Jakoś to będzie, czy jakość życia?

26 Maj, 2009
Pobudki o szóstej rano przemeblowały moje noce.
Zasypiam przed północą, po drodze zapominam śnić, wstaję półprzytomna, ale za to piję pierwszą kawę w tumanach pyłu jak w confetti spadającym mi na głowę na balu.
Ten bal coraz bardziej mnie cieszy, choć nieodstępujący mnie na krok stres nie daje o sobie zapomnieć, coraz mocniej ściskając mi gardło- boję się, ciągle się boję, właściwie to coraz bardziej się boję, idę w ogień, a jestem przecież taka łatwopalna.
Nie mam z kim pogadać o moich lękach, dla większości są irracjonalne, dla innych histeryczne, jeszcze inni mają poważniejsze problemy, ludzkie problemy zawsze przecież cechuje daleko posunięty egoizm.
A co na to Lec?
Ile piruetów musi człowiek wykonać, by ludzie kręcili się wokół niego!

Kiedyś wydawało mi się, że mnie nic złego spotkać nie może, że szczęście mam wpisane w życiorys jak dzień urodzenia.
Kiedyś byłam obrażona na los za każdą drzazgę rzuconą pod nogi.
Teraz z trudem pokonując wielkie kłody doceniam to, co kiedyś było oczywiste i przez to niezauważalne.
Nabrałam pokory, zajęła ona miejsce ufności i beztroski.
Nie była to wymiana barterowa, czuję że straciłam więcej, że dopłaciłam do tej zamiany swoimi emocjami. Ech… a może to gorzknienie?
A może nareszcie dorosłam?
Bo jeżeli dorosłość to brak zaufania do ludzi, rozczarowania, liczenie tylko na siebie, smutek
i rzadkie chwile radości, to owszem- nareszcie dorosłam.

A co na to Lec?
Na drodze do szczęścia widzimy po obu stronach piękne wille, z ich okien przypatrują się spokojnie lokatorzy bezdomnym, idącym bez przerwy ku szczęściu.
Li, ciągle idąca Li.

Straciłam polot pisania na rzecz pisania budowlanych raportów:)

25 Maj, 2009
Sprzecznie z ideą wzniosłego i pełnego poświęceń macierzyństwa cieszę się wolnością od Młodszej.
Urocza ma córeczka, utrzymana w bezpiecznej i słodkiej odległości rozmowy telefonicznej, buszuje ze swoją klasą po Pieninach i to aż do piątku!
Z kolei w niedzielę Starsza leci na tydzień do Turcji, a w ogóle to jeszcze 27 dni i moje dziedzictwo genetyczne zacznie wakacje z dala od domu, a ja nareszcie zostanę sama- z budową i z większą ilością czasu.
Budowa absorbuje moje myśli, prawie nie ma w nich miejsca na nic i nikogo innego.
Dziś życie straciły kominy, zostały zmuszone do samobójczego skoku w dół, rozbiły się o ziemię, ich ponadstuletnie brzydkie i zmurszałe ciała skończyły żywot pośmiertnie przypudrowane pyłem, jakby ten make-up miał dla nich jakieś znaczenie.
Jutro załadowane na ciężarówkę, pojadą jak karawanem na cmentarzysko-śmietnisko im podobnych, pożałowane tylko przez wrony siadające na ich czubkach.
A ja zamiast żałobnego rapsodu nucę sobie radośnie, po raz kolejny odkurzając wpychający się bez zaproszenia do mieszkania pył, co niewątpliwie jest minusem mieszkania pod placem budowy. Ale za to w ramach jednego, jedynego plusa takiej sytuacji, w każdej chwili mogę iść sobie rzucić pańskim okiem na postępy robót.
Akcja budowlana zmienia się dynamicznie, dziś na strychu została znaleziona przerażająca rzecz, o której napisać nie mogę, ze względu na tzw. dobro śledztwa.
Ale niespodzianka była to istnie wybuchowa :)
A czym mi wybuchnie jutro?
Znowu z ciekawością chce mi się zaglądać za róg.
Li.

Notka sprawozdawcza, czyli pokazanie tego, co mnie ostatnio tak absorbuje :)

23 Maj, 2009
Podwórko straciło na urodzie przywalone stertami desek, ale dla mnie to najpiękniejszy widok. Widać, że dużo się dzieje, choć pierwsze tygodnie przebiegają pod hasłem wywalania ze strychu stert śmieci, drewna i największego koszmaru-polepy, która była podłogą strychu.
Jest jej kilka ton, to taka mieszanka gliny z popiołem i nie wiadomo z czym jeszcze, strasznie się kurzy!

Kamienica wygląda fatalnie, ale wbrew pozorom jest w dobrym stanie technicznym.
Za cztery miesiące będzie mieć dwa piętra więcej i piękną elewację! Marzy mi się taka w kolorze cegły z elementami ecru, jak na włoskim południu :)

Gdy na tyłach kamienicy stanęły pierwsze rusztowania, uwierzyłam że TO dzieje się naprawdę.


Tył jest nijaki, ale dodamy mu kolorytu. I to już ostatnie chwile życia tych małych okienek, znikną wraz ze zwalonym murem…

Ta żółta rura od środka jest czarna od polepy. Przez wykuty otwór zrzucane są dechy i śmieci, pył wiruje w powietrzu…

Robotnicy pracują. To mnie dziwi niezmiernie, ale oni naprawdę zwijają się jak mrówki. Często ich obserwuję. Tak wygląda strych od strony wejścia. Nic z niego nie zostanie, wszystko zostanie rozebrane, będzie nowy strop, nowe mury trzeciego piętra, a nad nimi czwarte piętro-poddasze.


Tak wygląda wybieranie polepy w pyle. Nawet okazał się fotogeniczny, udaje mgłę…W tym miejscu będzie moja sypialnia, a z niej wejście na prawo do łazienki. Leżąc w wannie będę widziała łóżko…


Marzyłam o chwili rozpoczęcia budowy, ciągle oglądałam plany, kupowałam wszystkie możliwe gazety o wnętrzach, a teraz gdy to już się dzieje, stres ściska mnie w pasie tak mocno, że brak mi tchu.

Wiele jest spraw w życiu z których można się wycofać. Ta do nich nie należy.

No to idę do przodu, jak mus to mus!

Li.


Przepuściłam kilka milionów.

21 Maj, 2009
W jednej z moich rzadko noszonych licznych torebek (bo tyle ich mam, a i tak ciągle noszę tę najbardziej ulubioną, ze skóry w kolorze czerwonego wina, szlachetnie sfatygowaną, kupioną na wyprzedaży w Singapurze, ciągle mnie bawi tak lekko rzucany zwrot: wyprzedaż w Singapurze, doprawdy-jakbym bywała tam dwa razy do roku… Tak oto można stać się snobem, albo co najmniej o snobizm być posądzoną. Singapur… ech, jakie to były cudowne wakacje… A torba jest śliczna, pakowna i na razie nie ma konkurencji) znalazłam kupon Dużego Lotka z 31-go stycznia 2009 roku. Zaledwie dwa zakłady na „chybił-trafił”, bo jak mam wygrać, to nie muszę zawierać ich więcej. Nie można przecież drażnić Losu zachłannością dziesięciu zakładów.
Pamiętam okoliczności jego zakupu- gram w totka raz na dwa lata, każdy raz wbija mi się dokładnie w pamięć, przekonaniem, że jak już gram, to po to by wygrać! A że porażek w życiu mi nie brakuje, mam więc nadzieję na rekompensatę od losu w postaci tego właśnie właściwego ciągu liczb. To przecież takie niewielkie wymagania!
Jechałam wtedy ze znajomymi i na stacji benzynowej postanowiliśmy zadbać o nasze szczęście.
Potem wrzuciłam kupon do torebki, poniewierał się gdzieś po dnie i dziś przy okazji generalnego sprzątania torebek, czynionego głównie w celu pozbierania tułających się po nich perfum, znowu się objawił. Zapomniałam o nim wtedy natychmiast, a teraz oglądając go takiego steranego torebkowym życiem myślę sobie, że nie wygląda na posłańca szczęścia.
Wymięty jak alkoholik w trakcie ciągu, wyblakły jak każdy więzień za długo przebywający w izolacji i tajemniczy jak każdy nie otwarty list bez urzędowej pieczątki.
Położyłam go obok laptopa, patrzę na niego, a moja wyobraźnia zaczyna podsuwać mi coraz bardziej fantastyczne obrazy- oto jestem tym nieznanym szczęśliwcem, który na stacji BP trafił „szóstkę” i do dziś nie zgłosił się po wygraną.
Oglądam ten kupon, zwijam go w rulonik, robię z niego „piekło-niebo”, poniewieram moją zapowiedzią szczęścia, aż robię z niego malutki samolocik i wysyłam przez okno w ciemną noc. Nie sprawdziłam liczb, a teraz gdy już nie mogę tego zrobić, zuchwale myślę sobie, że puściłam z wiatrem kilka milionów i taka rozrzutność od razu dobrze mi robi na moją lekko stłamszoną sprawami budowlanymi duszę.
Li.

O tym samym :)

20 Maj, 2009
Zostałam obudzona cudownym pocałunkiem na dzień dobry w postaci huku spadających ze strychu desek. No cóż… jakie pragnienia, taki pocałunek.
Dzisiejszą środę mam wyjątkowo pracowitą, a na pół przecina ją obiad z dziewczynami u Ilony. Zamawiamy sushi i dziś biesiadujemy u niej, bo I. nareszcie stosuje się do zaleceń lekarza i ograniczyła aktywność ruchową.
Ból jej nie opuszcza, choć Obcy po raz trzeci został wycięty i wysłany w kosmos. I doprawdy los mógłby sobie już darować kolejne części, niech to będzie jego ostatnia rola w tym serialu.
Ilona ma teraz na głowie aksamitne futerko, jakby stworzone do głaskania, bo minęło osiem tygodni od ostatniej chemii i natura wzięła się do roboty pobudzając do wzrostu jej włosy.
Trzeba tylko pilnować jej nastroju, nie pozwalając na wpadanie w dołki i będzie dobrze, bo przecież nie może być inaczej.
A teraz biorę sobie kubek z kawą i idę zrobić obchód i zdjęcia.
Przez okno widzę, że na podwórku jest już ogromny stos starych gratów, desek i cegieł zrzuconych ze strychu, rany boskie, TO naprawdę się zaczęło!!!
Ciągle z trudem sobie uświadamiam, że właśnie moje marzenia doszły do kresu swojej drogi, a teraz pozostał tylko drobiazg w postaci ich rea-Li-za-cji.
Miłego dla Was,
ciągle oszołomiona Li.

Raport z budowy.

19 Maj, 2009
Wypiłam sobie kawę z wykonawcą, stojąc na podwórku w hałasie i pyle.
Robota oglądana moim oczami laika z szaleńczą prędkością posuwa się do przodu.
Z liceum obok przyszła zestresowana pani z prośbą o „uciszenie się”, bo trwają matury
i uczniowie nie mogą się skupić. Trudno ciszej stukać młotkiem, ale wykonawca do czternastej wstrzymał wszystkie prace z piłą, a między 11.00 a 11.30 ma zapaść zupełna cisza- uczniowie będą wtedy słuchać tekstu z płyty. Rany boskie! Nasza budowa może mieć wpływ na oceny maturalne… Krzykiem rozhisteryzowanej sąsiadki w kamienicy vis-a-vis nie nikt się nie przejął, wiadomo że budowa jest procesem niezwykle uciążliwym zwłaszcza dla otoczenia, ale straszenie doniesieniem do Nadzoru Budowlanego jest żałosne. Aczkolwiek rozumiem ludzką złość, sama tkwię po uszy w tym hałasie, choć dla mnie on brzmi jak muzyka, lalala…:)
W domu mam bałagan straszliwy, Pani Jadzia będzie zdruzgotana- zadeptana podłoga, rozwalona ściana przy wejściu, elektryk podłączał sublicznik, a tego nie da się tego zrobić subtelnie, wszędzie zalega już wścibski pył.
Pies wrócił ze zrujnowanego podwórka z ubłoconym brzuchem i zanim się zorientowałam, malowniczo ubrudził wszystko to, co tylko był w stanie ubrudzić.
A to dopiero drugi dzień, rany boskie!
Z trudem dochodzi do mnie świadomość, że powiedziałam „A” i nie mogę nie powiedzieć „B”. Kamienica musi mieć dach, więc nie mogę z tego szaleństwa zrezygnować.
Ha, a jak ja nie chcę rezygnować! Wstąpiły we mnie nowe siły, czuję niesamowity przypływ energii, bo coś nareszcie zaczęło się dziać, po pięciu latach od kupna strychu, po przejściu Golgoty przeszkód urzędniczych, zaczął się proces właściwy i mam nadzieję, że bez zbędnej przewłoki się zakończy!
Pięć lat starań o pozwolenie na budowę, pięć lat marzeń i zmiany projektów!
Tyle się w tym czasie wydarzyło- rozpadło się moje małżeństwo, rozwiodłam się, straciłam najbliższą przyjaciółkę, sprzedałam mieszkanie, odbyłam cudowne podróże, a i tak teraz dzieje się coś, czemu nadaję numer jeden w hierarchii ważności.
Bo tamto wszystko jest już za mną, a mój dom będzie moją przyszłością.
Piękna mi się jawi ta przyszłość, piękna!
Miłego dla Was!
Li.

Prawie przegapiłam początek!

18 Maj, 2009
Dzwonek do drzwi wyrwał mnie spod pośpiesznego prysznica. Od rana byłam w poważnym konflikcie z czasem, istniała bowiem realna obawa spóźnienia w pewne miejsce spóźnień nietolerującego, stres tak mnie poganiał, że zapomniałam o najważniejszym…
… A za drzwiami stał mój wykonawca. Ani brew nie podniosła mu się ze zdziwienia na widok inwestorki owiniętej w ręcznik. Znaczy się- potrafi zachować zimną krew i za to mu chwała.
Ja pewnie miesiącami będę musiała odbudowywać swój autorytet, hehe…
Kilka zamienionych pośpiesznie słów dało mi tylko niedosyt, pędziłam potem z pracy jak na skrzydłach.
Jest wprost cudownie!
Na podwórku stoi już solidny kawałek rusztowania, prawie zamontowany jest dźwig, a ja z tej radości zrobiłam chłopakom kawę w moich największych kubeczkach i mam zamiar codziennie oddziaływać na nich personalnie oraz werbalnie.
Udało mi się też zupełnym przypadkiem rozwiązać problem toalety. Otóż okazało się, że słusznie zainteresowałam się drzwiami niby donikąd, co to nie wiadomo do kogo należą, a są brzydkim pryszczem na ścianie korytarza. Za tymi drzwiami odsłoniła swoje oblicze obskurna toaleta, ale i tak designe ma lepszy niż latryna na podwórku.
No i jest w niej bieżąca woda, co od razu rozwiązuje problem poboru wody dla prac budowlanych. Teraz tylko ustalę właściciela, założę licznik na wodę i kolejna przeszkoda pokonana.
Pada sobie drobny deszczyk, wszystkie koty siedzą w oknie i z zainteresowaniem obserwują co się dzieje. A dzieje się sporo i w dodatku to dzianie się bardzo hałasuje. Chłopaki montują windę, mocując ją w ścianie, sypie się tynk, młot stuka w pięknym rytmie, mhmmmm…. nie przypuszczałam nawet, że może to być taki podniecający rytm. A melodia piły? Symfonia!
Stojąc w oknie piję sobie kawę i czuję, że moje lęki na razie poszły straszyć kogoś innego.
Do jasnej ciasnej, przecież to tylko budowa domu!
Skoro Ludwik Szalony dał radę, dam i ja.
Albo i nie dam, ale to temat na przyszłą jęczącą notkę.
Na razie jestem pełna energii i preferuję opcję :”dziarski krok i pierś do przodu”.
Hm…
No!
Li.

Do Ciebie.

16 Maj, 2009
Od pewnego czasu patrzyłam na Twój związek z mężczyzną i widziałam jak usychasz z niekochania i z powodu chronicznego braku czułości.
Widziałam jak cierpisz z powodu braku dotyku.
Słyszałam jak z powodu braku intymnego szeptu matowiał Twój piękny głos.
Wiedziałam, że miotasz się w potrzasku braku pieniędzy na wyjście z tego pięknego domu tylko ze swoimi rzeczami, dzieckiem i psem.
Dzień po każdym dniu, a przed innym takim samym dniem, był dla Ciebie pretekstem do dawania mu nowej szansy na zmianę, ciągłym łudzeniem się, że on znajdzie zgubionego siebie
i popatrzy na Ciebie znowu tamtymi oczami, że weźmie Cię w te same, szerokie ramiona, że otuli na nowo poczuciem ciepłego bezpieczeństwa, że przeprosi Cię za małżeńskie lata zlodowacenia,
a jego przeprosiny znowu wleją się w Twoje zmarznięte serce falą ciepła.
Że on…
On jest pełen sprzeczności. Wychowano go tak, że nie umie kochać.
Wie o tym, czasem w chwili szczerości przed samym sobą, rozpaczliwie stara się wyjść poza narzucone mu wychowaniem ramy, one jednak z biegiem lat są już stalową klatką, poza którą wyjść nie potrafi. Ale to nie Twoja wina!
On wie co powoli traci, ale ciągle łudzi się, że mu wybaczysz, choć nigdy o to wybaczenie nie prosi, bo to Ty przecież powinnaś czytać z jego gestów, półsłówek, a najlepiej to z myśli.
On nie będzie umiał bez Ciebie żyć, ale do tego się nie przyzna.
Będzie cierpiał, pewnie będzie sporo pił, ale tego nie powie, bo wychowano go tak, by nie okazywał emocji.
Potrafi widowiskowo okazywać jedynie agresję.
A Ty?
Nagle poczułaś, że nie chcesz już liczyć na to, że on się zmieni.
Nagle poczułaś, że masz siłę na to, by zacząć liczyć na siebie.
Teraz tylko czekasz na ten dzień, gdy ze swoimi rzeczami, dzieckiem i psem zamkniesz za sobą drzwi domu i poczujesz wolność wyboru.
Bo życie z mężczyzną ma sens tylko wtedy, gdy dotyk jego dłoni koi Twoje ciało, gdy jego oczy są pełne ciepła tylko dla Ciebie, gdy jego słowa Cię uskrzydlają, gdy chcesz oddychać jego ustami… pamiętaj o tym, że niemiłość jest gorsza niż nienawiść, czyni większe spustoszenia, wypala od środka, wyjaławia, zabiera Ci szansę na inną miłość.
Ileż tej niemiłości wokół, jest stałym wątkiem w materii życia.
Niemiłość- uczucie podstępne, tchórzliwe, bolesne.
Nigdy nie przychodzi nagle, nie jest prostym odwróceniem miłości, bo nie uderzy jak piorun,
nie wywoła drżenia-wzruszenia i błyszczących oczu…
Niemiłość jest rakiem miłości. Toczy.
Powoli zżera ciepło, wspólność, czułość. Nie pozwala już na terapię dotykiem.
Odpycha czuły gest, broni przed pocałunkiem, patrzy drwiąco na niedoskonałości ciała,
nie zauważając że sama w lustrze się nie odbija,
a lustro jest przecież prawdomówne- jakim przerażającym widmem musi być niemiłość,
że nie chce jej oglądać nawet lustro?
Tyle tej niemiłości- u Ciebie i u Ciebie. I u Ciebie mój przyjacielu, i u Ciebie moja miła…
Wy, tak o Was mówię, też w niej trwacie, oszukując się jeszcze wzajemnie, ale już powoli otwierając oczy w zrozumieniu i poczuciu klęski.
Czasem sobie tak myślę, że niemiłością człowiek omija zakaz tortur.
Bo nic tak nie boli, nic. Dobrze o tym wiem.
Experto credite.
Wracaj do siebie samej, dość już byłaś „u niego”.
Li.

To ostatnia sobota…

16 Maj, 2009
Dochodzi dziesiąta, a w domu cudowna cisza. Młodsza od wczoraj u babci, Starsza śpi. A za oknem szaro, co mnie cieszy- niech pada jak najwięcej przez najbliższe trzy tygodnie.
Na tę intencję mogę codziennie jeździć do myjni i wywoływać deszcz.
Przeciągam się leniwie, piję pierwszą kawę, po wczorajszej Nocy Muzeów do domu wróciłyśmy po pierwszej w nocy, ale warto było!
Ta Noc Muzeów to fajna sprawa.
I nawet nie dla wolnego wstępu, bo kolejki do najatrakcyjniejszych miejsc były dla nas mało kuszące, ale dla atmosfery. Nie lubię oglądać sztuki w tłumie, zaburza mi to jej odbiór, ale warto było pokazać dzieciom miejsca, do których na pewno musimy wrócić i ludzi, którzy chcą czegoś więcej poza codziennością.
Byłam z kolegą, moją Starszą i jej dwiema koleżankami, dziewczyny ogarnięte pasją fotografowania chciały koniecznie iść do Muzeum Fotografii, ale udało nam się po drodze być i w Collegium Maius i w Muzeum Wyspiańskiego, gdzie na dziedzińcu kwartet smyczkowy klimatycznie grał Vivaldiego. Ciekawym odkryciem był schron przeciwlotniczy w Parku Krakowskim, ale do niego była tak długa kolejka, że zwiedzanie środka szczęśliwie zostało mi oszczędzone.
Zastanawiam się jak uczcić ostatnią wolną sobotę przed rozpoczęciem budowy.
Wczoraj w nocy długo stałam ze znajomym przed frontem kamienicy i usiłowałam wyobrazić sobie, że za cztery miesiące będzie ona wyższa o dwa piętra, piękniejsza o elewację (chcemy zrobić ją w kolorze przytłumionej cegły, a wszelkie ozdobne elementy przy oknach mają być ecru, będzie to nieźle wyglądać przy brązowym dachu) i nawet mojej wyobraźni zabrakło wyobraźni!
Gdy już wejdę na tę budowlaną ścieżkę, nie będę mieć drogi odwrotu- muszę iść do samego końca, bo to co za mną już nie będzie istniało.
Moim motorem jest marzenie i wielkie pragnienie zdobycia swojego miejsca na ziemi. Ale ten motor będzie tankował i stres i strach i wszystkie moje lęki, to takie paliwo, po którym może się krztusić i jechać wolniej.
Gdy przyjdzie jednak na mnie chwila załamania, będę pamiętać co na to Lec:
Gdybym się nie był załamał, byłbym skostniał.
Mogę robić nic, mogę do końca życia mieszkać w wynajętych mieszkaniach, mogę kupić sobie jakieś „zwykłe trzy pokoje”, mogę darować sobie ten wielki wysiłek, te lękostresy, ale wiem, że gdybym zrezygnowała z realizacji tego właśnie marzenia, to wielkie poczucie straty i niespełnienia przygniatałoby mnie do końca moich dni, dławiąc radość i wiążąc na supły niespełnienia moją fantazję.
Gdy czasem robię remont swoich wspomnień, widzę jak wiele w życiu już straciłam przez zaniechanie i jak każdego dnia tracę życie.
Jeśli teraz zrezygnuję, to dokonam samookaleczenia, bo tą decyzją obetnę sobie skrzydła, a obcięte nigdy już nie odrastają.
A ja przecież jeszcze chcę pofruwać sobie po świecie.
Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni, co mnie nie zabije, to mnie wzmocni, co mnie nie zabije, to mnie wzmocni… powtarzać, powtarzać, powtarzać po 1000 razy dziennie.
I jeszcze to: musi mi się udać. Bo niby dlaczego nie?
Miłego dla Was!
Li.

Po spotkaniu, po spokojnej nocy i pijąc pierwszą kawę.

15 Maj, 2009
Ech, a jednak nie ma co się bać ludzi i znowu nabrać więcej zaufania do tego gatunku.
Wczorajsze i – wbrew moim urojonym lękom – spokojne spotkanie wykonawcy ze współwłaścicielami kamienicy zaowocowało nie tylko wzajemnym zrozumieniem, ale i wiążącymi ustaleniami co do wspólnych działań w trakcie naszej nadbudowy, jak choćby zrobienie elewacji. Na razie kamienica straszy obtłuczonymi tynkami i ogólną brzydotą, ale po gruntownym liftingu będzie śliczna, a już na pewno najładniejsza na ulicy, o!
I tak sobie myślę, że we właściwym momencie spadła z dachu papa na chodnik, a wcześniej kawał gzymsu. To zrobiło na nich wrażenie :)
Przede mną ostatni spokojny weekend przed budową.
Od poniedziałku zacznę odliczać dni do końca września, w takim terminie ma stanąć stan surowy zamknięty, z oknami i dachem. Potem instalacje i szaleństwo z wykończeniem, zwłaszcza to będzie cu-dow-ne! I za rok o tej porze, w taki słoneczny, leniwy piątek jak dziś, gdy nie będę musiała iść do pracy, będę pić kawę na swoim tarasie i patrzeć na wylegujące się na słońcu koty.
Pewnie, że się boję.
I tego się boję i tego i tego też. Boję się katastrofy budowlanej, boję się gwałtownej wichury, powalającej świeżo wybudowane mury.
Boję się przykrych niespodzianek, boję się problemów technicznych, o rety, a jak się boję problemów finansowych!
Boję się uporczywych opadów, pewnie będę wariować z niepokoju, gdy nie będzie dachu, będę o tym pisać i będę nudnie monotematyczna, ale i coraz szczęśliwsza.
Wybuduję sobie dom i zasadzę drzewo.
A potem się zobaczy…
Miłego dla Was!
Li.

Przed wszystkim, a zwłaszcza przed spotkaniem.

14 Maj, 2009
Moja wolność jest bardzo zaborcza. Jestem wolna, a zajęta.
Mogę robić co chcę, a robię to, czego robić mi się nie chce.

No proszę, jak sobie coś zdefiniuję, to jakoś od razu łatwiej mi znieść krępujące mnie kajdany, a zwłaszcza kajdany mojego zawodu (to już będzie przynudzanie, jak po raz kolejny napiszę, że wolny zawód jest najbardziej wyrafinowaną formą niewolnictwa?
Poza tym, definicja ma to do siebie, że w drodze empirii można ją zmienić.

Dziś musiałam jechać poza Kraków w miejsce gdzie absolutnie być mi się nie chciało, do ludzi na których patrzeć mi się nie chciało, musiałam mówić rzeczy płynące wyłącznie z mojego języka, a odrzucone przez mój umysł, koncentrować uwagę na sprawach absolutnie tego nie wartych,
a gdzieś poza mną dzieje się tryskająca świeżą zielenią wiosna!
Nie leżałam w tym roku jeszcze na trawie (choć tak sobie myślę, że z pożytkiem dla moich nerek), nie snułam się bez celu nad Wisłą, nie byłam w Tyńcu, możliwe też, że nie widziałam żadnej gwiazdy- nie pamiętam bym podnosiła głowę do góry.

Codzienność nieznośnie udaje lekkość bytu, a ma wdzięk dobrze rozwiniętego hipopotama- niby łagodna, a pokazuje zęby. Muszę to wszystko co rysuje się przede mną przetrwać, nie mam czasu na igranie z wyobraźnią, bo mogę przegrać z realnym życiem. Stanęłam na ziemi i zrzuciłam szpilki, szybciej chodzę w balerinkach, to i szybciej załatwiam ważne sprawy.

Ale buty są czerwone!
Mam spore obawy przed dzisiejszym spotkaniem ze współwłaścicielami w sprawie budowy.
Na szczęście obok mnie jest L., zrównoważona, rozsądna L. Dzięki niej jakoś jeszcze trwam.
Jej spokój dotyka chłodną dłonią moje rozgorączkowane czoło.
Studzi mnie, tłumi ogień, jak się nie zabijemy pod drodze, to obie będziemy mieszkać pod jednym wspólnie wybudowanym dachem.
A teraz zamykam myśli, kończę kawę i zabieram się za pracę, bo czymś muszę płacić za te cegły ;)
Miłego dla Was!
Li

Noc jest najpiękniejszą porą dnia.

11 Maj, 2009
Oddałam auto do myjni i dzięki temu spadł deszcz, powinnam za to dostać specjalne podziękowania od Ministra Rolnictwa.
Może i od Straży Pożarnej?
Siedemdziesiąt pięć złotych za mycie z woskiem ręcznie nakładanym nie wydaje się wygórowaną ceną za nawilżenie gleby.
Burza zrobiła swoje porządki, a za grzechy grzmotów, huków i błysków zostawiła tęczę o idealnej figurze łuku z początkiem na wyciągnięcie ręki i z końcem gdzieś przecież niedaleko…
Tęcza zawsze ma w sobie iluzję bliskości, biegniesz w jej stronę, bo ona już jest za tym domem, za tym drzewem, za łąką, widzisz ją wyraźnie, wyciągasz rękę, a tam pustka…
Ale Ty przecież znowu ją widzisz wyraźnie, iluzja wciąż kusi…
Odwróciłam wzrok i popatrzyłam w drugą stronę na fantastycznie podświetlone słońcem chmury, wisiały nad maistem z bezlitosną zapowiedzią dalszego deszczu.
Wracałam o lekkim zmierzchu do domu, po dniu który pomiędzy swoimi godzinami boleśnie poobijał mnie zmęczeniem. Miałam wieczorem iść na kolację, umówiona byłam od dawna, ale bez żalu odwołałam spotkanie.
Chciało mi się miękkości kanapy i pieszczot dzieci, wariactw kotów, męczącej obecności Pani Ewy- ta kobieta o złotym sercu potrafi wychodzić ode mnie przez pół godziny, nie przestając mówić ani przez chwilę, a co gorsza w kółko powtarzając to samo.
Chciało mi się zielonej herbaty i zobaczenia radości na twarzy Starszej- na imieniny kupiłam jej wymarzony przez nią aparat do „robienia prawdziwych zdjęć”, zwykła cyfrówka nie pozwalała podobno rozwinąć jej skrzydeł, nie mówiąc o braku możliwości ustawienia ostrości, a narzekania na te niedogodności miały trafić dokładnie do moich uszu i dokładnie w okolicach jej imienin.
Trafiły i pięknie zbiegły się w czasie z niezłymi wynikami wywiadówki, rzekłabym nawet-bardzo niezłymi i niech już będzie, że kupiłam jej prezent i za oceny. A może trochę i za to, że tata zapomniał o imieninach, widocznie nie miał poczynionych odpowiednich zapisów w swoim elektronicznym notatniku, ta technika tak często zawodzi, trzeba jednak na wszelki wypadek mieć kopię w konwencjonalnym zapisie, a najlepiej to w sercu.
A teraz przez okno szeroko otwarte wpada mi zapach umytego miasta, złamany ozonem.
Obok mnie kubek z herbatą, dzieci już śpią, a ja robię nic, słuchając muzyki, turlając literkami i ciesząc się sobą.

Znowu ta noc jest tylko dla mnie, stałam przez chwilę w ciemnym oknie i byłam panią tej chwili.

Chce mi się być szczęśliwą, tylko muszę jeszcze trochę się pomęczyć :)

Miłego dla Was!

Li.

Noc z trollami.

9 Maj, 2009
Dziś odkryłam przepis na nieudaną sobotnią noc.
Naprawdę prosty, można podrzucać go wrogom do realizacji, wykończą się sami.
Otóż wystarczy mieć córkę z zacięciem towarzyskim.
Bierzemy jedną córkę i pozwalamy jej w ramach obchodów dziesiątych urodzin na zaproszenie bliżej nieokreślonej ilości koleżanek na tzw. piżama party.
Takie działanie z całą pewnością daje nam gwarancję, że my spać nie będziemy (ale przecież nie śpi ktoś, żeby spać mógł ktoś). Nie śpię więc, ale niestety prawie o wpół do drugiej w nocy nie śpią też dziewczynki w liczbie dziewięciu- udało mi się je nareszcie policzyć. Aby być pewnym, że noc będzie ciężka, przed imprezą należy ulec prośbie córki i kupić wielką ilość rzeczy niedozwolonych na co dzień. Z cała pewnością czeka nas rozrywka w postaci łagodzenia bóli małych brzuchów- ilość wrzuconej w te brzuchy coli, chipsów, czekoladek i ciasteczek wymaga interwencji kropli żołądkowych i parzenia hurtowej ilości herbaty.
Obecnie realizowane są skutki picia herbatki, no i rany boskie, ileż można sikać???
W moim domu o wpół do drugiej w nocy stoi kolejka do toalety, złożona z małych, rozczochranych trolli w piżamkach.
Trolle zajęły wszystkie trzy łóżka, na mnie czeka karimata, wcale nie kusząco rzucona w rogu pokoju.
Nalewam sobie wina i …uruchamiam wyobraźnię, od czegoś ją w końcu mam… wyobrażę sobie świetlistą przyszłość wakacyjną, gdy zostanę sama… ooooch!
Byle przetrwać do rana.
Miłego dla Was!
Li.

Druga, ale więcej liczyć nie będę!

8 Maj, 2009
Czuję się jak pod markizą na włoskim południu.
W związku z tym piję sobie zimne chianti i udaję, że jestem w stanie dolce far niente.
Naprawdę to jestem jeszcze w pracy, ale mam przy sobie młodsze dziecko, które bezkarnie konferuje przez telefon i rżnie w gry na kurniku.pl.
A ja mam w głowie wielki chaos i usiłuję zrobić sobie w sobie porządek.
Od kilku dni odsunęłam sprawy zawodowe na plan dalszy, pewnie niesłusznie i pewnie za to zapłacę, ale na razie jestem pochłonięta sprawami budowlanymi i nieustannym korygowaniem kosztorysu.
Otóż stała się rzecz niesłychana -spadły ceny materiałów budowlanych i to spadły porządnie, boleśnie tłukąc sobie tyłki.
Kosztorys z cenami z pierwszego kwartału 2009 roku jest w związku z tym znacznie zawyżony, co oczywiście cieszy mnie niezmiernie. Takie czasy nadeszły, że podniecam się cegłą POROTHERM 44, cementem portlandzkim, folią paroizolacyjną i takimi tam innymi cudownymi brzmiącymi we mnie jak muzyka.

Moja ulubiona koleżanka K. właśnie wprowadza się do swojego domu i powiedziała mi ostatnio, że na swoje szczęście nie miała świadomości kosztów, bo inaczej nigdy w życiu nie zaczęłaby tej inwestycji.
A ja mam w sobie nieprzebrane pokłady optymizmu i beztroski, oraz bezczelnego, zarozumiałego, pełnego pychy przekonania, że ta właśnie rzecz w życiu mi się uda.
A jeżeli ktokolwiek zna jakikolwiek powód, dla którego miałaby się nie udać, niech go powie teraz albo zamilknie na wieki.
Miłego dla Was!
Li.

PIERWSZA!

8 Maj, 2009
Przeprowadzki mają swój nieodparty urok w postaci przekonania, że nowe to coś lepszego i ciekawszego. Rozglądam się po tym panelu, wciskam kolejne guziczki, podobają mi się możliwości tego bloga, a zwłaszcza łatwość wyrzucenia nieproszonych gości. Jutro zajmę się kolorami na ścianach, rozkładaniem mebli, wieszaniem obrazów i już będę mogła czekać, aż do mnie traficie.
Cieszę się z tej zmiany, bo daje mi ona radość swobodnego pisania!
Choć Nemo pewnie uschnie z tęsknoty, a kobieta-koń straci codzienną rozrywkę, zamknęłam im dostęp do siebie, to doprawdy okrucieństwo nie do przyjęcia.
I o czym będą rozmawiać wieczorami?
Ale za to ja zyskałam wolność dla moich literek, wyszły z więzienia o zaostrzonym rygorze, gdzie kobieta-koń w charakterze klawisza pilnowała każdego słowa.
Smakują teraz wolność i odzyskały chęć do wypadania spod klawiszy na białą kartkę ekranu. I nawet nie trzeba ich resocjalizować, bo przecież było to więzienie polityczne ;-)
A co na to Lec?
Czasem człowiek w węższym kręgu swobodniej oddycha.
Miłego dla Was!
Li.