Ogłoszenie parafialne jeszcze wielkiej wagi.

22 marca, 2013

Nareszcie dopełzłam do spokoju piątkowego wieczoru.
Nic już nie muszę, zajmuję się sobą i Waszymi mailami.
Wcześniej naprawdę nie miałam czasu,
choć pamiętam, pamiętam że miałam zaspokoić Was do czwartku,
no cóż… słowo kobiety jest słowem puszczonym na wiatr.
Cierpliwość jest cnotą, kto cierpliwie czekał,
ten zaraz się doczeka:))

Pamiętacie jak pisałam o książce Joanny Fabickiej „Idę w tango, czyli romans histeryczny”? Śmiałyśmy się z niej do łez.
Joa napisała kolejną książkę, inną, zaskakującą,  Agnieszka Holland porównała ją do Almodovara i ja się z tym porównaniem zgadzam.
Mocna, dobra rzecz, polecam Wam wcale nie po znajomości,
a absolutnie z przekonaniem.ZaproszenieFabicka_04

Joa zaprasza na spotkanie, szczegóły na zaproszeniu.
W ostatnim „Zwierciadle” jest z nią wywiad,
ech… to moja bratnia dusza.
Łyk kawy, odgarniam włosy, poprawiam się na krześle
i dziś każdy z Was (ha, mężczyźni też do mnie napisali:),
dostanie ode mnie maila.
Jednocześnie, w związku z nową książką Joanny
nie pytajcie co z moją książką.
Będzie! Kiedyś! Jak już to dzieło (się)napisze!
Bo nie wiem dlaczego,
ale w tym akurat przypadku kompletnie w siebie nie wierzę.
:-(
Z rzeczy bardziej przyjemnych donoszę,
że dziś jest dwudziesty dzień zmiany sposobu jedzenia,
waga pokazuje o 4,30 mniej.
To chyba dobry wynik, co?
:-)
Choć moja pani doktor twierdzi, że to trochę za dużo.
Pamiętajcie!
Maksymalnie chudnijcie do kilograma tygodniowo,
a nie będzie efektu jo-jo.
No i koniecznie masaże!
Moja masażystka wtarła wczoraj we mnie
takie ilości pachnącego miodem balsamu,
że czułam się jak pszczoła i chciało mi się bzykać.
;-)
Li.


Jak dobrze, że jest nas więcej:)

19 marca, 2013

Kochane Kobiety!
Dostałam ponad 100 maili, jestem w lekkim szoku:)
Zwlokłam się niedawno do domu,
muszę się zreanimować i zacznę odpisywać.
Musicie mi niestety dać trochę czasu.
Powiedzmy, że wszystkich zaspokoję do czwartku.
Oczywiście, że stworzę sobie zgrabny wzór
i do wszystkich wyślę to samo,
niemniej jednak muszę te kartki dobrze opisać.
By wszystko było jasne
i by potem nie było na mnie za brak rezultatu.
Na razie jestem kompletnie wykończona pracą,
wiadomo-wtorek-potworek.
Li.


Przelotem o śniadaniu.

19 marca, 2013

Dostałam bardzo dużo maili, obiecuję odpisać wieczorem.
Teraz muszę już niestety zabierać się do pracy.
Ale jestem po pysznym śniadaniu:
70 g węglowodanów (chleb pszenno-żytni 3 kromki)
40 g białka- zblendowany z kiełkami brokułów i szczypiorkiem biały ser 0%, na to grube plastry gotowanego korzenia pietruszki i czerwona papryka.
Przepyszne!
Kawa oczywiście ze spienionym mlekiem
(mleka można do 350 ml, do 2% zawartości tłuszczu),
a teraz mam przed sobą drugą:)
Drugie śniadanie (60 g węglowodanów i 40 g białka)
zjem przed południem.
Zrobiona kanapka czeka w lodówce.
W międzyczasie wypiję sok pomidorowy Tymbarku.
Jak mi się będzie chciało.
Najważniejsze, że mam bardzo dużo energii,
nie czuję głodu i widzę efekty.
To bardzo uskrzydla.
Li.


Nie odkrywam Ameryki:)

18 marca, 2013

Największą niespodzianką był dla mnie fakt,
że aby schudnąć trzeba łączyć węglowodany złożone z chudym białkiem.
Do tej pory, gdy miałam na talerzu
ziemniaki, mięso i surówkę, to zjadałam mięso z surówką,
a ziemniaki zostawiałam.
Errare humanum est, straszliwie błądziłam,
bo właśnie trzeba było jeść te ziemniaki z mięsem
(pod warunkiem jednakże,
że z chudym i z grilla, albo z pary).
Warzyw można jeść, ile się chce,
są czynnikiem powodującym sytość,
nie wchodzą do bilansu kalorycznego.
Pomijać należy niestety tylko awokado,
które uwielbiam, ale nic to, odbiję sobie w przyszłości:)
Węglowodany złożone to: ziemniaki, kasze, ryż, najlepiej mieszany z brązowym, makaron, najlepiej ciemny, kukurydza konserwowa.
Białko to: wędlina chuda-drobiowa, wołowa, cielęca,
chudy biały ser, jajka (cztery tygodniowo),
chude ryby (pstrąg, tuńczyk, dorsz, mintaj, morszczuk, leszcz, szczupak, sandacz, tilapia, sola), mięso z indyka, kurczak, wołowina, cielęcina, królik, dziczyzna, soczewica, fasola, ciecierzyca, groch, soja.
Owoce-można zjeść 20 dkg dziennie- jest to jedno duże jabłko,
lub prawie cały kubek borówek amerykańskich.
Banany i winogrona są zakazane :(

Napiszę Wam główne zasady, a kto będzie chciał szczegóły,
to niech pisze maila- wyślę mu skany kartek z zaleceniami
i przepisami, jakie dostałam od lekarza.
Przy czym uprzedzam- wartość kaloryczna była obliczana pode mnie.
Podobno do życia potrzebuję 1850 kcal.
Oczywiście rozsądnie rozłożone,
gdy je zjem w dwóch posiłkach, to przytycie murowane.
Wtedy nie przytyję, ale też nie schudnę.
Tym samym, aby schudnąć, muszę mieć deficyt kalorii.
Posiłki więc mam obliczone na 1400 kcal.
ZASADY:
1. Jedzenie trzeba ważyć, w związku z czym zakupiłam niezwykłej urody wagę kuchenną- naprawdę bardzo ładnie komponuje się w mojej kuchni.
Odchudzanie odchudzaniem, ale ładność też musi być.
2. Dzień podzielony jest czterema głównymi posiłkami.
3. Można jeść pomiędzy posiłkami, ale tylko określone rzeczy
(jogurty, maślanki, kefiry do 70 kcal w 100 g i ile się chce warzyw).
4. Śniadanie trzeba zjeść do ósmej rano i nie później niż do godziny od obudzenia się.
Wtedy pobudza się metabolizm do działania.
5. Ostatni posiłek należy zjeść na 2-3 godziny przed położeniem się spać, i to jest cudowne dla kogoś,
kto tak jak ja chodzi spać o drugiej w nocy:)
6. Minimalna przerwa między posiłkami musi wynosić 3 godziny, a maksymalna nie może przekraczać pięciu godzin.
I TO JEST PODSTAWOWA ZASADA!
7. Nie można pić alkoholu, blokuje metabolizm.
8. Codziennie do posiłków trzeba wykorzystać 15 g (3 łyżeczki) oleju lub oliwy, do podsmażenia lub do sałatki
9. Do każdego posiłku oraz pomiędzy posiłkami (ALE NIE ZAMIAST!) można jeść dowolną ilość warzyw, których nie musisz ważyć. Ważysz tylko węglowodany i białko.

Dla mnie ważne jest to, że:
– zupełnie nie czuję głodu, bo jem następny posiłek zanim mój żołądek zacznie się odzywać.
Nie dostaje więc sygnału, że grozi mi głód
i trzeba zacząć mobilizować się do magazynowania i tworzenia zapasów (nie bójmy się tego słowa) tkanki tłuszczowej.
– zupełnie nie mam ochoty na słodycze, nawet na ptasie mleczko!
– mam bardzo dużo energii i świetny humor po każdorazowym zejściu z wagi.
– czuję jak stabilizuje się mój kompletnie rozwalony metabolizm
-przez 16 dni, odkąd zaczęłam jeść, ani razu nie bolała mnie głowa
– na śniadanie jem ogromną razową bułkę (70 g węglowodanów) z białym serem (40 g białka), albo pastą z soczewicy, albo z pastą jajeczną i górą warzyw- pomidorami, bazylią, mnóstwem kiełków, ogórkami konserwowymi, kiszonymi, papryka dla zaostrzenia smaku.
– wymyślam fajne obiady i zmuszam moje dziewczyny do solidarności,
ostatecznie matkę ma się tylko jedną, prawda?

Ufff… na razie tyle, jutro opiszę posiłki i stosunek węglowodanów do białka.
Trzeba ważyć jedzenie, to bardzo ważne.

Jak Wam się podoba?
Li.


Pochłania mnie coś, dzięki czemu jest mnie mniej.

18 marca, 2013

Jestem bardzo zajęta sobą i nie mam czasu na bloga.
Stwierdzam to bez specjalnego żalu,
bo wiem, że nadejdzie dzień,
gdy potrzeba pisania znowu ze mnie wytryśnie,
jak nie przymierzając
bzdury z ust profesor Pawłowicz.
Zajęta jestem sobą, dziećmi (matura!) i pracą.
No i czasem statlerem, ale to głęboka tajemnica.
Najbardziej jednak zajęta jestem swoim odchudzaniem.
Podeszłam do sprawy niezwykle nieufnie,
zdecydowana właściwie na radykalną interwencję chirurgiczną,
termin operacji mam wyznaczony na 8-go kwietnia.
Waszym domysłom pozostawiam co miałam sobie zrobić,
nie było to zbyt mądre, ale na pewno skuteczne.
Nieodwołalnie jednak pozbawiłoby mnie niezwykłej
przyjemności jedzenia i picia dobrego wina,
a co za tym idzie pisania moich przepisów.
I co to byłoby za życie?
Jedzenie przestałoby mi się kojarzyć z udanym seksem,
byłoby jak zwykły i pospieszny
małżeński obowiązek… ech,
szkoda mi było tych kolacji przy świecach
i spotkań na kawie,
beztroskiego siedzenia przy chwiejnym stoliku
gdzieś pod włoskim niebem.
Dlatego dałam się namówić i poszłam do lekarza-dietetyka.
Przeżyłam szok, z którego nie otrząsnęłam się do dziś.
Pani doktor, przemiła i bardzo kompetentna miała dla mnie trzy godziny czasu,
wymuszone głównie moim chwiejnym stanem emocjonalnym,
haha… śmiech i łzy.
Dobrze, że byłam ostatnią pacjentką.
Przewróciła do góry nogami całe moje dotychczasowe
mniej lub bardziej (a z reguły mniej) odchudzanie.
Wykazała mi wszystkie moje błędy,
bezmyślne stosowanie się do modnych diet,
a już nie daj Boże do Dukana.
Jeżeli chcecie, to Wam napiszę,
na czym polega moje odchudzanie,
nazwane nie dietą, a innym sposobem żywienia.
Dość powiedzieć, że jeszcze nigdy
tyle nie jadłam,
bo tu panuje zasada: aby chudnąć, trzeba jeść.
Głodówka i nieregularne posiłki są największym głupstwem,
jakie można sobie zrobić,
poza głodówką dla oczyszczenia organizmu, rzecz jasna.
Chcecie?
Przez 16 dni schudłam 3,90 kg.
Czuję się fantastycznie!
Li.


Najlepszego!

13 marca, 2013

Bąbelek

No i jak nie kochać tego Bąbelka, no jak?

Miałam pisać notkę o odchudzaniu, ale wolę iść do wanny.
(Piana sięga sufitu).
Mój brat ma dziś 40-te urodziny i zupełnie nie rozumiem,
jak to jest możliwe?
To przecież mój młodszy brat,
a ja przecież jeszcze nie mam czterdziestki.
(Cuda Panie, cuda!)

Życie nie ogląda się wstecz,
podzielone urodzinami, śmierciami, ślubami, pogrzebami,
powykręcane od problemów,
z bólem, z cierpieniem, z tęsknotą,
jednak -pomimo- cieszy, cholernie cieszy.
Li.


Może ktoś opowie dowcip?

11 marca, 2013

Tusk pyta Palikota:
-Biedroń jest na Grodzkiej?
-Nie, w Kaliszu.
:)


Tytułem usprawiedliwienia za poprzednią notkę.

10 marca, 2013

Napisanie na publicznym blogu o swoim złym nastroju
i ogólnej niechęci do świata i życia
niesie za sobą brzemienne we wnioski skutki.
Po pierwsze: w swoich własnych oczach wychodzi się na
rozhisteryzowaną idiotkę.
Po drugie: daje przyzwolenie na użalanie się nad sobą,
czego przecież staram się unikać.
Po trzecie: dostarczam uciechy licznie
tu zgromadzonym nieżyczliwcom,
a przecież miałam ich zagłodzić na wirtualną śmierć.
Tak, nie mam najlepszego okresu w życiu,
dupa, dupa, tu też dupa.
Nie mam wsparcia u nikogo,
jestem samotną wyspą,
albo raczej stoję za sterem na chybotliwej łajbie,
gdzie przywiązane do masztu siedzą razem ze mną moje córki,
pokładające we mnie nieuzasadnione zaufanie
i nadzieję.
Chciałabym ich nie nie zawieść,
chwilowo jednak czuję się tak beznadziejnie,
że muszę się na nich wspierać.
Dobrze, że są takie wybujałe.
Czasem słońce, czasem deszcz.
Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija.
Li.


Tytułem usprawiedliwienia nieobecności.

10 marca, 2013

Nie ma mnie.
Sama siebie zgubiłam i nie umiem odnaleźć.
Nie ma mnie i na razie nie ma widoków
na zmianę tej sytuacji.
Życie w wirtualu ma sens tylko wtedy, gdy real cieszy.
Nie wiem, kiedy tu wrócę, nie wiem czy wrócę,
może już wyrosłam z blogowania,
a może tylko jestem zniechęcona.
Albo nie mam światu już nic do powiedzenia.
Smutno mi i tyle.
Li.


O dupie Szarego i innych.

4 marca, 2013

Starsza uczy się do matury.
Bardzo dużo się uczy.
(To niezwyczajna w naszym domu sytuacja).
Ma bazę na swoim łóżku, obłożona książkami i kotami,
w lekkim (hm!) bałaganie
chłonie wiedzę niezbędną
do spowodowania zadowolenia matki.
Bo wiele mogę wybaczyć,
ale słabo zdanej matury nie wybaczę.
W międzyczasie robi zdjęcia
oczu Bobcia, wpatrzonego w nią jak w apetyczną mysz:
Bo

i klasycznej pozycji Szarego- grunt, to schować głowę, dupa zawsze się obroni:

Sza

Miałam nie pisać.
(Jak zwykle, gdy tak postanowię, to piszę jak szalona).
:)
Li.


Komu poprawić humor na wiosnę? :)

4 marca, 2013

 


PS.

4 marca, 2013

Zajęta sobą zaniedbuję bloga,
ale przecież to miejsce mogę ożywiać kiedy chcę
– wystarczy zapisać białą kartkę ekranu.
Dzieje się dużo za dużo, ale też dużo za mało.
Klasyczny brak równowagi skutkuje dennymi chwilami,
czego wybitnym okazem jest wczorajsza notka.
Nie jest ze mną tak źle,
czasem tylko oglądam niewłaściwe filmy.
I może to tęsknota za nie-wiadomo-czym
osłabia mój pancerzyk skorpiona,
a pod nim jestem przecież zupełnie mięciutka,
bezbronna i słaba jak szczypiorek na wiosnę.
Ostatnio więc skupiłam się na sobie, a mniej na innych,
co -mam nadzieję-przyniesie mi spodziewany skutek.
Bo akurat jeżeli chodzi o tę wiosnę,
to mam w stosunku do niej duże wymagania.
A zawodu nie zniese!
Li.


Życie to nie film.

3 marca, 2013

Uwielbiam ten film.
Dziś go znowu obejrzałam, płacząc jak zawsze w tych samym momentach.
Dobrze jest wiedzieć, kiedy będzie się płakać.
Jakoś wtedy tak… lżej.
I nie mam światu nic więcej do powiedzenia,
jutro znowu uzbroję się w firmowy uśmiech
i będę jak zwykle.

Nie, nie mam depresji, ani zniżki nastroju.
Jest mi tylko chwilowo źle.
Ale bywa też i chwilowo dobrze.
Godzin pomiędzy tymi chwilami nie zauważam.
Li.


Mało mię. I to chwilowo się nie zmieni.

24 lutego, 2013

Nie wiadomo po co czytam głupie wiadomości.
Bo co mądrego może być w informacji,
że narzeczona Janowskiego
i żona Drzewieckiego chciały zadać szyku w kradzionych futrach?
A jednak to wiadomość, która elektryzuje masy.
Ech…
Mam klientkę z urzędu w sprawie karnej.
Kradła towar ze sklepu, w którym pracowała jako sprzątaczka.
Kilka bułek, słoik dżemu, kilo mąki, kilo cukru, herbatę- najtańszą.
Nie, nie usprawiedliwiam jej,
kradzież to kradzież.
Ale w domu ma trójkę dzieci i ciągle stoi przed wyborem-
nakarmić je, czy zapłacić za prąd.
Dwie panie celebrytki pewnie będą dowodzić,
że są chore na kleptomanię.
(Musiały kraść te futra, to było silniejsze od nich).
Moja klientka przyznała się od razu.
Musiała ukraść to jedzenie,
bo inaczej nie mogła nakarmić dzieci.
Jest różnica w motywacji, prawda?
Mojej klientki jest mi żal, a tamtymi gardzę!
I to futra!
Kto nosi prawdziwe futra?
Li.


Rozmaitości.

19 lutego, 2013

Zmagam się z drobiazgami, skutecznie zawracającymi mi głowę.
Psujące się wokół mnie wytwory technicznej myśli człowieka
drażnią i absorbują ponad miarę,
wymagają uwagi, telefonów, szukania „fachowców”
i poświęcenia im czasu.
Szczytem było wczorajsze złapanie gumy.
I nawet gdy zmaterializował się na parkingu
miły, uczynny pan chętny do wymiany mi koła,
to okazało się, że z niewiadomych przyczyn
nie mam odpowiednich narzędzi- odkręcacza i podnoszacza.
A miałam!
Krótkie śledztwo przypomniało,
że ostatnie rozwalone koło
zmieniał mi w listopadzie 2011-go roku
przyjaciel z Wrocławia,
przyjechał na moje urodziny,
i moje narzędzia jeżdżą teraz po Ziemiach Odzyskanych
w bagażniku jego auta,
wrzucone tam – nie bójmy się tego słowa-bezmyślnie.
(No cóż, dzięki temu  powstał pretekst do szybkich odwiedzin).

Wstałam zdecydowanie za wcześnie, ale kawa mnie pociesza,
przygotowuję się do dzisiejszej rozprawy,
dobrze, że nie widzi tego mój przeciwnik,
akta rozłożone na łóżku, wśród nich rozwalone koty,
ale umiejętnie i z estymą dla słowa drukowanego,
ja sobie siedzę w ciepłym kręgu lampy, z mokrymi włosami,
świata nie ma, bo o szóstej rano Kraków dopiero się budzi.
Czy nie macie wrażenia, że godziny poranne są jakieś dłuższe?
Łykam kawę z resztką mleka i zabieram się do roboty!
Miłego wtorku i nie traćcie czujności!
Wtorek-potworek działa podstępnie :)
Li.


Strefa wpływów i wpływ wpływu.

16 lutego, 2013

Moja praca to źródło nieustannego smutnego zadziwienia.
A wydawałoby się, że po kilkunastu latach w tym biznesie
nic mnie już nie powinno dziwić.
Mam szeroki przekrój popieprzonych mamusiek, infantylnych tatuśków,
popaprańców obu płci i plątających się pomiędzy nimi
jeszcze niewinnych dzieci,
ale już skażonych i skrzywdzonych przez zachowania dorosłych.
Niektórzy powinni mieć ustawowy zakaz rozmnażania się,
nigdy nie dorosną,
a niedojrzały dorosły jest jak granat odłamkowy
– wybucha i razi najbliższe otoczenie.
Nie jest dla mnie usprawiedliwieniem ich dysfunkcyjny dom,
złe wzorce z dzieciństwa,
przemoc w domu, alkoholizm rodzica, brak czułości i miłości.
Po to mamy rozum, by wiedzieć co jest dobre, a co złe,
jeżeli zło spieprzyło nam dzieciństwo i młodość,
to dlaczego powielamy je na naszych dzieciach?
Dlaczego idziemy tą samą drogą destrukcji?
Mój bliski przyjaciel wszystkie swoje niepowodzenia tłumaczy DDA
-syndromem dorosłego dziecka alkoholika.
A ja zawsze wchodzę z nim w spór
– bo jeżeli wie, co jest jego własnym wrogiem,
to dlaczego z tym nie walczy?
Dlaczego tak łatwo się rozgrzesza?
Jeżeli mamy wywodzące się z dzieciństwa poczucie braku miłości,
a tego niedoboru nigdy nie da się już uzupełnić,
jeżeli wiemy, jak to boli, jaką zostawia wiecznie jątrzącą się ranę,
jakie buduje ograniczenia w dorosłym życiu,
dlaczego nie kochamy swoich dzieci inaczej, niż nas (nie)kochano?

Czasem mam poczucie, że jestem beznadziejną matką,
wiele spraw odpuszczam,
ale z drugiej strony jestem lepszą matką, niż moje poprzednie pokolenia
i to już jest wielki sukces,
bo udaje mi się wychodzić poza ramy schematu.
Są szkody z przeszłości niemożliwe do naprawienia w przyszłości.
Oby były minimalne, nawet i wiecznie pobolewające,
ale nie kształtujące,
nie determinujące życia!
Ot, cierń, nie rana.

Li.


Przy robocie o sobocie.

16 lutego, 2013

Wyzyskiwane dzieci pojechały na cotygodniowe zakupy.
Jakim cudownym zrządzeniem losu było zrobienie prawa jazdy przez Karolcię!
Sprzątam, a to nieustanne perpetuum mobile, niekończąca się historia,
efekt pracującej bez chwili wytchnienia fabryczki kłaków, sierści i kurzu.
Uwielbiam takie zawieszenie pomiędzy pracującym piątkiem, a leniwą niedzielą,
nie patrzę na zegar, po prostu jestem w domu i działam,
popijając z wielkiego kubka herbatę z pigwą.
Muzyka snuje się pomiędzy piętrami, dziś mam fazę na Turnaua, na zmianę z Santaną,
pośpiewuję sobie bezkarnie, a co tam… nikt mnie nie słyszy.

I można zapomnieć o problemach i smutkach, nic nie szkodzi,
że to zapomnienie minie wraz z wieczorem,
pomyślę o tym jutro,
dziś w sobotnie popołudnie chcę być beztroska,
schowana w domu, ciesząca się ze zrobionych porządków,
błyszczącej podłogi i gotującego się obiadu.
Li.


Podałam Wam kiedyś numer jej telefonu. Kto nie zadzwonił? Kto popełnił ten błąd? :)

14 lutego, 2013

Przez ostatnie dwie godziny leżałam nago na prześcieradle,
a ręce mojej masażystki czyniły cuda.
Cuda miały zniewalający zapach,
a moja skóra jest po nich gładsza niż jedwab.
Liliana ma patent na doprowadzenie mnie do granic raju,
potrzebny do tego jest
olej lniany, w którym przez kilka dni toną
cytryny, pomarańcze, cynamon i płatki migdałowe.
Ten pachnący eliksir, tuż przed użyciem, mieszany jest z cukrem trzcinowym.
Gdy Lila zaczyna rozcierać go po skórze,
nagle robi się bardzo ciepły, może od cynamonu?
Czuję falę gorąca, niezwykle przyjemną, czuję jak żywiej krąży mi krew,
zapach pobudza zmysły, a wrażenie zrzucenia skóry jest niesamowite.
Wypeelingowana i gubiąc po drodze kryształki cukru dochodzę do prysznica,
a po nim…
Po nim, w błogim półśnie poddaję się masażowi,
moja skóra łapczywie spija pachnąca oliwkę,
dziś było novum-gumowa  bańka chińska,
czuję się jak młoda bogini,
pachnąca i zrelaksowana godnie uczciłam święto,
które w gruncie rzeczy lekceważę,
ale skoro presja społeczna wymaga dziś ostentacyjnego okazywania sobie uczuć,
to ja właśnie  pokazałam, jak bardzo się kocham.

Rety, jak mi tego było trzeba,
jak jest mi dobrze…
Czuję, że zasnę.
Li.


14 dzień lutego.

14 lutego, 2013

Plan na dziś obejmuje
bezszkodowe przetrwanie Walentynek i liczne spotkania.
Umknął mi wczorajszy dzień,
miałam za dużo pracy, albo za mało czasu.
Teraz też już pędzę dalej, ale nie mogłabym nie napisać:
Kochajmy się!
:)
Li.

 


Wtorek-potworek.

12 lutego, 2013

Guś
(na zdjęciu Gusia z miną idealnie wtorkową).

Staranowałam dziś szlaban na parkingu.
Pan Parkingowy już mnie nie lubi.
Z ręki wypadł mi telefon i wpadł do kałuży.
Na bluzkę wylała mi się kawa. W Sądzie.
Nie poszłam do lekarza, pomimo ustalonej miesiąc wcześniej wizyty.
Rozsypałam w pralni proszek do bieli.
Hojnie.
Brodzik przecieka od spodu,
trzeba będzie demontować całą kabinę w łazience dzieci.
Zepsuł mi się programator do pieca gazowego.
Piekarnik niby grzeje, a nie grzeje.
Nie daje się zamknąć.
Starsza nienawidzi ludzi i życia.
Oraz matematyki.

A ja z lubością popijam latte leki na (nie)urojone dolegliwości
i jestem niezwykle z siebie zadowolona,
choć nie mam ku temu żadnych wyraźnych powodów.
Ale mam niewyraźne!
Są dni, że wystarczy zaledwie cień, zarys, nadzieja
i musi być dobrze, bo nie może być inaczej.
A co na to Lec?
Optymizm zmieszany z pesymizmem nie neutralizują się wzajemnie,
lecz tworzą bardzo smaczna sałatkę.

Smacznego wieczoru!
Li.


Niespodziewana rozkosz, mhmmm…

11 lutego, 2013

photo (1)

Karolcia zrobiła świetne zdjęcie biegnącej Gusi i Kary.
Pierwszy raz zobaczyłam,
że Kara biegnie naprzemiennie na łapach z lewej albo z prawej strony.
Śmiesznie to wygląda!
Jestem chwilowo szczęśliwym człowieczkiem,
naprawdę niewiele wystarczy, by mnie uszczęśliwić,
Karolcia (niedobre dziecko! Dwie godziny przetrzymywała tę rozkosz w torebce!)
przed chwilą zagrzechotała opakowaniem kryjącym dziesięć kapsułek kawy,
i to z kofeiną.
I by je dostać, już obiecałam jej złote góry,
a głównie kasę na walentynkowe wagary
(jak o nich wiem z góry, to są legalne).
I napawam się teraz tym cudownym zapachem,
mleko spieniło mi się idealnie,
ekspres aż drżał z długo powstrzymywanej żądzy parzenia,
a ja… ach, wzięłam ją do ust po okresie beznadziejnie smutnej abstynencji,
jednak ja i kawa, to duet doskonały,
nie mogę jej nie mieć,
bo jestem nieszczęśliwa i może mam zdrowsze serce,
ale za to pęknięte z żalu i rozpaczy.
Na jednej się nie skończy, bo akurat jeżeli chodzi o dostarczanie sobie rozkoszy
to preferuję zdecydowanie opcję-dużo, dużo, dużo, jeszcze!
mhmmmmmm….
Li.


Kiedyś powiem sobie dość!

11 lutego, 2013

Jest portal internetowy, są blogi i blogerzy,
jest wewnętrzna decyzja o pisaniu.
Komu tym robię krzywdę, poza sobą?
A jednak koło osób rzucających we mnie kamieniami jest coraz większe.
Nienawidzą mnie i codziennie karmią swoją nienawiść moimi  nowymi notkami.
Nienawidzą mnie i wypisują bzdury na innych blogach.
Nienawidzą, nienawidzą mnie.
Powinnam napisać, że mam gdzieś ich nienawiść,
a jednak tego nie zrobię, bo nie jest mi ona obojętna.
Zastanawiam się, jak to jest nienawidzić kogoś, kogo się nie zna.
Jakie to uczucie pisać wstrętne, ohydne, plugawe komentarze.
Czy to im przynosi ulgę? Czy podnieca?
Czy sprawia, że czują się lepsi?
Piękniejsi? Mądrzejsi?
Czy dzielenie się swoimi myślami jest aż tak przerażające,
że musi wywoływać agresję?
Nie robię niczego, czego musiałabym się wstydzić lub żałować.
Piszę nieistotne dla świata słowa, ale bardzo ważne dla mnie.
Zastanawiam się jednak, gdzie jest granica mojej wytrzymałości.
Idę do pracy, jakoś tak smutno, smutno mi, ale za to mam świetny makijaż.
:)
Li.


Wpływ zakalca na życiową postawę.

10 lutego, 2013

Wyjechałam na popołudnie, bardzo daleko bo w głąb siebie.
Weszłam w poplątane ścieżki duszy, pełne sprzeczności,
rojące się od lęków i marzeń, strachów i odwagi,
wiarybraków i bezczelnego przekonania o własnej wielkości.
Przebiegłam przez most nad rzeką Oczekiwań,
pobłądziłam w ogrodzie starych miłości,
stanęłam pod figurą św. Antoniego i poprosiłam,
by mi pozwolił znaleźć, to czego ciągle szukam,
a czego nie mogę znaleźć, bo nie wiem co to jest.
Są takie dni, gdy nie wiem czego chcę.
Niby leżę w łóżku, a nie leżę, niby odpoczywam, a nie,
niby mam humor, a nie mam, oby to były te cholerne hormony!

Zrobiłam kolejną próbę pokonania ciasta drożdżowego,
kolejny raz mi nie wyszło.
To moje kulinarne Waterloo, porażka ze zrujnowaną kuchnią w tle.
Bułeczkami z cynamonem mogę zabijać wrogów, takie są ciężkie.
I nawet nieudane ciasto drożdżowe może być odniesieniem do życia,
raz lekkie jak puch, raz ciężkie jak kamień.
Kto mnie pocieszy? :)
Li.


Dobra historia z uważnym patrzeniem w tle, ilustrowana uważnie patrzącym Szarym.

10 lutego, 2013

szarr

A historia jest przednia.
Moja przyjaciółka Dagmara (od kotów) czynnie uczestniczy
w aukcjach w M-1 (duże centrum handlowe),
gdzie pod sklepem zoologicznym
szuka dla kocich nieszczęść dobrych domów.
Stoi tam razem z Małgosią z Fundacji „Zwierzęta Krakowa”.
Małgosia miała do wydania uratowaną z budy i łańcucha małą suczkę,
bardzo smutną i nieszczęśliwą.
Ludzie szybko przechodzili,
koty i pies obojętniały coraz bardziej na ten gwar i brak zainteresowania,
robiło się coraz później,
ale ostatecznie dzień należał do udanych,
bo choć kilka kotów znalazło dom.
Suczki nikt nie chciał.
Dagmara poszła po kawę i w tym momencie do Małgosi
podeszła pani z oświadczeniem, że bierze psa.
Małgosia, malutka kobietka dobrze po pięćdziesiątce spojrzała na nią nieufnie,
pani pospieszyła z zapewnieniem,
że psu na pewno będzie u niej dobrze.
Nieufność Małgosi wzrosła po informacji,
że pani mieszka w Milanówku,
no bo co kobieta z Milanówka robi w Krakowie?
I nawet gdy pani odpowiedziała, że przyjechała do pracy
i gra w teatrze, Małgosia ani drgnęła,
Pani z uśmiechem zapytała: czy mnie pani nie poznaje?
Małgosia nie poznawała, ale w tym czasie wróciła Dagmara,
która poznała bez trudu.
Pani była Krystyną Jandą, wzięła sukę spontanicznie,
opisała tę historię,   Sonia trafiła fantastycznie,
a Małgosia gryzie się podobno do dziś,
no bo jak mogła nie poznać?
:)
Uwielbiam takie historie!
A na fb Pani Jandy jest zdjęcie jakże szczęśliwego psa!
Li.


Powinnie, przedsennie.

10 lutego, 2013

Lubię zostawiać sobie w pamięci miłe knajpiane wieczory,
gdzie w menu śmiech podlany tanim vino da tavola,
dużo wina,
jedzenia, gadania i swobody usprawiedliwionej długoletnią znajomością.
A potem poszliśmy na puste, białe Błonia, było pięknie,
aż nierealnie,
Kopiec świecił księżycowym światłem,
a lekki mróz szczypał w policzki.
Nie zrobiłam połowy rzeczy zaplanowanych na tę sobotę,
ale łatwo uwalniam się od wyrzutów sumienia,
sprawianie sobie przyjemności jest obowiązkiem każdego obywatela,
sprawy niezbędne wystarczająco zatruwają mi dni
od poniedziałku do piątku,
w weekend chcę żyć uważniej i szczęśliwiej,
spać do południa, zamawiać pizzę i cieszyć się,
zwyczajnie cieszyć się.
Że jestem i mogę.
Cudownie powinnie kręci mi się w głowie.
Li.


Kolejny tydzień dalej od dnia narodzin.

8 lutego, 2013

Wróciłam do domu z dalekiej podróży po ludzkich problemach.
Prysznic z peelingiem oczyścił ciało, ale nie odtruje duszy,
która mimowolnie wchłania w siebie zło,
jakie człowiekowi wyrządza drugi człowiek.
A co na to Lec?
I cóż ty na to, Fizyko?
Oziębłość stosunków między ludźmi powstaje wskutek tarć między nimi.

Wysmarowałam się balsamem pachnącym pomarańczą,
staram się szybko odbudować granicę,
za którą tylko jasna strona życia.
Chcę pomamusiować, upiec ciasto,
ugotować dobre jedzenie dla jutrzejszych gości,
zawinąć się w domowy kokon bezpieczeństwa
i nie pozwolić, by ktoś lub coś zepsuło mi ten weekend.
Muzyka, gotowanie, wino i śmiech!
A co na to Lec?
Jestem nonkonformistą-rzekł-mój niezłomny ascetyzm zwalczam konsekwentnym hedonizmem.

Taki mam plan, a najważniejsze to mieć plan!

A co na to Lec?
Niektórym do szczęścia brakuje naprawdę jedynie szczęścia.

Li.


Mam siłę, mam! Tylko czasem muszę jej poszukać.

8 lutego, 2013

Są takie dni, gdy budzę się  i nic nie czuję.
Nie wiem, czy mam humor, czy nie,
plany na dzień też jakieś niezdecydowane,
głowa gdzieś tam pulsuje rodzącym się bólem,
ale w sumie nie boli, śnieg za oknem niby wygląda, a już nie wygląda.
Chce kawę, ale nie chce mi się jej robić,
siedzę jeszcze w łóżku i toczę walkę o mój dzień.
Albo zacznę go dobrze, albo źle.
I wtedy zaczyna działać  instynkt, wstaję i włączam CD
z „I will survive” Glorii Gaynor,
głośno, bardzo głośno, biodra same zaczynają się kołysać,
to jest jedna z tych piosenek, które wdzierają się we mnie szeroką falą, podrzucają do góry
i dają siłę na tę cholernie ciężką wspaniałą codzienność!
Miłego dnia dla Was!
Li.


Nigdy nie wiadomo, jakie widoki przyniesie wieczór.

7 lutego, 2013

Założyłam, że mam dobry humor i miałam!
Przez cały dzień świeciłam jak słońce
i fruwałam nad ziemią.
Ot, siła autosugestii i notki na blogu, jakie to proste!
Wieczorem uśmiech stał się moim przekleństwem,
bo nadszedł jeden szczególny moment,
w którym zachowanie powagi było konieczne,
niezwykle konieczne,
a uśmiech ciągle wypływał mi na twarz.
(Bolą mnie usta od zagryzania).
Powód do śmiechu był -rzekłabym-szczególny,
miał rozmiar pistacji i był dowodem na absolutne zaufanie
jakim obdarzył mnie pewien zażywny pan,
któremu żona w procesie zarzuciła brak możliwości współżycia.
Pan był oburzony i w ferworze tego oburzenia postanowił mi pokazać,
że żona kłamie!
Nawet się nie zorientowałam, kiedy stał przede mną obnażony
i tylko szerokość biurka dzieliła mnie od…
Pozwolę sobie w tym miejscu  zamilknąć.
Trudno ochłonąć, ale nadal się uśmiecham!
Li.


Można życie podać na nie i na tak.

6 lutego, 2013

Pada śnieg, wróciła zima i biorę to bardzo osobiście.
Ale nie będę jęczeć i narzekać, nie, nie nie!
(Choć oczywiście mam na to wielką ochotę).
Postanawiam mieć dobry humor, ostatecznie skoro jestem w stanie przekonać opornego klienta do swojej wizji procesu, to dlaczego nie miałabym przekonać siebie, że jest cudownie?
Zaczynam od teraz:
miękkie płatki śniegu łagodnie opadają na okoliczne śmieci, nadając im bajkowe kształty. Ślicznie, ślicznie jest.
Stoję w oknie i cieszę się nie wiadomo z czego.
Może z możliwości przemoczenia butów?
Wszystko ma swoje dobre strony.
Lepiej  nosić wodę w butach
niż być żoną męża w Utah.

Ot, na tyle mnie dziś stać.
Ale w komentarzach proszę o lepieje:)
Li.


Tęskno, tęskno mi.

6 lutego, 2013

Nie umiem przejść do (nie)porządku dziennego
nad ostatnimi wpisami- i moimi i Waszymi.
Dostaję maile i nie wiem co odpisać,
bo nie jestem ekspertem od miłości,
trochę znam się tylko na niemiłości

Czasem czuję wielką tęsknotę.
Nie wiem według jakiej jej wielkość liczona jest skali,
nie wiem nawet gdzie jest kres jej tęskniących możliwości,
gdy tęsknię to wydaje mi się, że bardziej nie można.
Ale mogę normalnie żyć,
a w tęsknocie prawdziwej żyć podobno się nie da.
Może więc coś, co dla mnie jest wielką tęsknotą,
dla innych byłoby zaledwie tęsknotką.
Ta tęsknota jest smutna,
i nie wiadomo kiedy przychodzi, obejmuje mnie całą.
Wysysa ze mnie energię, pudruje mnie żalem,
gdzie firma nieznana i jakość pudru kiepska.
Tęsknię za czasem przeszłym,  już tęsknię za tą chwilą,
która tylko wspomnieniem.
Ta moja tęsknota naprawdę jest beznadziejna- przecież wczoraj nigdy już do mnie nie wróci, nieodwracalna jest śmierć czasu przeszłego.
Odmierzam czas zawodowymi zapiskami w moim kalendarzu- tu rzadko zaglądam w dzień przeszły,
interesuje mnie tylko dzień dzisiejszy i przyszłość.
To co było zapisane do zrobienia wczoraj, już nie interesuje mojego dzisiaj.
Powinnam wziąć przykład z  kalendarza
i przewracać tylko kartki do przodu.
Nie potrafię jednak odciąć się od tego wczoraj,
ciągle przecież powtarzam, że moja przeszłość zdeterminowała moją przyszłość.
A może dlatego tak tęsknię za przeszłością,
bo już się jej nie boję?
Bo oswoiłam jej strach, smutki, żal, trudy i problemy?
Bo wygrałam z nią, skoro wciąż idę w przyszłość?
Tęsknię, bo przeszłość jest czymś znanym, czymś bezpiecznym,
już niezaskakiwalnym?
Przyznaję się-tęsknię, bo umierając z ciekawości co do mojej przyszłości,
tak cholernie jej się boję,
bo czasem wolę sobie poumierać z nie-wiadomo-za-czym tęsknoty, niż z kolejnego zawodu w przyszłości!
A co na to Lec?
Gdybym był wiedział wtedy to, co wiem dziś,
nie wiedziałbym tego dzisiaj.
Li.


Paradoks macierzyństwa.

5 lutego, 2013

Ciężki kaliber miały komentarze pod poprzednią notką.
A tego dostałam kilkadziesiąt maili, niektóre aż bolały.
Miłość-niemiłość-ułomna miłość.
Trudna ta macierzyńska miłość, gdy rozczarowanie dzieckiem przeradza się w skierowaną przeciwko niemu złość.
W żadnym innym związku nie da się zdrowo kochać bez lubienia,
ale w tym związku-matki z córką tak właśnie z reguły jest.
Jest silna miłość, ale nie ma wzajemnej sympatii, co za paradoks.
Ułomna to miłość, zubożona.
Nie można bez siebie żyć, ale życie razem jest nieznośne.

Jesteś matką, i:
kochasz i chcesz jak najlepiej
kochasz, a  wściekasz się, że to nie wychodzi
kochasz, a nie akceptujesz autonomii
kochasz, a czujesz poirytowanie, że nie jest tak, jak Ty chcesz.
Kochasz, bo urodziłaś, bo czujesz się odpowiedzialna,
ale nie lubisz, bo niewiele  Was nie łączy, wiele dzieli,
a emocje nie pozwalają się porozumieć.

Jesteś córką, i:
kochasz, bo to matka, a matka jest tylko jedna.
kochasz, bo urodziła, a mater semper certa est,
kochasz, bo wychowała,
kochasz, bo pomaga, jak może i jak umie,
ale nie lubisz, bo krytykuje,
rani, wtrąca się, doprowadza do ostateczności,
do łez, do poczucia beznadziei
i zaniżonej samooceny.

Dlatego, będąc córką i matką- walczę
o lubienie, o dużo śmiechu,
o wspólne sprawki, o spontaniczne przytulanie,
o przewalanie się w łóżku,
o zaufanie i brak lęku przed powiedzeniem prawdy,
o „kocham Cię” w sms-ie, o więź, prawdziwą więź,
nie wynikającą z wpisu w akcie urodzenia,
a o taką, co rodzi się z prawdziwej, pełnej miłości.
Li.


Plany na przyszłość na podstawie doświadczeń teraźniejszości.

3 lutego, 2013

Ukochany kot patrzy na mnie uważnie,
widzi mój niehumor i smuty-druty.
Bobek

Tarmoszę go po stojących aksamitnych uszkach,
pręży się, zaczyna mruczeć,
wyciąga się jak struna pochłonięty sprawianą mu przyjemnością,
jest obok mnie, zawsze wierny i przytulny.
Niezakłócona niczym relacja kot-człowiek, miłość za miłość,
kocia akceptacja najdziwniejszych ludzkich pomysłów,
typu pies w łóżku,
jestem wdzięczna moim kotom, że dają się pieścić i kochać.

Czekam, aż minie luty, zimowy niedobry czas.
Marzec zawsze przynosi inne powietrze i nieuchronność wiosny.
Jestem zmęczona życiem,
ludźmi i latającymi wokół zupełnie niepotrzebnymi emocjami.
Życie jest takie jedno,
nie będę go trawić na nikomu nie przynoszące pożytku czcze dyskusje.
Ale wiem jedno- gdy to ja będę kobietą pod siedemdziesiątkę,
to nigdy-przenigdy-nigdy nie będę marnowała
reszty danego mi jeszcze czasu w zamknięciu się na świat
i wydatkowaniu energii na poddawanie się politycznym obsesjom.
Bo wtedy chciałabym być kochaną babcią i wspierającą matką.
Chciałabym zabierać moje wnuki w dalekie podróże,
chciałabym, by do mnie dzwoniły,
bym była im bliska,
chciałabym, by pomogły mi naprawić na sobie wszystkie błędy mojego macierzyństwa,
chciałabym mieć kółko (nie)różańcowe koleżanek,
młodych (nie)staruszek,
które pojadą ze mną do SPA, albo na wycieczkę do Pcimia,
zamiast zamykać się w kręgu swoich fobii i uprzedzeń,
chciałabym nigdy nie roztrząsać swoich chorób,
nie licytować się w ilości leków
i zobaczyć nareszcie norweskie fiordy,
Etnę, Madagaskar i Lidzbark Warmiński.
Li.


Kierunkowa notka.

3 lutego, 2013

Nie piszę, bo nie mam ochoty.
Bloga czyta niestety moja matka i mam z tego powodu wiele przykrości.
(W tym miejscu pragnę (nie)podziękować którejś z mamy koleżanek, która ujawniła mój nowy adres bloga.
Przy okazji zapytam: czy Panie naprawdę muszą mnie czytać?
I rozmawiać na temat tego co napisałam z moją mamą?
Czy to jest podniecające?).

Kocham moją mamę, ale niestety dzielą nas poglądy polityczne
i generalnie poglądy na życie
i choć ja potrafię przejść nad tym do porządku dziennego, oddzielając rodzinę od polityki,
to moja mama tego nie potrafi
i z reguły nasze rozmowy kończą się kosmiczną awanturą,
bo mama nie znosi jakiegokolwiek sprzeciwu i odmiennego zdania.
Jestem tym bardzo zmęczona.
Mama reprezentuje nurt ultra-konserwatywny,
niezdolny do jakiegokolwiek kompromisu,
przekonany o własnej wyższości i racji.
Rasa nadludzi, skojarzenie jest jednoznaczne.
Ciekawe, co by zrobiła, gdybym związała się z jakąś fajną kobietą…
Mama pisze u mnie zapalczywe komentarze,
ale przez tę zapalczywość wpada do spamu
i niech tak zostanie, to mój blog,
tu jej nie zapraszam.
Li.


Są dni, gdy nie piszę, a wtedy…

1 lutego, 2013

… zamykam za sobą ciężki tydzień z ciśnieniem 203/110 w tle.
Przysięgam- biorę pigułki, codziennie.
Ale jak przychodzi wielki stres połączony ze zmęczeniem
i gwałtowną zmianą pogody,
to padam jak ścięty len i robię cztery rzeczy:
leżę w ciemnościach, jęczę, rzygam (excuse-moi)
i modlę się o koniec, bo ból głowy jest nie do zniesienia.
Potem zasypiam snem kamiennym i rano mam 113/78.
To nie jest normalne, nienawidzę tych stanów słabości,
ale przynajmniej już potrafię je przewidzieć,
bo narastający, specyficzny ból głowy daje mi znak o zmarnowaniu reszty dnia.
Ale dziś już piątek, na szczęście mało intensywny,
a nawet przyjemny, będzie dobrym wstępem do weekendu,
w sobotni wieczór idę na imprezę, w niedzielę do kina,
śniegi stopniały,
chce się wychodzić z ciepłej norki hen! na szeroki świat.
(Dziękuję Wam za głosowanie na bloga Zakurzonej,
dzięki Wam dostała się do drugiego etapu konkursu,
znowu trzeba będzie wysłać sms-a, pomożecie?)
Czas witać dzień powstaniem!  (Lec)

Wstaję więc o tej barbarzyńskiej porze, sen już mnie opuścił,
może zrobię coś pożytecznego,
a może tylko pożytecznie poleżę sobie w łóżku
z herbatą i książką, w ciepłym kręgu lampy,
ze śpiącymi kotami,
gdy świat jeszcze nic ode mnie nie chce.

A może wyskoczę po świeże bułki na Kleparz
i zszokuję własne dzieci?
Li.


Przypominajka:)

30 stycznia, 2013

Czas mnie goni dziś do roboty, z trudem mu się wyrwałam,
ale nie mogę nie napisać, że została tylko jedna doba głosowania na blog Zakurzonej.
Proszę o sms-y, to ledwie złotówka plus 23% VAT, czyli 1,23 zł,
i to w całości na cel charytatywny.
Przypominam numer 7122, a treść E00567 (dwa zera, a nie dwa O).
Proszę, proszę, proszę!
Głosowanie tylko do jutra, do godziny 12.00!
Brakuje nam kilkudziesięciu głosów, by mieć pewność,
że zostaniemy w pierwszej dziesiątce,
co to jest przy liczbie czytelników mojego bloga, no kochani?
Li.


Podnoszę się.

28 stycznia, 2013

Rzuciłam wszystko i poszłam hen! na wrzosowisko
do teatru Ateneum gościnnie  w Operze Krakowskiej.
Pośmiałam się, choć nie beztrosko, bo sztuka ma drugie dno
i śmiać się tu nie ma z czego. Wskazana ostrożność!
Ale Barciś i Tyniec niezawodni.
Recenzja, którą mogłabym sama napisać (gdyby nie to,
że została już napisana) jest tu.
Dzień kończę (samo)obietnicą lepszego jutra.
Odniosłam dziś wielki zawodowy sukces, trochę dodał mi skrzydeł,
jeszcze jestem jak kiwi nielot,
ale przynajmniej znowu mam ochotę na latanie!
Li.

PS. Zapomniałabym:)  Trwa konkurs na Bloga Roku.
Jak zwykle bardzo Was proszę o sms-a, w tym roku na bloga Zakurzonej,
to naprawdę dobry blog i musimy wejść do pierwszej dziesiątki
(ech, jak ja kocham tego ducha współzawodnictwa:)))!
Liczę na Was kochani, jak zwykle!
Sms o treści : E00567 (tam są dwa zera!) na numer 7122.
Głosowanie jest tylko do środy, więc komórki w dłoń,
nasi muszą być górą:)


Polityka to dopiero potrafi zdołować!

27 stycznia, 2013

Samopoczucie mam dalej pod psem (choć pewnie nie  pod takim jak moja suka- zadowolona z siebie leży na kanapie i obgryza kość, fundując mi kolejną plamę),
a wieści dochodzące ze  świata za oknem wcale mi nie pomagają.
Ciekawa jestem Waszego zdania o odrzuceniu przez- pożal się Boże-
Sejm możliwości dyskusji nad wszystkimi projektami ustaw dotyczących związków partnerskich.
Śledziłam tę sprawę i jestem zdruzgotana-
po pierwsze nie przygotowaniem posłów,
(bo mam wrażenie że większość nawet nie przeczytała tego nad czym dyskutowała,
przy czym trudno nazwać dyskusją debatę o tak niskim poziomie),
po drugie kolejnym pokazem polskiego grajdoła i zapyziałego zaścianka, szafującego wytartymi do dziur komunałami bez pokrycia,
po trzecie  wystąpieniem ministra sprawiedliwości,
które tylko kolejny raz  potwierdza jak wielką pomyłką jest obsadzenie tego człowieka z Krakowa na to stanowisko.
Całym sercem jestem za związkami partnerskimi, za małżeństwami wśród osób tej samej płci, za wolnością, równością i brakiem dyskryminacji.
Nie godzę się na nadawanie małżeństwu osób różnej płci pierwszeństwa przed inną formą związku.
Bo niby dlaczego?
Jakie mam prawo do regulowania cudzego życia?
Do wnikania w intymność?
W kwestii orientacji seksualnej i uczuć każdy ma prawo do godności.
Kto chce- niech bierze ślub i modli się, by nie był tym co trzecim małżeństwem, które się rozpadnie.
Kto nie chce- niech żyje jak chce!
Małżeństwo jest wymysłem człowieka,
powstało wraz z biurokracją i nie z nadania boskiego.
Czuję wstyd i smutek, jak dobrze, że moja córka chce wyjechać z tego kraju, sprzyjam jej całym sercem.
Li.


Każdy ma swój margines wytrzymałości.

26 stycznia, 2013

Moją bezsenność zaczynam rozpatrywać w kategoriach kary boskiej, zawiniłam widocznie kolorowymi snami
i teraz męczę się pokutą bezsnu.
Boli mnie cały środek, a najbardziej czubek głowy,
magiczne miejsce z przejściem dla myśli w stronę czynu,
mam tam awarię otwierania i przy wejściu kłębi się myślotłum,
tratując mnie od środka.
(Tylko czarne myśli nielegalnie przemycają się przez oczodoły,
już wiem dlaczego ostatnio tak bardzo pociemniały mi oczy).
Muszę, muszę się ratować,  znaleźć (samo)rozwiązanie, zrobić rewolucję,
oczyścić umysł, wrócić do korzeni,
bo na razie jestem, a jakby mnie wcale nie było.
Jak wyrwany, nikomu niepotrzebny słonecznik- wspomnienie niegdysiejszego pełnego słońca.
W dzień jeszcze potrafię się śmiać, w nocy umiem tylko się bać.
Czy ja wariuję? Czy wpadam w depresję?
Czy powinnam zacząć szukać pomocy?
Nie umiem sobie poradzić z czymś tak mi nieznanym,
nieprzyjaznym i przerażającym- ja przecież nie umiałam być nieszczęśliwa!
A teraz jestem i czuję,
jak to moje nieszczęście zaczyna zabierać moje życie.
Li.


Słowo na piątek.

25 stycznia, 2013

Są dni, które mają w sobie szczególną wrażliwość i miękkość.
Łatwiej mnie wtedy zranić, wejść pod mój pancerzyk skorpiona,
skopać poczucie wartości i odebrać iluzję poczucia bezpieczeństwa.
Ogarnia mnie wtedy rozpacz i kompletne zniechęcenie.
I tylko resztką instynktu przetrwania hamuję chęć zamknięcia drzwi, wyłączenia telefonu i zakopania się sześć stóp pod ziemią we własnym łóżku.
Nie mam siły na życie.
A co na to Lec?
Świat jest chyba stożkowaty, największe jest dno.
Codziennie otwieram kalendarz,
by sprawdzić w którym jestem dniu tygodnia
i powtarzalność  czynności budzi we mnie przerażenie.
Nowy tydzień niesie ze sobą stare problemy, natrętne rachunki,
brak oczekiwań, spektakularne rozczarowania
i coraz mniej sensu.
A co na to Lec?
Życie zmusza człowieka do wielu czynności dobrowolnych.
Bo nie tak miało wyglądać moje życie, nie tak.
Każdy jest kowalem własnego losu, święcie w to wierzę,
ale skąd wziąć motywację do dmuchania w miechy?
Skąd czerpać energię, by chciało mi się tak bardzo,
jak bardzo mi się nie chce?
Odpuszczam sobie zbyt wiele, zamieniam się w domowy bamboszek, znoszony i przydeptany, ot taki do wyrzucenia bez żalu.
Sama bym się wyrzuciła.
A co na to Lec?
„Głowa do góry!”-rzekł kat zarzucając stryczek.

(I do tego nie mam ani jednej kapsułki, nawet bezkofeinowej).
Li.


Pamiętniki z wakacji.

25 stycznia, 2013

Poszłam z U. i P. na kolację do „Taco”,
pośmiałyśmy się, pogadałyśmy,
od razu cieplej w ten zimny czas.
Karolcia pisze maile i jak tu się nie śmiać?:
„Drogi Mamucie,
od dwóch dni Mary sukcesywnie próbuje okraść ten sam sklep. Podejrzewam, że  gdyby kontynuowała tradycję i chciała też  to zrobić jutro, to by jej się nareszcie udało,
bo Szwedzi są tacy mili, że nie protestują!
Tylko patrzą i patrzą.
Wczoraj kupowałyśmy dokładnie to samo,
Mary stała pierwsza w kolejce.
Zapłaciła, po czym zapakowała zakupy do torebki
i zadowolona z siebie poszła do drzwi.
Zarówno ja, jak i przystojny szwedzki kasjer (do którego Mary pała gorącą miłością ) popatrzyliśmy na nią w osłupieniu.
On nie odezwał się ani słowem, ja natomiast wykrztusiłam z siebie „co robisz…?”
Zakupy Mary bowiem pozostały na swoim miejscu za kasą,
gdzie położył je kasjer po skasowaniu,
moje natomiast magicznie zniknęły z taśmy!
Mary popatrzyła na mnie zdziwiona-biedna, tak się rozmarzyła o tym Szwedzie,  że z wrażenia próbowała zabrać nie zapłacone rzeczy, swoje skasowane natomiast zostawiając przy kasie.
Dzisiaj byłyśmy w tym samym sklepie i był tam ten sam kasjer.
Mary miała zapłacić 54 korony, dała banknot 50
i dziarsko odeszła, odwracając się dopiero przy drzwiach.
I znowu przystojny Szwed intensywnie na nią patrzył swoimi intensywnie niebieskimi oczami, ja też i to bardzo znacząco, ale Mary widziała tylko jego spojrzenie,  bo wydawało jej się, że oznacza odwzajemnione uczucie,  haha.
Patrzyli więc sobie w oczy, a Szwed był coraz bardziej zdezorientowany…
Musiałam przerwać ten romantyczny moment i rozwiać jej złudzenia szepcząc, że intensywny wzrok Szweda
wynika z faktu, iż znowu chciała go okraść
(tym razem na 4 korony). Mary jest niepocieszona…”

„…Odwiedziłyśmy dzisiaj również super second-hand,
kupiłam sobie sweter z H&M za 70 koron!
Jutro poszukamy ich więcej, super są tu  second-handy- nie ma nic z rzeczy typu-wielkie kosze i wszystko po 5 zł…”

„…Jutro przeznaczymy też na poszukiwania kota…
Jest to trudne, bo o ile widziałam już nawet figurkę smutnego gościa
w czapce kucharskiej i bogato zdobionej sukni ślubnej siedzącego na kłodzie drewna, to  ładnego kota w przyzwoitej cenie jeszcze nie widziałam
(tamten o którym Ci pisałam wcześniej kosztuje 400 zł, więc wybacz…)…”

„… Kocham bardzo!
Mam czapkę z największym pomponem w Szwecji i bardzo się cieszę że ją kupiłam :]
A ze statku Vikingów faktycznie nici,  bo nas nie stać!…”

K.


Chyba nici ze statku Vikingów.

24 stycznia, 2013

Widzę, że mogę spokojnie robić kopiuj-wklej: )

„Drogi Mamucie,
Od rana szukamy czapki- na razie bez skutku, ale się nie poddajemy!
Nie mam pojęcia skąd Szwedzi biorą te wszystkie super czapki
z pomponami, bo w sklepach są same nieładne.

Zaraz jedziemy znowu do tej dużej galerii Gallerian,
teraz jesteśmy w ostatnim sklepie jeździeckim w mieście,
którego Mary jeszcze nie obczaiła.
Jest ławeczka, więc nie narzekam i czekam cierpliwie.
Trafiłyśmy tu po dużych bojach, bo Mary za bardzo nie ufała mojej orientacji w terenie, ale po tym jak naciskałam żebyśmy poszły w lewo,
a nie w prawo, jak chciała,
a sklep był faktycznie po lewej, ufa mi już całkowicie.
Satysfakcja z trafienia dzięki mnie jest większa nawet od satysfakcji, że jej burczenie na mnie po drodze było nieuzasadnione, bo szłyśmy dobrze!…”

„…Kupiłam Gusi fajną koszulkę na wyprzedaży,
a sobie na dziale męskim, która wygląda jak damska,
bo w ogóle na dziale męskim są tutaj same damskie rzeczy
typu swetry w panterkę!
Jak mówiłam, zaraz jedziemy do Gallerian na dalsze poszukiwania czapki, teraz siedzimy w naszym lobby  pod ostrzałem spojrzeń arabskich dzieci.
Mary kłóciła się ze mną, że są z Indii,
ale widziałam,   że ich fejs jest od prawej do lewej, więc ha!…”

„…Bardzo nas śmieszy czytanie twojego blogaska… a co do tego co ktoś napisał w komentarzu, żebyś mi podziękowała,
że pozwalam się dzielić to wiesz… zupełnie jakbym miała coś do gadania!…”

„…Po drodze do Gallerian wstąpimy jeszcze do banku
gdzie spytam się, o co chodzi z błędem na bankomacie,
który wyskakuje jak Mary chce wypłacić przelew od Krysi,
bo wyświetla się, że w tej chwili to niemożliwe.
Czuję się takim super załatwiaczem spraw!…”.

„…Zamiast chodzić na dzikie party,  Mary wieczorami siedzi
w łóżku i z zapartym tchem wgłębia się w blogaska.
Doszła już do wakacji!…”

„… Szukałyśmy Lidla i z niemożności odnalezienia go na jakiejkolwiek mapie
(po prostu wiedziałyśmy że gdzieś tu jest, bo był przedwczoraj)
pytałyśmy ludzi o drogę.

Wszyscy kierowali nas w tę samą stronę,
przy czym jedna pani wspomniała, że ostatnio
była tam 15 lat temu i nie wiedziała, że ciągle istnieje!
Okazało się, że kierowali nas do klubu,
który nazywa się Lidl lub podobnie…
Ach ci Szwedzi…”.

Czy można zazdrościć własnemu dziecku?
Można! Wiele bym dała, by snuć się teraz beztrosko po Sztokholmie,
nawet w cienkiej czapce…
Póki co, siedzę w pracy, snuję się tylko w myślach
i nawet nie patrzę za okno.
Li.

Wiadomość z ostatniej chwili:
„…Kupiłam czapkę w Kapphalu, na którą patrzyłam
w Polsce kilka miesięcy  temu, potem  żałowałam,
że jej nie kupiłam!
Ma ogromny pompon, więc lans będzie niebiański:P…”


Cd.

24 stycznia, 2013

Mój rytm doby zwariował.
Położył mnie do łóżka o dziesiątej,
dosłownie ścinając mnie z nóg.
Wstać nakazał o wpół do drugiej, dał trzeźwość umysłu
i brak chęci na sen.
No cóż, odpiszę Starszej na maila, wezmę długą kąpiel
i zacznę dzień.


A ze Szwecji płyną kolejne wiadomości:
„… w sklepie jeździeckim Mary szalała kupując
różowe czapeczki na uszy dla konia i złoty brokatowy bat!

„…Zgubiłyśmy się w Ikei i prawie dostałyśmy ataku paniki, bo ona jest w kształcie ślimaka/koła i ciągle chodziłyśmy w kółko,
a na dodatek śledził nas jakiś straszny,
naprawdę straszny starszy pan
w czarnym płaszczu.
Gdyby miał czarne okulary to pomyślałabym,
że sztokholmska policja namierzyła Mary
za to nieszczęsne 100€.

Na szczęście był niegroźny i uciekłyśmy mu gdzieś na dziale poduszek (potem nas znalazł, ale tylko dziwnie się patrzył
i nic nie mógł zrobić, bo dla odmiany stałyśmy w miejscu, więc
nie mógł za nami podążać).
Wyjście znalazłyśmy śledząc z kolei innego pana,
bo wyglądał jakby tam zmierzał i faktycznie,
wyprowadził nas prosto na kasy!…”

„… Sztokholm jest piękny!
Ach, winie Cię za to, że się tu nie urodziłam…”

„…W Szwecji w restauracji IKEA nie ma łososia!
Skandal na wielką skalę, co to w ogóle ma być?
W dodatku jak się o niego spytałam, to pan bardzo się
zdziwił i pokazał mi na wędzonego.
Wszystkie te historie o tym że Szwedzi
są zdrowi, bo jedzą dużo ryb to bujda,
narodowym jedzeniem są tu hot dogi
bo są dosłownie wszędzie!…”

I tym sposobem minął im kolejny dzień.
(A ja mogę wyręczyć się mailami na blogasku).
Jestem w wielkim niedoczasie, znowu!
Dopiero co wygrzebałam się spod sterty zaległości,
a już wpadłam pod następną.
Niekończąca się to historia, z jednej strony gwarancja pracy,
z drugiej gwarancja zmęczenia i frustracji.
Cieszę się, że mogę choć poczytać o tym,
jak moja córka dobrze się bawi, że ma przygody,
że chce jej się tym ze mną dzielić,
że pisze, że kocha w jednej linijce z zapytaniem,
jaki ma limit na karcie.
Tęsknię i trudno mi się pogodzić z tym,
że wyfruwa w szeroki świat.
Ale jak mus to mus.
Li.


I cóż że ze Szwecji?

23 stycznia, 2013

Maile krążą, a ja dziękuję niebiosom za wi-fi.
Karta została użyta, uzasadnienie poniżej:
„...Jesteśmy teraz w centrum handlowym na kawie, zapłaciłam twoja kartą, bo był bezdotykowy terminal i nie musiałam jej podawać kasjerowi!…”
Oczywiście popadły w tarapaty:
„…Jak Mary wymieniała euro w kantorze, to okazało się, że jej 100 € jest fałszywe i spędziłyśmy tam 30 min, podczas kiedy badali je na wszystkie strony ultrafioletem, żeby w końcu zakomunikować, że je zabierają i że Policja się z nami skontaktuje! Mary zapobiegawczo zapomniała swojego numeru i podała numer do Krysi, haha.
Ale spisali jej wszystkie dane z dowodu i w ogóle,
więc zrobiło się niebezpiecznie!
Od razu poczułam uderzenie miłości do naszych kantorowców, chyba przywiozę im to piwo z Lidla za 3k!
Mary jest załamana i się boi, na szczęście Krysia obiecała się wszystkim zająć i dosłać pieniądze, bo to ona wymieniała gdzieś to 100 euro!

Będzie zabawnie jak dostaną wezwanie na przesłuchanie do ambasady szwedzkiej…
(Może przywiozę im jednak dwa piwa?…”)

„…Zaraz spróbujemy znaleźć DARMOWY Ikea bus (tak w tym kraju jest coś za darmo!) i jechać do tej Ikei i centrum handlowego, bo moje uszy przybrały niebezpieczny kolor czerwieni…”

Najwidoczniej co wyjazd, to znajomość z Policją jest obowiązkowa. Przypomina mi się  afera z Tunezji, rany boskie (malarstwo włoskie:).

Li.


Trudno wypuszcza się dziecko w świat, ale jak mus to mus.

23 stycznia, 2013

Nie wiem co zrobić, by wylecieć z rankingu blogów.
Tkwię w tej pierwszej dziesiątce w towarzystwie,
od którego trzeba uciekać co sił w wirtualnych nogach,
Bo ja piszę dla siebie i tych z Was,  którym chce się ze mną pogadać,
albo przynajmniej przez chwilę czytania o mnie pomyśleć.
Popularność zawsze niesie za sobą ryzyko przypadkowych wirtualnych spotkań, a na to jestem za leniwa,
by nie rzec-nieśmiała.
Chce mi się być w kącie i mieć stamtąd swoje zdanie,
którego konsekwencją jest pisanie tego co mi się podoba,
a nie tego co chcieliby czytać przypadkowi czytelnicy.


Znowu wstałam skoro świt, życie nocne daje mi przynajmniej upragniony czas tylko dla siebie, spokój i ciszę.
A korespondentka ze Szwecji donosi rzeczy straszne, które oczywiście bardzo mnie śmieszą, uwielbiam jej maile z podróży, to świat do którego nie mam już bezpośredniego dostępu, mogę tylko łapczywie czytać, co mi pisze.
Bawi mnie jej zdziwienie rzeczami oczywistymi,
ale przecież  każdy ma swoją Amerykę do odkrycia.
Niestety dorosła i już nigdy nie będzie dzieckiem z matką na wakacjach.
Oddajmy jej głos:

„Mamut!!!
Nasz pokój ma 2×2 m2 (serio, zrobię zdjęcie i potem wyślę)
i nie ma okien.
Najbardziej komiczne jest to, że przestrzeń wspólna jest przeogromna i jest wielkie lobby, a pokój jest taki jak dwie nasze pralnie i jak wchodzimy razem z Mary,  to najpierw ona wchodzi, zamyka drzwi i przechodzi dalej,
a dopiero potem ja, haha.

Ogólnie Sztokholm jest super, tylko za drogi i za zimny,
ale dajemy radę, delikatnie przemarzając.
Jesteśmy strasznie zmęczone i zaraz idziemy spać,
pomyliłyśmy ulice w drodze z dworca centralnego do hotelu,
wysiadłyśmy na złym przystanku metra
i błądziłyśmy 2h,  dopóki nie przejęłam od Mary mapy
i nie okazało się, że jesteśmy praktycznie na naszej ulicy…”

„Jedzenie w sklepach jest strasznie drogie, wiesz że 3 paczki papieru toaletowego kosztują tu 50 zł?”

„…Mogę zapomnieć o zdrowym odżywianiu, bo najtańsze są bułki (mimo że i tak kosztują średnio 14 koron = 7zł) no ale oczywiście nie oszczędzamy aż tak bardzo,
na śniadanie kupiliśmy sobie po smoothie i babeczce…”

„..Ogólnie jest fajnie, miasto jest naprawdę piękne, jutro planujemy jechać do największej Ikei i centrum handlowego, więc pewnie kupię sobie jakiś sweter albo czapkę (bardzo bym chciała, bo w mojej zamarzają mi uszy,
a tu wyobraź sobie panuje zasada, że im większy pompon tym większy lans), a potem będę głodować, haha.

Pojutrze też już mamy zaplanowane, chcemy iść do największego w EU sklepu jeździeckiego (no, kto chce ten chce, ale przecież wiem,  jak Mary to cieszy) a potem do tego muzeum ze statkiem Wikingów, ale kosztuje 130 koron, więc same nie wiemy czy warto, ale innego statku Wikingów nie ma!”.

Dziecko pojechało bez swojej karty bankomatowej, która połknięta przez bankomat nie została na czas odzyskana.
Dałam jej na wszelki wypadek (o święta naiwności!) swoją kartę kredytową.

„…Najgorzej to się czuję bez mojej karty, bo to taka niemoc :( Będę bała się płacić kartą Twoją, bo Szwedzi są strasznie praworządni i dzisiaj poszłyśmy do Lidla, ale nic nie kupiłyśmy w końcu, a nie było wyjścia
dla klientów bez zakupów, więc wzięłyśmy najtańszą rzecz w sklepie tj. 330 ml bardzo podejrzanego „piwa” za 3k , to jest w ogóle najtańsza rzecz jaką widziałam w całej Szwecji (w której jest od wczoraj ),  2% alkoholu i pani nas obie spytała o dowody!
Chyba boimy się to wypić swoją drogą, więc stoi
tu sobie i się z niego śmiejemy…”

„…Wzięłyśmy po 2 gripexy profilaktycznie bo -10 C mrozu i pokój bez okna, ale za to z  dziwnymi wiatrakami, to nie za dobre połączenie.
Właśnie zamilkłyśmy na chwilę i okazało się,  że jest tu bardzo głośna rura- lol -mam nadzieje że zasnę, bo normalnie nie mogę spać, gdy  słyszę Twoją muzykę z dołu, masakra!…”

„…Znalazłam ci strasznie ładnego kota, ale w takiej
sklepo-pracowni (jest na wystawie) że aż się boję wejść zapytać o cenę,
ale odważę się w końcu…”
( w domyśle- mogę użyć Twojej karty?
Ale jak ładnie podane;-)

Rzuciłam niewinną uwagę, że nie zawsze śpi się w luksusie
i okazało się, że trafiłam w czuły punkt podróżnika:
„CZY TY KOBIETO WIESZ DO KOGO TY MÓWISZ W OGÓLE!
Uwierz mi, ja już swoją lekcję braku luksusu miałam!

Lwów, Psków, Smoleńsk i wiele innych miejsc
tak strasznych, że Ci się nawet nie śniło! …”

„…Przeczytałyśmy w internecie, że ktoś miał tu w łóżku robaki i od razu nas wszystko swędzi, mimo że pokój w przeciwieństwie do łazienek jest turbo czysty…”

Myślę, że trzeba wysłać ją do Azji.
Już sobie wyobrażam maile.
Li.


Poranne plotki.

22 stycznia, 2013

Popatrzyłam ze zgrozą na jej stopy rozmiar 40, ubrane w dwie różne skarpetki.
Nie będzie Ci głupio na lotnisku, gdy będziesz przechodzić przez bramki? Ściągniesz buty i co?
Jak to co? Dwie różne skarpetki to jest mój znak rozpoznawczy i wszyscy już tak noszą!

I tak oto z niechlujstwa można uczynić cnotę.
Jest i bonus dla mnie, od dziś lekceważę dobieranie skarpet
w pary, nie znoszę tego robić, siebie do małżeńskiej pary
dobrałam wszak fatalnie.

Starsza kilkanaście minut temu pojechała z koleżanką na lotnisko
w Pyrzowicach, lecą dziś na cztery dni do Sztokholmu.
Odbieram je w sobotę o 14.00 i wpadłam na chytry plan połączenia lotniska z wcześniejszą wizytą u Magdy-Kseny,
będę już tak blisko, że to byłby grzech zaniechania.
Po drodze zabiorę Sisi i jedyne do czego muszę się przyłożyć,
to wyjazd z Krakowa w okolicach szóstej rano.
Ale znam takich co mnie obudzą:)

Mam przed sobą dwa dni wolności od moich zstępnych.
Guśka wraca pojutrze z zesłania u babci,
skruszona i pogodzona z losem.
Kilka razy dziennie zapewnia, że mnie kocha.
Przez telefon.
No cóż, zobaczy się rachunek za ten miesiąc.

Wstaję i idę sprawdzić stan auta, rano muszę być na Policji,
a wczoraj spóźniłam się na spotkanie- auto miałam idealnie pokryte lodem jak najlepszą glazurą,
godzinę zabrało mi doprowadzenie go do stanu używalności.

Wtorek-potworek uważam za zaczęty.
Mam świetny humor. Bez uzasadnienia!
Li.


O niczym, więc dużo za dużo.

22 stycznia, 2013

Chorowanie na poziomie zwykłej infekcji jest nawet przyjemne.
Można sobie dużo wybaczyć, podjadać dla zdrowia ptasie mleczko,
przesnuć się w szlafroku i gumce recepturce na włosach,
mieć w nosie cały świat i swój prywatny Katar.
Potem tylko trzeba się nabiegać, by dogonić sprawy,
które nie chciały położyć się i smarkać razem ze mną.
(Ta notka będzie zupełnie o niczym, ale muszę ją napisać,
by zakończyć pewien wątek, pewną znajomość i pewne złudzenia,
co do osoby, którą gościłam w swoim domu).
Od tygodnia kotłował się tu temat Marianny,
mniej lub bardziej zasadnie,
nie chce mi się wnikać w to kto i dlaczego kogoś wkurza,
wiadomo- nie wszyscy są entuzjastami hasła: Kochajmy się!
A już tego zrzędę statlera waldorfa kochać trudno,
choć ja go kocham i uwielbiam nad życie.
Wiadomo, że w komentarzach czasem aż iskrzy,
sympatie i antypatie rozkładają się w zależności od pory dnia,
andropauzy i PMS piszącego, ot- odbicie piekiełka z reala, choć uczciwie rzecz biorąc muszę przyznać, że z reguły jest miło i przyjemnie.
(Miałam pisać o niczym, a meandruję).
Ad rem: z Marianną z reguły było mi nie po drodze, różniło nas inne poczucie humoru, spojrzenie na świat i spora różnica wieku.
Ale była nić sympatii i tolerancja, z mojej strony nawet duża- czego probierzem była moja (nie)reakcja na zrobioną przez nią awanturę o niezaproszenie na spotkanie z paniąstarszą ( w sumie szczęka opada mi na to wspomnienie do dziś).
Nie z każdym muszę się zaprzyjaźniać,
ale z każdym mogę pogadać.
Marianna założyła bloga www.umarianny.wordpress.com.
Pomijam, co tam wypisywała na mój temat, przebolałam.
Ale tego, że wpuściła do siebie największego i najwredniejszego trolla XXI wieku- Koko vel ptysiek, vel ewawilińska, trolla  który tak bardzo dokuczał umierającej Chustce, który pisał wredne komentarze na mój temat u viki, który obrażał viki, który pluje jadem, ale pod innym  nickiem potrafi  każde słowo podlewać miodem- Mariannie nie wybaczę.
W ferworze niechęci do mojej osoby (choć doprawdy nie wiem w czym zawiniłam, to ja powinnam obrazić się za podrywanie statlera;-), nie zauważyła,
że Koko vel ewawilińska szydzi z niej bezlitośnie.
Marianno, u mnie od dziś  lądujesz w spamie,
mówię Ci ładne: żegnaj,
w każdej sytuacji należy być przyzwoitym człowiekiem
i nie obchodzi mnie co na to Seneka Młodszy.
Ani Lec.
Li.


Studium sobotniego popołudnia.

19 stycznia, 2013

Wstałam, spojrzałam w lustro, jęknęłam i wróciłam do łóżka,
by dalej spać.
Wszak sen dodaje urody, a ja mam braki na jakieś sto lat.
Spać, spać, spać i śnić kolorowo, by mieć przeciwwagę dla szarości na jawie.
(W taki dzień jak dziś nawet czerwone auta są mniej czerwone).
Spać, spać, spać, by nie dopuszczać czarnych myśli i przespać problemy,
spać, spać, spać, by mieć usprawiedliwienie dla nie zajmowania się tym, czym zajmować się na jawie powinnam.
A powinnam przede wszystkim rozebrać choinkę,
choć chyba rozebrać jej bardziej się nie da-
nagle straciła wszystkie igły,
leżą pod nią grubą, zieloną warstwą, z upodobaniem wylegują się na niej koty, potem wraz z nimi igły wędrują po całym domu,
spadając w miejsca bardzo egzotyczne, takie jak łóżko Młodszej.
Muszę więc wstać, muszę, muszę, muszę.
Wstanę, zrobię sobie kawę, udam, że nie zauważam
podrzuconych przez  Starszą kapsułek z bezkofeinową,
wezmę prysznic, ubiorę się, unikając spojrzenia w lustro,
zbiorę włosy w kucyka, włączę głośno muzykę i będę udawać,
że rozbieranie choinki, sprzątanie, pranie i odkurzanie
jest najlepszym pomysłem na spędzenie sennego,
sobotniego popołudnia w wielkim mieście.
Na szczęście wieczór zapowiedział się z miłą wizytą.
Li.


Krótkie info prosto z łóżka.

18 stycznia, 2013


Wszystkich sceptyków- (tak, tak zapamiętałam sobie,
KTO szczególnie wątpił w moją siłę charakteru i przewidywał,
że nie wytrzymam w postanowieniu ukarania:) informuję,
że moje młodsze dziecko jest już pogodzone z losem.
Co prawda zaczyna fikać i przysyłać mi sms’y typu:
„no dobrze. Ale jak mi taki numer zrobisz w wakacje,
to NIGDY Ci nie wybaczę!”, ale ja odczytuję z nich wyłącznie pozytywy-
wie, że nabroiła, wie, za co ponosi karę i wie, że kara jest słuszna.
Kocham ją okrutnie, cóż zrobić.
Jestem znowu chora, nie pomnę, który to już raz tej zimy.
Gorączka, osłabienie, bóle wszystkich kości i koszmarny ból głowy.
Tak spędziłam czwartek- nic-nie-wartek.
Dziś nie będzie niestety lepiej.
Oby to nie była grypa, TA grypa.
Wracam pod kołdrę.
Li.


Jestem najgorszą matką na świecie i jestem z tego dumna!

16 stycznia, 2013

Wymierzanie kary ukochanym córkom zawsze było moją słabą stroną
i najjaśniejszym przykładem mojej konsekwentnej niekonsekwencji.
Bo jak karać kogoś, kogo tak bardzo się kocha?
A teza o karaniu dla dobra dziecka jakoś mnie nigdy nie przekonywała.
Do dziś.
Bo oto dziś nadszedł sądny dzień dla mojej Młodszej i kara jest potężna.
Tak potężna, że dowiedziałam się, iż jestem najgorszą matką na świecie- automatycznie weszłam więc do elitarnego klubu matek burzliwie dojrzewających nastolatek.
Kara jest również dotkliwa, przemyślana przeze mnie starannie,
to kara na wspomnienie której będą napływać do oczu dziecka łzy.
Jest to więc- mam nadzieję- kara bardzo wychowawcza, zapamiętywalna.
Przykro mi, ale muszę być twarda nie miętka.
Młodsza kolejny raz z rzędu przekroczyła dozwolony limit
150 złotych na rozmowy
z komórki, raz przełknęłam rachunek 400 złotych, następny był trochę niższy- 320 złotych,  uznałam że robi postępy,
potem znowu skoczyła na 360 złotych, to było miesiąc temu, przeprowadziwszy z nią rozmowę, wykazałam bezsens dzwonienia na komórkę przyjaciółki z Ełku, gdy może dzwonić z naszego domowego telefonu po godzinie 18.00 bez limitu,
wkurzyłam się na tekst, że „nie chce się jej schodzić po słuchawkę na dół”,
ale miałam nadzieję, że moje argumenty o tym, że lepiej kupić sobie fajne buty niż nabijać kiesę T-mobile trafiły do tej główki z blond lokami.
Dzisiejszy rachunek na kwotę 400 złotych zmusił mnie do działań ekstremalnych i oświadczenia,
że oto przegadała koszty podróży do Ełku na super ferie z przyjaciółką.
Trudno, zostanie w domu, będzie obrażona, nieszczęśliwa,
ale może zapamięta po wsze czasy czym jest kryzys, recesja, konieczność ograniczeń, prośba matki i konieczność spojrzenia dalej niż czubek własnego noska.
Serce mi pęka, bo bardzo cieszyła się na ten wyjazd,
ale nie mogę ulec, nie mogę!
I jutro kupuję jej pre-paida, koniec z luksusem abonamentu.
Aż  nauczy się, że pieniądze nie spadają z nieba.
Co o tym myślicie?
Li.

Zdjęcie winowajczyni.
Ściągnięte z jej profilu na fb, więc może nie zabije. Bardzo je lubię.

Guś2


To nie jest reklama, tylko odruch płynący z głębi mego serca.

15 stycznia, 2013

Wiele znam sposobów na sprawienie sobie przyjemności,
ale TEN jeden sposób zawsze jest w czołówce rankingu,
relaksuje mnie i rozluźnia przed kolejnymi spięciami,
których- jak wiadomo z moich jęczących notek-
los mi nie oszczędza.
Ale gdyby nie TEN sposób, to częste spięcia doprowadziłyby mnie do gwałtownego wzrostu napięcia i byłoby po mnie.
I jaki nastałby wtedy żal, przynajmniej u niektórych…:)
TEN sposób trzeba stosować przynajmniej raz w tygodniu,
skóra po nim gładka i napięta,
pachnie pomarańczami albo lawendą,
bolący kręgosłup zapomniał sam o sobie,
a dusza śpiewa/jęczy/mruczy z rozkoszy masującego dotyku.
Dzielę się teraz z Wami moim wielkim skarbem,
telefonem do masażystki Liliany, która przychodzi do domu,
ceny ma niezwykle konkurencyjne, nie liczy czasu,
bo dopóki porządnie nie wymasuje, to nie wychodzi.
602641045, powiedzcie, że dzwonicie ode mnie!
Nie będziecie żałować,
Li.