miał być bezpowrotnie zgubiony, a jednak się znalazł.
Mogę więc z dumą pokazać postępy robót, niezmiennie oczywiście trwając w zachwycie ;-)

Tu, gdy już widać było zarys okien poczułam się jak w domu. Moim ulubionym miejscem na picie kawy jest to okno po prawej stronie, stamtąd mam piękny widok na Lasek Wolski i Kopiec Piłsudskiego. To widok z mojej sypialni na salon.

Ściany ścianami, ale sufit musi być- przygotowania do wylewania belek stropowych (czy jakoś tak).

Konstruowanie szalunku pod wylanie stropu nad trzecim piętrem, tu widok na salon L.

Posadzony las stempli (albo sztycy?)


Tu też rośnie.

A tu zdjęcia z akcji ratunkowej po zalaniu, nogi należą do L. i K. Godzinami zbieraliśmy wodę miotłami do kanalizacji.

Obrazy z zalania. Czyż nie wygląda to prawie jak w Wenecji?

Zebraliśmy całą tę wodę. O tyle mniej wpadło do sąsiadów.

A tu niestety miejsce dla mnie już niedostępne- czwarte piętro, można się tam dostać tylko po rusztowaniu, a na samą tylko myśl, że mogłabym tam wejść mam atak paniki ;-)

Zdjęcie zrobił robotnik, ale to było tydzień temu. Idę dziś po nowe! Na pewno są już zbrojenia (czy jakoś tak), w sobotę będzie wylany strop. A jak wyschnie, to mają być zrobione prowizoryczne schody, by takie pańcie jak ja mogły się na nie wdrapać.

Rety, patrzę na to i nie mogę ciągle uwierzyć, że to moje!

Li.


Wanny, kabiny, armatura, płytki, kuchnie, podłoga…

29 lipca, 2009
Oglądnęłam sobie TO
i się wzruszyłam.
Zgubiłam kabelek od aparatu i nawet wiem gdzie, w związku z tym wiem, że na pewno go już nie znajdę. Muszę go więc kupić, w dodatku jak najprędzej, jeszcze przed przyjazdem Starszej, bo to jej aparat i jej kabelek. Tym samym sensacyjne zdjęcia z zalania budowy muszą trochę poczekać na publikację, ale nic a nic nie stracą ze swojego uroku, przynajmniej dla mnie ;-))
W sobotę zamykamy ulicę i zalewamy płytę, a potem świętujemy.
Od tej pory budowa nabierze nowego wymiaru, bo już będzie konstruowany dach.
Niewątpliwie w związku z tym doniosłym wydarzeniem, pojawią się nowe inspekcje i nowi „życzliwi”.
Ale co tam, damy sobie radę! Na razie w sferze budowlanej mam większe zmartwienia- otóż kilka
dni temu zaglądnęłam do tylko jednego sklepu z łazienkami i niech dobry Bóg ma mnie w swojej opiece, będzie mi to bardzo potrzebne.
W sklepie z butami nigdy nie mam zawrotów głowy, ale na widok tak przerażającej ilości wanien prawie omdlałam. Wcale mnie nie pociesza fakt, że przynajmniej jest w czym wybrać, skoro już przewiduję, że kupując tę jedną rzecz natychmiast pożałuję, że nie kupiłam tamtej drugiej…
Celem uniknięcia zabójczych dylematów i prowadzenia rozsądnej polityki finansowej postanowiłam zakreślić sobie jakieś ramy kwot, poza które nie wolno mi wyjść, a to pod karą dożywotniego pozbawienia wolności z kredytem w charakterze krat.
Macie jakiś pomysł w jakich rozsądnych granicach można liczyć wykończenie metra kwadratowego?
Bez złotych klamek i kosmicznej kuchni!
Na pierwszym poziomie będę mieć: salon połączony z kuchnią, spiżarnię, moją sypialnię z łazienką tylko dla mnie (och, może tam jeszcze kogoś wpuszczę), a w niej i wannę i prysznic, toaletę dla gości, dwie garderoby- wszystko około 70 metrów kwadratowych, na drugim piętrze dwa pokoje dla dzieci po ok 19 metrów, łazienkę ok. 9-ciu metrów, hol, pralnię z suszarnią, kotłownię z piecem na gaz, wszystko ok. 70-ciu metrów, do tego ponad dwudziestometrowy taras.
Pewna jestem tego, że na podłodze chcę mieć deski olejowane i nie chcę szafek wiszących w kuchni.
Rety, ale będę mieć co robić przez najbliższe miesiące!!!
Li.

Wtorek-potworek, jak co tydzień.

28 lipca, 2009
Obudziło mnie długie i przeciągłe wycie piły mechanicznej na mojej własnej budowie. Zanim doprowadziłam do przytomności niewyspane zmysły, myślałam że to wycie śmierciożerców- wczoraj byłam z Młodszą na nowym Harrym Potterze i niech ręka mi uschnie, jeżeli napiszę tym filmie cokolwiek dobrego.
Znowu jestem rozczarowana ekranizacją, a tak uwielbiam książki o Potterze, ciągle któryś tom mam pod ręką, otwieram na chybił-trafił i czytam dla przyjemności.
Tym bardziej drażni mnie oglądanie takiego gniota. Nigdy nie oglądałam filmu, który byłby lepszy niż książka, ale mimo wszystko liczę na to, że przynajmniej się nie rozczaruję.
I znowu nie tym razem…film jest mroczny, ponury, smutny, pełen przemocy, z uwypukloną warstwą miłosno-cmokająco-ściskającą się po kątach Hogwartu- nic tylko zabierać na niego wrażliwe dziesięciolatki, które potem ściskają za rękę i wkładają głowę pod pachę.
Brakowało mi przeciwwagi dla dominującego zła, brakowało ciepłych kolorów i nadziei.
To tak jakby dobry świat poddał się i nie walczył.
Całkiem spokojnie wypijam pierwszą kawę, przede mną wtorek-potworek.
Za tydzień o tej porze będę już w SPA, trzymam się mocno tej myśli, daję się jej nieść przez pracę i spotkania, bo gdy będę leżeć sobie pod kojącymi dłońmi masażysty, to dzisiejsze zmęczenie będzie tylko złym wspomnieniem.
Miłego dla Was!
Li.

Raz w miesiącu jak pokuta.

27 lipca, 2009
I nagle nie wiadomo skąd przychodzi taki poniedziałek jak dziś, gdy ciężko wstać z łóżka, gdy boli serce, gdy jakoś tak smutno, a tęsknota za nie wiadomo czym napływa do oczu łzami nie wiadomo skąd. Wszystko drażni, a już najbardziej budowlany hałas za oknem.
Szczekanie własnego psa budzi wściekłość, Wykonawcy nie zaprasza się na codzienną kawę, dziecka nie chce się przytulić, koty przegania się ze stołu, a mina widoczna w lustrze pokazuje… o rety, co ona pokazuje???
Wściekłą babę z PMS.
Idę na rower, a potem się zobaczy.
A co na to Lec?
Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija.
Nudziarz!
Li.

A momenty były?

25 lipca, 2009
Obudził mnie w nocy.
Delikatnie…
Nie pozwolił mi już zasnąć do rana, absorbując sobą całą moją uwagę.
Zmysły miałam napięte jak struny fortepianu, ale…
… Ale nie było mi dobrze, bo to tylko ten cholerny deszcz!
Spędziłam dziś z L. i jej facetem kilka (nie)upojnych godzin na walce z żywiołem.
Przyjechał Wykonawca z robotnikiem i walczyliśmy z wodą na miotły, wiadra i folie.
Spływała wszędzie, stała na stropie, kapała nieubłaganie, lała się strumyczkami po ścianie sąsiadów poniżej, spływała sobie po schodach, lekceważyła plandeki, folie, szalunek, kpiła sobie z nas w żywe oczy, ale i tak udało nam się sporo jej wlać do kanalizacji, o tyle jej mniej zaleje sąsiadów.
A wszystko to przez próżność i okresowe umiłowanie porządku.
Po jaką jasną cholerę prałam tapicerkę w aucie? Mogła sobie dalej być pełna psiej sierści.
Po co był mi ten wosk na karoserii? Brudne auto jeździ tak samo…
No to mam za swoje, nie należy lekceważyć tradycji, zaprawdę powiadam Wam.
Uroczyście obiecuję sobie nie myć auta do samego końca dachu!
A jutro będą nowe zdjęcia. Jak tylko znajdę pewien kabelek.
Li.

Takie tam…moje…

24 lipca, 2009
A na Kleparzu są już astry, odmierzyły sobą połowę wakacji.
Kupiłam wielki bukiet i poczułam smuteczek upływu kolejnego lata.
Upał odbiera mi chęci do pracy, jedyny życiowy zapał przejawiam w sprawach budowlanych, uskrzydlona dzisiejszą obietnicą Wykonawcy, że zamieszkam u siebie jeszcze w tym roku, wierzę mu bez zastrzeżeń, sprzeniewierzając się jednocześnie swojej świętej zasadzie nie dawania wiary mężczyznom.
Wszystko idzie tak jak ma iść czyli z problemami, które da się rozwiązać, z koniecznymi wizytami w urzędach, które przebiegają w przyjacielskiej atmosferze, a nawet za bardzo przyjacielskiej- dziś zastanawiałam się jak dużo mogę wytrzymać dla mojego marzenia, gdy musiałam znosić seksistowskie dowcipy pewnego podtatusiałego urzędnika na temat mojego dekoltu.
Ale pewną konieczną zgodę dał mi od ręki, co urodziło we mnie klasyczne rozdwojenie jaźni- jedna Monia nie cierpi seksistów i miała w związku z nim pogardliwe myśli, a druga w imię wyższych celów wypina piersi do przodu i korzysta z ich uroku nie do odparcia, w pakiecie dokładając trzepot rzęs i bezradność w spojrzeniu.
Zębami ze złości zgrzytam potem, ale za to mam to czego chcę.
Są jednak takie życiowe sprawy, gdy nic mi nie pomaga, gdy nic nie mogę zrobić, gdy… ech, bezradność to straszny stan, dopiero go poznaję, ja naprawdę nigdy nie bywałam bezradna. Nigdy!
A teraz jestem tak rozpaczliwie bezradna i nie pomaga mi to, że ramię w ramię w tej bezradności tkwi cała moja rodzina.
Naprawdę nie wiadomo, w którą stronę się zwrócić, wszędzie jest ciemno.
Li.

Smutne buty

22 lipca, 2009
Możliwe, że dziś będzie oberwanie chmury z gradobiciem i piorunami kulistymi, bo oddałam auto do myjni ze zleceniem gruntownego sprzątania z praniem tapicerki włącznie.
Pogoda mi takich fanaberii nie podaruje…
Jest mi smutno i mam tego powody, które co gorsza nie są nic a nic wydumane.
Ani nawet wyolbrzymione.
Są realne, namacalne, nie do przeskoczenia, ani nawet nie do obejścia, a już na pewno nie do zlekceważenia.
Nie można ich zagłuszyć ani oglądaniem pokrycia na dach, ani oglądaniem ofert okien, ani nawet planowaniem tarasu. Nie dają się zasłonić rusztowaniem z mało gustowną zieloną siatką.
Są. Bolą. Bardzo bolą. Wywołują ogromny lęk. I żal.
Ech…
Wczoraj robiłam porządki w butach i znalazłam zapomnianą oryginalną i seksowną parę, kupioną rok temu na ślub mojego brata i I.
Leżały w szafie ze swoimi wysokimi obcasami, takie śliczne i… smutne od nienoszenia.
Miałam je na sobie tylko jeden raz.
Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj.
To wszystko co dzieje się teraz z I. wydaje mi się koszmarnym snem.
A buty ubiorę, gdy wyzdrowieje.
Li.
Update:
W nocy była gwałtowna burza z piorunami, znowu sąsiedzi z drugiego piętra zostali zalani.
Na szczęście w tych samym miejscach…
Postanowiłam stanowczo nie myć auta do końca sierpnia. Aż do wybudowania dachu!

Czasem słońce, czasem deszcz, ale ostatnio ciągle deszcz.

21 lipca, 2009
A jednak stało się to, co się stać musiało, bo przecież jak coś może się stać, to wiadomo że mnie na pewno się przydarzy. Zgodnie więc z tą zasadą, ulewny deszcz w nocy z soboty na niedzielę przeciekł przez mury, szczeliny dylatacyjne i inne mikrootwory zalewając sąsiadów na drugim piętrze.
Nie miałam o tym jednak pojęcia, beztrosko pławiłam się z dziećmi w cudownym basenie w Ciechocinku, podczas gdy L. z Wykonawcą walczyła z żywiołem. Nie odbierałam telefonu tułającego się gdzieś po dnie torebki i szczęśliwie wiadomość ta dopadła mnie dopiero późnym popołudniem, gdy stojąc w korku pod Łodzią zainteresowałam się nieodebranymi połączeniami.
Zrelasowana, wymoczona i wymasowana przyjęłam cios jakby łagodniej.
Och, żeby tak zawsze można było przed ciosami losu najpierw się relaksować! O ileż życie byłoby łatwiejsze…
Skutek zalania jest taki, że Wykonawca w stanie przedzawałowym skierował na budowę jeszcze kilku ludzi i teraz szalowanie górnej płyty pędzi jak szalone. Ma być wylana w przyszłą sobotę i wtedy nareszcie niestraszne nam będą deszcze i burze, co niewątpliwie wpłynie też na poprawienie stosunków sąsiedzkich.
Wszyscy mieszkańcy kamienicy mają już dość tej budowy, nie ma się co oszukiwać. Mieszkających tu starszych ludzi niewiele obchodzi to, że kamienica zyska na wyglądzie. Oni pragną spokoju i ciszy, a od dwóch miesięcy mają nieustanny hałas. Nie wzrusza ich ani wymiana starych rur na nowe, ani perspektywa nowego dachu, ani projekt ładnej elewacji, bo jak powiedział mi sąsiad: Ponad pięćdziesiąt lat tu mieszka i było dobrze, a teraz jest źle.
Ciekawa jestem, czy w wieku siedemdziesięciu lat też będę taka obojętna.
Na razie uwielbiam zmiany, są one motorem mojego życia, cieszy mnie budowanie czegoś nowego, daje mi satysfakcję, uskrzydla, wzbogaca każdy dzień.
Marazm i stagnacja, czasem mylona z poczuciem bezpieczeństwa nadaje codzienności czarno-białe kolory, a taki zestaw dobrze wychodzi tylko na fotografii.
Starość nie musi być taka zwykła i nudna, jestem niej coraz bardziej bliska, choć trudno się z tym pogodzić i nie widzę siebie zamkniętej w domu, z obowiązkowym wyjściem tylko na zakupy i do kościoła.
Ale są i inne zmiany, te niechciane, niepożądane, wręcz odpychające.
I. po trzech tygodniach wyszła ze szpitala.
Nie jest lepiej, chyba nawet jest gorzej.
Szpikowana wszystkim co ma jej pomóc jest słaba, wycieńczona i smutna.
Nie mam pojęcia co będzie dalej.
Ten Obcy spowszedniał, wżarł się w nasze życie, ale nie da się go oswoić.
Li.

Inspekcja za inspekcją

17 lipca, 2009
Przez ostatnie dni byłam w tak wielkiej zajętości, że nawet na budowę zaglądałam rzadziej (co i tak oznacza jakieś pięć razy dziennie).
Inspekcja była i sobie poszła, ale donos miał większe pole rażenia, bo według przecieków z tejże inspekcji poszedł też na Policję, do prasy i do tv.
Policja przyszła dziś osobiście w postaci prawdopodobnie dzielnicowego, a jedyną osobą jaką przymusił do złożenia zeznań była niewinna Młodsza, która „skoczyła sobie tylko po loda” do sklepiku obok. Pan Policjant zatrzymał moje nieletnie dziecko przed bramą poważnym pytaniem, czy wie co to za budowa i czy jest na to pozwolenie. Młodsza zeznała, że to budowa mamy, że nie wie czy jest pozwolenie, ale jak pozwolenia nie ma, to mama na pewno je załatwi.
Po czym odraportowała mi przez telefon w wielkim przejęciu treść rozmowy, a mnie wzruszyła jej wiara w moje możliwości, cha cha…
Najważniejszą inspekcją była jednak ta wczorajsza, w osobie mojej Mamy, która już zapomniała o tym, jak to kazała mi sprzedawać strych i kupować „zwykłe trzy pokoje”, bo na budowie wpadła w prawdziwy zachwyt, pusząc się przed majstrem i nadymając, że ja to niby „jej krew”, bo Ona wybudowała dwa domy. Nie szczędziła mi też jakże cennych rad, udało mi się je wszystkie natychmiast zapomnieć.
A dziś, po tych inspekcyjnych stresach spędziłam popołudnie u kosmetyczki, tradycyjnie zasypiając przy masażu, relaks miałam cudowny i do tego mam tak cudownie wypieszczone i wypielęgnowane stopy, że aż mi żal chodzić nimi po ziemi. W związku z tym fruwam sobie w obłokach i jutro lecę do mojej Starszej do Ciechocinka.
Minęły dwa tygodnie od mojej ostatniej wizyty, czas na inspekcję :)
Li.

Chce mi się nic.

16 lipca, 2009
Wstałam z wielkim trudem.
Z jeszcze większym ustaliłam, że dziś jest już czwartek, dzień powrotu Młodszej do domu.
Znowu w lodówce będzie musiało być jakieś jedzenie, coś tam trzeba będzie zrobić, by podłączyć tv, odłączoną przy stawianiu rusztowania, ech… nic mi się nie chce, upał mnie wykańcza i mogę się założyć, że nie jestem w tym stanie odosobniona.
I jak zwykle -gdy temperatura przekracza 30 stopni- czuję przemożne pragnienie przytulenia się do jakiegoś zimnego drania.
Może być taki zimny jak lód!
Li.

Powtórka z rozrywki, dla odegnania złych wciórności.

14 lipca, 2009
Z piersiami jest spory kłopot.
Jest to ten delikatny fragment ciała, tak uwielbiany przez koneserów, który gdy występuje saute nie budzi tych właściwych emocji i doznań.
Musi być na nich jakieś garnie, coś co zaintryguje… za czym podążą zmysły…
Piersi nie lubią być brutalnie traktowane, wskazane jest delikatne ugniatanie, ot tak tylko, by odcisnąć ślad palców.
Są oczywiście tacy niedouczeni brutale, którzy walą w delikatne piersi, miażdżą je i niszczą ich niepowtarzalny kształt, zdecydowanie tym samym wyczerpując znamiona przestępstwa znęcania się. Do odosobnienia z nimi!
Ja należę do tej grupy wrażliwców, którzy piersi traktują z należytą im delikatnością.
Ad rem:
Potrzebujemy: piersi sztuk dwie.
Z czasów głębokiej młodości pamiętam przerażającą sztukę Iredyńskiego, pod tytułem „Trzecia pierś”, od tej pory staram się, by piersi zawsze występowały w duecie, ewentualnie dopuszczam kwartet, wtedy jest sprawiedliwie.
Bierzemy piersi w swoje dłonie, absolutnie z największą delikatnością.
Kładziemy je na deseczce i delikatnie ugniatamy.
Następna operacja jest dla takich wrażliwców jak ja bardzo nieprzyjemna- trzeba wziąć ostry nóż i naciąć piersi, robiąc w każdej z nich kieszonkę.
Potrzebuję:
bułkę pszenną, ale prawdziwą, nie dmuchaną, taka przaśną, ciężką, ewentualnie może być weka, nazywana w mniej cywilizowanych regionach kraju bułką paryską.
Moczę bułkę w mleku, dobrze odciskam i dodaję do niej kopiastą łyżkę prawdziwego masła, pęczek posiekanej zielonej pietruszki, zmiażdżoną (ach, ta wszechobecna przemoc) główkę czosnku, dwa żółtka, dużo przypraw w zależnosci od upodobań, soli i oczywiście pieprz, kto by tam nie lubił pieprzu…
Wszystko mieszam tak, że poszczególne składniki tracą swoją tożsamość, stając się jedną wielką masą na razie bez przyszłości, ale już wiadomo, że to ich smakowa przeszłość zdeterminuje ich przyszłość.
Bardzo delikatnie do tej masy wpuszczam trochę elity w postaci białka z dwóch jajek, wyłącznie takiego w stanie najwyższej sztywności, uprzejmie proszę bez żadnych skojarzeń, (do których jednak jak najbardziej macie prawo…)
Mieszam masę z elitą, bardzo delikatnie i taką już pomieszaną klasowo wkładam do kieszonek wyciętych w piersiach.
Piersi układam w naczyniu żaroodpornym, posmarowanym oliwą, każdy kto miał oliwkę na piersiach, wie jaka to przyjemność, staram się ułożyć je kieszonkami do góry, by masa z nich nie emigrowała do Irlandii, a już conajmniej poza kieszonki.
Z pozostałej części masy robię coś w rodzaju kołderki, z własnych doświadczeń wiem, jak bardzo piersi nie lubią zimna. I takie przykryte wkładam do solarium, temperatura 185-200 stopni, piekę je przez 45 minut, do zrumienienia się kołderki.
Wyciągam i podaję.
Pomieszana społecznie masa wniknęła masłem w piersi, są dzięki temu niezwykle delikatne, przez długotrwałe zespolenie przeszły aromatem czosnku i pietruszki, co za podniecający zapach…mhmmmmm…
Kołderka z wierzchu jest chrupiąca, ze środka rozpływa się w ustach, wystarczy ją tylko do tych ust wziąć.
Kto by tam nie lubił piersi?
Smakowitych doznań.
;-)
Li.

Ludzie donosy piszą…

13 lipca, 2009
Spotkało nas dziś wielkie wyróżnienie- oto wskutek donosu „życzliwego” obywatela wpadła po południu na budowę inspekcja z pewnej instytucji w osobie Pana Inspektora i Pani Inspektor. Wbrew świętemu prawu gościnności muszę ze smutkiem stwierdzić, że była to wyjątkowo antypatyczna wizyta.
Podobno nawet dostaniemy grzywnę za tysiące straszliwych przewinień, właściwie to dziwię się, że jeszcze chodzimy po wolności.
Bo takich jak my trzeba odizolować od porządnego społeczeństwa.
Zachciało nam się ze starej, brzydkiej kamienicy zrobić coś ładnego, zachciało nam się w środku miasta budować dwa piętra i jeszcze ośmielamy się mieć jakiś piękny widok z okna!
A robotnik to specjalnie tak zamiatał, żeby zapylić czarne ubranie Pani Inspektor!
(Mam nadzieję, że mój Wykonawca da mu solidną premię, naprawdę sprawiło się chłopisko.
Należało jej się za teksty, że z pretensjami o bzdurne przepisy mamy się udać na Wiejską 53, bo ona nie jest ani Sejmem, ani Senatem, ani nawet Prezydentem.
No cóż, z tego powodu należy tylko z ulgą odetchnąć i jednak nigdy nie zapominać, że homo homini lupus est).
Teraz czekamy na nalot kolejnej inspekcji z kolejnej instytucji.
Wszak „życzliwi” piszą wyłącznie w trosce o…, pewnie leży im na sercu ciężki los pracujących na budowie robotników…
Ale pomimo przeszkód i przykrości mury są już tak wysokie, że nareszcie mam otwory okienne i mogę sobie przez nie wyglądać, ile mi się tylko podoba.
Widok mam naprawdę piękny- na Kopiec Piłsudskiego!
I tego nikt mi nie zabierze, ani „uczciwy obywatel”, ani „życzliwy sąsiad”, ani żaden inny donosiciel, dławiący się z zawiści w swoim miernym, pozbawionym marzeń życiu.
Li.

Oprócz błękitnego nieba, nic mi więcej nie potrzeba.

13 lipca, 2009
Jechałam wczoraj rano w obozowe odwiedziny do Młodszej do Wysowej, zatopiona w myślach, nareszcie sama ze sobą, wśród tak pięknych krajobrazów, że zwalniałam do prędkości żółwia, by nacieszyć oczy, a niebo było aż nieprzyzwoicie błękitne.
Stęsknione dziecko przykleiło się do mnie na cały cudowny dzień i wymogło na mnie obietnicę, że w te wakacje nigdzie już sama nie pojedzie, bo „musi odpocząć”, moje biedne, wyczerpane dziecko…choć prawdę powiedziawszy ten obóz może dać w kość – dzieci codziennie mają dwie godziny tenisa, dwie wycieczki rowerowe i basen.
Z powodu błogosławionego przeze mnie zakazu posiadania przez nie komórek, ta prawdziwa męczennica może ze mną rozmawiać tylko raz dziennie w godzinach od 14-tej do 15-tej z telefonu wychowawcy, co oczywiście dla niej jest źródłem rozpaczy, a dla mnie wytchnienia- z obozu w Zakopanem potrafiła dzwonić po 50 razy dziennie z pytaniami typu: Mimi, a jak myślisz, mam włożyć te skarpetki bardziej różowe czy te mniej różowe?
Wraca w czwartek, od piątku idzie na półkolonie, a w sierpniu wyjeżdżamy.
Muszę ją usunąć z domu choć na pół dnia, siedzenie w huku i pyle budowlanym tylko mnie dostarcza uciechy i satysfakcji ;-))
Nemo zgodnie z dwuletnią już tradycją, nie przewidział w swoich planach wakacji z dziećmi, nie jestem tym specjalnie zaskoczona, nie chcę się nawet nad tym zastanawiać, to są moje dzieci i stać mnie na zapewnienie im fajnych wakacji, bez uczestnictwa ich ojca. Nie to nie.
Ale w ramach tych moich działań czasem muszę się niestety zmusić do poświęceń straszliwych, bo jak inaczej można nazwać daną dzieciom obietnicę wyjazdu na koncert Britney Spears, 24 lipca do Warszawy, co oczywiście wymaga ode mnie najpierw pojechania po Starszą i jej przyjaciółkę do Ciechocinka, potem zawiezienia ich do Warszawy i oddanie w ręce kolegi J., który rozrzutnie zaofiarował się przypilnować towarzystwa na koncercie, podczas gdy ja z jego żoną oddam się przyjemniejszym czynnościom, co z całą pewnością osłodzi mi trud wiecznych poświęceń, hehe…
A z rzeczy ważnych donoszę, że budowa huczy mi za oknem słodką melodią betoniarki!
Li.

Dom Li i L.

9 lipca, 2009

Na początku był chaos i tony zasiedziałej polepy. Gdy ją ruszono, to w akcie zemsty unosiła się natrętnie w powietrzu, wciskała do gardła i o-tuman-iała powietrze.
Tu widok na moją sypialnię i łazienkę.

Potem, po zapyleniu całej okolicy drobinkami polepy, pokazały się nagie belki, nadspodziewanie krzepkie staruszki bez korników i próchna.

Wełna mineralna jest miła w dotyku, lubię taką szorstką miękkość…
Na niej jest jeszcze kilka innych warstw innych dóbr, podobno niezbędnych, ale już
nie tak przytulnych…

A na etapie ubierania belek w wełnę, dach od środka ciągle wyglądał tak:

Potem nagle postanowił się rozebrać, tu już zostały mu tylko stringi.
Przy okazji widok na moje niebo:)

Ale zanim się rozebrał, podłoga zyskała piękną, równą, lśniącą wylewkę.
To widok na mój salon. Tam w kącie będzie wygodny fotel ;-)

Widok z salonu L. na jej kuchnię.

Chłopaki trochę bałaganią, ale Pani Jadzia odmówiła wdrapania się po drabinie.

Jak padał deszcz (a kiedy on nie padał!) to prace przenosiły się do piwnicy.
Podobno na tych fundamentach można postawić wieżowiec, ale na wszelki
wypadek dostały betonowe koszulki.

Wnętrzności w postaci starych rur rozrzutnie wymieniłyśmy na nowe.

Dach powoli kończył swój żywot, odzierany z desek poczucia godności.

Kończył śmiercią tragiczną, zrzucany z trzeciego piętra na podwórko.

Okazało się, jak bardzo był nietwarzowy, gdy już go nie było.
Tu kuchnia rzuca spojrzenie na schody, których jeszcze nie ma.

Widok z salonu L. przez moją kuchnię na salon:)
To widok z dzisiejszego popołudnia, wprost cu-dow-ny!!!

Li.

A Krzysiowi- mojemu ulubionemu kumplowi- dziękuję za zamieszczenie tych zdjęć.
Rzecz jasna- mnie by się to nie udało:)
Dla niewtajemniczonych-L. to moja koleżanka. Budujemy razem, choć mieszkać będziemy osobno:)


Lec jest zawsze pod ręką.

9 lipca, 2009
Zrobiłam poranny obchód po budowie, stojąc sobie z kawą w nieistniejącym jeszcze oknie kuchni, ale widok mi się przecież nie zmieni. Przed kamienicą jest plac, na prawo kościół, nic mi nie zasłania dalekiej perspektywy. Z drugiego poziomu będzie widać dachy Krakowa i -jak twierdzi L., która dokonała swego czasu bohaterskiego czynu wspięcia się razem z architektami na dach- będzie widać czubek Kopca Kościuszki.
Wrzucę dziś wieczorem zdjęcia, zmiana jest niesamowita, a do mnie ciągle do końca nie dociera na co się porwałam…
A co na to Lec?
Wystarczy się oddać iluzji, by odczuć realne konsekwencje.
Jadę jutro do Ilonki, do Gliwic.
Wczoraj nareszcie zaczęła radioterapię, trzeba Obcego gnębić z każdej strony, popieram tę przemoc przeciwko niemu całym sercem.
Ech…czasem słońce, czasem deszcz, albo się śmieję, albo płaczę, zawsze znajdzie się powód do jednego albo do drugiego.
Najważniejsze to nie tracić wiary, że Los wie co robi, że nie są to tylko jego igraszki z życiem człowieka, że wszystko co nam się przydarza ma swój sens.
Bo brak tej wiary wyzwala wielkie poczucie pokrzywdzenia i żalu.
A co na to Lec?
Na bocznych dróżkach milczenia przemyka obok ciebie czasem przerażony sens.
Li.

Oferta handlowa

8 lipca, 2009
No i stało się to, co się stać musiało- tropiące nas bezlitośnie pogodowe nieszczęście dopadło bezbronnego, pozbawionego dachu nad głową stropu i nocny deszcz padał sobie bezkarnie, waląc w okna kamieniami kropli.
Nie mogłam spać, a wyobraźnia podsuwała mi kaskady wody płynące klatką schodową, nie mówiąc o natrysku deszczowym spadającym z sufitu na sąsiadów z drugiego piętra.
Szczęśliwie rozłożone wczoraj folie bohatersko spełniły swoje zadanie, ale są pełne wody, której przełknąć nie mogą.
Pochodziłam sobie rano po położonych na nich deskach, czując się prawie jak na Placu Świętego Marka podczas acqua alta, choć „prawie” robi niestety znaczną różnicę…
Patrzę z nadzieją w niebo i ad hoc sporządzam promocyjną ofertę: sprzedam swoją duszę za miesiąc słońca.
Tak tanio jeszcze nie było, to prawdziwa okazja!
Li.

Zbyt głośna samotność.

6 lipca, 2009
Ech…
Chce mi się pisać i nie chce.
Chce mi się pisać o mojej ekscytacji budową, o użeraniu się z zabawnymi sąsiadami, którzy nagle zaczynają przypisywać nam każdą rysę na swoim popękanym murze, o tym że dachu już nie ma, a będące jego substytutem niebieskie, nietwarzowe płachty jakoś nie budzą mojego zaufania…
Chce mi się pisać, jak tęsknię za moimi dziećmi będąc jednocześnie szczęśliwą, że chwilowo zniknęły mi z pola widzenia, co rzecz jasna stwarza domniemanie mojej matczynej wyrodności…
Chce mi się pisać o tym, że zachody słońca ciągle są piękne, a pachnący groszek na Kleparzu kupuję na pęczki.
Nie chce mi się pisać o samotności, która jest, po prostu jest.
Straszna samotność, na pozór wcale nie samotna, bo jest głośna, czasem zbyt gęstotłumna, czasem tylko kameralna, brzęczy sms-ami, dzwoni telefonem, jest natrętem na gg, czasem o sobie da znać via mail, ale pod spodem jest piekąca i bezlitosna.
Nigdy nie czułam jej tak namacalnie.
Może mam teraz naprawdę zmysły wyostrzone do granic atawistycznych możliwości?
Czuję ból swojej samotności i czuję ból samotności I.
To nie jest istotne, ilu jest ludzi wokół nas.
Ze swoimi problemami każdy zmaga się samotnie.
Jaka szkoda, że samotności nie można scedować na kogoś, kto bardzo jej pragnie.
Li.

Znowu poniedziałek.

6 lipca, 2009
Poniedziałek obudził mnie pokrzykiwaniami robotników i hałasem betoniarki.
Poleżałam trochę w łóżku słuchając jak rośnie mój dom, zaraz zabieram sobie kawę na strych i idę ją wypić w swojej obietnicy kuchni.
W piątek wróciłam od Starszej, w sobotę z obozu odebrałam Młodszą, już w niedzielę rano pojechała na następny („Mami, nawet dobę nie byłam w domu!”), w sobotnie popołudnie pojechałam na chwilę do Gliwic do I., jest tak nafaszerowana morfiną i ketonalem, że nareszcie nic jej nie boli, ale pochemiczne torsje dają jej strasznie w kość.
Dziś zaczyna radioterapię, długo się do niej lekarze przygotowują, guz jest bardzo blisko rdzenia kręgowego, wiązka promieni musi być naprawdę precyzyjnie podana, cholerny dodatkowy stres…
I po tym wszystkim, nareszcie wolna od obowiązków rodzinnych, bardzo zmęczona, przespałam całe niedzielne popołudnie, a spokojny wieczór spędziłam na podlewaniu niezliczonej ilości roślin w ogrodzie mojej Mamy, tam jest prawdziwy gąszcz, każdy szanujący się angielski ogrodnik szalałby z zazdrości na jego widok.
Podlewałam przez godzinę, po czym spadł rzęsisty deszcz.
;-)
Li.

Czwartek, ale jeszcze nie wiem co z tego, że czwartek.

2 lipca, 2009
Całkiem (nie)spokojnie wypijam pierwszą kawę.
Za oknem zapowiedź kolejnego trudnego dnia bez powiewu wiatru, powietrze leży i przygięte smogiem do ziemi czeka na posiekanie go przez deszcz.
Jadę odwiedzić Starszą, ale nie będę dziś wracać.
Nie mam siły na 900 kilometrów w ciągu jednego dnia.
Przenocuję gdzieś w hotelu, jestem taka zmęczona że nie ufam sobie, a co będę przysparzać rodzinie kłopotów w postaci mojego trupa.
A Starsza będzie mnie mieć dłużej… i jakie to stwarza jej nowe możliwości w naciągnięciu mnie na „niezbędne rzeczy”! Na razie wczoraj realizowałam listę przysłaną trzema sms-ami, bo w jednym się nie zmieściła… Wszystko rzecz jasna może sobie kupić sama, ale najwidoczniej jest znacząca różnica, gdy wydaje się „własną” kasę i tak daną przez matkę, czy za wszystko płaci matka…
„Kochana mamusiu, bardzo za Tobą tęsknię, więc przywieź mi: …”
Wczoraj zuchwale i kusząc los zarezerwowałam sobie SPA na całe dwadzieścia dni w sierpniu.
Znalazłam coś fajnego i spokojnego w promieniu dwóch godzin jazdy od Krakowa, zapłaciłam sporą zaliczkę, by upewnić samą siebie, że „już na pewno”, zabieram dzieci, wsadzę je do basenu i oddam się pod kojące ręce mam nadzieję, że przystojnego masażysty.
Wyjazd gdzieś dalej na razie jest niemożliwy, muszę być blisko na każde zawołanie.
Smutek wdziera się w szczeliny mojej duszy, gdy jestem zmęczona to pękam.
Ech…
A co na to Lec?
Czasem ma człowiek uczucie, że pęta się na scenie nie będąc nawet statystą.
Li.

Zabić i iść dalej.

1 lipca, 2009
Zmiany w kościach są. Mogą wskazywać na „zmiany przerzutowe”.
Coś tam niepokojącego czai się w nerce, coś w jednym żebrze, miednicy… pani doktor miała dyżur i czas na długą rozmowę ze mną. Nie była to łatwa rozmowa, z ciężkim sercem wychodziłam z kliniki, słowa pani doktor, że „czas I. się kurczy”, że nowotwór działa wyjątkowo podstępnie i agresywnie, że trzeba podjąć decyzję, czy męczenie jej kolejną operacją ma sens, czy nie lepiej dać jej czas na spokojne pożegnanie się, że nie wiemy jakie ziemskie sprawy ma jeszcze nie załatwione, strasznie wbiły mi się w serce swoją stanowczością.
A jednak, A JEDNAK nie wierzę jej do końca i snuje mi się po głowie zuchwała myśl, że nikt nie jest nieomylny, że cuda się zdarzają, zwłaszcza w medycynie, a pozytywne nastawienie może sprawić właśnie ten cud.
Z kliniki wróciłam o dziesiątej w nocy, wróciłam do pracy, trzeba było wysłać skan wyników do mojego brata i do ojca I., a potem zostałam zagarnięta przez L. i K. na drinka, na szczęście nie słuchali moich protestów i… i boli mnie dziś głowa, to kara boska za mieszanie alkoholi…
Dzięki temu jednak mam dziś wyostrzone zmysły na bodźce i wyraźniej słyszę szepty i podszepty losu- nie poddawaj się kobieto!
Miałam chwilę zwątpienia, ale już ją zabiłam.
Było to zabójstwo z zimną krwią.
Li.
A teraz idę z kubkiem kawy na strych, popatrzę sobie jak mury pną się do góry, pogadam z majstrem, pobujam w obłokach, wczoraj dostałam upragnioną zgodę na postawienie rusztowań, od jutra ulica będzie zakorkowana, bo stanie kontener, uprzedzam ;-)

Angel, do jasnej Anielki, bierz się do roboty!

29 czerwca, 2009
Kupiłam sobie kolejne perfumy. Dla przyjemności, li i jedynie. Choć może trochę i dla pociechy.
Pachną cudownie- na wieczór Bvlgari Jasmin Noir, a na dzień Echo Woman Dawidoff.
Jakie to szczęście, że nie przywiązuję się do jednych perfum, poza moją największą miłością- Angel, perfumami które dla mnie są najbardziej zmysłowe i pełne kontrastów, niby ciepłe ale to jest ciepło niebanalne, takie do którego ma się ochotę przytulić, ciepło ze słodką goryczą, ale nie plebejsko słodkie! Angel albo się kocha, albo nienawidzi, nieraz czytałam takie opinie i zgadzam się z nimi. Latem rzadko ich używam, jest mi w nich za gorąco, ale zimą to moje ogrzewanie, mój ciepły szal, moja druga skóra, zawsze muszę je mieć pod ręką.
I gdy jest mi źle, pachnę Angel, dodają mi one sił.
Jutro rano wyleję na siebie ich całą butelkę, mam za zadanie odebrać wynik scyntygrafii, tak bardzo nie chciałabym przynieść złej nowiny, więc niech mój Angel nareszcie rozwinie swoje ochronne skrzydła, zapłacę mu za nadgodziny i drugi etat.
Bo ten Angel Ilonki to jakiś straszny obibok, trzeba go przywołać do porządku.
Dość już panoszenia się Obcego. A chemii dziś nie było, bo jest gorączka.
Li.

Piszę, bo tu zaglądacie, a ile można o chłodniku…

29 czerwca, 2009
Weekend popadał w skrajności jak rozhisteryzowany mężczyzna w trakcie andropauzy:
od przeimprezowanej piątkowej nocy z za dużą ilością mojito, pitego dla chwilowego zapomnienia, poprzez pomojitowy ból głowy (oj!) i cudowne, sobotnie popołudnie z moim przyjacielem z Warszawy i jego znajomymi, spędzone nad sushi i winem, do koszmarnej niedzieli w Zakopanem, osłodzonej li i jedynie osobą mojej Młodszej, przyklejonej do mnie super-glue tęsknoty.
Zakopanego nie cierpię, jeżdżę tam jak muszę, tłumy przewalające się po Krupówkach i Gubałówce zasłaniają góry, wszechobecny kult dutków i ciężki los koni przy dorożkach czynią z tego miejsca przedsionek piekła.
No, ale jak widać niektórzy lubią tak spędzać urlop, ja tam wolę ciszę i spokój.
Uciekliśmy do Bukowiny i spokojnych dolinek, pogoda była cudna i widać było urodę Tatr.
Fajnie patrzeć na śnieg w środku lata!
Ostatnie wydarzenia rodzinne wpędzają mnie w wielkie przygnębienie, naprawdę trudno uwolnić myśli od widoku smutnych, dużych oczu I.
Od dziś jest w Gliwicach, zaczyna kolejną chemię, oby tylko wytrzymała, tak bardzo boi się tej chemii, tak bardzo!
Pojadę ją odwiedzić w środę po południu, w czwartek jadę do Starszej, znowu czeka mnie 900 km w jeden dzień, a piątek jadę do Zakopanego po Młodszą, jakimś dramatem wydaje jej się powrót dopiero w sobotę z całą grupą, ech, w niedzielę jedzie na następny obóz, niech się poprzytula do mnie, jak tak bardzo chce.
Ona chyba wyczuwa to wielkie napięcie w rodzinie, mój smutek i determinację.
Smutne jest lato tego roku, niebo też płacze i nie może przestać.
Nie wiem co będzie dalej i wyjątkowo bardzo boję się tego, co może być.
A przecież życie toczy się dalej, sprawy budowlane znowu ruszyły do przodu-dziś od strony podwórka jest już ściągany dach.
Od strony drogi nie mamy jeszcze pozwolenia na postawienie rusztowań na chodniku, ma ono być podobno w ciągu dziesięciu dni, a to z powodu wolnego obiegu dokumentów, ale zupełnym przypadkiem okazało się, że to zależy od podpisu mężczyzny, którego dobrze znam.
I znowu trzeba będzie ładnie się uśmiechnąć… przez łzy.
Nic mnie nie cieszy.
Li.

Wiem, że to już było, ale jest tak gorąco!

26 czerwca, 2009
Celem wprowadzenia odrobiny chłodu w krakowską duchotę, zdradzę Wam przepis na chłodnik-a nawet tajemnicę paradoksu chłodnika-dobrze przygotowany zarazem chłodzi i ogrzewa.
Bo z chłodnikiem jak z gwałtowną miłością- koniec jest zimny, ale początek gorący i to w kolorze czerwonym, gdy żądze powodują masakrę wśród botwinki, siekanej na drobne kawałeczki, łącznie z jej sercem w postaci małego buraczka.
Wrzucenie tych posiekaności na odrobinę gorącej wody, wywołuje ekstatyczne jęki z garnka- na szczęście dla obyczajności, jęki te niedostępne są dla ucha zwykłego człowieka- ich wysoka częstotliwość i zawarte w nich wyuzdane treści niepokoją natomiast koty.
Na gorące i seksowne spotkanie posiekanej botwinki, buraczka i wody przeznaczam okrutnie tylko parę minut- wystarczy to jednak, by początkową sztywność… surowca doprowadzić do tak upragnionego stanu bezbronnej miękkości…
Odstawiam to towarzystwo na bok, by ochłonęło z emocji i teraz mam do wyboru dwie czynności- w zależności od fantazji sięgam najpierw po jaja, lub też delikatnie pieszczę w dłoniach ogórki o fallicznym kształcie…, ech, te fantazje matki-natury- tak prowokujące swoim kształtem, ciekawe, ileż to ogórków zostało zmiażdżonych przez żądne zemsty kobiety!
Dziś nie mam jednak czasu na finezję i pieszczoty i tak jak w niemieckim serialu (nie)obyczajnym- jaja do garnka i niech same dochodzą do twardości, a ogórki bez bielizny, nagie i nagle jakieś takie śmieszne, posiekałam w słupeczki. By jednak nie zostawiać ich tak całkiem gołych, przykryłam je gustowną zieloną kołderką z koperku.
Dodanie kilku wyciśniętych ząbków czosnku jest wyłącznie moją fantazją, będącą pozostałością romansu z pewnym Grekiem Tzatziki, od tej pory połączenie ogórka z czosnkiem ma dla mnie nieodparty urok.
W czasie rozbierania ogórków, jaja najwyraźniej pobudzone ich widokiem, osiągnęły stan doskonałej erekcji- ich twardość, tak widoczna gołym okiem, szybko jednak została przeze mnie złośliwie zlikwidowana za pomocą tarki o grubych otworach- jęki mogłyby obudzić umarłego, ale na mnie nie robiły wrażenia- wszak podobno ciągle pałam żądzą porozwodowej zemsty, a spersonifikowanie jaj miało terapeutyczną moc…;-)
A potem tylko miękkie przyjemności- rozbite w blenderze na gładko kwaśne mleko w mezaliansie z kefirem, wymieszane z botwinką, ogórkiem z koperkiem, jajkiem- teraz dopiero jest czas na pieprzenie i dla niepoznaki-solenie.
Orgia, prawdziwa orgia gdy smaki się mieszają, wnikają w siebie i samo życie, gdy miłość z czerwoności popada w różowości- ot, takie wyblakłe uczucie, koniecznie podbite zapachem czosnku, z chrupiącym między zębami ogórkiem, z miękkimi cząsteczkami jajka, które tak gładko się połyka…
Chłodnik wchodzi tak aksamitnie, bez wysiłku, lekko, dużo i bez brzemiennych w kalorie konsekwencji. Doskonały kulinarny kochanek na takie upalne dni.
Perwersyjnie można dodać kilka pokruszonych włoskich orzechów, mhmmmm….ten leciutki opór….zębów….mhmmmm… Daję słowo- można rozpalić zimnym chłodnikiem…. Wystarczy wąski strumyczek dla ochłody pomiędzy piersi….mhmmmm…. (najlepsze są piersi z kurczaka;-)
Smacznego!
Li

Prawda czy fałsz?

25 czerwca, 2009
Dzień zaznaczony został dobrą wiadomością- dwóch krakowskich lekarzy odczytało wynik rezonansu bez wskazania na istnienie guza. Ot i zagadka- pomylił się radiolog z Instytutu Onkologii w Gliwicach, czy oni? Stawiam na radiologa, myślę że nie miał wiedzy o tym, że I. przeszła już trzy operacje, i że to co wziął za guza, może być blizną. Pewnie miał do zrobienia kilkadziesiąt takich opisów, rzucił tylko okiem, czasem rutyna gubi…
Ale strachu i stresu nie zwróci nam nikt, wiadomość jednak jest tego rodzaju, że taka pomyłka cieszy.
I. jest już w klinice, podają jej morfinę i nareszcie nic jej nie boli!
Posiedziałam sobie u niej dwie godziny, pośmiałam się, pogadałam, a płakał za mnie deszcz za oknem.
Muszę wziąć się w garść, moja praca leży rozłożona na łopatki, brak motywacji osiągnął poziom absolutu, niedługo doprowadzę się do zawodowej śmierci, a przecież muszę zarabiać na cegły.
Ech, podobno są wakacje.
Upiorne, acz ukochane córeczki dzwonią do mnie kilka razy w ciągu godziny („Mami, a na tańce mam włożyć czarną spódniczkę czy różową?” -Młodsza jest na obozie tanecznym w Zakopanem, uczą tam tańczyć uczestnicy You Can Dance, ciągle słyszę o jakiejś Jadźce… Starsza domaga się tysiąca rzeczy, typu ulubiona poduszka i kubek, a najlepiej mam przyjechać na weekend, tja… już mi się chce…), na jutro mam zaproszenie na otwarcie nowego klubu „Łódź Kaliska”, może i pójdę, jakoś mam ochotę na chwileczkę zapomnienia.
Wokół mnie jest taki chaos, że najchętniej zamknęłabym się w domu na cały weekend i posprzątała wszystkie szafy, szafki i szafeczki. Żeby gdzieś był porządek i ład. Bo inaczej zwariuję.
Czuję się przytłoczona niewidzialnym ciężarem, a nie jest on słodki, o nie.
I do cholery jasnej, co na to Lec?
Wszystko mija. Nawet najdłuższa żmija.
Li.

Niemoc

25 czerwca, 2009
Myślałam, że jak nie przyznam się I. do pisania tego bloga, utrzymując ją w przekonaniu, że skończyłam pisanie na Licencji, to będzie mi tu łatwiej i swobodniej pisać o tym wszystkim co dzieje się wokół nas, o jej chorobie, o emocjach, o diagnozach…
Że moja terapia literkami przyniesie mi ulgę…
Ech, a jednak nie potrafię, jest cienka czerwona linia niedowierzania i nadziei, której przekroczyć nie umiem. Jest źle, jest bardzo źle, ale nawet jak to piszę to nie wierzę, nie chcę wierzyć, mam w głowie kompletny chaos wywołany walką faktów z nadzieją.
Co było wczoraj?
Mój brat nie mógł z nami iść na wizytę do profesora, bo w wielkim stresie rano pojechał do Gliwic, po płytkę z zapisem rezonansu, by dać ją do odczytu specjaliście w Krakowie.
Odczyt badania zrobiony w Gliwicach wykazał nowego 12-centymetrowego guza na dwóch kręgach i to w dwa tygodnie po operacji. Wydawało się nam to nieprawdopodobne i zakładamy możliwość pomyłki.
Poprosiłam mojego tatę, by poszedł z nami, jest lekarzem, a ja przecież tylko bratową.
Profesor zgodnie z moim pierwszym wrażeniem okazał się cudownym człowiekiem.
Poświęcił nam trzy godziny, I. od dziś do soboty będzie u niego na oddziale leczenia bólu, ustawią jej dawki leków, zrobią oprócz tego jedno bardzo ważne badanie (scyntygrafia kości), bo jest pewne podejrzenie, że jej bóle mogą być wywołane czymś niepokojącym w kościach, ale najważniejsze że pomogą jej przed kolejną chemią, którą zaczyna w poniedziałek.
To była bardzo trudna rozmowa, I. wpadła w rozpacz i histerię, że „nie jest gotowa na kolejny szpital”, miała nadzieję na weekend w domu, ale razem z tatą opanowaliśmy sytuację, trochę może brutalnie, ale skutecznie- powiedziałam jej, że robimy wszystko by jej pomóc i teraz musi bezwzględnie się podporządkować, nawet na nią pokrzyczałam, źle mi z tego powodu, długo ją potem tuliłam do siebie… Nie nadaję się na psychologa, umiem tylko przytulić i współczuć…
I tak bardzo współczuję mojemu bratu, mnie te wczorajszych sześć godzin z I. kompletnie wyczerpało, a on ma to na co dzień.
Ciągle marnotrawię swoje myśli na zastanawianie się, dlaczego?
Skąd u młodej, trzydziestoletniej, wysportowanej, zgrabnej, niepalącej i niepijącej dziewczyny taka straszna choroba?
Obcy nie wybiera, łowi swoje ofiary w sieć, atakuje podstępnie, tak trudno się przed nim bronić, zaczynam sama mieć obsesję, że zagnieździł się i we mnie, obsesyjnie badam swoje piersi, oglądam ciało, postanowiłam znowu zrobić sobie wszystkie badania krwi, cytologię, mammografię i USG brzucha, bo gdyby mnie zabrakło, co stałoby się z moimi dziećmi?
Gdy widzę jak kruche jest zdrowie, jak nagle może zmienić się zycie, to zaczynam się bać.
Tak, czuję strach, wielki strach.
Nigdy przedtem nie bałam się tak jak teraz.
Li.

Mokry wtorek-potworek.

23 czerwca, 2009
Wykonawca płacze, bo przez ten niespodziewanie długo padający deszcz plany budowlane mokną i nie dają się realizować. Jakoś tak ucichły stuki i huki, a i robotników jakby mniej snuje się między kroplami. Ech…
Ostatnio tyle się dzieje, że czasem wychodzę z siebie i patrzę z boku, by nie zwariować.
Ale ciągle jeszcze tkwię mocno wśród ludzi i gdybym miała położyć na jedną szalę zawód z powodu człowieka, a na drugą wzruszenie z powodu ludzkiej przyjaźni i życzliwości, ciągle jeszcze ta druga przeważa.
I póki tak będzie, nie stracę wiary w człowieka i serca do kontaktów międzyludzkich.
Dużo czasu spędzam z I.
Po ostatniej silnej chemii jest tak cierpiąca, że wczoraj nie mogąc już na to patrzeć, wzięłam sprawę w swoje ręce i w środę idziemy do Przychodni Leczenia Bólu, kolega umówił mnie z najbardziej kompetentnym człowiekiem w Krakowie, profesorem Wordliczkiem.
I już nie obchodzi mnie to, że lekarz prowadzący przepisał jej plastry z silnym środkiem przeciwbólowym, skoro nic nie pomagają! Bolą ją nawet opuszki palców…
Mam wrażenie, że lekarze lekceważą problem bólu, a przecież ból jest w stanie złamać największego twardziela. Widzę że I. nie daje już rady, siada psychicznie, a do tego nie można dopuścić! Jest naprawdę dzielna, ale już bardzo wyczerpana, od jedenastu miesięcy z króciutkimi przerwami zmaga się z koszmarnym, przewlekłym bólem.
Środki dotychczas stosowane przestały pomagać, a przy takiej dawce bólu fizycznego czuje się już ból psychiczny, a strach przed bólem potęguje go jeszcze bardziej.
Nie mogę patrzeć na jej twarz ściągniętą cierpieniem, bo nawet gdy się uśmiecha to oczy pozostają smutne.
Ten ból zabiera jej siłę do walki z Obcym, kradnie jej chęć życia i odbiera nadzieję.
Mam nadzieję, że jutro zostanie oddana w dobre ręce, gdy rozmawiałam wczoraj z profesorem miał takie mądre, ciepłe, dobre oczy.
Ech, niech tego Obcego nareszcie trafi szlag!
Li.

Lubię być w tęsknocie, gdy znam jej kres.

22 czerwca, 2009
Padam, padam, padam na nos.
Wczoraj zrobiłam autem 930 kilometrów, wykończyłoby to niejednego twardziela, a ja przecież jestem taka mięciutka…
Dziś nie chce mi się wyjść z łóżka, szarość za oknem przegrywa z ciepłą czerwienią mojej pościeli.
Deszcz w swym natręctwie przekroczył już wszelkie granice wytrzymałości, wciska się wszędzie bez pytania, cieszy się z niego tylko dach, bo ciągle zachowuje życie.
Jutro na obóz taneczny do Zakopanego wyjeżdża Młodsza, zostanę sama i nareszcie, nareszcie będę mogła oddać się z rozkoszą słodkiemu uczuciu tęsknoty za moimi córeczkami, ha!
Li.

Może trzeba kupić kalosze?

20 czerwca, 2009
„To koniec pewnej epoki” powiedziała melancholijnie moja Starsza sprzątając ze mną bagażnik auta z butów narciarskich, parasola plażowego, raclette, karimat, książek i starych gazet.
Został tam tylko parawan plażowy, ostatecznie już w sierpniu wybieram się nad morze.
Jutro zawożę starsze dziecko na wakacje, we wtorek wyjeżdża Młodsza, nareszcie będę wolna!
A tu pada i pada, cegły smętnie mokną na podwórku, przez te łzy z nieba dach ciągle jeszcze zachowuje życie, będzie żył tak długo jak długo będzie padać. Chyba go osobiście zamorduję, bo ileż można żyć! Ma już 112 lat!
I przez niego wszystko stanie. Rury dały się wypatroszyć i wymienić na nowe, fundamenty są już otulone nowym zbrojeniem, wylewka na strychu jest śliczna i gładziutka, podwórko zawalone materiałami nie może oddychać, czas na kolejny krok, a tu pogoda nie sprzyja. Złości mnie to, bo nic nie mogę zrobić.
Z tego zmartwienia kupiłam sobie mnóstwo książek i trzy pary butów.
Dla odczynienia uroku, bo żadne nie nadają się na deszcz, czary-mary!
Miłego dla Was!
Li.

Ten brak czasu tak dolega…

17 czerwca, 2009
Miłym i prawie codziennym rytuałem staje się poranna kawa z Wykonawcą, w mojej kuchni i przy muzyce huku prac budowlanych. Kamienica cierpi, patroszona przez hudraulików- obecnie trwa operacja plastyczna wymiany pionów wodnych i kanalizacyjnych, co niestety nie nastraja do mnie przychylnie sąsiadów, zwłaszcza lokatorów. Tak się złożyło, że poza mną tylko jedni współwłaściciele mieszkają w kamienicy, reszta ma mieszkania zajęte przez lokatorów, a oni oczywiście mają mnóstwo do powiedzenia. Staram się zrozumieć, że nie są zachwyceni bałaganem, hałasem, pyłem i rozwalonymi swoimi łazienkami, ale przecież nie ma innego wyjścia, później będzie tylko lepiej).
(Z ciekawości zajrzałam sobie we wnętrze starych, żeliwnych rur i ten widok będzie mnie prześladował do końca życia, brrrr…)
Inna ekipa odkopuje fundamenty w piwnicy, niby nie wymagały wzmocnienia, ale wolimy z L. dmuchać na zimne, przy ogólnej kwocie wartość tych piwnicznych prac jest znikoma, a jednak daje pewność, że cały ten interes nie runie w widowiskowe i medialne gruzy.
Na strychu miękka wylewka osiągnęła pożądaną twardość i pochodziłam sobie po podłodze mojego salonu, zaglądnęłam do sypialni i podumałam w łazience.
Niesamowite tempo.
Byłoby jeszcze szybciej, gdyby szanowna aura przestała mieć deszczowe humory, bo do zdjęcia dachu potrzebna jest dobra pogoda.
Jestem bardzo zajęta i bardzo się z tego powodu cieszę, choć nie mam czasu na bujanie w obłokach i pisanie.
Jutro idę na uroczystość wpisania Młodszej do Złotej Księgi Uczniów, pewnie poryczę się ze wzruszenia… Starsza też ma świetne świadectwo, jestem dumna z moich córeczek i tym bardziej chce mi się coś dla nich robić. No to robię:)
Mam chytry plan jak najszybszego wprowadzenia się do końca roku, nawet gdy nie wykończę wszystkiego. Ale będę mieszkać już w swoim domu, a świadomość tego dodaje mi skrzydeł.
Te dwa lata spędzone w wynajętym mieszkaniu uświadomiły mi, jak bardzo własny dom dodaje życiowej siły i poczucia bezpieczeństwa.
No!
Li.

Ona chyba jednak istnieje.

12 czerwca, 2009
Jakoś tak niepostrzeżenie umknęła mi piąta rocznica rozstania się z Nemo.
Dziwne, bo pięć lat przede mną wydaje mi się takie odległe, a pięć lat za mną minęło tak szybko! Wszystko przecież jeszcze pamiętam, nawet tę nieszczęsną komedię na którą w tym pamiętnym dniu poszłam razem z L.- „Starsza pani musi zniknąć”, od tego czasu mam alergię na Bena Stillera.
Nie żałuję tego rozstania, ale do takiego wniosku musiałam dojrzeć i nareszcie przejrzeć na oczy. Oczy szeroko zamknięte to specjalność większości kobiet, rozprzestrzenia się jak śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową.
Wolałam nie widzieć, widząc. To taki specyficzny stan, w którym inteligentna kobieta zamienia się w głupią niedowidzącą babę.
Nie mam ochoty na wchodzenie do tej rzeki, choć oczywiście nie umykają mi z pola widzenia mężczyźni, ale bawi mnie tylko flirt i nic poza tym.
Jestem zmęczona, zapracowana i mam dwie córki. Ta kombinacja jest najlepszą antykoncepcją dla myśli i uczynków.
Ale gdy tak patrzę na mojego brata i I. to zazdroszczę im tego niesamowitego porozumienia, oddania, czułych gestów, szaleństw brata w postaci zakupu śliwkowego kabrio dla łysej po chemii I., bo przecież „to najlepsze auto dla kobiety, która nie musi się martwić o fryzurę”, jego tekstów w rodzaju: „kochanie, Ty masz przecież tylko leżeć i pachnieć”, tego wszystkiego co składa się na obraz ogromnej i pięknej miłości. Ciągle zawodowo jestem świadkiem na pogrzebach miłości, na egzekucjach emocji, na wojnach pomiędzy ludźmi, trochę to mi pomieszało widzenie świata, jakoś tak ze strachu przed kolejnym rozczarowaniem, schowałam głęboko w sobie swój głód miłości i czułości. Nie wiem dlaczego właśnie dziś poczułam się tak bardzo głodna…
Może powoli czas otwierać drzwi?
Za parę miesięcy będę mieć już swój dom, nareszcie poczuję się bezpiecznie.
A wtedy uzbroję oko w swój ulubiony błysk i ruszę na podbój… ech, no przecież kiedyś to uwielbiałam… ;-)
Hm… szczerze powiedziawszy- uwielbiam do dziś!
Li.
P.S. Angina zrujnowała mi plany weekendowe. A nie mówiłam, że plany to…

Suplement do poprzedniej

11 czerwca, 2009
W tle obojętne na emocje sprawy toczą się swoimi torami.
Budowa jest już ubrana w wylewkę schnącą sobie przez weekend, a dach trzyma się tylko na słowo honoru kilku mizernych podpórek udających krokwie, mam więc nadzieję że nie nadejdą jakieś szczególnie natrętne nawałnice.
Jutro wyjeżdżam na weekend, rozpaczliwie pragnę zmiany powietrza i widoku innego nieba.
Zabieram dzieci i w sobotę będę w Kotlinie Kłodzkiej, albo może nawet i w Pradze, gdy tylko będzie nam się chciało tam pojechać. Na razie się nie chce, ale z Paczkowa to kusząco blisko, a już tyle razy obiecywałam Starszej…
W ostateczności może zadowolą ją Błędne Skały, wszystko jest lepsze niż ta szarość krakowskiego nieba.
Za dużo tej szarości, a przecież to nie jest kolor sezonu.
Li.

Ech…

11 czerwca, 2009
Od niedzieli nie mogłam porozmawiać z I.
Nowa chemia na Obcego wyssała z niej wszelkie siły, dając jej w zamian tylko torsje i potworny ból całego ciała. Dziś nareszcie jest lepiej, ból zelżał, torsje ustąpiły, po raz pierwszy od niedzieli mogła cokolwiek zjeść, wypić bez kroplówki i powiedzieć parę słów.
To co się z nią dzieje przygnębia mnie tak bardzo, że uśmiechając się czuję ból.
Nie mogę pogodzić się z jej cierpieniem. Nie potrafię pomóc w jej strachu.
Wzrusza mnie jej tata, który godzinami siedzi przy niej i głaszcze ją po ręce.
Dziś płakałyśmy sobie obie, czasem taki wspólny płacz przynosi ulgę, choć ja płakałam tylko ze współczucia, a ona z bólu, wyczerpania i strachu przed kolejną chemią.
I pomyśleć, że wszystko zaczęło się zaledwie dziesięć miesięcy temu, przed ślubem I. i mojego brata, gdy pochyliła się by pomalować sobie lakierem w kolorze czerwonego wina paznokcie u stóp…
O tym, jakie jest Twoje życie wiesz na pewno tylko teraz, w tej chwili, bo co do jutra nie możesz mieć żadnej pewności.
Li.

Sprawozdanie:)

8 czerwca, 2009
Fitness sprawia cuda, zaprawdę powiadam Wam. Mam świetny humor i mnóstwo energii, choć bolą mnie mięśnie, o których nawet nie wiedziałam, że je mam.
Na razie od tygodnia udaje mi się ćwiczyć codziennie, wczoraj spędziłam bardzo aktywne i fajne dwie godziny na siłowni z L.
I stresu jakby mniej, a stres mnie przecież nie oszczędza.
W piątek uderzył z niespodziewanej strony bo przestraszona Starsza doniosła ze Stambułu, że ich samolot ciągle kołuje i nie może wystartować z powodu usterki technicznej.
Wystarczyło to, by uruchomić moją zwyrodniałą wyobraźnię, opóźnienie startu ostatecznie sięgnęło dwóch godzin, w związku z tym spóźnili się na samolot w Warszawie i jak już w końcu odebrałam to moje wymęczone dziecko z lotniska w Krakowie po 12 godzinach podróży, to oczywiście łzy ulgi lały mi się rzęsiste. Pisałam już, że na bardzo mokrym miejscu mam oczy?
Narzuciłam sobie bardzo rygorystyczny plan, kurczowo się go trzymam, jakoś mam takie przekonanie, że to plan ratunkowy, że gdy będę go realizować to będzie dobrze.
Za dwa tygodnie zaczynają się wakacje, porozwożę dzieci i zostanę sama z budową, moją kochanką.
Wrzucę Wam nowe zdjęcia, poza tym dziś wykonawca wystawia pierwszą fakturę, trzeba będzie to uczcić, umówię się z L. na kolację, przecież niecodziennie płaci się za roboty budowlane:)
Skoncentrowana na swoich sprawach zauważam jednak świat zewnętrzny, choć wolałabym nie zauważyć, że wybory do PE w Krakowie wygrał Z. Ziobro, rety co za wstyd!
Znowu wygrał populizm i krzykactwo, ech… czasem moja wiara w ludzki rozum zostaje boleśnie nadwyrężona…
Miłego dla Was!
Li.

Przecież jestem.

5 czerwca, 2009
Wśród przepychających się wokół mnie problemów pisanie ze swoją terapeutyczną mocą nie ma szans.
Stoi na końcu kolejki, bez statusu uprzywilejowania i pokornie czeka na moją ochotę i czas.
Wpadłam w spiralę wielkiej zajętości, narzuciłam sobie przy tym reżim wczesnego chodzenia spać i codziennej siłowni, męczę swoje ciało i umysł, by poczuć się lepiej. I czuję. Odnawiam źródło swojej siły, napełniam je na nowo, by potem z niego czerpać, ciągle jeszcze tryska zbyt wątłym strumieniem, ale wierzę, że stare sposoby mnie nie zawiodą.
Wiele mogę znieść, ale gdy los zaczyna kąsać najbliższe mi osoby, opadają mi skrzydła, staję się niezdarnym nielotem. Muszę więc tego nielota uzbroić w siłę do szybkiego biegania.
Nie jest moim problemem budowa, bo tu wszystko idzie zgodnie z planem, a nawet szybciej. Czuję się bezpiecznie z naszym wykonawcą, polubiłam tego człowieka, bo jest takim poczciwcem rosnącym prosto z korzenia, bez fałszywych odgałęzień.
Wspinam się na strych kilka razy dziennie, tuczę budowę pańskim okiem i cholernie się cieszę z każdych zauważonych moim niedoświadczonym okiem zmian.
Martwię się Iloną, dziś zaczyna nową serię chemii, Obcy w międzyczasie zmienił swoją postać, biologicznie przepoczwarzył się w innego potwora, dziewczyna żyje w nieustannym bólu, z trudem da się go łagodzić, a bardzo podkopuje jej chęć do walki.
To już dziewiąty miesiąc tego koszmaru, kolejna operacja, kolejne wycięcie i znowu czekanie na to, by coś nie nastąpiło.
Wiem, że piszę inaczej niż kiedyś. Czytam czasem starą Li… ech, no właśnie ta sinusoida życia daje mi nadzieję na zmianę. Bo nie może przecież być inaczej.
Miłego dla Was!
Li.

Pomarudzenie sobie.

2 czerwca, 2009
Wyszłam z siebie bez opcji „zaraz wracam”.
Zmęczenie gryzie mnie z każdej strony, opieram mu się tylko w łóżku otulona bezpieczeństwem kołdry. Śpię i śpię.
Budowa i dzieci, a gdzieś w tle praca- to mnie interesuje na dziś.
Starsza z Turcji śle mi zabawne maile, Młodsza wróciła z „zielonej szkoły'” wyjątkowo entuzjastycznie nastawiona do Pienin, zdobyła wszystkie liczące się szczyty i teraz zadręcza mnie pytaniami, na które nie znam odpowiedzi, bo skąd mam wiedzieć, ile lat liczą sobie słynne sosny na Sokolicy ( już wiem, że ponad pięćset).
Moja niewiedza wywołała w niej takie oburzenie, że usłyszałam zarzut: „co z Ciebie za matka, że wysyłasz swoje dziecko w taką nieznaną Ci okolicę”, cha cha…
Próbuję się jakoś ratować przed lepiącym się do mnie marazmem, ale wszystkie znane mi sposoby zawodzą.
Chyba się starzeję czy co?
Za godzinę umówiłam się z M. na siłownię, sama siebie zrobię reanimację, nieswojo mi z tym brakiem chęci do życia, powłóczeniem nogami i jakimś takim zszarzeniem.
A w przeciwieństwie do mnie budowa ma się świetnie, hula aż miło.
Widocznie to jest ta słynna równowaga w przyrodzie;-))
Li.

Brak mi czasu na pisanie.

1 czerwca, 2009
„Pochlebia mi to”, powiedziała mi wczoraj moja Młodsza, gdy nie poszłam wieczorem na imprezę i zostałam z nią w domu.
Bardzo mnie to rozśmieszyło:)
cdn…
Li.

A takie tam, o tym samym…

29 Maj, 2009
Niby to nie ja rozwalam stare mury, nie ja wybieram polepę, nie ja noszę czerwone, robocze spodnie, nie ja pod oknem pieję sobie robotniczo o szóstej rano: ” kurwa, chcesz rozpierdolić tego chuja?!” (co na budowie może być chujem?), ale czuję się tak, jakbym to wszystko robiła.
No, może poza tym chujem.
Dziś w przerwach między pracą dwa razy wdrapałam się na strych, och i ach- jak poraziły mnie pięknie przybite do legarów płyty OSB… ciągle nie wierzę, że TO NAPRAWDĘ SIĘ DZIEJE!!!
Po południu miałam godzinne spotkanie z wykonawcą, ten biedak ciągle doprasza się o umowę, a ja nie mam czasu jej napisać. Pewnie dlatego, że sama sobie za nią nie zapłacę, hehe…
Potem uśmierciłam komórkę, bo gadałam przez godzinę z architektami usiłując uzyskać od nich coś co obiecali, a nie przesłali (mam alergię na słowo architekt).
A teraz siedzę bez sił, bo ile można myśleć;-)
I dziś wyjątkowo nie mogę słuchać zrzędzenia Pani Jadzi, że wszędzie pył, że kurz, że rany boskie
i jezus maryja, jak to Pani Moniczka sobie ze wszystkim poradzi, na pewno nie poradzi i kto jej pomoże biedaczce…, taka bidna ta Pani Moniczka…i męża ni ma… bidna, oj bidna…
Akurat!
Li.
PS. A deszcz pada i pada. Dziury po kominach mokną.

Pokonało mnie zmęczenie.

28 Maj, 2009
Odkryłam, że z Krakowa do Krosna jedzie się trzy godziny i dziesięć minut. A to tylko 168 kilometrów!
Wszystko zrobiłam, by dojechać szybciej- zjechałam z zakorkowanej drogi tarnowskiej, tłukąc się prawie pustymi, acz dziurawymi drogami przez Gdów, Lipnicę, Gromnik i Biecz.
Krajobrazowo było ślicznie i lirycznie, gorzej z jakością jazdy.
Tam gdzie miałam stawić się na ściśle określoną godzinę, trafiłam dokładnie na styk, ale stres myśli o spóźnieniu mnie wykończył.
W drodze powrotnej poczułam tak przemożne zmęczenie, że chciałam tylko spać.
Zasnąć, zasnąć gdziekolwiek i nie pomagała mi do pobudzenia się szarość na niebie, padający deszcz i Red Bull. Chyba wtedy właśnie osiągnęłam ujemny punkt krytyczny własnych możliwości, za Krosnem zjechałam na pobocze i kompletnie nie przejmując się już niczym, poza chęcią natychmiastowego zamknięcia oczu, oddałam kierownicę mojemu pasażerowi.
Gość ruszył na zaciągniętym ręcznym i to była ostatnia myśl jaką zarejestrowałam przed snem.
Droga do Krakowa zajęła nam ponad cztery godziny, o dziewiętnastej byłam już we własnym łóżku i spałam jak zabita do szóstej rano.
Jestem bardzo zmęczona, czuję konieczność spokoju, odpoczynku i ukojenia przez długie wakacje, a mam niestety tylko pewność tego, że wakacji dla mnie nie będzie.
Dzieci wyjeżdżają zaraz po zakończeniu roku szkolnego, kupiłam im po kilka obozów, będą wracać z jednego, by od razu jechać na drugi, muszę je wyeliminować z najbliższego, budowlanego otoczenia.
A ja będę mieć wakacje w Krakowie, pod placem budowy.
Perspektywa mało kusząca, ale w tym roku tylko taki kierunek przewiduje moje wewnętrzne biuro podróży. Choć ciągle jeszcze gdzieś tam z tyłu głowy tłucze się nadzieja na kilka ostatnich dni sierpnia na Helu. Bałtyk zawsze mnie koi…
Prawda, że życie mnie nie oszczędza?
A co na to Lec?
Prawdziwy męczennik to ten, któremu i tego tytułu odmawiają.
;-)
Li.

Dwa niezwiązane ze sobą fakty.

26 Maj, 2009
1. Moja Mama wybrała się ze znajomymi na tygodniową wycieczkę szlakiem pałaców i kościołów w Wielkopolsce. Wycieczka zorganizowana została przez osobę prywatną, ale bardzo profesjonalnie, towarzystwo ze średnią sześćdziesiątką na karku, sporo osób nie znało się wcześniej, ale przecież autokar i wspólne kolacje sprzyjają integracji.
2. Na budowie, po dzisiejszym spotkaniu wykonawcy z architektami i konstruktorem wyłoniła się pilna konieczność konsultacji dotychczasowych robót ze statykiem-konstruktorem, czyli tym magikiem, który policzył nam obciążenia na fundamenty kamienicy, dające odpowiedź na pytanie, czy fundament wytrzyma nadbudowę dwóch pięter.
L. i ja ze statykiem miałyśmy dotychczas kiepskie doświadczenia, bo to bardzo nieuchwytny człowiek. Rzadko odbiera telefony, czasem można zastać go na uczelni, gdzie wykłada, a już umówienie się z nim na szybki termin graniczy z cudem.
L. po którymś tam razie udało się do niego dodzwonić. Niechętnie ją poinformował, że nie ma go w Krakowie, bo właśnie zwiedza katedrę w Gnieźnie, wraca w niedzielę, mamy próbować łapać go w poniedziałek, ale to przecież tak jakby łapać wiatr.
Ale L., kobieta z bystrym umysłem, skojarzyła że przecież gdzieś tam w Wielkopolsce, coś tam zwiedza moja Mama. Zapytała mnie, czy wiem gdzie jest moja Rodzicielka.
Ano była właśnie w Gnieźnie. Kwestia dowiedzenia się, że nasz statyk jest jej towarzyszem wycieczki kosztowała mnie jeden telefon.
I tym sposobem wiemy, że Mama zwiedziła sobie katedrę w Gnieźnie razem z najbardziej pożądanym przez nas obecnie mężczyzną.
Znając też jej siłę przebicia i determinację do zapewnienia mi dachu nad głową, wiem że nie spuści go z oczu, a może nawet i wydusi z niego obietnicę, że w poniedziałek na pewno się z nami spotka, ech… kto wie do czego jeszcze się posunie…
I ja narzekam, że nie mam szczęścia?
Grzeszę, naprawdę grzeszę…
;-)
Li.