Za nic mam teraz całe zło świata.

14 stycznia, 2013

Przetrwałam poniedziałek i spotkała mnie nagroda
w postaci spokojnego wieczoru.
Miałam iść na Koncert Noworoczny Aptekarzy,
ubiegłoroczny był cudowny,
ale coś mnie tak bardzo ciągnęło za rękę w stronę mojej kanapy,
że uległam i zaległam.
I oczywiście od razu ukułam teorię, której główną tezą jest ten oto dowcip:
Siedzi na ławce dwóch staruszków i jeden do drugiego mówi:
„Wiesz Karolku, mówili mi, że na stare lata nie będę mógł,
a mnie się po prostu nie chce”.

Tak, wiedziałam że kiedyś nadejdzie ten dzień,
gdy przedłożę wygodę ciała nad rozkosze ducha.
I jest mi dobrze, laptop, muzyka, latte,
polarowy pled w kolorze śliwki węgierki,
śnieg padający za oknem
i ciepły brzuch Szarego grzejącego mi bose stopy.

Viki przysłała mi w mailu dowcipy o staruszkach
(żeby mieć czas przywyknąć):
Osiemdziesięcioletnia wdowa wraca z randki ze swoim dziewięćdziesięcioletnim narzeczonym.
– I jak było, mamo? – pyta córka.
– Wyobraź sobie, musiałam mu dać trzy razy w twarz!
– Co ty powiesz, dobierał się do ciebie?
– Nieeee, tylko myślałam, że umarł…

Hej, hej! Róbcie to co ja, a będzie Wam dobrze!
Li.


Poniedziałek może spieprzyć cały tydzień. Ale nie musi!

14 stycznia, 2013

Jasny dzień przepędził ducha i napędził ciemne problemy.
(To ja już wolę strach przed duchem, proszę losu!)
Jeżeli poniedziałek ma determinować mój tydzień,
to ja muszę odczarować fatalne pierwsze wrażenie
pobudki w ciemnościach.
Spieniłam więc idealnie mleko, wlałam do niego espresso,
czas na najmilszą chwilę poranka, jak dobrze,
że rzuciłam ten nikomu niepotrzebny odwyk, mam swój rytuał,
który napędza mnie do twórczego działania.
Najważniejsze to mieć swoją górę, plan na jej zdobycie
i spokój dla jego realizacji.
Metr po metrze, powoli, bez niepotrzebnych emocji,
eliminując toksyny, niedowiary, przeszkadzacze, utrudniacze,
i wątpiacze, od czasu do czasu pociągając życiodajny łyk latte
idę w wybranym kierunku.
Jest mi trudno, bo nienawidzę się wspinać.
Ale jeszcze bardziej nie lubię spadać,
idę więc w kierunku nieba, mając nadzieję na raj.
Czego i Wam życzę, ciągle pełna złudzeń co do swoich możliwości.
A co na to Lec?
Między jednym a drugim niebytem trzeba samemu starać się
o swoje utrzymanie.
Li.


Słyszę kogoś.

13 stycznia, 2013

Ktoś jest u mnie w domu. Słyszę go wyraźnie.
Niepokoi psa, nagle otwiera drzwi do schowka,
gasi światło w górnej łazience i zrzuca kubek z blatu kuchennego.
Kara strzyże uszami, siedzi w napięciu wypisanym na pysku,
nagle zaczyna szczekać w przestrzeń salonu,
widać że widzi kogoś, kogo ja nie widzę.
Pozapalałam światła w całym domu i skuliłam się w kącie kanapy.
Jeszcze nie wiem, czy się boję,
ale na pewno odczuwam głęboki niepokój
i jakąś taką elektryczną atmosferę.
Czuję dreszcze przebiegające mi przez ciało,
czuję zimny powiew nie wiadomo skąd,
słyszę na górze hałas, zupełnie nie koci.
Starszej nie ma, telefon nagle się wyładował,
odważam się włączyć ładowarkę,
coraz bardziej czuję się nieswojo, ale jeżeli jest to duch,
to dlaczego miałby zrobić mi krzywdę?
Wołam po cichu mojego ojca, Dżordż ratuj!
Niech mi pomoże, rany boskie, malarstwo włoskie,
jestem kompletnie nieodporna na takie zdarzenia.
Pies teraz warczy, wpatrzony w jeden punkt,
niech mnie ktoś uratuje, bo zaraz umrę ze strachu!
Teraz wszystkie cztery koty
przyszły razem do salonu,
siedzą obok mnie w wyjątkowej zgodzie
i patrzą się przed siebie badawczo.
Pilnują mnie, ale przed kim?
Li.
PS. Parę minut temu spadły dwie bombki.
Wisiały na haczykach. Haczyki zostały na gałązkach.


Koniec przerwy.

13 stycznia, 2013

Dziesięć dni temu poszłam na odwyk.
Pierwsze objawy głodu pojawiły się po dwóch dniach.
Najbardziej bolała mnie dusza i prawa ręka bezproduktywnie sięgająca po kubek, którego nie było.
Dziś pękłam.
Musiałam jeszcze tylko wybłagać u Starszej, że pojedzie,
że kupi choć dwa opakowania.
Sama zostałam w łóżku,
wcale się przy tym nie usprawiedliwiając,
bo kiedy mam leżeć cały dzień, jak nie w sobotę?
Niedobre dziecko, które z tego powodu prawie wydziedziczyłam, przetrzymało mnie do późnego wieczoru.
Ale za to, gdy jednym pewnym ruchem ręki
wsadziłam kapsułkę w ekspres, gdy poczułam TEN zapach,
gdy sięgnęłam do lodówki po mleko z datą ważności do 14-go stycznia,
gdy zaczęłam je spieniać, gdy wlałam do kubka, gdy łyknęłam…. ach…
gdy plułam, a tego nie miałam w planach…
Nigdy, przenigdy nie kupujcie mleka w Lidlu,
będę w sobie pielęgnować dzisiejszy zawód po kres dni moich.
Na szczęście w lodówce było jeszcze mleko z Biedronki,
tym samym uznałam wyższość jednego dyskontu nad drugim
i noga moja w Lidlu chwilowo nie postanie
(i tak Starsza robi zakupy).

I nic innego mnie dziś nie zawiodło.
Spędziłam ciepły dzień na dbaniu o siebie, domowym kołderkowaniu, samomarudzeniu, grzaniu się i odkrywaniu
zalet ferii- Młodsza od wczoraj u babci po mieczu,
do Ełku zawożę ją dopiero za tydzień.
(Przez kilka następnych dni będzie w domu panował zwyczajny spokój, przerywany co najwyżej kocimi utarczkami).
Niedługo Starsza leci z koleżanką na kilka dni do Sztokholmu,
cały przyszły tydzień mam wolną chatę,
otwierają się przede mną fantastyczne możliwości,
których pewnie nie wykorzystam.

Dochodzi czwarta rano.
Jestem rześka i pełna energii.
Nie śpi ktoś, aby spać mógł ktoś.
Pilnuję, by płatki śniegu równo spadały na moje parapety.
Li.


Ogłoszenie parafialne.

11 stycznia, 2013

Ogłaszam chwilową przerwę w pisaniu.
Trzeba przewietrzyć i pomyśleć.
Nie będę pisać co na to Lec, ani  Seneka Młodszy.

Li.
PS. Chwilową! :)


Experto credite.

10 stycznia, 2013

Gdybym miała zrobić ranking kłębiących się  wokół mnie smutków,
gdzie nie ja jestem główną bohaterką,
ale ja je zawodowo muszę przyjąć, oddzielić, wyłuskać, wysłuchać, pomóc,
czasem kimś potrząsnąć, czasem z przekonaniem odmówić pomocy,
a czasem podziałać terapeutycznie samym zainteresowaniem,
to numerem uno byłaby niemiłość.
Ileż tej niemiłości wokół,  jest stałym wątkiem w materii życia.
Niemiłość– uczucie podstępne, tchórzliwe, bolesne.
Nigdy nie przychodzi nagle, nie jest prostym odwróceniem miłości,
bo nie uderzy jak piorun,
nie wywoła drżenia-wzruszenia i błyszczących oczu…
Niemiłość jest rakiem miłości. Toczy.
Powoli zżera ciepło, wspólność, czułość.
Nie pozwala już na terapię dotykiem.
Odpycha czuły gest, broni przed pocałunkiem,
patrzy drwiąco na niedoskonałości ciała,
nie zauważając że sama w lustrze się nie odbija,
a lustro jest przecież prawdomówne- jakim przerażającym widmem
musi być niemiłość, że nie chce jej oglądać nawet lustro?
Tyle tej niemiłości– u Ciebie i u Ciebie.
I u Ciebie mój przyjacielu, i u Ciebie moja miła…
Wy, tak o Was mówię moi kochani, też w niej trwacie,
oszukując się jeszcze wzajemnie,
ale już powoli otwierając oczy w zrozumieniu i poczuciu klęski.
Czasem sobie tak myślę, wysłuchując kolejnej historii,
że niemiłością
cywilizowany człowiek omija zakaz tortur.
Bo nic tak nie boli, nic.
Experto credite.
Li.


Lubię czasem pisać o niczym, a to przecież o życiu, suchej jedlinie i igłach w herbacie.

8 stycznia, 2013

Jodłowe igły spadają mi na głowę i wpadają w klawiaturę.
(Takie cuda to tylko w Krakowie).

Siedzę przy stole pod lampą przybraną jedliną, wysuszona wydaje ostatnie tchnienie, a siedzące na niej świątecznie przebrane motyle umierają wraz nią, ostatecznie kończąc wątek uroczo kiczowatych bożonarodzeniowych ozdóbek.
lampa1

lampa2

lampa3

lampa4

lampa5
Pada śnieg, jest cudnie!
(Ale niedługo zacznę hodować hiacynty, wszak idzie wiosna!)
I właściwie tyle mam do powiedzenia w ten wtorkowy wieczór.
Do herbaty wpadły mi igły i toną.
Li.
PS. Śledzę sprawę Katarzyny Waśniewskiej, matki Madzi.
I przypominam sobie swój wpis, o ten.
Bardzo mi smutno, że miałam rację. Ale nawet w najgorszych snach nie przypuszczałam, że miałam racje aż tak.


Wpis prawie polityczny:)

7 stycznia, 2013

Bardzo podoba mi się sędzia Igor  Tuleya- ten,
który wydał wyrok w I Instancji w sprawie Doktora G.
Za uzasadnienie wyroku  i napiętnowanie metod działania CBA z czasów
Ziobry i Kamińskiego ma u mnie szacun, wielki szacun.
Będę trzymać kciuki, by nie zadziobały go kruki,  wrony i  kury. 
Bo stojąc po drugiej stronie czuje się czasem ogromną bezsilność.
Jakie jest Wasze zdanie? Ciekawam!
Li.


7 stycznia, 2013

Powołuję do życia na ekranie, a potem jednym ruchem zabijam
niewinne mojemu niezadowoleniu litery,
drażnią mnie złożone z nich słowa.
Nie śpię, trwam nocnie, przekroczyłam weekendowe limity snu
i teraz muszę odrobić to w czuwaniu.
Tym samym rozpoczęłam nakręcanie kolejnej spirali bezsenności,
pęknie pewnie na koniec tygodnia.
Ale nie jest mi źle, dom jak zwykle przyjaźnie mnie otula,
pozwala pomyśleć i przemyśleć.

Niedzielnie popołudnie spędziłam z człowiekiem, którego życie jest splątane jak talerz spaghetti- nie wiadomo, gdzie początek,
a gdzie koniec kolejnych wątków i spraw.
Prawomocnie skazany wyrokiem za czyn, którego nie popełnił,
stara się walczyć o siebie, ale ze smutkiem widzę,
że brakuje mu już sił i chęci.
Dotknęła go ironia przypadku, zwykły pech, pomówienie,
ludzki błąd i ogrom nieszczęścia. Trudni to przeciwnicy.
Ile można w życiu od życia znieść?

Ale nie jest to smutna notka, bo ja wiem, że będzie z nim dobrze.
Uda mu się, uda.
Ma w sobie to COŚ.

I wtedy jego życie będzie poukładane jak płaty lasagne, o!
Li.


Takie tam… łóżkowe sprawy.

5 stycznia, 2013

Za dwa tygodnie czeka mnie podróż do Ełku.
Popatrzyłam w Google, ech- zaledwie 519 kilometrów,
sześć godzin z postojem na kawę i wrócę tego samego dnia.
Po konsultacjach „z jeżdżącymi w tamte strony” już wiem,
że tak łatwo nie będzie,
postanowiłam więc jechać pociągiem- zaledwie osiem godzin,
wezmę sobie nową książkę J. Rowling i jakoś to przeżyję.
Ale niechętnie, niechętnie…
Co gorsza będę tam musiała jechać tydzień po tygodniu,
może są jacyś chętni na podróż z Krakowa?
Zrobimy imprezkę w pociągu,
z intymnymi zwierzeniami
w bladym świetle przedziałowych jarzeniówek w tle.
Z nowości donoszę, że padł mi kręgosłup,
ma ochotę tylko leżeć i pachnieć,
natarty więc rozgrzewającą maścią roztacza wokół mnie
charakterystyczny dla staruszek zapach kamfory.
Tak, dziś jestem starą kobietą i bardzo mam ochotę taką pozostać, przynajmniej mam usprawiedliwienie dla nie wychodzenia z łóżka,
kotów grzejących mnie z każdej strony,
wyciszonego telefonu i ogólnego „tumiwisizmu”,
który jest cudownym stanem nieprzejmowania się
nikim i niczym poza sobą oczywiście.
Miłego wieczoru!
Li.


I sok malinowy może być źródłem mocy:)

1 stycznia, 2013

Racjonalna strona mej  natury chwilowo odsypia (nie)szaleństwa ostatniej nocy, do ucha dochodzi więc ta,  co z reguły głęboko ukryta przed wymagającym światem, a najbardziej ukochana i najbliższa- szalona, nieprzewidywalna i tęskniąca za jasną stroną życia- Ja,
mieszkająca we mnie Ja, ta Ja, która z konieczności wymuszonej względami ekonomicznymi, życiowymi i oczekiwaniem społeczeństwa zeszła do podziemia i czeka na znak do wyzwolenia.
Problemy kiedyś będą mieć swój kres i wtedy nastanie czas beztroski.
Ta myśl trzyma mnie przy życiu i pomaga w utrzymaniu swoich własnych lochów, tłoczę tam świeże powietrze,
przechowuję najlepsze pomysły i czekając na samowyzwolenie staram się przeżyć na powierzchni.
Nie wiem co przyniesie mi rok 2013.
Nie spodziewam się żadnych znaczących zmian, poza tymi których mogę sama dokonać, zwłaszcza po pokonaniu zbyt mocno  ogarniającego mnie lenistwa.
Nie mam wygórowanych oczekiwań, mam tylko jedno życzenie- chcę być zdrowa, chcę by moi bliscy byli zdrowi, bo jak będzie zdrowie,  to ze wszystkim innym dam sobie radę.
Pomarudzę, posmęcę, pojęczę, zwłaszcza na blogu, bo w realu na jęczenie nałożyłam embargo z wysokimi karami za jego złamanie.
Mam świetny humor, chce mi się znowu przenosić góry,
odganiam myśl, że to tylko złudzenie wywołane magią przełomu roku,
wolę myśleć, że to efekt ładowania baterii przez ostatnie dwa leniwe tygodnie, przytulania dzieci, głaskania kotów, picia niezliczonej ilości herbatek z imbirem, cytryną i sokiem malinowym mojej byłej teściowej-
jej już niestety nie ma w moim życiu, ale na szczęście dzieci wożą mi kontrabandę.

soki
Dom pachnie dobrą energią,
choć nieżyczliwi powiedzą, że to lawendowy odświeżacz powietrza.
No cóż, wszystko można zracjonalizować, spospolicić,
spłycić i postawić w szeregu.
Ja wolę moją interpretację i nie dam jej sobie odebrać.
Dobrego dla Was!
Li.


Nie da się uciec od dzisiejszej nocy.

31 grudnia, 2012

Trudny mam ten koniec roku,
ale przecież walczyć z trudnościami jest rzeczą ludzką.
Jest mi ciężko, ergo sum.
Zamknęłam się w sobie, uszczelniając system wypływu energii,
kumuluję ją jak bateria, jestem wdzięczna losowi za świetnie rozwinięty system samoratunkowy,
jego ukoronowaniem będzie zamówiona dziś wizyta u kosmetyczki,
kojący masaż dopełni dzieła odrodzenia się po raz kolejny.
Dom śpi, muzyka gra, na tę chwilę nic nie muszę,
odgrodziłam się od problemów kawą z mlekiem
i słońcem wpadającym w choinkowe bombki
(a zgodnie z jedynie obowiązującym nurtem dekoratorskim choinka ubrana jest w koty).

bombki
Nałożyłam embargo na czarne myśli ,
jestem dziś bezmyślnym bytem, który chce być szczęśliwym człowiekiem.
Ubieram się mentalnie w czerwoną sukienkę
i wbijam w zapomniane chwilowo przekonanie,
że to ja jestem kowalem własnego losu.
W 2012 roku nie miałam siły, by dźwigać kowalski młot
i zaledwie podtrzymywałam płomień w piecu,
ale przecież nie można tracić nadziei.
Sobie życzę minimalistycznie-odrobinę lepszego Nowego Roku,
a Wam hojnie-tego,  czego tylko pragniecie.
Li.


Potwór i cud.

23 grudnia, 2012

Mam dobrą koleżankę z ogromnym ogrodem,
w którym niegdyś sadziła malutkie, słodziutkie choinki.
Teraz ma przerażający gąszcz kilkumetrowych olbrzymów.
Choinkę obiecywała mi od początku grudnia,
ale jakoś tak puszczałam te słowa mimo uszu,
zbyt egzotycznym wydawało mi się ścięcie drzewka w ogrodzie,
przewiezienie do mnie,
mam przecież Kleparz na wyciągnięcie ręki
i zgrabne, hodowlane jodły czekające na klienta całą noc.
I właśnie zaplanowałam wczoraj,
że taką jodłę kupię w sobotę rano,
niedużą, jakieś metr pięćdziesiąt,
z wiotkimi gałązkami zniechęcającymi koty do penetracji od stojaka po czubek…
Tja…
Darowanemu koniowi nie zagląda się … itd, więc
wczorajszy późny, mroźny wieczór spędziłam na lodowatym wietrze,
usiłując bez wyrwania drzwi wydobyć z wielkiego auta A. jeszcze większą choinkę-potwora czterometrowego, będącego uciętym czubkiem siedmiometrowej jodły z grubym pniem.
Po godzinie stękań i sapań „drzewko” zaległo na chodniku przed kamienicą,
a A. odjechała koić gniew męża, wykończonego operacją wsadzania potwora do auta.
Nie czekała, aż moja opadnięta szczęka wróci do pozycji właściwej.
Zostałam z prezentem,
którego samodzielnie nie byłam w stanie nawet podnieść,
a co dopiero wnieść na trzecie piętro.
Wysokość mojego mieszkania to równe trzy metry,
ale to był szczegół przez A. pominięty.
W pakiecie dorzuciła mi jednak piłę i tą piłą,
tak tą właśnie piłą, po godzinie piłowania na parterze kamienicy,
gdzie udało mi się wtargać potwora przy pomocy Starszej,
upiłowałam z dołu metr, a z góry pół metra.
Walczyłam do drugiej w nocy i mam pod drzwiami zmasakrowane drzewko, którego nie mam odwagi wnieść do domu.
A darczyńca domaga się zdjęć…:)
Za to przydarzył mi się pierwszy wigilijny cud,
taki prawdziwy cud- jakieś dwa miesiące temu zorientowałam się,
że w dokumentach samochodowych nie mam
ani potwierdzenia ubezpieczenia,  ani prawa jazdy.
Pierwsze podejrzenie padło na Policję, że nie oddała
jak bezczelnie i bez przyczyny zatrzymała mnie do kontroli.
No bo przecież nie gubi się prawa jazdy ot,  tak!
Ciągle jednak nie miałam czasu na załatwienie tej sprawy,
albo też trwając w starannie pielęgnowanym cudzie niepamięci,
jeździłam bez dokumentów.
(I nie ma co pytać, na co liczyłam w razie „w”).
Wczoraj Starsza powiedziała mi,
że ma dla mnie prezent pod choinkę, który nic jej nie kosztował, bo został znaleziony przez jej przyjaciółkę Klaudię.
Ale że będę bardzo szczęśliwa.
Jak to prezent znaleziony? Dlaczego szczęśliwa?
Sami rozumiecie, że tak rozpalona moja ciekawość
nie mogła nie zostać zaspokojona NATYCHMIAST.
A odkąd dziecko zrobiło prawo jazdy i codziennie podbiera mi auto,
to zyskałam nową, wielką siłę nacisku.
Gdy zobaczyłam swoje prawo jazdy,
to jakbym schudła 20 kg od razu,
tak wielka była moja radość.
Prawko zostało znalezione w moim własnym aucie,
w bałaganie za przednim fotelem, co -po pierwsze-absolutnie skłania mnie do zrobienia niezwłocznego porządku,
bo kto wie, co tam może jeszcze zalegać, i -po drugie- stanowi wyraźny dowód, że cuda się zdarzają.

Wesołych Świąt dla Was!
Li.


Pokoncertowo.

22 grudnia, 2012

tort

Nie było mnie na koncercie dla Magdy,
ale mam z pierwszej ręki i wiadomości
i zdjęcie tortu pokoncertowego
(i jaka śliczna śfinka na tym torcie,
Aśka kwiczałaby z zachwytu:)
Udał się i koncert i tort, ilość sprzedanych biletów zawstydziła wszystkich sceptyków,
artyści dali z siebie wszystko,
co przełożyło się na ilość wzruszenia zatykającego gardła,
to był świetny początek przyszłej Fundacji „Chustka”,
niech moc będzie z Nimi, trzeba wspierać, sympatyzować,
w razie potrzeby działać i pamiętać, że to Ty możesz być następny.

Jestem do niczego, a mam być do wszystkiego.
Czy ktoś wie, gdzie w Krakowie
można kupić taki sprytny młynek do parmezanu?
Z uroczą korbką?
Szukam na prezent.
Li.


I kotu można zazdrościć.

21 grudnia, 2012

Szaruś
Są dni, gdy zazdroszczę własnym kotom wolnego,
nieskrępowanego, niczym nie zaburzonego snu.
Mam nadzieję, że gdy opadnie ze mnie kurz tygodnia
i adrenalina spali się samoczynnie
w płomieniu świątecznych świec,
będę mogła wejść do łóżka, wyłączyć telefony
i spać, spać, spać.
Ale cieszę się na te przespane Święta!
Li.


Bezsenność w Krakowie.

20 grudnia, 2012

I znowu liczenie baranów nic nie pomogło, zmęczona bezproduktywnym leżeniem,  modleniem się o sen
i ku zdumieniu zaspanych kotów,
wstałam i jakoś muszę dotrwać do rana.
(Nastawiłam pralkę i zmywarkę,
szumią kojąco zabijając nocną ciszę).
Dzieci śpią, pies ani nie drgnie,
tylko ukochany Bobcio wstał razem ze mną
i mrucząc od czasu do czasu,
porozumiewawczo mruży swoje dwukolorowe oczy.
(Ułożył się wygodnie na stosie ważnych papierzysk na stole
i swoim miękkim brzuszkiem od razu odjął im ważności).
Głaszczę go po aksamitnym futerku, mamy nocną sztamę niezakłóconą kocio-psią konkurencją.
Kilka ostatnich dni bardzo mnie zmęczyło, skacząca gorączka odebrała mi ochotę do pracy, choć z kronikarskiego obowiązku muszę zanotować fakt,
że gdy mam trzydzieści sześć i sześć  pracować też mi się nie chce.
(Szkoda, że wszyscy z którymi mogłabym pogadać przez telefon-śpią).
Głęboka noc ma swój urok, ale z reguły szybko go traci,
a to na samą myśl o porannej konieczności wyjścia z domu.
Będę mieć podkrążone oczy i opóźnioną reakcję- mogę być łatwym łupem, ale na szczęście moi poranni przeciwnicy procesowi nie czytają mojego bloga.
(Czary-mary, mam taką nadzieję).
Li.


Idą, będą, przeminą, a narobić się trzeba.

18 grudnia, 2012

Robię Wigilię. Pierwszy raz w życiu.
Oczywiście ma być niezwykła, magiczna,
a potrawy wigilijne mają wprowadzić gości w osłupienie nad moim kunsztem kulinarnym, gotowanie na ekranie oblige.

Będzie nasza trójka, mama, mój brat z narzeczoną
i Gabriel- Meksykanin z krwi i kości.
Siedem osób, plus pies i cztery koty.
Zrobiłam dziś listę potraw, na zielono zaznaczając te,
które pracowicie i w pocie czoła kupię w najgłębszej tajemnicy.
Te w czerwieni zrobię osobiście i mam w sumie na to wielką ochotę.
Na szczęście kartka jest głównie zielona…
Li.

PS. Szaruś jest w szoku-jak to? Nie będzie lepienia pierogów???

Szary


Kochaj bliźniego swego i jego kota też!

17 grudnia, 2012

kotodani2kotodani1kotodani4kotodani3

Mam nowe koty- dwa znalazłam dziś w skrzynce pocztowej,
z samiuśkiej Ameryki (ingrid, dzięki są prześliczne!),
a to śliczności malutkie jak orzeszek dostałam od Ani M.
(dla porządku podam, że to kot niemiecki).

Biało-niebieski sybaryta mnie rozkłada…

(A na tym szarym kocie wygląda jak uosobienie dolce far niente.
I leciutko perwersyjnie:).

Z zazdrością-Li.

PS. Bileciki :)


… (dłuuuga ta notka, więc skróciłam tytuł).

17 grudnia, 2012

Każdy ma chyba już dość nasilających się
okołobożonarodzeniowo próśb o wsparcie kogoś i czegoś.
Ale nie  da się nie zauważyć, że otacza nas wieniec nieszczęść,
z którymi nie da się walczyć- li i jedynie- siłą charakteru,
gdy potrzebne są pieniądze- nie na nowy krem pod oczy,
a na lekarstwo ratujące życie, czy niwelujące wyniszczający ból.

Obiecałam sobie solennie, że już nigdy nie będę angażować się w żadną pomoc na moim blogu.
Nie będę apelować, prosić, pośredniczyć i zbierać.
Ci co mnie czytają od dawna- wiedzą dlaczego,
Ci co mnie czytają od niedawna, wiedzieć nie muszą.
Nie, po prostu nie.
Żadnych więcej apeli, maili i notek za serce łapiących.

Ale człowiek musi wiedzieć, że może liczyć na drugiego człowieka i nawet od solennych obietnic zwalnia stan wyższej konieczności i zwyczajne poczucie, że to ja przecież mogę być następna- na kogo wypadnie, na tego bęc, nie mam żadnej gwarancji, że nie zachoruję na raka. Żadnej.
Bo obliczu tej właśnie choroby stoi się przed murem z napisem NFZ, obowiązuje kolejka i przestarzałe procedury.
Wiem, co piszę, bo wiem, ile starań naszej- było nie było-lekarskiej rodziny wymagało leczenie Ilonki.
Ta wiedza budzi mój strach.

Będąc więc człowiekiem, nie mogę być obojętna.

Pamiętam też dobrze swoją bezsilność, gdy ból był tak wielki, że nie do ukojenia.

Lubię Magdę, nawet bardzo ją lubię.
Jest ciepłą, dobrą kobietą.
Mieszka w małym miasteczku, ma niewielkie możliwości.

Ludzie „znający Chustkę”, na czele z Piotrem, jej Niemężem, choć mężem, chcą przekuć chustkowe nieszczęście na coś naprawdę wielkiego- Fundację zajmującą się walką z bólem
i pomocą ludziom chorym na raka.
W projekt zaangażowało się wiele osób.
Rejestracja Fundacji w KRS-ie wymaga czasu, na razie działa Akcja „Chustka” i w ramach tej właśnie akcji organizowana
jest pomoc dla Magdy.

W piątek 21 grudnia w Warszawie odbędzie się koncert,
z którego dochód w całości zostanie przekazany na rzecz Magdy- bilet kosztuje 100 złotych i całe 100 złotych dostanie Magda. Fundacja „Alivia”, której Magda jest podopieczną nie pobierze od wpłat żadnych prowizji, zwyczajowo pobieranych na działalność statutową Fundacji.
To samo dotyczy portalu e-bilet.
Zapytacie na co? Przeczytajcie tu.

Nie trzeba jechać na ten koncert, choć oczywiście wspaniale byłoby zobaczyć pełną salę.
Ale trzeba kupić bilet, można  złożyć się na niego w kilka osób,
nie wierzę, że nie da się tego zrobić.
Pięć osób to dwadzieścia złotych na osobę…

W sobotę do pociągu z Warszawy do Krakowa wsiadła panistarsza -Kinga wraz z Agnieszką Olejnik, przyszłym Prezesem Fundacji Chustka.
W przedziale były już dwie kobiety, które nie zwracając uwagi na innych, rozmawiały o sprawach firmowych, podwyżkach, zwolnieniach, korporacji…
w pewnym momencie zmieniły temat i jedna z nich zaczęła opowiadać drugiej o jakimś koncercie,
o dziewczynie która ma raka, małą córeczkę, nie ma pieniędzy na leczenie,
o tym, że jej znajoma aktorka organizuje ten koncert od strony artystycznej,
druga kobieta wyciągnęła 100 złotych i poprosiła o kupno biletu,
choć nie będzie mogła przyjść…
Kinga z Agnieszką nie mogły uwierzyć w to co słyszą, to była jakaś magia,
w końcu nieśmiało przyznały,
że one też są od tego koncertu, wzruszenie, z tamtej strony deklaracja większej pomocy…

Opowiadały mi o tym zdarzeniu w sobotnie popołudnie w mojej ulubionej knajpce na Kazimierzu, siedziałyśmy nad kawą
i innymi pysznymi, o których nie wspomnę
i zgodnie uznałyśmy, że to był ZNAK.

Li.


Ten weekend będę opisywać przez kilka dni.

17 grudnia, 2012

Dużo by opisywać, zostawię to sobie na potem,
ale tego jednego nie zostawię: Ania M. doprowadziła mnie
do stworzenia definicji gościa doskonałego-
ma być taki jak Ona.
Gość doskonały  bez znudzenia głaszcze psa i honoruje wszystkie koty.
Gość doskonały, gdy zauważa że gospodyni po nocnych przejściach
z 40-stopniową gorączką dziecka i alarmowym telefonem
dzwoniącym o wpół do czwartej rano,
w samo południe zasypia na kanapie,
na chwilę tylko przykładając głowę do jednej z poduszek,
to lekceważy konieczność zdążenia na pociąg o 12.55,
kładzie się cichutko i zasypia obok.

Na szczęście zdążyłyśmy na pociąg o 15.00.

:)

Li.


Realnie smaczna sobota.

15 grudnia, 2012

Przekręty blogowe to jedno, a życie to drugie.
Mam dziś szczególną sobotę, bo pod wieczór wpada na kolację
z jutrzejszym śniadaniem Ania M, której blog jest dla mnie źródłem nieustannej zazdrości- bo pytam, jak można, jak można tak smakowicie kondensować słowa i jak można robić TAKIE zdjęcia?
A w południe zupełnie niespodziewanie staję do raportu przed Kingą-paniąstarszą, która przyjeżdża do Krakowa w sprawach Fundacji Chustka, razem w dodatku z samą Prezeską.
Zerwałam się więc z łóżka przed południem, co stanowi pogwałcenie świętej soboty, ale jednocześnie jest wyrazem mojej miłości do tej kobiety,
muszę być zwarta, gotowa i czekać na sygnał.
Tym samym oddalam się truchtem z zadyszką od spraw blogowych,
niech się wydzieje to co ma się wydziać, my wiemy, oni też wiedzą, najważniejsze być w zgodzie z własnym sumieniem.
Miłej soboty Wam życzę!
Li.


Causa finita.

14 grudnia, 2012

Namawiałam, prosiłam, nudziłam, przypominałam (i nie-),
zależało mi. Bardzo mi zależało.
Ale nie zależy mi aż tak, by nisko upaść i działać metodami przeciwnika.
Pierwsza myśl była taka- pobić ich własną bronią.
Ale druga myśl jest taka- nigdy nie równaj w dół w stronę dna.
I dlatego odpuszczam, z wielkim żalem odpuszczam,
nie głosujmy przez proxy i Tora, nie ma to najmniejszego sensu,
do dnia dzisiejszego na blog Precla zagłosowało wielu ludzi,
trzeba to uszanować i nie profanować ich głosów sztucznym nabijaniem statystyk.
A blog prowadzony przez Gosię, to naprawdę świetny blog,
od sześciu lat pisany z tą samą lekkością i polotem
o sprawie bardzo trudnej, niewyobrażalnie trudnej- nieuleczalnej chorobie dziecka.
Stanowi jednocześnie źródło informacji dla osób w takiej samej sytuacji.

Kiedyś napisała do mnie pewna kobieta,
która ode mnie trafiła do Precla i tam przeczytała notkę
o nosicielstwie chorób genetycznych.
Akurat była na etapie życia,
w którym starała się o dziecko i pod wpływem słów Gosi,
zrobili z mężem badania genetyczne.
Okazało się, że obydwoje noszą w sobie gen,
który dałby im chore dziecko, ze stuprocentową pewnością.
Zdecydowali się na adopcję.

Jest mi bardzo przykro, ale przecież taki właśnie jest ten nasz świat-
pełen oszustw, cwaniaczków i drobnych kanciarzy.
Niech im będzie, niech wygrają, z jakiegoś powodu uważali, że zwycięstwo im się należy.
Niezależnie od tego jak gorzki będzie mieć smak,
bo czy można cieszyć się z takiej wygranej?
Wygrać głosami wirtualnych IP, to dopiero satysfakcja!

A Ty Gofer jesteś najlepsza, ja Ci to mówię :)
Li.

PS. I zrobiła się afera, widocznie taki już mój los…


W tym samym miejscu, dziesięć lat później.

14 grudnia, 2012

Dziesięć lat temu.
Sprawa rozwodowa, reprezentuję pozwanego- młodego mężczyznę,
powódką jest 26-letnia, pewna siebie, atrakcyjna, wyszczekana kobieta.
Z niezrozumiałych przyczyn zajadle walczy
o każdą godzinę kontaktu ojca z synem.
Nie, bo nie. Na złość.

Dziś, reprezentuję tego samego mężczyznę,
naprzeciwko ta sama kobieta, choć inna,
schowana w sobie, ze zniszczoną, obrzękniętą twarzą,
ma rozbiegane oczy,
rzadkie, mysie włosy, drżą jej ręce.
Wyszła właśnie z odwyku.
Syn, o którego „dobro” tak walczyła,
cztery lata temu Policja przywiozła do domu ojca,
bo ona była w stanie kolejnego upojenia alkoholowego.
Jej konkubent z wyrokiem za znęcanie się,
ma zakaz zbliżania się do niej i do dwójki ich dzieci,
dzieci- dwa biedne maluchy,
kolejny raz jej odebrane, są w rodzinie zastępczej,
syn-ten z małżeństwa z moim klientem, nie chce jej widzieć.
Zrujnowane życie? Ma dopiero 36 lat.
Solennie przysięga, że nigdy już nie sięgnie po alkohol.
Skończyła trudne studia, a dorywczo sprząta,
o ile ktoś da jej pracę.
Obserwuję ją, widzę jak bardzo się wstydzi.
Nie jest mi jej żal.
Nie czuję empatii.
Skrzywdziła swoje dzieci, to nie-wy-ba-czal-ne.

Sąd pozbawił ją dziś władzy rodzicielskiej,
z punktu widzenia prawa nie może już decydować o swoim dziecku.
Z punktu widzenia dziecka… ech…
Li.
PS. Precel! Ja tylko nie przypominam:)
Kurczę, niewiele nam brakuje do pierwszej pozycji,
ogłaszam pełną mobilizację, jeszcze tylko dziś i jutro, pamiętajcie, by głosować też z telefonów,
wiele z Was ma internet w telefonie, prawda?
Wchodzimy na bloga Precla, na pomarańczowy banerek na końcu każdej notki, klikamy jeden i drugi raz,
a potem w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku
przytulamy się do swojego dziecka/kota/psa/fretki/kobiety/mężczyzny/cioci/wujka/siebie samego.
I absolutnie zniewalamy swym urokiem wszystkich znajomych,
by głosowali! Na pewno Wam się chce!
A Ci co nie mają uroku, działają siłom i godnościom. Osobistom.
Blog Precla jest jednym z piękniejszych świadectw rodzicielstwa,
wzrusza mnie. Do łez.


Poranne zapienienie.

13 grudnia, 2012

Wstałam, włączyłam ekspres, poszłam pod prysznic,
wróciłam, dom pachniał już kawą, wzięłam do ręki mleko,
wlałam je do dzbanuszka, spieniłam, wlałam do kubka,
dolałam kawy, z niecierpliwością łyknęłam,
zszokowałam kubki smakowe, wyplułam, sprawdziłam,
spieniłam kefir, przynajmniej już wiem,
że kefir też potrafi się zapienić.
Zapieniłam się razem z nim, okulary są mi już niezbędne.
Tak zaczął się mój dzień…
Ale będzie tylko lepiej.
(Widać słońce przebijające się przez smog).
Za dwie godziny będę na kawie z Gosią, Mamą Precla
(głosujecie? Głosujemy!).
Bo inaczej nie spojrzę Jej w oczy:)
Li.


Nihil novi.

12 grudnia, 2012

Zostały trzy dni do końca konkursu
i więcej nie będę nuuuudzić o głosowanie na Precla
Bardzo Was proszę, jeszcze jeden zryw, klik, klik
z każdego dostępnego komputera i telefonu, klik, klik,
a ile radości!

Li.


Monitoring wewnętrznego powietrza.

12 grudnia, 2012

Jestem rozbita jak kotlet schabowy w podrzędnym barze-
cieniutko i do granicy przezroczystości.
Opanierowana w codzienne problemy,
zmagam się z męczącym dniem,
czekając na spokój nocy.
Powietrze w Krakowie zdominował smog, widzę go wyraźnie,
a wyobraźnia podsuwa mi obrazy trujących dioksyn,
wpadających bez pozwolenia w moje płuca.
Marzy mi się sosnowy las, inhalacje
i ucieczka z tego wielkiego miasta,
co ja, u licha, tu robię?
Zawsze chciałam mieszkać nad morzem, wdychać jod,
w nocy widzieć gwiazdy na niebie,
a truję się w samym centrum
najbardziej zanieczyszczonego miasta w Polsce.
Na własne życzenie.
Gdzie podziały się moje marzenia?

Jestem wściekła.
Jestem wściekła, bo mój własny los kpi sobie ze mnie,
gra w nie-wiadomo-co, wystawia na próby,
męczy, poniewiera i jeszcze ośmiela się mamić mnie wyobrażeniem,
że mam na niego jakikolwiek wpływ.
Jestem wściekła, bo ciągle w to wierzę, w ten wpływ,
w wykuwanie własnego losu, w afirmację
i moc pozytywnego myślenia.
Jestem wściekła, bo najbardziej chyba boli mnie rozdarcie pomiędzy oczekiwaniem, a rzeczywistością.

Myślę pozytywnie, myślę pozytywnie, myślę pozytywnie,
wszystko mija, nawet najdłuższa żmija,
będzie dobrze, bo nie może być inaczej.
Lubię przekraczać granice swojej własnej wściekłości,
bo za nimi są nowe możliwości,
trzeba przewietrzyć ten duszny smog niewiary w siebie,
kurde, kurde, kurde, no!
Li.


Przypominajka

10 grudnia, 2012

Jest poniedziałek, wykorzystuję to bez skrupułów,
bo w poniedziałki czyta mnie najwięcej osób
(niektórzy widocznie lubią fatalny początek tygodnia;-)
i proszę (choć oczywiście obiecałam, że prosić nie będę,
skrzyżowałam jednak palce, więc się nie liczy):
Głosujcie na blog o Preclu, głosujcie,
bo spadliśmy z pierwszego na drugie,
a drugie to nie to samo co pierwsze!
Wiem, wiem- nudzę tym częstym przypominaniem, ale cóż robić- głosować trzeba codziennie, takie są zasady.
A więc moi kochani, zróbcie dziś coś małego, miłego
acz pożytecznego
i kliknijcie najpierw tu,
a potem w pomarańczowy banerek na końcu notki
i w zdanie pod banerkiem.
Z Preclem na barykady!
Głosowanie trwa do 15-go grudnia.
Li.


Praca, wino, muzyka, niedzielny wieczór.

9 grudnia, 2012

Przespałam pół niedzieli, we śnie miałam piękniejsze życie,
nie chciałam się obudzić,
ale mokre pocałunki głodnego psa zrobiły swoje…
No cóż… jaka królewna, taki królewicz.
A teraz otworzyłam wino, potoczyłam wzrokiem po najbliższej okolicy,
nikt nic ode mnie nie chce, Starsza w kinie,
Młodsza zamknięta w swoim pokoju, koty śpią, pies śpi,
muzyka zupełnie nie przypadkowa zdominowała ciszę,
mogę spokojnie zabrać się do pracy,
a nawet nabrałam na nią ochoty.
Okrągłe prawnicze zwroty pisane w niedzielny wieczór noszą
w sobie leciutki dotyk frywolności
i może nawet będą lżejsze niż zwykle,
ostatecznie podlane dobrym winem, swobodniej tańczą pomiędzy znaczeniami i wspinają się na wyżyny interpretacji,
niedostępne dla tych pisanych przy zwykłej kawie.
Oto tajemnica sukcesu… ;-)
Li.


Internet wynosi, koronuje, niszczy i zabija.

8 grudnia, 2012

Wszystkie portale, które najpierw na głównej stronie
pisały o udanym żarcie australijskich dziennikarzy,
którzy podszywając się pod królową Elżbietę,
uzyskali od pielęgniarki informację o stanie zdrowie księżnej Kate,
teraz na głównej piszą o śmierci tej pielęgniarki,
podkreślając że osierociła dwoje dzieci.
I huzia na Józia, teraz dziennikarze to hieny,
mają krew na rękach, trzeba ich zlinczować.
Zawieszeni w pracy, są podobno ” w stanie szoku”.
Mnie jest ich żal.
Są, li i jedynie, produktem zapotrzebowania dzisiejszego świata na takie właśnie informacje,
na podniecanie się gawiedzi, której to aktorce widać majtki,
a która ma w śmieciach kartony po piwie.
Nie rozumiem tej kobiety-pielęgniarki,
bo nic i nikt nie powinien zachwiać jej życiem do tego stopnia,
by zostawiła dwójkę swoich dzieci.
Że poszedł śmiech po internecie i w brukowcach?
Za chwilę będzie inne, „godne” śmiechu wydarzenie.
Może ktoś nie ogoli pach, a komuś wypadnie jedynka.
Pryszczate nastolatki, bezrobotni hejterzy, sfrustrowane gospodynie domowe, będą siedzieć po drugiej stronie
swoich przestarzałych kompów i przez chwilę poczują się ważni,
bo w ich mniemaniu dokopali komuś wrednym komentarzem.
A niech mają,
paradoksalnie moja przygoda w „Ugotowanych”
i komentarze pod programem pokazały mi śmieszność przejmowania się opiniami w necie.

Bardzo szkoda mi tych osieroconych dzieci,
będą dorastać w przekonaniu,
że nie były dla swojej matki najważniejsze na świecie.
Li.

PS. Kobiety! I Wy Mężczyźni też- wejdźcie na bloga viki, proszę.
Tam się robi coś ważnego dla innej matki i innego dziecka.

I zupełnie nie przypominam o głosowaniu na Precla,
że trzeba wejść tutaj, zjechać na koniec notki,
kliknąć w pomarańczowy banerek, a potem w zdanie pod nim.
Spadliśmy z pierwszego miejsca,
ale przy odpowiedniej mobilizacji możemy tam wrócić.
Głosowanie trwa jeszcze tylko sześć dni,
trzeba głosować codziennie,
liczy się dosłownie każdy głos!
To tak tytułem(nie)przypominania:)


W piątek pracy początek.

7 grudnia, 2012

Dziś bardzo ciężko pracuję.
Fizycznie.
Przerzucam tony słów, wykopuję nagie fakty,
zapisałam już kilkanaście stron białego papieru.
Boli mnie głowa, przeciągam się, wciągam zapach kawy
i z niechęcią pracuję dalej.
Nic dobrego, nic złego, czasem chwilowe oderwanie się,
lepieje są śmiechotwórcze,
dzień niezauważalnie przeszedł w noc,
ot, taki sobie piątek, trochę smutny, trochę pouśmiechany,
bez ruszania się z domu, bardzo telefoniczny,
bardzo z ludźmi bez ludzi.

Czasem mam ochotę walnąć swoim życiem
o pobliski klasztorny mur,
roztrzaskać, podeptać skorupy,
by nie ulec pokusie ich sklejania
i pójść przed siebie nareszcie wolna, wolna!
Przeraża mnie perspektywa starzejącej się monotonii.
Co robić, co robić, co ZROBIĆ?

Pomyślę o tym jutro, przede mną jeszcze sporo pracy
i na pewno weekend z pracą w tle.
Jestem zmęczona i przytulam się do Szarego kota.
Zawsze to Ktoś:)
Li.

PS. Obiecałam sobie, że nie będę przypominać Wam
o głosowaniu na Precla i patrzcie jak dotrzymuję obietnicy!
Nic a nic nie przypominam. Pękam z dumy ;-)

Lepiej wyrwać sobie włos
niż na Precla oddać głos???


Notka o tym, co mnie nie obchodzi.

7 grudnia, 2012

Wczoraj dowiedziałam się kompletnie nieistotnej rzeczy,
a mianowicie, że z hukiem wyleciałam z listy linków na kilku blogach,
po tym jak śmiałam wyrazić swoje zdanie
na temat pewnego wpisu pewnej blogerki.
Obraziłam majestat, a jej wierni poddani wykluczyli mnie ze społeczeństwa.
Generalnie mam to w głębokim niepoważaniu,
ważniejsze dla mnie jest zdanie osób,  na których zdaniu mi zależy,
śmieszy mnie,
że i w blogosferze są zaciekli zwolennicy podziałów,
jak nie przymierzając  na PiS i PO.
A ja tylko wyraziłam swoje zdanie, bez ataków i agresji.
Te zaczęły się w komentarzach, u mnie nie moderowanych,
ale o dziwo do przyjęcia,
tam starannie moderowanych,
w związku z czym wyjątkowo wstrętnych.
Ach, te delikatne ręce moderacji, mogą tak wiele… ;-)
Ad rem, bo jak zwykle zbaczam w mroczne rejony
– nie interesuje mnie to, kto umieszcza linka do mojego bloga,
zdecydowana większość nie umieszcza, a i tak czyta.
Piszę dla siebie i dla tych czytelników, którzy tak jak ja „znają Józefa”,
i nawet jak się ze mną nie zgadzają,  to i tak „znają Józefa”.
Cenię sobie szczerość i śmiech,
fałsz wyczuwam na odległość, a pozłotkę widzę w ciemnościach,
choć przyznaję- czasem daję się złapać,
ale na szczęście potrafię się uwolnić,
nie wpadam jak bezmyślna  mucha do słoika pełnego sztucznego miodu.
Niewiele mam teraz czasu,
sprawy płoną mi na biurku z pośpiechu,
ale zawsze mam czas, by tu zaglądnąć i przesłać Wam uśmiech.
:)
Li.

PS. Ale nie jest to hasło do nowej wojny, o nie!

Nawet kosztem tego, że nie wejdzie tu dwadzieścia tysięcy rozemocjonowanych osób,
które mogłyby zagłosować na Precla
(wcale, a wcale nie przypominam o głosowaniu, jestem przecież wzorem konsekwencji:)


Łańcuch na choinkę:)

6 grudnia, 2012

photo (13)photo (15)photo (16)photo+1photo+2Patrząc od góry:

Kara, Masza, Sasza, Bobcio i Szary.
Wieczór, już czas na sen.
Ale jeszcze bacznie można z kanapy śledzić,
czy coś aby nie wpada do miski (Kara),
można ostrzyć pazury na psa leżącego na kanapie (Masza),
można być uosobieniem wdzięku i gracji (Sasza),
można kokietować jednym niebieskim okiem,
gdy drugie-zielone-śpi (Bobcio),
a można być czymś dużym, mięciutkim  i szarym (Szary).
Zdjęcia by Starsza.
Li.


Nota z pretensjami.

5 grudnia, 2012

Nie głosujecie na Precla.
Oczywiście zwracam się do tych, którzy nie głosują.
Na nic moje prośby i groźby:(
Spadliśmy z hukiem z pierwszego miejsca
i dupa boli.
A do tego boli serce. Serce w rozterce.
W każdym razie nie będę więcej prosić.
/Foch/.
Dziś ostatni raz!
Wchodzimy tu, klikamy na pomarańczowy banerek
i na zdanie, które pokaże się pod banerkiem.
Proste!
A może przynieść tak dużo radości.
Osobiście czuję tę porażkę, auć!
W dodatku wróciłam z zakupów prezentowych.
Też boli, choć przyjemniej.
Li.


Przeczyta kto chce, pomoże kto chce.

5 grudnia, 2012

W moich linkach żyje sobie Magda- Ksena.
Wiem, że wielu z Was czyta Jej bloga.
Napiszę szczerze: po akcji dla Chustki i zebranych wówczas batach,
po których ślady mam do dziś, obiecałam sobie,
że nigdy już nie zaangażuję się w żadną pomoc,
nie będę czytać żadnych blogów z chorobą w tle,
nie dam się wciągnąć emocjonalnie w nie moje życie,
w nie moje sprawy, w nie moje problemy,
w nie moją walkę o zdrowie.
Przy Magdzie jednak wszystkie moje zapewnienia poszły w kąt,
zwyczajnie wymiękam,
ta Dziewczyna warta jest każdej poświęconej Jej minuty,
każdej emocji,
każdej złotówki, każdej uwagi.
Jest inna niż Chustka i nie zrozumcie mnie źle.
Aśka była medialna, szła jak taran do przodu,
Magda jest wycofana, skromna i pełna dumy.
Sama by nie poprosiła.
Gadamy czasem przez telefon,
w niedługiej przyszłości mam zamiar
wpaść do niej na sobotnią kawę.
Ma córeczkę i trzeba jej pomóc, kurde, no!
Nie może być inaczej.
Na Jej rzecz będzie koncert, jest już podopieczną Fundacji „Alivia”,
tu macie wszystkie informacje,
a bilety na koncert można kupić w kilka osób
i wcale tam nie pojechać. Wystarczy kupić!
Na co zbieramy?
Na to by nie bolało, by dostała lepsze leki,
nierefundowane przez NFZ, by nie cierpiała bez powodu,
by miała poczucie, że nie jest odstawiona na boczny tor,
tylko jedzie pełną parą i ma siłę na zmaganie się z chorobą.
Takie nastały czasy, że jak człowiek nie pomoże człowiekowi,
to zostaje on samotny w obliczu choroby i nieszczęścia,
bo na instytucje stworzone do takiej pomocy przez człowieka,
pełne pracujących w nich ludzi, liczyć nie można.
Zapominają, że mogą być następni?
Że na kogo wypadnie, na tego bęc?
O tempora, o mores!
Ale na szczęście nicki mają ludzkie oblicza i na to liczę.
Li.

PS. „Stary” sposób pomocy jest oczywiście wskazany,
piszcie do viki, na vikiblog@vp.pl.

I głosujcie na Precla, spadamy dramatycznie!
To zaledwie dwa kliknięcia, bardzo Was proszę…


Wszystkie Baśki to fajne dziewczyny!

4 grudnia, 2012

Jakoś tak mam w życiu szczęście do Basiek!
Nie mogę więc nie zauważyć, że dziś Barbary:)
Kochane Baśki, najlepszego dla Was!
Niech życie będzie bardziej znośne,
niech wszystko złe mija, niczym najdłuższa żmija,
niech wtorki-potworki przynoszą pieniędzy worki,
a środa zawsze urody doda.
Całuję imieninowo!
Li.

A w prezencie klikamy na Precla,
lada moment stracimy pozycję lidera i będzie wstyd na światłowodach!
Wchodzimy tutaj, zjeżdżamy wzrokiem na koniec notki, klikamy w pomarańczowy banerek, a potem w to, co pod nim. I już!
Wyniki głosowania są tu.


Ostatnio albo spałam, albo się śmiałam.

3 grudnia, 2012

Kancelaria prawna. Adwokat mówi:
– Pani Kowalska, żeby rozwód był z winy męża, musimy na niego coś mieć. Czy mąż pije?
– Nie, skąd, jakby tylko spróbował, to ja bym mu dala…
– Czy nie daje pieniędzy?
– Nie, absolutnie… Oddaje wszystko co do grosza, gdyby mi tylko schował złotówkę, to ja bym mu dala…
– A może bije panią?
– Tylko rękę by podniósł, to bym go przez okno pogoniła…
– A co z wiernością?
O! Tu go mamy! Drugie dziecko nie jest jego!

Małżeństwo leży w łóżku. Nagle odzywa się żona:
– Dawniej całowałeś mnie przed snem…
Kiedy mąż ją pocałował, mówi:
– Dawniej przed snem gryzłeś mnie w szyję…
A mąż wkłada kapcie i gdzieś idzie. Żona pyta:
– A ty dokąd?
– Po zęby.

Jak mogłeś powiedzieć swoim kolegom,  że ożeniłeś się ze mną
dla pieniędzy? Przecież ja nie miałam żadnych pieniędzy!
– A co miałem im powiedzieć?

Dowcipy dostałam w mailu.
Dziś wszystko mnie śmieszy, więc nie potrafię ocenić,
czy są śmieszne. Ja tam się pośmiałam.
Ale możliwe, że śmieszne nie są,
tym samym mam kolejny dowód na siłę kreacji rzeczywistości-
nawet dowcipy mogą być śmieszne,
gdy tylko się  chce, by były śmieszne.
Muszę się śmiać, trzeba jakoś przetrwać  grudzień.
Aby więc do stycznia, żeby już było i po Świętach i po Sylwestrze.

Jeszcze tylko 12 dni głosowania na Precla, ludzie, ludzie, ludzie!
Ogłaszam mobilizację, bo spadamyyyyy…
A wystarczy tylko wejść tu, kliknąć na banerek i na to jedno zdanie,
które się pod banerkiem ukaże.
Wiem, nie każdemu się chce.
Ale właśnie chodzi o to, żeby się chciało.
Li.


Przelotem.

29 listopada, 2012

Od jutra ma być zima ze wszystkimi jej konsekwencjami.
A ja ciągle nie posprzątałam tarasu,
smętnie wiszące badyle rzucają mi się w oczy za każdym razem,
gdy wchodzę na górę.
Coś czuję, że będzie jak zwykle-przeniosę
sprzątanie na wiosnę i poczekam na przyjazd aurory.
Ale za to będę mieć bajeczny widok śniegu na badylach.
Jak w Narnii.
(Sztukę interpretacji zdarzeń i następstw braku zdarzeń
mam opanowaną po mistrzowsku:)
A co na to Lec?
Nigdy się nie cofał. Odwracał się i szedł naprzód!
Zasadniczo nie mam czasu na bloga,
bo ogólnie popadłam w duży niedoczas,
ale to jak zwykle chwilowe, jak zwykle.
A co tam u Was?
Dajecie radę?
Walczycie?
A co na to Lec?
Skąd się wziął sens, jaki wkładamy w ten cały bezsens?
Li.
PS. Precel trochę nam spada, potrzebuje większego poparcia,
tradycyjnie więc piszę,
że kto nie klika ma zakaz czytania mojego bloga :P
Wchodzimy tu, czytamy świetny post,
a na jego końcu jest pomarańczowy baner- klik, a potem następny klik.
Tylko tyle!
Bardzo Was proszę, bardzo.


Tydzień dzieci ma siedmioro. Dlaczego tak dużo?

28 listopada, 2012

Obudziłam się przekonana, że jest czwartek.
Czwartek, a sprawdziłam to w wykańczający poniedziałek,
dawał mi możliwość poleżenia w łóżku do dziewiątej.
Wczoraj był wtorek i chyba jeszcze wczoraj o tym pamiętałam,
ale gdzieś w nocy umknęła mi środa-co-urody-doda,
ha, teraz przynajmniej wiadomo, dlaczego wstając w czwartek
skrzywiłam się widząc swoje odbicie w lustrze.
Nie miałam środy!
Środa jednak przypomniała mi o sobie krótkim telefonem.
Panika w środę, gdy leżało się czwartkowo,
podniosła mi ciśnienie i od razu zapragnęłam,
by był już piątek, nawet za cenę przyspieszenia czasu,
którego wcale nie mam tak dużo.
Marzę o dojściu do granicy,
za którą nie będę musiała sprawdzać w kalendarzu,
w którym jestem dniu tygodnia.
A i tak najbardziej lubię piątkowe popołudnia z ich planami na weekend,
z których z reguły wiele nie wychodzi,
ale za to jest przyjemnie.
Li.


W gruncie rzeczy jestem cholernie z niej dumna, co tam drzwi do wymiany!

27 listopada, 2012

Odebrała dziś prawo jazdy.
Na dobry początek pojechałyśmy 30 km za Kraków,
gdzie miałam do załatwienia pewien interes.
Została w aucie, nudy na pudy, więc postanowiła przeparkować.
Zarysowała o bramę lewe, tylne drzwi, są do wymiany.
Czekała na mnie, przerażona.
Wyśmiałam przerażenie, ilość otarć, rys, dziur i wyrwanych zderzaków
na przestrzeni lat uodporniło mnie na takie zdarzenia.
Auto ma jeździć, być na gwarancji i nie zawodzić.
Resztę, w tym sprzątanie mam w głębokim poważaniu.
(I tu wiem co nastąpi- aurora zapewne przypomni światu,
że kupiła ode mnie hondę, nie widząc jej na oczy,
a kolor lakieru odkryła dopiero po gruntownym umyciu.
Ale czyż nie jest to cudowne auto, moja droga?;-)
Przeżyłam podróż, przeżyłam nawet wejście z impetem w pewien skręt,
trochę mokrej nawierzchni i leżałybyśmy w rowie,
w najlepszym przypadku.
A teraz zabrała auto i pojechała na Kazimierz.
Żeby pokazać pewnej koleżance.
Umowa jest taka- jak rozwali, więcej nie dostanie.
Jutro mam rozprawę poza Krakowem i się wkurzę.
Ale jak nie rozwali, to będę mieć problem z zabraniem jej kluczyków.
Dzieci tak szybko dorastają, niedawno jeździła na różowym rowerku,
nie mogę się nadziwić, że to już!
Li.


Kolejne rozstanie? Ależ to banalne…

27 listopada, 2012

Wtorek-potworek zaczął się telefonem głośno krzyczącym.
Kolejny związek bliskich mi ludzi
cisnął sam siebie o kamienną posadzkę,
rozpadł się na kawałki
i rozsypał w kierunkach pełnych żalu i pretensji.
Sama ich nie skleję, mogę tylko otrzeć łzy.
I napisać: ludzie! Dlaczego to sobie robicie?
Pachworkowa rodzina, jego dzieci, jej dzieci, ich dzieci,
symbioza, silne więzi, koty, psy
i księżyc latem nisko wiszący nad pięknym domem.
Co mogę zrobić? Nic.
Tylko poprosić-szukajcie, aż znajdziecie.
Prawdziwa miłość nigdy nie odchodzi daleko,
ona tylko ukrywa się głęboko za sercem
przed brakiem wspólnego śmiechu,
przed pustymi, raniącymi słowami,
przed jadowitą niechęcią i trującą złością,
z których tylko jeden związek chemiczny dalej do toksycznej nienawiści,
zawsze gotowa wrócić na swoje miejsce,
gdy tego bardzo się pragnie, gdy da jej się ciepło,
dobre słowa, poczucie bezpieczeństwa,
gdy schowa się swoje wybujałe ego,
gdy popatrzy się na siebie bez złości,
z uśmiechem, z uśmiechem,
gdy widzi się rodzinę.

A to była prawdziwa miłość, asystowałam jej- więc wiem.
Li.


Na tytuł zabrakło zasilania.

26 listopada, 2012

Wymencył mie ten poniedziałek,
ale przecież nie będę pisać o tym, że jestem kompletnie wycięta,
jak jodła na Święta.
To nie po linii partii, wolę wersję o chwilowej przerwie
w dostawie energii,
awaria zasilania zdarza się najlepszym systemom.
A to wszystkie przez zachwiane proporcje- wczoraj absolutne lenistwo,
dziś absolutny zapieprz,
czasem słońce, czasem deszcz.
Starsza zrobiła mi kawę, wyrywając tym samym dobie
jeszcze trochę czuwania i kiwania się na kanapie,
nie wiadomo czemu i komu służące.
Postaram się więc zrobić coś pożytecznego-
owijam się puszystym kocem, biorę w prawą dłoń pilota od tv
i nareszcie mam dziś pożytek z posiadania ogromnej, przytulnej kanapy.
Mhmmmmmm…
Kto ma ochotę położyć się razem ze mną?
Tylko, żeby nie trzeba było gadać…
:)
Li.


O niczym, a to o życiu właśnie!

25 listopada, 2012

Zrobiłam sobie na sobotę plan.
Był krótki, acz z obszernym zakresem działania.
Stwarzał wielkie niebezpieczeństwo braku wykonania,
a co za tym idzie poczucia porażki.
Mam jednak świetny sposób na podniesienie wskaźnika realizacji,
mającego wpływ na podniesienie wskaźnika samozadowolenia.
Otóż należy poszczególne punkty rozbijać na punkciki.
Tym samym ogólny punkt: „sprzątanie”, rozbity na salon,
kuchnię (chwilowo zapominam, że mam kuchnię w salonie),
sypialnię, osobno każdą łazienkę, osobno toaletę,
osobno schody, osobno hol na górze, na dole, taras
(pokoi dzieci nie tykam, to mój jedyny sukces wychowawczy w tej materii),
osobne mycie łososiowego szkła, itp
rozmieniony na drobne w każdym wypadku daje „jakąś” realizację planu.
W moim dał aż 70 %.
Popławiłam się w poczuciu sukcesu
i poszłam wieczorem na świetną imprezę.
Spałam do późnego przedpołudnia.
Najważniejsze to być w zgodzie z samą sobą,
a z resztą dam sobie radę.
Bo gdy nie tracę energii na walkę ze swoim największym przeciwnikiem,
moim wewnętrznym „ja”, gdy staram się
pogodzić wygórowane oczekiwania z kompletnym brakiem ochoty,
gdy nie mam wyrzutów sumienia, że przez pięć godzin
leżałam w łóżku i czytałam książkę,
a pranie też w tym czasie leżało, to jestem silniejsza,
szczęśliwsza i mam ochotę na życie.
A teraz całkiem spokojnie wypijam drugą kawę,
wzięłam tabletki, zagłosowałam na Precla,
idę do wanny zanurzyć się w pachnącą pianę,
dzieci jeszcze śpią, pies też,
koty już czekają w łazience,
zawsze asystują mi przy kąpieli ze wzrokiem utkwionym w pianę.
Bobcio nawet zanurza w niej łapkę,
mając za każdym razem ten sam zadziwiony wyraz oczu.
Ot, leniwe niedzielne przedpołudnie, gdzie ustawowo
wolny dzień wymusza ściągnięcie nogi z gazu
i bez trudu usprawiedliwia cudowne dolce far niente.

Czego i Wam życzę,
Li.


Dzień wcale nie jak co dzień.

23 listopada, 2012

Wstałam rano, usiadłam nocą.
Jestem po 15-tu godzinach nieustannej pracy.
Pranie w pralce już drugi dzień, pies długo nie wybaczy mi suchej karmy,
zamiast zmieszanej z kaszą perłową piersi kurczaka,
koty opędzam tuńczykiem w puszce,
stos talerzy płonie ze wstydu nieumycia,
zmywarka sama nie chce się rozładować,
a na brudnym oknie wisi przylepiony starannie taśmą
list do św. Mikołaja.
Zobaczmy co my tu mamy…
Na początku-przyznaję-dałam się nabrać:
„Drogi Mikołaju!
Nie wiem, czy w tym roku byłam grzeczna…
No, już Ty to ocenisz.
W tym roku za moją grzeczność-niegrzeczność
chciałabym piękne Święta. Takie naprawdę piękne.
Z piękną choinką, z goździkami wbitymi w pomarańcze…
Potem, po zmiękczeniu Mikołaja przeszło się do meritum:
Chciałam, żeby ten list był piękny, ale mi nie wyszło, bo przecież nie umiem ładnie pisać.
Jeśli nie wyjdą Ci magiczne Święta, to w zamian chciałabym dostać:
The Sims 3-Cztery pory roku, zegarek albo torebkę,
perfumy oraz książkę z listami Lennona.
Mam do czynienia z mistrzem negocjacji- teraz trzeba pokazać,
że się wie, że Mikołaj jest obciążony ponad miarę,
ale znalazło się rozwiązanie:

Jeśli to dla Ciebie za dużo kochany Mikołaju,
to ostatecznie możesz szepnąć słówko Aniołkowi.
Ale od Aniołka na 1289034697% chciałabym dostać torebkę nową,
jakiś milusi sweterek i chyba tyle.

Nadszedł czas na lekkie zagubienie:
Ale Ty jesteś Mikołajem, więc co Cię interesuje Aniołek,
nie wiem po co to piszę…
Moment na  wprowadzenie elementu rywalizacji
pomiędzy Mikołajem, a Aniołkiem:
W sumie mogłabym dostać też słuchawki,  ale nie wiem od kogo z Was.
Niezbędny element troski:
Czy to nie za dużo kochany Mikołaju?

Co roku umieram ze śmiechu,
moja Młodsza da sobie radę w życiu, oj da!
Li.


Wierna Czytelniczka.

21 listopada, 2012

Listopad nic a nic nie rozczarowuje zaokienną mgłą,
brak śniegu natomiast usprawiedliwia jeżdżenie na letnich oponach.
Wymienię je, gdy nie będzie już kolejki,
szkoda mi czasu na stanie, gdy można w tym czasie siedzieć,
pisać bloga i pić dobrą kawę.
Fajny komentarz wpadł mi do spamu, zostawiam go tam,
nie ma dla niego lepszego miejsca, ale go przytoczę,
szkoda by te piękne słowa zostały tylko dla mnie.
„carnivale
koko@gazeta.pl
159.205.74.152
Wysłany 21.11.2012 o 7:26 pm
Jesteś najbardziej żałosną osobą jaką znam, ośmieszasz się koncertowo.
Zacznij myśleć przed puszczeniem w internet tych swoich grafomańskich wpisów w stylu “żegnajcie, zamykam, odchodzę”.
Mój 5-letni syn jest dojrzalszy
i bardziej zdecydowany od Ciebie.
Weź się w garść kobieto.”

Ojej, ojej.
A co na to Lec?
Cóż, jedni mówią o tym, że jest na poziomie, inni, że dno?
Obie strony mają rację, przy tej płyciźnie wszystko jedno.

Nie obchodzi mnie Twoje zdanie, kobieto.
Zajmij się swoim 5-letnim synem,
zamiast czytaniem mojego bloga.
Z pożytkiem dla obu stron.
Ucałuj synka od cioci
Li.


Paroles, paroles, paroles…:)

20 listopada, 2012

Rzadko brakuje mi słów, ale tym razem tak jest.
Cisną się w kolejce do wypowiedzenia,
ale spuchnięte od wzruszenia i takich tam babskich emocji,
nie są w stanie opuścić gardła
i uciekają przez palce.
Gonię je szybko, by nie straciły ciepła i sensu.

Czuję się jak obrona Częstochowy.
W dodatku bronicie mnie przede mną samą.
Tak,  zachwiana nagle w poczuciu własnej wartości,
chwilowo odarta z pięknej miłości własnej,
naga przed anonimowym tłumem
stałam się swoim własnym wrogiem.
Chciałam uciec, ale przed sobą nie ucieknę.
Jestem we mnie, cała jestem,
nawet gdy wystawię kawałek poza własną granicę,
to zawsze wracam do siebie.
Bo mimo wszystko kocham siebie miłością największą,
choć trudną, chimeryczną i krytyczną.
Często jednak się zapominam i puszczam beztrosko
sama siebie przed siebie, a wtedy życie jest piękne,
ja zawsze jestem piękna,
wcieram w siebie pachnący grapefruitami olejek,
i z ciekawością idę za róg,
gdzie zawsze czyha kilka nowych kierunków.
Dostałam od Was tak ogromny zapas energii,
że będę świecić niczym Słońce,
od czasu do czasu rejestrując-li i jedynie-
(nie)wielkie wybuchy z burzą magnetyczną w tle.
Absolutnie więc nie poddam się, nikomu i niczemu,
bo w porażce najwyraźniej jest mi nie do twarzy.
(Napisałam tę notkę specjalnie dla mojej ukochanej przyjaciółki,
by z wielką radością przegrać z nią skrzynkę wina).

:)
Li.
PS. Przypominam o głosowaniu na Precla :)


Iść- hen, na wrzosowisko i zapomnieć wszystko.

19 listopada, 2012

Postanowiłam zrobić sobie przerwę.
Zawieszam więc bloga na haczyku, niech sobie powisi.
Jestem zmęczona i zniechęcona,
a nie jest to mój ulubiony stan.
Męczy mnie moje zmęczenie, smuci zniechęcenie,
muszę się zreanimować i nabrać niezbędnego dystansu.
Głównie do ludzi.
Bo to ludzie są moim problemem, nie widzę nicka,
tylko człowieka, nie dzielę życia na net i real,
dla mnie to jedna całość.
I gdy czytam bzdury na swój temat,
to czuję się jak czarownica palona na stosie,
parzą mnie słowa, bardzo mnie parzą.
Zaskakuje mnie ilość niechętnych mi osób,
przy czym niechęć rozpięta jest
od namacalnej wręcz nienawiści do zwykłego dokuczania.
Do czego jeszcze jesteście zdolni,
Wy- którzy- mnie -tak- wiernie -czytacie?
Bo ostatnio przeczytałam nawet i to,
że nie usiedlibyście ze mną przy stole,
z powodu mojego wyglądu
(a ja głupia, mam takie świetne samopoczucie).
Nie wierzę, że te wszystkie wpisy na forum „Ugotowanych”
są pisane przez przypadkowych telewidzów.
Nie wierzę w to, bo przecież po moim komentarzu
o złożeniu zawiadomienia o stalkingu
i po usunięciu przez tvn na moje żądanie kilkunastu wpisów,
jedna z tych osób zadzwoniła do mnie
(a znaleźć numer telefonu to żadna sztuka),
przeprosiła i przyznała się, że wpisywała się na forum-
tu podała pod jakim nickiem- mało oryginalnie- Barbara,
(te komentarze zostały już usunięte, były naprawdę wstrętne).
Przestraszyła się konsekwencji.
Powiedziałam, choć to było trudne, że jest ok,
doceniłam że zadzwoniła,
nawet miło nam się rozmawiało.
Ale jak się okazało- nie była szczera do końca-
nie przyznała, że generowała wpisy,
pisząc pod różnymi nickami,
wyszło to niestety później po mało pasjonującej lekturze IP.
Jakie to jest smutne, przeraźliwie smutne,
jakim trzeba być złym człowiekiem,
by mieć uciechę z anonimowego pisania
obraźliwych tekstów na temat kogoś,
kogo nie lubi się wyłącznie via net.
Nie przypuszczałam, że taki sobie śmieszny program,
który miał bawić i jest zbyt błahy,
by zajmować się nim dłużej niż w dzień emisji,
stanie się tarczą strzelniczą z moją osobą.
Strzelajcie więc sobie dalej,
w internecie ma się wiele żyć,
więc i tak mnie nie zabijecie,
ale honor i jaja ma się jedne.
Ja je mam, a Wy nie.
Li.


Pochwała przedpołudniowego lenia.

18 listopada, 2012

Woda szumi zachęcająco,
wpadając do wanny równym strumieniem.
Piana rośnie szybciej niż plotka w internecie,
a już z pewnością ładniej pachnie.
Niedziela zaznacza swoją obecność dzwonami
w pobliskim kościele i brakiem ruchu za oknem.
Za godzinę mam gości,
pośpiech wskazany, zrobię więc sobie relaks w pigułce,
odpoczywanie jest stanem ducha,
a jak do tego dołożę zanurzenie się w pachnącej wodzie,
kubek z latte i książkę,
to mam przed sobą cudowne pół godziny,
czego i Wam życzę.
Woda mi stygnie, idę!
Li.


Sprawozdanko bez sensacji w tle:)

17 listopada, 2012

Wczorajsze spotkanie odcisnęło się
piętnem na dzisiejszym dniu-
głowa mi pęka i nie zdążyłam na pociąg do Warszawy.
Wino, kobiety i jajka faszerowane- skład był wyśmienity.
Kilka osób ostatecznie nie dotarło,
kanapa oblężona była więc zaledwie przez 10 osób,
poszłam spać w okolicach godziny trzeciej
i naprawdę dobrze się bawiłam,
jednak na kobiety zawsze można liczyć.
Powtórka niebawem gwarantowana.
Muszę podjąć jakiś plan reanimacyjny,
zdecydowanie, zdecydowanie.
Kawa wypita z viki dobrze zaczęła dzień,
ale jakoś przetrwać muszę do wieczora.
Zaraz wychodzimy z domu w krakowską mgłę i smog.
Auć, moja głowa…

Rok temu dostałam od viki prezent, tzw. demotywatora:)

Wczoraj przywiozła mi motywatora:

Ciekawe, co dostanę od niej za rok:)

Li.


Szybko, szybko, z lekką zadyszką.

15 listopada, 2012

Czwartek sowicie obdarzył mnie pracą
od rana do późnego wieczora.
Jęknęłam, gdy zobaczyłam w kalendarzu,
że beztrosko umówiłam się z klientem na 20.30.
A dałam sama sobie zakaz pracy po 18-tej!
Klasyczna konsekwentna niekonsekwencja.
Płynę na fali dobrego tygodnia, humor mnie nie opuszcza,
a podbijany zabawnymi sytuacjami ma się świetnie.
A co na to Lec?
Życie jest za ciężkie, by doń przykładać wagę!
Pławię się w wątpliwym blasku chwilowej sławy,
nie mogąc wyjść z podziwu nad siłą rażenia telewizji,
nieważne jak cię pokazują, ważne że pokazują.
Bo program oglądali chyba wszyscy.
Wczoraj zaparkowałam na dwie minuty
w miejscu przeznaczonym dla konwoju,
przed samym wejściem do jednego z budynków Sądu,
chciałam tylko wpaść na Dziennik Podawczy.
Widząc zbliżającego się do mnie strażnika sądowego
już, już miałam zacząć tokować,
że ja to tylko na minutkę
i że wiem, że nie mogę tu stać, ale… itd,
gdy on wykrzyknął: pani mecenas,
widziałem panią w telewizji!
No i trzeba było zamienić kilka miłych zdań,
sprzedać niusa, że ferrari było wypożyczone,
ech… stałam z nim 10 minut,
auto na zakazie parkowania też.
A teraz całkiem niespokojnie wypijam pierwszą kawę,
mam pół godziny na wyjście z domu,
miłego dnia Wam życzę,
Li.


Słońce wymusza zakaz narzekania.

14 listopada, 2012

Wstałam głęboką nocą skoro świt.
Samoistnie, więc budzik uszedł dziś z życiem.
Środa-urody-doda i jako,
że „reprezentatywny” wycinek społeczeństwa uważa,
że jest mi to zdecydowanie potrzebne,
umówiłam się z kosmetyczką Magdą,
co to ma najlepsze ręce w Krakowie.
Może coś poradzi…
A co na to Lec?
W naszej epoce lud musi być zmotoryzowany, by miał hamulce.

Cieszę się na piątek, zapowiada się ciekawy skład gości,
myślę nad tym co zrobić do jedzenia,
chwalebna przegrana w „Ugotowanych”
obliguje mnie przecież
do najwyższych kulinarnych lotów, haha:)
W Krakowie słońce, od razu zapisuje w powietrzu
ogólny zakaz narzekania i poddawania się,
zaraz wychodzę do pracy,
jakoś tak mi ciepło na sercu.
Ale nie dlatego, że znowu statystyki szaleją
i mam dwa razy więcej osób na blogu.
Bo pamiętam co na to Lec:
Nie witajcie ludzi otwartymi rękami, nie ułatwiajcie ukrzyżowania was.
Ale i też:
I jak tu nie być optymistą.
Moi wrogowie okazali się-jak dotąd- takimi świniami,
jak przewidziałem.
:)
No i jak nie kochać Leca?
Li.

PS. Pamiętajcie o głosowaniu na Precla. Wchodzimy tu,
klikamy w pomarańczowy banerek na końcu posta,
głosujemy i już!
(Głosowanie jest obowiązkowe,
kto nie głosuje, ma zakaz czytania tego bloga).