Jedna zdaje, druga rozwala.

13 listopada, 2012

Dziś wieczorem moja córka zdała egzamin na prawo jazdy.
Za pierwszym razem, moja krew, choć ja zdałam za drugim.
Bardzo się cieszę, to kolejny jej krok
do usamodzielnienia się, dorosłości
i podbierania mi auta.
Obiecała wziąć na siebie obowiązek robienia zakupów,
och- z wielką przyjemnością.
Córka zdała egzamin, a ja rozwaliłam przód auta,
tak to jest jak przy parkowaniu gada się przez telefon,
grzebie w torebce i nie zauważa metalowego słupka.
Huk był okrutny.
Zderzak do wymiany, spryskiwacz do lewego reflektora skasowany,
jeszcze coś bliżej niezidentyfikowanego odpadło,
pięknie, po prostu pięknie.
Ale to i tak nie psuje mi humoru.
Po burzy zawsze przychodzi słońce
i wszystko mija, nawet najdłuższa żmija.
Li.


Uśmiecham się:)

13 listopada, 2012

Kończąc temat, bo przecież na horyzoncie rysuje się
wiele nowych sprawek i spraw, uznaję się za zwycięzcę-
tyle osób nie może się mylić;-)
Nie, nie programu, ale sytuacji.
Jest śmiesznie, bo bloga zaczęli czytać ludzie,
którzy znali mnie li i jedynie od strony zawodowej.
Szeroko więc otwierają oczy, dzwonią do mnie, mailują,
ale póki co jest dobrze.
I niech tak zostanie!
(czary-mary)
A najbardziej zabawną historię przeżyłam wczoraj,
gdy zadzwonił telefon, a po drugiej stronie odezwała się kobieta,
która obejrzała program, odnalazła mnie w necie
i chce bym ją rozwiodła.
Oto do czego prowadzi gotowanie na ekranie ;-)
Przeciągam się za biurkiem, od rana siedzę przy komputerze,
zaraz jadę do sądu, dziś wtorek-potworek,
nie traćcie czujności!
Li.
PS. Na piątkowy wieczór jest już piątka chętnych.
Na kanapie jest miejsce dla co najmniej dwunastki.
Piszcie maile, zapraszam na wino
(ostatecznie w zakładzie wygrałam skrzynkę wina!).


Nie gorzknieję, czasem tylko gorzko myślę.

12 listopada, 2012

Tak, na początku bałam się.
Internet jest okrutny,
a wśród moich czytelników jest wyjątkowo dużo osób,
które mnie nie znoszą.
(Nie znoszą, ale wiernie czytają,
nabijając statystyki windujące mnie na pierwsze miejsca
w rankingach popularności,
ciekawy to przypadek dla socjologa internetu).
I oni są wszędzie, teraz grasują w komentarzach
na stronie Ugotowanych, wpisują kolejne bzdury,
drżą z podniecenia,
a nuż wyjdzie kolejna afera,
a nuż z wypiekami na twarzy kolejny dzień
będą siedzieć przed monitorami,
nie bacząc na uciekające im własne życie.
Po co żyją cudzym życiem- moim życiem, nie wiem.
Może boją się swojego?
Może nie potrafią konfrontować się z rzeczywistością?

A ja się już nie boję.
Wiem, że mam w sobie odwagę i wiarę we własne możliwości.
Wiem, ile jestem warta.
Przytyłam? Tak, bardzo.
Nieważne, czy z powodu choroby, czy z nieszczęśliwości.
Przytyłam i to nie jest akceptowalne,
nawet przez moją kochającą mnie matkę
(dopiero od niedawna nie zaczynam dnia od irytującego
telefonu od niej z tekstem: ile dzisiaj schudłaś?
Ale ileż trzeba było zrobić awantur, by mieć poranny spokój…).
Przytyłam, nie biegam już w szpilkach tak samo jak kiedyś,
ale to nie znaczy, że ja to nie ja.
Przytyłam, ale nadal regularnie chodzę do kosmetyczki
i używam złotego pudru- to dalej ja, czy już nie ja?
Nie wyglądam na swój wiek, wiem o tym, ale to nie znaczy,
że nie mam 45 lat.
Jestem wewnętrznie młoda, nie gorzknieję, w środku się nie starzeję, może kiedyś schudnę, a może nie, może regularny trening który zaczęłam po raz tysięczny mi pomoże,
a może nie, może zmobilizuję się nareszcie
i pójdę na ten ważny tydzień do kliniki,
by zdiagnozować się do końca, a może nie.
To jest nieważne, bo w środku jestem ciągle tym samym człowiekiem.
Zmieniło się jedno- mniej się boję i bardziej mam w nosie zdanie innych na mój temat.
Ot, przywilej starości;-)

No i co z piątkową imprezą, Kobiety z Bloga?
Piszcie maile, podam adres i ustalimy szczegóły!
Li.


A podobno nikt nie ogląda tv?

12 listopada, 2012

O, ale heca. Wszyscy oglądają tv:)
Mieliście niespodziankę robaczki, hę?

A było to tak: pewnego pięknego dnia,
półtora roku temu oglądałam z kolegą „Ugotowanych”.
Od słowa do słowa, od krytyki do krytyki
stanęłam do zakładu o skrzynkę wina:
wystąpię w tym programie, bo to żadna sztuka.
Wysłaliśmy komisyjnie zgłoszenie, przez rok była cisza,
aż tu nagle ruch, rwetes, casting, zabawa
i generalnie halo, halo wielki świat.
Nie wycofałam się, bo jak powiedziałam „a”,
to z reguły mówię „b”.
Było super- zabawnie, śmiesznie, zadziwiająco
i już wiem, że telewizja na pewno kłamie.
Ekstremalne upały wykańczały,
trudno było utrzymać fryzurę, pot lał się litrami,
nie robiłam makijażu, bo wszystko spływało,
w czasie gotowania w kuchni miałam ponad 35 stopni-
okna musiały być zamknięte,
sprzęt telewizyjny generował ciepło, obłęd!
Tak samo było w pozostałych mieszkaniach,
dużo mniejszych, mieliśmy saunę i ciepłe jedzenie.
Zrobiłam co do mnie należało, najlepiej jak potrafiłam.
Zaprzyjaźniłam się z Konstancją- wieczorem z moimi
i jej znajomymi u mnie w domu oglądałyśmy program,
umierając ze śmiechu.
Męscy towarzysze ugotowani trafili nam się średni-
koniecznie chcieli wygrać, więc nie bardzo potrafili się bawić.
Nie żałuję, że wystąpiłam, ani trochę nie żałuję.
Po pierwsze przełamałam swój strach,
po drugie nie miałam zupełnie stresu przed kamerą,
po trzecie mam fajną pamiątkę,
po czwarte zyskałam nową, naprawdę miłą znajomość,
po piąte mam naprawdę w głębokim poważaniu,
co mówią o mnie ludzie, którzy mnie nie znają
i czy przebijał mi czarny biustonosz czy nie
(przebijał cholera na filmie:D,
czy byłam uczesana czy nie, z reguły nie byłam,
bo upał był koszmarny, czy jestem brzydka, czy nie,
jakie to ma znaczenie w moim wieku?
Straciłam anonimowość, której już dawno nie miałam.
No i zdecydowanie zaczynam się odchudzać,
przez ostatni rok i chorobę przytyłam tragicznie,
ale jeszcze jest może jakaś nadzieja…:D
Od jutra prowadzę dziennik odchudzania, bo wiadomo,
że zaczynam odchudzać się od poniedziałku.
Miłego dla Was!
Gwiazda Li :))


Stowarzyszenie błąkających się.

8 listopada, 2012

Prawie (przy czym słówko prawie daje mi jeszcze jakąś nadzieję),
prawie każdego dnia błąkam się po kwartale
okolicznych ulic szukając mojego auta.
Nie mogę pojąć, dlaczego nie jestem w stanie zapamiętać miejsca,
na którym zaparkowałam.
Czy ja już straciłam ludzkie cechy
i działam jak jakiś automat?
Faktem jest, że czasem kilkakrotnie w ciągu dnia
wyjeżdżam i wracam, parkując za każdym razem w innym miejscu.
Faktem jest, że czasem długo szukam miejsca do parkowania.
Ale nic nie usprawiedliwia błąkania się
i kompletnej dziury w pamięci.
Wpadam w obłęd, pośpiech gryzie mnie po kostkach,
święty Antoni nie pomaga, próba przypomnienia też nie,
mogę tylko błąkać się i błąkać,
aż przypadkiem się przybłąkam.
Czuję wtedy ulgę, że znalazłam zgubę
i tak do następnego razu.
Kto też tak ma?
Potrzebuję pocieszenia:)
Li.


Pięć ostatnich siódmych dni listopada.

7 listopada, 2012

Zainspirowana komentarzem Kasi,
sprawdziłam co robiłam 7-go listopada w latach 2007-2011.
Generalnie narzekam i to jest przerażające :)

Ale, ale, ale  świetnie czyta się swoje wspomnienia
i naprawdę cieszę się, że zdecydowałam o pisaniu bloga.
Nie ma tu wszystkiego, to nie „Dziennik Samuela Pepysa”,
ale są towarzyszące mi wtedy emocje.

7-go listopada 2007 roku chciałam być królewną:
CHCIAŁABYM BYĆ ŚPIĄCA KRÓLEWNĄ.
CHOĆ PRZEZ TYDZIEŃ….

Zaraz jadę do Kielc.
Jutro do Bielska.
Pojutrze Wadowice.
Co za tydzień, podróżuję jak Pyza po polskich drogach.
W dodatku nie mam ciągle zdania co do konieczności
zmiany opon na zimowe, chyba jeszcze za wcześnie?
Tyle tu znawców motoryzacji, może się ktoś wypowie?
Spałam trzy godziny, po całodniowym kryzysie twórczym,
nagle w nocy spłynęło na mnie natchnienie
i okrągłe, mądre (?) literki potoczyście
i soczyście gnały po ekranie,
a moje palce trudem nadążały za myślami.
I tak do trzeciej w nocy.
Mam deficyt snu większy niż nasz deficyt budżetowy,
chciałabym być choć przez tydzień śpiącą królewną…
Oczywiście koniecznie w wersji z całującym królewiczem.
Miłego dnia!
Li.

7-go listopada 2008-go  roku było jak zwykle:
JESIENNA DEPRECHA KĄSA MNIE PO DUSZY.
Nie chce mi się. Nic mi się nie chce.
Może jeszcze tylko leżeć w półmroku i z muzyką.
Nie chce mi się z nikim spotykać,
nie chce mi się odbierać telefonów,
nie chce mi się gadać z córkami,
nie chce mi się głaskać kotów,
nie chce mi się nawet pisać tego, co teraz piszę.
Gdzieś tam tylko z tyłu głowy tłucze się nadzieja,
że przecież jak coś napiszę, to poczuję ulgę.
Przynajmniej zawsze tak było.
Muszę wstać, kupić euro na jutrzejszy wyjazd do Wiednia,
muszę się spakować, zrobić zakupy dla Starszej,
która korzystając z okazji zaprosiła sobie koleżanki na noc,
muszę odwieźć obrażoną Młodszą do moich rodziców,
muszę zrobić jeszcze tyle rzeczy,
że naprawdę nie mam czasu walczyć
z tym wszechogarniającym mnie zniechęceniem
i jakimś takim niedefiniowalnym bliżej smutkiem.
I nie mam siły.
To straszne, żałosne i osobiście mnie upokarzające.
Jakieś szarości za oknem, jakieś ludzkie małości,
jakieś złe nastroje zgniatają mnie swoim ciężarem.
Wrócę wieczorem. I poczytam Leca.
Li.

7-go listopada 2009-go roku znowu to samo!
SAMOUŻALANIE SIĘ Z NUTKĄ EKSCYTACJI BLISKIM KOŃCEM.
Zajętość zjada moje życie towarzyskie i uczuciowe,
dając mi tylko oddech na sprawy niezbędne.
Rety, jaka ta budowa jest absorbująca!
Ciągle teraz czegoś szukam, porównuję, zadaję pytania
-czasem głupie są to pytania, ale co zrobić,
gdy często nie za dokładnie wiem o co pytam…
Nie mam czasu dla siebie,
a gdy go mam to zasypiam snem kamiennym
i bezsennym i nie śnię,
by we śnie nie musieć być aktywną,
łaknę spokoju i lenistwa,
takiego lenistwa gdy robię nic i jestem szczęśliwa.
Ilość spraw wiodących żywot w moim kalendarzu
już dawno przekroczyła moje mizerne zdolności organizacyjne,
bezładnie tłoczą się więc przy wyjściu do załatwienia,
tratując się wzajemnie,
a mnie od ich wrzasków boli głowa.
Czasem sobie myślę, że jednak przydałby mi się taki na przykład mąż,
służący pomocą, ramieniem i porfelem.
Ale potem zaraz sobie przypominam,
że przecież miałam już męża
w charakterze trzeciego dziecka
i od razu czuję ulgę, że choć to jedno mam z głowy,
dwie absorbujące córki wystarczą.
Rany boskie, malarstwo włoskie- miks dwóch hydraulików, tynkarzy,
plączącego się pomiędzy nimi elektryka hazardzisty,
który-ciągle-nie-skończył,
Wykonawcy-który- jest- wykończony,
męczącego sąsiada z wiecznymi pretensjami,
smutnej walki z kolejnymi donosami,
szukania domu dla pięknego, porzuconego kota
(dziś znalazłam!), przenosin firmy w nowe miejsce,
ledwo widocznych plam na elewacji- ALE JA JE WIDZĘ-
to zestaw, który wykończyłby największego twardziela!
A ja jestem przecież taka mięciutka!
Li.

7-go listopada 2010-go roku notki nie było,
tę napisałam po północy-8-go.
TYTUŁEM INFORMACJI, LI I JEDYNIE (BEZ LITERATURY ;-)
Nie piszę, bo jestem zmęczona.
Ładne zdanie- skutek i przyczyna.
Rozpakowuję kartony i worki,
ale one rozmnażają się przez pączkowanie.
Zaobserwowałam ciekawe zjawisko ekonomiczne-
najpierw zapłaciłam ekipie przeprowadzkowej
za wniesienie rzeczy na trzecie piętro,
a potem wezwałam ich drugi raz
i zapłaciłam im za wywiezienie worów ze śmieciami na wysypisko.
Prawdziwy interes, oto jedna z przyczyn braku pieniędzy.
Ilość rosnących pod ścianą worów z niepotrzebnościami,
niestety zmusza mnie do wezwania ich po raz kolejny… Ech!
Większość kartonów stała nierozpakowana od trzech i pół roku,
rzeczy nie wychodząc na zewnątrz gwałtownie się postarzały,
przecież w planach miały być kartonowo osadzone tylko
na jeden rok.
Rozpakowuję więc te kartony skrzętnie zapakowane przez
Panią Jadzię, śmieję się przy ich opisach
(“Bety i jedna kołdra”),
odkrywam dwie takie same pary butów,
przy czym nie chodziłam w ani jednej,
układam, przenoszę, upycham,
w jednej sekundzie decyduję o wywaleniu,
jestem zaprogramowana antyprzydasiowo!
Rzeczą absolutnie cudowną jest schowek,
w którym mieści się wszystko
(to co niezbędne, rzecz jasna haha)!
Panuje w nim pełna demokracja- narty
i narciarskie akcesoria,
walizki, wielki garnek, pudełka z drobiazgami,
zapasowe płytki do łazienek
i materac na wszelki noclegowy wypadek.
W tym szaleństwie jednak nastąpiła pewna chwila wyzwolenia
i w sobotę byłam w kinie na absurdalnym filmie,
ale uśmiałam się na nim jak norka. Naprawdę do łez!
Kto chce się pośmiać- to niech idzie na “Zanim odejdą wody”.
Tytuł kretyński, ale Robert Downey Jr jest do schrupania na żywo.
Nie mówiąc o Zachu Galifianakisie.
Wrócę do siebie.
Daję sobie czas do końca tygodnia na usunięcie wszelkich śladów po przeprowadzce.
Mieszka nam się cudownie.
Wspaniale. Ciepło. Przytulnie. Ciekawie.
Fajny jest ten mój nowy dom! Bardzo udomowiony!
Li.

7-go listopada 2011 tryskałam nieuzasadnionym optymizmem:)
NAJWAŻNIEJSZE TO MIEĆ PIĘKNY PLAN!
Realizując z zapałem urodzinową obietnicę staram się mieć dobry humor.
Ze śpiewem na ustach pokonuję kolejne przeszkody,
a to szary dzień za oknem, a to brak mleka do kawy
(cholera jasna, psiakrew, lalalalala….).
Nic to! Herbata też pobudza (brrr, lalalala…).
Lipa za oknem w ciągu nocy rozebrała się do skąpej bielizny,
jesień jest już nieodwołalna,
a ja do planu dnia wpisuję wizytę w aptece
i konieczność zakupu dużej ilości magnezu z potasem.
Muszę się ratować,
złe nastroje wciskają się w człowieka bez pardonu,
trzeba uszczelnić system.
Przeczytałam wczoraj słowa ks. Bonieckiego:
“Świat, w którym żyjemy potrzebuje piękna,
aby nie pogrążyć się w rozpaczy.
Piękno podobnie jak prawda budzi radość w ludzkich sercach,
jest cennym owocem, który trwa mimo upływu czasu,

tworzy więź między pokoleniami i łączy je w jednomyślnym podziwie.”
Piję herbatę z pięknego kubka,
siedzę na mojej kanapie pod piękną lampą,
patrzę na piękne obrazy,
za oknem piękna szara jesień,
zrobię sobie piękny rozświetlający makijaż,
owinę ciepłym, pięknym szalem
i podtrzymując przez cały dzień
rozpalone w sobie pragnienie pogody ducha
będę mieć piękny dzień.
Piękno jest w oczach patrzącego,
popatrzę więc sobie pięknie na świat.
Tylko to moje auto strasznie brudne,
ale jak tu jechać do myjni?
Deszczu nie zniese!
Li.


Notka dedykowana.

7 listopada, 2012

Lubię pisać, zwłaszcza o niczym.
Według Innych i mojej Matki,
jest to moje życiowe nieszczęście.
(Osobiście mam inne zdanie i wcale nie wynika ono  z faktu,
że z reguły mam inne zdanie niż Mama).
Piszę bloga, bo:
1. lubię, a nawet uwielbiam
2. bawi mnie rozmowa za monitorem
w zielonej/białej/różowej maseczce na twarzy
3. cenię wielu z moich czytelników
4. niektórych nawet kiedyś kochałam, teraz kocham, może będę kiedyś kochać
5. kilku znienawidziłam serdecznie i pielęgnuję tę
nienawiść z lubością i zacięciem prawdziwego Skorpiona
6. pisanie mnie śmieszy, za wyjątkiem nielicznych chwil, kiedy to  inni śmieją się moim kosztem- jestem jednak hojna i darowuję im te chwile radości
7. często myślę o pisaniu książki- potrzebuję bloga,
bo pomaga mi pamiętać nawet o tym,  o czym staram się  zapomnieć
8. piszę z lenistwa- bo gdy nie piszę, to mam bardzo dużo maili, na które nie mam czasu odpisywać
9. nie poddaję się nigdy, z wyjątkiem krótkich chwil,
gdy muszę odpocząć od wojny blogowej nr XXX
10. lubię drażnić i rozdrażniać słowem i myślą blogowe
pchły i lwy
11. uwielbiam stukot palców na klawiaturze, zwłaszcza
gdy na paznokciach mam lakier w kolorze tętniczej krwi
12. chętnie przenoszę blogowe znajomości w świat realny,
bo są bardzo prawdziwe, świeże, jeszcze w nic nie uwikłane,
jeszcze nie dotknięte żadnymi zależnościami
13. jestem wolną, białą kobietą i jak chcę pisać bloga to będę.
A jak mi się odniechce, to też będzie dobrze.

Tyle. Nikomu nie robię krzywdy moim pisaniem.
Najwyżej sobie.
Ale ostatecznie uwielbiam się nad sobą użalać,
przynajmniej mam więc realny powód.
Li.


Gdy się boję, wiem co czytać.

5 listopada, 2012

Od pewnego czasu czuję, że jestem w jakimś przełomie życia,
ścierają się we mnie płyty tektoniczne moich poglądów,
marzeń i decyzji,
i albo lekko drżę, trzęsąc swoim światem,
albo wybucham i dymię.
Najważniejsze,  że nie pozostaję na te ruchy obojętna.
A co na to Lec?
Z walki myśli rodzi się pokój człowieka.

Kiedyś żyłam inaczej i znowu ma rację Lec:
Zaoszczędził sobie moc zmartwień, ma je teraz z procentem.

Życie nauczyło mnie wiary w konieczność zmian,
ciekawości w zaglądaniu za róg i walki ze strachem o byt.
Bo to przecież jasne, że się boję.
Czasem boję się tak,  że zwijam się z bólu
i czuję jak mi brakuje powietrza.
A co na to Lec?
Miąższ życia-twardy orzech.

Strach jest okrutny, dławi i otumania, paraliżuje rozum
i odbiera jasność spojrzenia.
Najbardziej w życiu walczę ze swoimi strachami,
bo w tylu sprawach jestem tchórzem i tylko honor nie pozwala mi zwiać.
Rozsądny stosunek strachu do rzeczywistości pomaga żyć,
przerost strachu jest zbrodnią na samym sobie,
bo zabija poczucie własnej wartości, marzenia,
wiarę w siebie i radość życia.
A co na to Lec?
Ratowałem siebie z wielu tragicznych opresji.
Przyznaję, nie czyniłem tego bezinteresownie.
Liczyłem na siebie w przyszłości.
Żenujące jest,  że wiem o tym.

Strach towarzyszy mi codziennie, taki wstrętny, nieprzystojny,
złośliwy, wymagający, bezlitosny, nieprzewidywalny,
piętrzący trudności,
wierny towarzysz snubrakowaczy, wiarybraków, czarnowidów
i tej nielubianej części mnie,
utkanej z (ir)racjonalnych lęków.
Niczego tak nie pragnę jak spokoju.
Ale gdy go już znajduję, gdy wchodzę w ciepły bąbel
poczucia bezpieczeństwa, zaczynam szukać,
gnać i prowokować los.
Najwidoczniej jeszcze nie dojrzałam
do fotela i ciepłych kapci.
Wyznaczyłam sobie jeden mały cel- jego małość wynika
z prostego porównania dotychczasowych dokonań- tak,
jest mały, zupełnie malutki, ale ciągle nieosiągalny,
z powodu prozaicznego lenistwa.
A co na to Lec?
Nie sięgnąłby nigdy wielkości bez tych kłód rzucanych mu pod nogi.

Kocham Pana, Panie Lec.
Li.
PS. Tak, tak- na pierwszym blogu pisałam najlepsze notki.
Na (nie)usprawiedliwienie podam, że trochę ją przerobiłam.
(Uśmiech od ucha do ucha).


Postanowienie o braku postanowienia z zaniechaniem reakcji w tle.

5 listopada, 2012

Czterdzieste piąte urodziny oblige.
Mam jedno fantastyczne postanowienie
i wcale nie stoi ono w sprzeczności w niezłomnym postanowieniu,
by nie mieć żadnych postanowień,
zwłaszcza w dniach będących skutkiem nadania im przez cywilizację umownych znaczeń.
Otóż i mimo wszystko, w dniu moich czterdziestych piątych urodzin, postanowiłam przestać reagować.
A co na to Lec?
Ileż ostatnich słów bije się o pierwszeństwo!

Brak reakcji spowoduje większą radość życia,
zauważanie samotnego motylka,
podziwianie rysy na murze pobliskiej plebanii,
wpadanie w zachwyt na widok kształtu kałuży,
a nade wszystko umiłowany święty spokój,
który kobiecie w moim wieku jest niezbędny
do regeneracji włókien kolagenowych
i nadwyrężonego sześcioletnim blogowaniem systemu nerwowego.
I pewnie spadnę w rankingu blogów z pierwszego
na ostatnie miejsce,
ale znowu będę mogła podpisać się pod hasłem,
będącym motywem przewodnim mojego pierwszego bloga:
piszę z radością, bez myśli przewodniej.
Będą tu cudowne nudy, Panie, nudy.
(Non, rien de rien
Non, je ne regrette rien)
A co na to Lec?
Czasem mowa jest złotem, milczenie trzydziestoma srebrnikami.
Li.
PS. Pilnować mnie! I wyciągać konsekwencje!
Ucinać język i palce. Jakby co.


Kropka nad i i z.

4 listopada, 2012

Ta notka będzie szczególna.
Jest pisana w dniu moich urodzin,
z których godzinę poświęcam na grzebanie się
w dnie, mule i wodorostach.
Przeczytajcie ją więc uważnie, zwłaszcza Wy-
wchodzący tu z niezdrową ciekawością tępogłowi,
pełni nienawiści, zgorzkniali, moherowi,
szukający okazji do zadymy „czytelnicy”,
(a nawet Wy-bezkrytyczni zorkowyznawcy).

Napiszę ją w punktach, będzie Wam łatwiej:
1. napisałam notkę. Wyraziłam w niej swoje zdanie,
albowiem je mam. Zawsze.
Napisałam bez podawania nicków, linka,
Ci co mieli wiedzieć wiedzieli, wielu nie wiedziało.
Wojna wybuchła zanim zdążyłam wypić kawę.
Ciekawe, że zdanie podobne do mojego miało
wielu czytelników.
Wielu też miało zdanie odmienne, i dobrze.
Tylko dlaczego ta odmienność musi wyrażać się
w sposób chamski i obraźliwy?
Bo jak brakuje argumentów trzeba zacząć bić?
2. Komentarze na mój temat na blogu zorki,
pracowicie przez nią moderowane- czytaj:akceptowane,
wcale mnie nie zdziwiły.
Ani treścią
(czy można być dumnym z negatywnego elektoratu?
można być! Otóż ja jestem!),
ani faktem, że dobra, szlachetna,
kulturalna zorka je przepuściła.
Bo czyż może być większa uciecha niż
oddanie strzału cudzymi rękami?
3. tak, nie ufam zorce, tak jak nie ufa jej
wiele znanych mi osób,
nie wierzę w szczerość jej intencji,
nie poważam jej osoby.
Uważam, że jest wyrachowana,
a publikacja przez nią komentarzy na mój temat,
o których wiedziała, że nie polegają na prawdzie,
tylko mnie w tym przekonaniu utwierdziło.
Nie uważam jej też za świętą, pisanie o cudzej śmierci bynajmniej nie uświęca, ale niewątpliwie wielu przeraża.
I z tego przerażenia tracą głowę.
Więcej pisać nie muszę.
4. podobno się lansuję. Gdzie?
Na blogu zorki mającym w stosunku do mojego bloga nikłą popularność?
Co mam z tego rzekomego lansu poza coraz
większą liczbą wejść nieznanych mi osób?
Lubię mieć luksus pisania dla znajomych,
teraz piszę dla mas, nie jest to komfortowa sytuacja,
bo jak widać w tej masie jest dużo ludzi,
którzy mnie zwyczajnie nie lubią.
Ale po co tu wchodzą? Po co mnie czytają?
Tego nie jestem w stanie pojąć.
5. W czasie tych sześciu lat pisania bloga poznałam
wielu moich czytelników,
z niektórymi bardzo się zaprzyjaźniłam.
To jest bonus pisania, którego nie zabierze mi jakiś marny anonim.

Internet to szambo, widzę to coraz wyraźniej.
Ludzie przekraczają w nim wszelkie granice.
Nie zawsze jest to ich wina- poza urodzonymi chamami,
z reguły wynika to z faktu niezrozumienia,
niedoczytania, braku większej wiedzy,
nie orientowania się w sytuacjach pozablogowych.
Czyż nie lepiej jest wtedy zamilknąć?
Czyż powoduje Wami jakaś chorobliwa konieczność
zostawienia komentarza w temacie, którego nie znacie?
Często te właśnie komentarze stanowią
niepotrzebne zarzewie, z którego wybucha ogień.
Słowa mają wielką moc, ale w internecie
słowa trzeba ważyć szczególnie ostrożnie.
Bo nie widać do kogo mówimy/piszemy.
I nie można używać argumentu, że blog jest publiczny.
Jest mój, tylko mój.
Jest moim miejscem, a Wy jesteście tu gośćmi.
Goście powinni umieć się zachować.

Tyle. Zapraszam na pyszną latte i brak szarlotki:)
Li.


Idę i zostawiam zakaz gryzienia.

3 listopada, 2012

Beem słusznie zwróciła uwagę- nie głosujecie na Precla!
Wchodzicie, czytacie, piszecie, odnosicie się,
krytykujecie, wiecie lepiej,
a nie głosujecie.
A pisałam, że kto nie głosuje ma zakaz czytania?
Czas na rehabilitację, albo ekspiację
(niepotrzebne skreślić),
wchodzimy tu, czytamy notkę,
zahaczamy wzrokiem o pomarańczowy nomen-omen banerek,
klik, klik i już Precel ma głos.

Jestem zmęczona, a idę na imprezę, wszystko przez zorkę :P
Zadziwiająca jest pasja, z jaką niektórzy z Was
walczą o nie swoje sprawy, dowodząc, krzycząc,
a tak niewiele wiedząc.
Po co?
Czy tylko dla poczucia pozornej internetowej wspólnoty,
czy -li i jedynie
z powodu zwykłej, pospolitej niechęci/nienawiści
do mojej osoby/nicka?

A co na to Lec?
Panuje ogólny niesmak, bo pożeramy się nawzajem.
Li.

PS. Nie moderuję komentarzy co do zasady-
natomiast każdy pierwszy komentarz
od danego nicka musi być przeze mnie zaaprobowany.

Wisi sobie w sekcji pod nazwą: Komentarze oczekujące.
Czasem zdarza się, że i komentarze od znajomych wpadają do spamu, nie wiem dlaczego tak się dzieje,
ale wyciągam je wtedy za uszy i publikuję.
Dzisiejszy wpis spowodował lawinę komentarzy
od nieznanych mi nicków, część opublikowałam,
część wisi sobie na haczykach,
wierzgając z niecierpliwości nóżkami,
chętnymi by komuś dokopać-najczęściej mnie.
Sądzę, że wrócę na rauszu
i w pijanym widzie wrzucę je do spamu.
Oj…


Spokojnie, to tylko sobota.

3 listopada, 2012

Trwa pogrzeb.
Poprosiłam paniąstarszą, by kupiła w moim imieniu kwiaty- najchętniej pomarańczowe róże.
Nie robię czegoś szczególnego, ot- leżę jeszcze w łóżku,
piję kawę i pomyślałam, tylko pomyślałam-
niech Ci będzie dobrze, Kobieto.
Ci, których zostawiłaś, dadzą sobie radę.
Tyle.
Przeczytałam na jednym z blogów tekst
tak bardzo odbiegający od mojej wiedzy
na temat relacji pomiędzy Aśką,
a autorką tekstu, że wolę zamilknąć,
nie, nie i nie.

Causa finita.
Najwidoczniej i cudza śmierć może być
trampoliną do życia,  zwłaszcza życia w internecie.
A co na to Lec?
Stracił głowę dla aureoli.
Li.


Weekendowa przepustka na wolność od problemów.

2 listopada, 2012

Gdy choruje psyche, fizis w celach samoratunkowych
zaczyna jej wtórować.
Bo skupiona na gorączce, potach i bólu chwilowo zapominam,
że jest mi w życiu tak źle, jak mi jeszcze nigdy nie było.
Okopana w łóżku jak w twierdzy,
mobilizuję się do przetrwania kolejnej godziny,
do snu, do kolejnego prysznica.
Ratuję się namiastką ciepła w postaci kubka z  herbatą,
podaję sobie aspirynę i witaminę C.
Nie myślę wówczas o niczym,
poza pragnieniem wyzdrowienia.
A co na to Lec?
„Słyszałem, że świat jest piękny”-rzekł niewidomy.
„Podobno”-odpowiedział widzący.

I tak właśnie było wczoraj, nie pamiętam dnia,
nie pamiętam kiedy ostatecznie zasnęłam,
by dziś obudzić się w lepszej formie i uznać,
że zdrowieję, że znowu czuję przypływ sił,
co najmniej do następnego kryzysu.
A co na to Lec?
Odpędzaj i podrzędne diabły zaklęciem:
„Apage satanas!”
Usłuchają, to im pochlebia.

Wieczorem wychodzę na kolację,
jutro idę na urodziny J.,
w niedzielę jakoś muszę przetrwać swoje,
od poniedziałku znowu przyjdzie stres,
ale weekend jest tylko dla mnie.
Do perfekcji opanowałam weekendową umiejętność
odganiania czarnych myśli.
Nie cierpię być nieszczęśliwa i bezradna,
czuję się tym upokorzona.
Nie mam wtedy pomysłów na zmianę,
nie mam chęci na walkę,
nie chce mi się, chce mi się nic.
A co na to Lec?
Do wszystkiego tylko dwa kroki:
jeden naprzód, drugi wstecz.
Li.


Ragazzo di Cracovia.

31 października, 2012

W domu mamy pewien włoski kłopocik.
Od niedzieli.
I do soboty.
Kłopocik wczoraj skończył osiemnaście lat
i jest Włochem o gorącym sercu,
zakochanym od wrześniowej szkolnej wymiany
w koleżance Karolci.
Wsiadł w samolot i przyleciał z Mediolanu.
Koleżanka miłość zlekceważyła, a kłopocik był optymistą
i bilet powrotny ma dopiero na sobotę.
Siedzi u nas ze smętną miną,
kolega z wymiany, u którego się zatrzymał,
jakoś średnio jest nim zainteresowany,
Karolcia zgrzytając zębami ratuje honor ojczyzny.
Właśnie wzięła go na spotkanie z ojcem,
pójdą jak zwykle do jakiejś knajpki,
przynajmniej obiad mam z głowy.
Ech, ta młodzieńcza miłość,
ni granic, ni kordonów…
Zazdroszczę.  
Zazdroszczę, bo ja już nie umiem spontanicznie.
:)
Li.


Mając światu nic do powiedzenia, piszę bloga.

31 października, 2012

Nolens volens muszę wyjść z łóżka i stawić czoła obowiązkom.
Protestuje całe moje ciało!
Zduszam ten protest metodami wcale nie pokojowymi,
bo silnym strumieniem wody.
Ożywczy wpływ porannego prysznica, wzmocniony dobrą kawą
i lekko zmamiony chęcią sprawienia sobie
jakiejś przedurodzinowej przyjemności,
stawia mnie do pionu i daje nadzieję na
wyrównaną walkę z dzisiejszą środą.
Choroba jest stanem umysłu- parafrazując klasyka
udaję więc sama przed sobą, że jestem zdrowa.
I choć zakatarzony nos nie daje się zamalować,
a lekko zmętniałe oczy wyglądają dwuznacznie,
całkiem spokojnie wypijam drugą kawę
i szykuję się do wyjścia na zimny świat.

Pytacie mnie w mailach, odpowiadam, że…

… nie, nie jadę na pogrzeb Joanny.
Po pierwsze dlatego, że pogrzeby
przygnębiają mnie okrutnie,
bardzo długo potem wracam do siebie,
a życie jest takie jedno i nie mam na to czasu.
Po drugie w sobotę jest impreza urodzinowa
mojego przyjaciela J.,
rasowego Skorpiona, życie toczy się dalej,
a ja nie oglądam się do tyłu
i nie daję wyrazu żałobie na zewnątrz.
Nigdy.
A co na to Lec?
Dokąd zmierza życie? Tam gdzie ty, dopóki idziesz.
Li.

Dzięki za przypominanie o tabletkach
(dzięki, bo od razu biorę:)
a ja przypominam o głosowaniu na Precla!


Post mortem.

30 października, 2012

Oj, pośmiałam się trochę- mąż Chustki
dostaje niedwuznaczne maile z propozycjami-
jak je ładnie nazwał- „okołomatrymonialnymi”.
No cóż, baby idą na łatwiznę,
po co zadawać sobie trud szukania kogoś innego,
jak ten tu jest znany, opisany,
zdał egzamin życia przy Joannie, sprawdził się,
prześwietlony został- trzeba skorzystać z okazji,
może tu która pierwsza, ta lepsza?
Ach, ten roztaczający się wokół Piotra nimb Mężczyzny,
Który Stracił Żonę…
I te fantastyczne na Niego określenia,
typu Wielki Wojownik Światła!
Tak, zdecydowanie Joanna pękłaby ze śmiechu,
kpiłaby bezlitośnie, oj… :)

Dziś są urodziny Precla, dajemy prezenty klikaniem,
ładnie przypominam :)
Mam gorączkę, weszłam do łóżka, mam dreszcze…
Idealny moment, idealny, wcholerwia* mnie to!
Li.
* zapożyczam bez pytania, świetne!


Zakaz rozpaczania, palenia zniczy i ogólnej histerii.

29 października, 2012

Powiedziała, że odejdzie w poniedziałek i tak zrobiła.
Pełnia Księżyca, huragan w USA czy padający w Europie śnieg?
Gdzie jest teraz?
Stawiam na huragan, jednak charakterek miała dość gwałtowny.
(A może złagodniała i pada śnieżynkami w Krakowie?)
Najważniejsze, że już Jej nie boli.
I będzie dobrze, niczym nie musi się martwić!
Będzie dobrze, bo nie może być inaczej!

Li.


Przypominajka przedurodzinowa.

28 października, 2012

Czytają mnie Skorpiony?
Takie z twardym pancerzykiem, ale mięciutkim brzuszkiem?
Lubicie nasz listopad?
Bo ja lubię za chryzantemy- te cięte, wielkie kule
i te szalone, drobnokwiatowe w donicach.
Kupuję je i robię  ze stołu katafalk.
Mają cierpki zapach jesieni i palących się zniczy,
niosą ze sobą piętno kwiatów cmentarnych,
ale nie dla mnie.
To są moje ukochane kwiaty,
uprzejmie proszę o tym pamiętać ;-)
Li.

PS. Precel to Skorpion. Głosujecie?
Ma urodziny za dwa dni. Siódme. A miał nie dożyć dwóch lat.
Przeczytajcie bloga Gosi od początku, naprawdę warto.


Nagle odkryta prawda.

28 października, 2012

Zima zaskoczyła polskich drogowców i mnie.
Bo  śnieg na kwitnących begoniach,
na pełnych życia pelargoniach,
na dachu ciągle nie złożonego ogrodowego namiotu
jest najzimniejszym świadectwem tego,  że spadł za wcześnie.
Jakiś taki mam beznadziejny nastrój.
Na pewno coś wspólnego z nim ma fakt,
że równo za tydzień kończę 45 lat.
Przy najbardziej optymistycznej wersji doszłam do połowy mojego życia.

Viki przypomniała mi notkę z ubiegłorocznych urodzin,
ze słowami mojej Mamy w tle.
Pośmiałyśmy się, ale potem naszła mnie refleksja,
że to był dla moich zamierzeń  stracony rok.
Jestem za rozrzutna i przepuszczam czas, swój czas,
ponoszę  stratę bez sensownego uzasadnienia.
(Niby walczyłam o przetrwanie, ale to usprawiedliwienie niskich lotów).

Li.


Przypominajka.

27 października, 2012

Nie przypominam i nie głosujecie!
Moi Drodzy, a tu żartów nie ma :)
Łykamy środki na poprawę pamięci
(kupiłam sobie dwa różne, ale ciągle o nich zapominam)
i robimy tak: wchodzimy na tego bloga, zjeżdżamy wzrokiem na dół notki,
klikamy w pomarańczowy banerek,
a potem w „Głosuj na blog „W stronę Precla”.
I tyle!
Wy głosujecie, ja się cieszę,
a jak się cieszę, to piszę świetne notki :))
A co na to Lec?
Jak ćwiczyć pamięć, by umieć zapominać?
Li.


Wydaje mi się, że mam kontrolę, a to tylko złudzenie.

27 października, 2012

Sobota to dzień niezrealizowanych planów.
Przynajmniej u mnie.
Otóż zbliża się południe.
Do tego czasu, zgodnie z postanowieniem bycia
Perfekcyjną Panią Domu, miałam już być po zakupach,
po sprzątaniu, po praniu i po spacerze z psem.
Udał mi się tylko ten ostatni punkt,
a to i tak wyłącznie z powodu psiej determinacji
w drapaniu w drzwi.
Ale zrealizowałam Plan B- długą kąpiel w pachnącej pianie, czytanie gazet, kawę i poleżenie sobie w łóżku z mruczącymi kotami.
Pewna, że Starsza nie wróciła na noc do domu,
via telefon przekonywałam moją czarnopatrzącą Mamę,
że jest bardzo rozsądnym nocowanie u koleżanki,
zamiast nocnego podróżowania po Krakowie.
Przekonywanie przerodziło się w lekką kłótnię,
Mama oczywiście była zdania odmiennego,
zaczęłam więc wyciągać wszystkie żale z młodości, typu: zakazy, nakazy
i straszny, wyryty w mej pamięci łzami
nakaz powrotu z Sylwestra o godzinie 21.00
(żeby nie było wątpliwości- przed Sylwestrem),
i że ja mam zaufanie do córek,
atmosfera robiła się coraz gorętsza,
głosy stawały się coraz bardziej podniesione,
aż z góry spłynął głos Starszej:
czy możesz powiedzieć Babci, że jestem w domu od pierwszej w nocy
i dać mi spać?

No cóż…:)
Li.


Dałam sobie wolny dzień.

26 października, 2012

Sześć stopni powyżej zera pokąsały mnie w zbyt lekko odziane ciało.
Brrrr…  włączyłam podgrzewane siedzenie,
a potem odwlekałam moment wyjścia z auta, ot logika.
Wróciłam do domu i już jestem wolna, wolna od pracy!
Chwilowo zapominam więc o minusach wolnego zawodu
z irytującym brakiem regularnego dochodu na czele
i cieszę się plusem dania samej sobie wolnego piątku.
Młodsza już jedzie w pociągu, Starsza zapowiedziała,
że wróci do domu dopiero wieczorem,
jestem tylko ze zwierzakami i muzyką w tle.
Zrobię zupę, upiekę szarlotkę, kupię pierogi,
posprzątam, kliknę w Preclowy banerek (!)
i będę czekać na wieczór.
A co na to Lec?
Zawsze trzeba mieć kogoś, by za nim tęsknić.
Taki nieskomplikowany plan dnia mam na dziś
i oby nic i nikt mi w nim nie przeszkodził.
Potrzebuję oddechu, dystansu, spokoju i pobycia ze sobą.

A co na to Lec?
Czasem trzeba okres między przeszłością,
a przyszłością przeżyć w jakimś
zastępczym czasie gramatycznym.
Li.

Słucham Pata, to moja ulubiona płyta, bardzo energetyczna, ale z nutką smutku.


25 października, 2012

Pięćdziesiąt trzy osoby na blogu…
Nie mam złudzeń dla kogo i po co w większości tu przychodzicie.
Piotr napisał jak jest, ja będę milczeć.
Napiszę tylko, że nikt nie zasługuje na taki ogrom cierpienia
i że powinno się już skończyć.
Pamiętam to.
Chciałabym zapomnieć, ale pamiętam.

Li.


Gorączkowo.

25 października, 2012

Młodsza leży w Sianożętach z wysoką gorączką, gorączkowy jest też mój pełen niepokoju telefon- a jechać po nią nie ma sensu,
to jest odległość ponad 800 km, tym bardziej że jutro już wracają.
Martwię się moją matkopolkową częścią serca,
14 godzin w pociągu z gorączką
i towarzyszącymi jej gwałtownymi okolicznościami,
to będzie makabra.
Dziecko słabe jest jak szczypiorek na wiosnę, ale z okazji choroby jak zwykle życzeniowo nastawione- na dworzec mam stawić się z kubkiem termicznym pełnym herbaty z miodem i cytryną, w domu ma czekać ciepłe łóżko, gorący termofor, zupa cebulowa i pierogi ruskie.
(Może też być jakaś niespodzianka).
Tak jest!
I tak bardzo się cieszę, stęskniłam się za bąkiem,
choć nie do przecenienia jest obecny porządek w domu,
spokój i brak konieczności gotowania obiadów.
Od pojutrza zmiana- wraca najbardziej destrukcyjny i ruchliwy element naszej domowej układanki.
Wraca w dodatku w glorii bohatera, chora, słaba,
z antybiotykiem, ech… już sobie wyobrażam,
jak będzie to wykorzystywać.
Och, cudownie :)
Li.

PS. Precel szaleje, super! Oby tak dalej!


Przypominajka z rozczarowaniem w tle.

24 października, 2012

Nie klikacie na Precla i wyprzedził nas Dzielny Franek

Porażka! (Miejmy nadzieję, że chwilowa).

Mam tu codziennie pięć tysięcy wejść.
I nawet zakładając, że co drugie wejście to wrogi mi element,
to i tak zostaje dwa i pół tysiąca osób,
które mogłyby zrobić tak: klik, klik.
Możliwe jednak, że optymistycznie mylę się
co do proporcji życzliwych do nieżyczliwych;-)
A gdzie duch współzawodnictwa?
Nie mówiąc o sprawianiu przyjemności i takich tam innych…

Tylko klik, klik!
Li.


Wtorek-potworek.

24 października, 2012

Duet gwałtownej zmiany pogody i deszczu  jeszcze nigdy  nie zawiódł swoim wpływem na moje samopoczucie.
Narastający ból głowy pozbawił mnie jakiejkolwiek aktywności życiowej
i wsadził do łóżka.
Niewiele pamiętam, bo ciśnienie 205/115 skutecznie pozbawia chęci do życia.
Muszę chyba znowu zmienić leki,
albo lepiej o nich pamiętać,
bo to głównie niepamięć jest przyczyną moich okresowych problemów.
Tak, tak- przypominajka w komórce, kartka na lodówce,
tatuaż na nadgarstku- wszystkie te pomysły są świetne,
ale co z tego, jak ja i tak nie chcę pamiętać, nie cierpię być
chora, nie znoszę leków, nie chcę, nie chcę!
Całkiem spokojnie wypijam więc zieloną herbatę z miodem
i cytryną, wybaczcie, ale dziś nie odpiszę na maile,
nie mam siły ani ochoty, skupię się na przetrwaniu zawodowego dnia,
boli mnie cały środek.
Pomyślę o nich jutro.
Jest piąta rano, sen już nie przyjdzie.
I znowu czuję skradający się ból głowy, a kysz!
Li.


Koniec babiego lata, koniec.

23 października, 2012

Młodsza zadzwoniła do mnie, gdy rozmawiałam przez drugi telefon.
Powiedziałam jej: Kochanie, mam inną rozmowę, oddzwonię do Ciebie.
Odpowiedziała mi- Ale ja jestem ważniejsza!
O rety, ale mnie zagięła, przecież jest ważniejsza, najważniejsza,
jak mogłam o tym zapomnieć!

Dziękuję za prezenty, muszę Wam napisać, że już ich wystarczy.
Sytuacja jest jaka jest,
a z powodu zaufania jakim mnie obdarzacie,
sama muszę mieć pewność,
że Joanna nad tym panuje.
Tym samym kończę odpisywanie na maile w wiadomej sprawie,
ale zawsze mogę odpisać w niewiadomej…
lubię dostawać maile, mile łechcą moją miłość własną,
bo komuś chciało się poświęcić czas na napisanie do mnie.
Czas, czas, czas, egoistycznie cieszę się że ciągle go przed sobą mam.
Liczę, że będę go mieć przynajmniej w najbliższej przyszłości,
to zaledwie marne 40 lat.
I nie może być inaczej.
Li.


Nie lubię kolejnego poniedziałku.

22 października, 2012

Noc mnie znowu poszarpała- najpierw sen nie przychodził,
potem koty postanowiły pobiegać za sobą,
fundując mi przebieżki przez moje śpiące ciało,
a potem męczyli mnie starzy znajomi- strachy na lachy, snubrakowacze, czarnowidzacze i wiarybraki.
Jestem więc zmęczonaaaaa, śpiącaaaaa i złaaaaaaa.
Nie lubię poniedziałków, zwłaszcza takich zamglonych,
mgła jest złowieszcza i przygnębiająca.
Jak by tu dobrze zacząć dzień?
Kawa latte w różowym kubku, mam dwie godziny czasu do koniecznego wyjścia, więc klik klik w Preclowy banerek
i wyjdę z psem.
Niech choć pies się cieszy. Koty chwilowo są w niełasce.
Li.

PS. Czy pisałam, że wczoraj popełniłam wielkie głupstwo,
którego wcale nie żałuję i pozwoliłam Starszej prowadzić auto spod Krakowa do centrum miasta?
I że świetnie jej szło?
I że jestem spokojna o jej egzamin, bo nawet jak nie zda,
to nie dlatego, że nie potrafi jeździć?
I że maniakalnie przestrzega przepisów, stwarzając tym samym zagrożenie na drodze? (tu jest 50 km/h i nie pojadę szybciej, matko!).
No! Mam nadzieję, że niedługo zacznie realizować swoje obietnice i odciąży mnie od zakupów i przywożenia jej z imprez.
Bo robi prawo jazdy, żeby to mnie było lżej. Oczywiiiiiście.


Smutno, smutno mi.

21 października, 2012

Mój ukochany brat mówi, że jestem głupia.
Przejawem mojej głupoty jest angażowanie się w zajęcia nie przynoszące mi dochodu i z reguły niosące za sobą przykrość. Jestem głupia, bo komuś bezinteresownie pomagam, jestem głupia, bo namawiam do pomocy, jestem głupia, bo wierzę ludziom i w ludzi.
Pewnie ma rację, jestem głupia, głupia, głupia,
zamiast czytać książkę, siedzę przed kompem i odpisuję na maile.
Jestem głupia, bo proszę o pomoc nie dla siebie i nie dla moich dzieci.
Jestem głupia, bo wydaje mi się, że kilkanaście złotych wydane pojedynczo, to bardzo mała kwota, na którą każdego stać.
Jestem głupia, bo proszę o klikanie i głosowanie na bloga, który wart jest najwyższych nagród.
Jestem głupia, bo ciągle mi się wydaje, że jak kogoś coś nic nie kosztuje, to może wykonać drobny gest,
taki malutki drobny gest, klik, klik.
Dla dania rodzicom chorego dziecka trochę radości.
Jestem głupia i naiwna i pewnie się nie zmienię, tylko jeszcze bardziej zamknę się w sobie i w domu, bo czego jak czego, ale ludzi zaczynam mieć zwyczajnie dość.
Tak, doszłam do pewnej granicy tolerancji dla egoizmu, zawiści i tej cholernej ludzkiej małostkowości.
Nie mam już siły ani ochoty kopać się z koniem, prosić, przekonywać, że warto, dawać odpór nieżyczliwym, acz licznym moim osobistym wrogom, bo czego jak czego, ale jednej rzeczy w internecie dorobiłam się na pewno- całej armii wiernych wrogów.
Nie rozumiem ich aktywności i śledzenia moich poczynań- ja nie wchodzę, tam gdzie nie mam przyjemności czytania, a oni męczą się każdego dnia, onanizują przy moich literkach, rozbierają je na czynniki pierwsze, gwałcą swoją niewrażliwość, a przede wszystkim uważają za stosowne od czasu do czasu upuścić jadu i napisać do mnie.
Pytacie co ja z tego mam, że komuś pomagam? Ile z tego mam?
A to mam- te słowa mam, ohydne, raniące słowa od słodkich mamusiek, pobożnych paniuś, grzecznych córeczek, przykładnych żon, od nich- realnych blondynek, szatynek, rudych, brunetek, fioletowych- od nich mam cały wachlarz zdań, od tatuśków, (nie)wiernych mężów, łysych, łysiejących, z brzuchem lub bez, z zębami, bez zębów, takich co to przecież przyzwoici są, ale w necie wychodzi ich prawdziwa natura.
Tak, internet jest lustrem, pokazuje jak schowani za pozorną anonimowością realni „porządni parafianie” w necie plują i gryzą, wylewając swoje realne frustracje i strach.
Tak, strach, boicie się być dobrzy, boicie się pomagać, bo może to uszczuplić Was, odebrać coś Wam, nie myślicie o tym, że to Wy możecie być następni, że pewnego dnia będziecie w takiej matni, że zaczniecie szukać pomocy u ludzi sobie nieznanych licząc na ich dobro, wrażliwość i empatię.

Nie generalizuję, mam wokół siebie tak wielu z Was takich jak ja. I tylko to trzyma mnie jeszcze w tym miejscu, tylko to.
Jest mi cholernie smutno, życie ostatnio wcale nie jest znośne, wokół zaciska się pierścień nieszczęść, trudno to wytrzymać, zwłaszcza w samotności.
Nikt nie powinien być samotną wyspą, nikt!
Jest mi cholernie smutno, cholernie.
Otworzyłam sobie wino, pierwszy raz od wielu miesięcy i chyba je wypiję z intencją, by ludzie byli lepsi.
Choć trochę lepsi.
Li.


Słowo na niedzielę.

21 października, 2012

Wstałam o szóstej rano, co miało być przeciwwagą dla soboty,
którą prawie całą poświęciłam na sen.
Starzeję się- kiedyś szkoda mi było czasu na sen,
teraz szkoda mi snu.
Śpię więc kiedy tylko mogę, we śnie ładuję nadwątlone akumulatory
i przeżywam w nim przygody będące echem rzeczywistości,
choć wczorajszy sen zmęczył mnie okrutnie-
śniło mi się, że ze ścian poodpadały  płytki w moich łazienkach.
Czy to oznacza, że moje życie obraca się w gruzy?
A co na to Lec?
Śniła mi się we śnie rzeczywistość. Z jaką ulgą się obudziłem.


Chustka napisała, że próbują porozumieć się z ojcem Jasia.
To bardzo dobrze,
lepsza najgorsza ugoda niż najlepszy proces,
wiadomo, że najtrudniej wznieść się ponad własną niechęć
i uprzedzenia dla dobra sprawy.
A co na to Lec?
Dzieci rodzą rodziców.

Zabieram się do pracy.
Muszę też zbierać siły,
po południu czeka mnie mrożące krew w żyłach przeżycie-
Starsza ma niedługo egzamin na prawo jazdy,
jadę z nią w ustronne miejsce, by ćwiczyć.
Losie, miej mnie i moje auto w swej opiece,
a przede wszystkim daj mi dużo cierpliwości.
Choć prawdę powiedziawszy, po ostatnich ćwiczeniach
z przyjemnością stwierdzam, że do jazdy ma talent.
Po mamusi, oczywiście :)
Li.

PS.  Ale pomagamy dalej.
W tej kwestii akurat niestety nic się nie zmienia.


W odpowiedzi na maile.

20 października, 2012

Zadajecie mi w mailach pytania dotyczące Chustki, ale ja nie będę na nie odpowiadać.
To są Jej sprawy i Jej prywatność, pisze tyle ile chce napisać, a każdy przeczyta tyle, ile potrafi przeczytać.

I nie, nie ma żadnego sposobu na to, by Jaś po Jej śmierci został w domu z ojczymem, czy z Babcią B.
Nie ma żadnego na to sposobu, bo gdyby taki sposób był, to by tak nie było, jak będzie.
Ale takie jest prawo, dura lex, sed lex.
My możemy pomóc Jasiowi na przyszłość, więc jeżeli macie jeszcze moje maile z akcji prezentowej, to pomagajcie.
Za 10 lat skończy lat osiemnaście i będzie mógł sam podjąć decyzję, z kim chce mieszkać. Matki z nim nie będzie, ale zostawi mu zabezpieczenie na przyszłość.
No co to? Ruszamy z prezentami dla Jasia? Szybko?
Nie mamy za wiele czasu.
Li.


Dobry wieczór:)

19 października, 2012

Wróciłam ciemną nocą i nie zdążyłam do kosmetyczki.
Ale załatwiłam interes, odwiedziłam Ilonkę, powiedziałam: „musisz mnie lepiej pilnować, bo coś nie ten tego” i jak zawsze popłakałam sobie widząc na nagrobku  jej zdjęcie- szczęśliwej, pięknej kobiety w dniu ślubu.
Zmęczenie ciągnie mnie do łóżka, jednak obowiązek matczyny każe mi czuwać
i czekać na telefon Starszej- imprezuje w Kryspinowie, obiecałam, że ją stamtąd odbiorę,  gdy zapragnie wrócić do domu.
Ziewam więc rozdzierająco i patrząc pożądliwie w stronę łóżka trwam na posterunku na kanapie.
Na szczęście w tv jest „Indiana Jones”, Harrison Ford z tamtego okresu podnosi ciśnienie i zdecydowanie odgania sen;-)
Och, och.
Li.
PS. Jestem straszliwie rozczarowana konkursową statystyką, więc wprowadzam zasadę- kto nie głosuje, ma zakaz czytania,
bo goni nas Dzielny Franek ;-)
Na wszelki wypadek jeszcze raz przypominam: klika się codziennie, o tu,
w baner na końcu Gosinego posta, do 15-go grudnia, to przecież nic nie kosztuje poza podarowaniem odrobiny radości.


Przy kawie, przed podróżą.

19 października, 2012

Jadę zaraz do Bielska, Bielska-Białej.
Wracając z powrotem, wpadnę w Pszczynie do Ilonki i nareszcie poczuję spokój, bo sumienie gryzie mnie prosto w serce, a może to nie sumienie, tylko Ilona wierci się z tęsknoty.
Słońce za oknem zachęca do zmobilizowania wszystkich funkcji życiowych, z chęcią do życia włącznie.
Czas witać dzień powstaniem (Lec) i myśleć o wieczorze- bo dla poprawy kiepskiego samopoczucia sięgnęłam po sposób niezawodny-umówiłam się na wieczór z kosmetyczką, jej ręce pełne odżywczego serum, masujące moją twarz, szyję i dekolt zawsze czynią psychologiczne cuda.
Tak, zdecydowanie trzeba dać odpór złym wciórnościom, jeszcze tak nie było, żeby nie było.
Musi być dobrze, bo nie może być inaczej,
czary-mary,
hokus-pokus.
Li.
Pamiętajcie o głosowaniu, ważne by to robić CODZIENNIE!
Na razie dzięki Wam, blog Gosi prowadzi. Zasłużenie prowadzi!


Notka wpadkowa.

18 października, 2012

Mam widok na piękny zachód słońca:

Jak sobie napiszę na blogu, że jest mi źle, a wokół panuje beznadzieja połączona z brakiem perspektyw, to od razu nastrój mam jeszcze gorszy.
Wynika to zapewne z mojego nabożnego stosunku do słowa pisanego-jest napisane? To widocznie tak jest.
Zadręczam się, i to pomimo dawno już nabytego przekonania, że nikt mnie nie dręczy tak skutecznie, jak ja siebie samą.
A co na to Lec?
Gdy człowiek bije się z własnymi myślami, trudno mu pozostać bezstronnym.
Robię więc plan i w punkcie pierwszym zapisuję (i wierząc w to co piszę), że nie będę więcej martwić się sprawami, na które nie mam wpływu.
A co na to Lec?
Jestem realistą, nie mogę zamykać oczu na surrealizm życia.

Jestem już w domu, zrobiłam sobie kawę w ulubionym kubku, jakoś z niego lepiej mi smakuje.
Rozłożyłam dokumenty, patrzę w nie bez specjalnego zapału, ale i bez niechęci, przede mną zwyczajne popołudnie, nihil novi, praca w domu i dla domu- chodząca zmywarka, wirująca pralka, pyrkocząca zupa i przyjemność z bycia z moimi zwierzakami. Bobcio leży mi prawie na klawiaturze, oczy mu się zamykają, ale walczy ze sobą obserwując ruch moich palców. Szaruś rozwalony z drugiej strony bezwstydnie pokazuje biały, tłusty brzuchol, mruczy i wygląda na kota niezmiernie z siebie zadowolonego, Sasza siedzi vis-a-vis i myje sobie futerko, Masza leży na drukarce.
Wyjątkowa zgoda, nikt się z nikim nie tłucze, nikt niczego ode mnie nie chce, cisza, spokój, sącząca się muzyka i pies śpiący na kanapie. Nie ma mnie dla świata, wyciszyłam telefon i zabieram się do roboty.
Lubię pracować w domu, pewnie dlatego, że lubię w nim być.
A co na to Lec?
Między jednym, a drugim niebytem trzeba samemu starać się o swoje utrzymanie.
A co tam u Was?
Walczycie?
Li.


Wyszarpuję siebie z poczucia beznadziei.

18 października, 2012

Czwartek rozluźnił mi tydzień, mogę nareszcie pomyśleć o sobie. Szybko odrobię pracę konieczną, tę niekonieczną ułożę w zgrabny stos, zajmę się nim wtedy,  gdy zacznie płonąć z pilności.
Zdolność do samoratowania mam we krwi, bo jak ja siebie nie uratuję, to kto?
Słucham więc instynktu i mam czas na pogapienie się przez okno,
kubek z latte i muzykę.
Na moim pierwszym blogu znalazłam tekst z lutego 2009-go roku,  jest on potwierdzeniem teorii o powtarzalności faz życiowych, teraz mam tę samą fazę co trzy i pół roku temu, walka, walka i jeszcze raz walka, jakoś daję sobie radę gdy walczę ze światem, gorzej jest, gdy walczę sama ze sobą.

„Ostatnie tygodnie wyprały mnie ze wszystkiego poza działaniem instynktownym. Nie mam marzeń, nie mam ciepłych myśli, nie mam oczekiwań, chcę tylko znowu poczuć się bezpiecznie, bez tych wszystkich ciosów i kuksańców, co to podobno nazywają się szarą codziennością i prozą życia.
Są takie dni, że ich nie ma, są tylko porażką dla pamięci, bo nie różniące się niczym od siebie, nie zapadają w nią, nie zostawiają żadnego śladu, przechodzą, zabierają czas życia, ale nic w zamian nie zostawiają. Czas za siebie płaci różną walutą, ale to dobre wspomnienia mają najwyższy kurs. Dni bez wspomnień są tylko wielką stratą, nigdy nie do odrobienia.
Teraz dziś, tak jak i wczoraj, przedwczoraj, tydzień temu, utrzymując się jedynie na powierzchni, próbuję spokojnie oddychać, by podtrzymać swoje funkcje życiowe. Mozolnie zbieram siły do siebie, muszą się przedzierać przez wielkie zmęczenie i poczucie, że coraz trudniej mi zdobywać góry. Ale ciągle jeszcze chce mi się coś robić, więc nie porzucam nadziei na zmianę tej beznadziei.
Nie może przecież być inaczej.
A co na to Lec?
Gdy wstydzisz się ulegać-zwyciężaj!

No to co Losie? Idziesz ze mną na nową wojnę?
Bo na nasze pokojowe współistnienie straciłam już nadzieję.”

Tak!
Cieszę się z dokumentowania sześciu ostatnich lat mojego życia prawie codziennymi wpisami.
Daje mi to poczucie siły i bardzo wzmacnia nadwątlone poczucie pewności siebie.
Bo jeżeli wtedy dałam sobie radę,  to dam i teraz.
Li.

PS. Pamiętamy o głosowaniu?
Wchodzimy na tego bloga i klikamy w baner konkursowy umieszczony przez Gosię na końcu każdego posta.


Porządkowa ta notka.

17 października, 2012

Mam niejasne wrażenie, że nie jest skuteczne kopiowanie linku do konkursu, w którym bierze udział blog „W stronę Precla”, bo coś za wolno rośnie tam liczba kliknięć, a przecież ja święcie wierzę, że klika w banerek każdy z Was :)
Następuje więc zmiana i powrót do pierwotnej koncepcji- najpierw trzeba wejść na bloga Gosi, a potem kliknąć w banerek z konkursem, jest na końcu każdego Jej posta.
Proszę, zróbcie to jeszcze dziś, od razu sprawdzi się czy rośniemy w siłę naszych kliknięć!

Zauważyłam dziś Jesień.
Oblepiła mi auto liśćmi i wygoniła koty z tarasu.
Z tej okazji poszłam do fryzjera, dawno nie miałam tak długich włosów. Postanowiłam mieć rude loki, bo właściwie dlaczego miałabym ich sobie nie zrobić?
Potrzebuję tylko znaleźć pięć wolnych godzin na odfarbowanie włosów, by je na nowo zafarbować.
Znudziło mi się bycie brunetką.
Wracam do rudych korzeni!
Li.


Jestem złą matką, muszę się zabić.

17 października, 2012

Było sobie dwóch braci i dominująca matka.
Starszy brat ożenił się z dziewczyną z tej samej wsi wybraną przez matkę.
Młodszy brat był kawalerem.
Starszy spłodził czwórkę dzieci i po sześciu latach małżeństwa zginął tragicznie podczas prac polowych.
Jego matka zmusiła młodą wdowę do poślubienia szwagra, pod groźbą wyrzucenia jej z dziećmi z domu.
Dom oczywiście był własnością matki.
Kobieta nie miała wyjścia, bo podobno nie miała dokąd pójść, wyszła za mąż za brata zmarłego męża, w ciągu pięciu lat urodziła mu czworo dzieci, płynnie przechodząc z jednej ciąży w drugą i podjęła cztery próby samobójcze, z których ostatnia była prawie udana- odciął ją ze sznura sześcioletni syn, ale zbyt długo pozbawiona powietrza została sparaliżowana, odkorowana i bóg jeden wie, co jeszcze.
Trafiła do Domu Pomocy Społecznej, bo nie miał kto zająć się nią w domu, straciła przydatność do spożycia dla męża i teściowej. Dziś ma 37 lat i jest niezdolna do samodzielnej egzystencji.
Dzieci zostały w domu do dnia, w którym najstarsza 14-letnia córka z pierwszego małżeństwa, pękła nareszcie i wyznała nauczycielce, że od lat jest molestowana przez ojczyma, razem ze swoim rodzeństwem, trzema młodszymi braćmi.
Ale „swoich” dzieci drań nie tykał, molestował czwórkę dzieci brata.
Dzieci trafiły do rodziny zastępczej, ojczym do aresztu,
a babcia zeznawała, że wiedziała o tym, ale ” chłop musi sobie ulżyć”.
Wiedziała o tym i matka dzieci, ale zastraszona, gwałcona i zupełnie pogubiona wybierała najprostsze rozwiązanie problemu- własną śmierć.
Minęło kilka lat, najstarsza córka jest już pełnoletnia. Rzadko odwiedza w DPS-ie na wpół sparaliżowaną matkę (rehabilitacja dała częściowe efekty), ma do niej tyle żalu, że wystarczy go na całe pokolenia.
Doskonale się uczy, ma stypendium z gminy, chce studiować, wyjechać
z kraju, zabrać ze sobą rodzeństwo i zapomnieć o „złym dotyku”.
Straszna jest tragedia tych dzieci, matka kochała je jak umiała, miłością zupełnie nieudolną, już wiem, że sama była molestowana przez kuzyna ojca, dopiero zamążpójście w wieku 18 lat skończyło tamtą historię, ale zaczęło gwałty małżeńskie. Potem broniła dzieci przed ojczymem, podstawiając siebie i płodząc kolejne nieszczęśliwe dzieci.
Takie historie łamią mi serce, bo dla mnie macierzyństwo jest dawaniem silnej, najpiękniejszej i bezwarunkowej miłości.
Mogę się wściekać na dzieci, wkurzać, ponosić porażki wychowawcze, ale są dla mnie najważniejsze w życiu, zawsze będę stać na straży ich szczęśliwego życia, przynajmniej póki są ze mną, zawsze będę gotowa do pomocy, nigdy nie pozwolę, by były krzywdzone.
Nie potrafię wyobrazić sobie bierności tej matki, jej strachu, bezradności
i momentu, w którym sięga po sznur.
Ot, taka codzienna tragedia, ludzie ludziom gotują taki los.
Li.
PS. Głosujcie na Gosię, proszę. Codziennie tylko tyle: klik, klik. Podziwiam tę kobietę od lat.


Różnie podróżnie.

15 października, 2012

Stoczyłam się z łóżka o czwartej rano, Młodsza wyjeżdżała na „zieloną szkołę”.
O piątej rano na Dworcu PKP panował kompletny chaos. Trzy wagony zarezerwowane dla szkoły okazały się nie być zarezerwowane, pąsowy ze złości dyrektor szalał po peronie biegając tam i z powrotem, zaspane dzieci w ilości 250 sztuk stały smętnie ze swoimi walizkami, z których walizka mojej córki wyróżniała się ewidentnie- nie tylko kolorem jadowitego fioletu, ale przede wszystkim rozmiarem. Dałam jej wolną rękę w pakowaniu i ciężkie tego odczułam skutki. Bo Gusia przewidziała podobno wszystkie mogące się jej przydarzyć przypadki i na 12 dni zabrała 16 par skarpetek, sześć swetrów, pięć bluz (a jak się obleję?), bluzek, tunik i koszul nie zliczę, sześć par spodni (wiesz, że lubię mieć czyste), stos książek do czytania (a jak mi się skończą?), zapasy wafli ryżowych jak dla całej armii (wiesz, że nie jem mięsa, a na pewno będzie mięso), kosmetyki na rok, itd, itp, skutki znoszenia walizki z trzeciego piętra długo jeszcze będę odczuwać, ale tego jak ona wyniesie ją z pociągu nie jestem w stanie sobie wyobrazić. Nie chciało mi się wszczynać porannej kłótni o każdą rzecz, trudno.
Na razie dostałam sms-a, że na pewno zapomniała tylko trzech ważnych rzeczy…
W każdym razie ciężko okupiłam swoją macierzyńską wolność, ziewam rozdzierająco, a zaraz muszę ruszyć w podróż do Łodzi, kawa, kawa, kawa i jakoś dojadę.
Jakoś.
Miłego dnia i klikajcie w Gosię, proszę:)
Li.


Dzielę się tajemnicą co biorę do ust.

14 października, 2012

Przeziębiłam się jak zwykle gdy neguję nadejście zimnej jesieni i mam ciągle bose nogi i za duży dekolt.
Na szczęście mam sprzymierzeńca nie do pokonania, poznaliśmy się już blisko i nawet doustnie, gdy wszedł we mnie w towarzystwie moich wrzeszczących z niechęci kubków smakowych, odważny z niego osobnik, nie cofnął się przed dalszym wnikaniem…, a i moje kubki złożyły broń wobec jego zdecydowanego działania.
Mój wspaniały wybawca- syrop z cebuli, miodu i cytryny-jest klasycznym przykładem kiepskiego początku z cudownym zakończeniem.

Do syropu niezbędnych jest kilka cebul, kilka sparzonych wrzątkiem i dobrze umytych cytryn, miód, ewentualnie w wersji soft-cukier, ale ja preferuję wersję hard- z miodem.
Działając w trosce o swoje szybko podupadające zdrowie, wszak periculum in mora, kroję cebulę na grube krążki, wyciskają mi się z oczu łzy, ale niech pierwszy rzuci cebulą, kto nie płakał przy jej krojeniu.
Dla odmiany cytrynę przed pokrojeniem na plastry trochę popieszczę, turlam ją po stole tam i z powrotem, mocno przyciskając dłonią, z rozkoszy wówczas robi się miększa i łatwiej oddaje swój sok.
Przygotowałam duży słój, układam w nim warstwami cebulę i cytrynę, pomiędzy te warstwy leję miód, to dla złamania mezaliansu warzywno-owocowego, miód łapczywie wchłonięty przez rozpulchnione plastry cytryny wprowadza w słoiku dolce vita, mami obietnicą dolce far niente, bo to towarzystwo zostawiam w stanie słodkiego nieróbstwa na nie mniej niż 12 godzin. Dla podgrzania atmosfery, wrzucam kilka plastrów świeżego imbiru, on rozgrzewa, och, jak on rozgrzewa, mhmmm… jak… mhmmm… najlepszy… termofor.
Każdą warstwę mocno dociskam dnem butelki po winie, pragnę, by cebula przylgnęła do cytryny pełnej miodu tak bardzo, by już nie było miejsca na nic innego, poza wydzielaniem magicznego soku, pełnego witaminy C, cynku i takich tam mikro- i makro-, które podejmą skuteczną walkę z zasiedlającymi mnie wirusami, bo tchórzliwe apteczne syropy dawno złożyły broń, a ja czułam się bardzo bezbronna i farmakologicznie opuszczona.
I zaprawdę powiadam Wam, medicus curat, natura sanat, ten syrop stawia na nogi, piję go łyżkami krzywiąc się niemiłosiernie, ale wszystko lepsze od bezproduktywnego leżenia w łóżku z gorącym, drżącym ciałem, bo to niewybaczalne marnotrawstwo drżenia!

Chcę wrócić cała do siebie, przez ostatnich kilka dni nie mogłam się w sobie dopasować, ciągle wystawał jakiś mnie kawałek, narażał się na przeciągi, kichał mi prosto w nos, kaszlał do ucha, skarżył się na bóle, marudził, zrzędził, chorował i nieszczęśliwiał, coraz bardziej nieszczęśliwiał… jak ja nie lubię być chora, muszę wtedy sama sobie robić herbatkę do łóżka, sama sobie poprawiać poduszkę, takie samodbanie jest męczące i absorbujące, bo gdy choruję jestem nieznośna.
Li.
PS. Pamiętamy o klikaniu w banerek na blogu Precla?

Trzeba klikać codziennie, raz dziennie, aż do 15-go grudnia!
Będę Wam przypominać, prosić, męczyć i jękolić. Gosia jest tego warta:)


Miło, miło mi.

13 października, 2012

Kleparz to miejsce magiczne, mówcie co chcecie.
Uwielbiam ten klimacik drobnych interesików i pokątnych handelków.
Rozstałam się z ulubionym kolegą, wracał do Warszawy, ale przedtem zaciągnęłam go na Kleparz, zwariował!
Ja też wróciłam z serami owczymi i z grzybami, a teraz leniwie rozwalona na kanapie pod oknem, na wyciągnięcie ręki mam nad sobą czyste, niebieskie niebo, rzadki to widok w Krakowie.
Cieszy mnie ta sobota, bardzo cieszy.
Wieczorem idę na wernisaż,
a potem zacznę pakowanie Guśki- wyjeżdża w poniedziałek na 12 dni na „zieloną szkołę”, nad Bałtyk do Sianożęt, znowu będę wolna od matczynych obowiązków, choć ciesząc się z tej wolności popełniam ciężki grzech przeciwko oddanemu macierzyństwu.
Ale za to tęsknić będę okrutnie.
Mam zamiar zrobić dziecku niespodziankę i zmienić jej pokój.
Wyrosła z róży, amarantów i fioletów, marzy o czarnej ścianie.
Znajdę jakiś kompromis między czernią, a moją wizją pokoju ukochanej córeczki, najważniejsze że nareszcie powieszę jej plakaty z Beatlesami, czy pisałam już, że Gusia zna prawie wszystkie ich piosenki na pamięć, przeczytała biografię i obudzona w nocy wyrecytuje dyskografię?

A na koniec-prośba.
U mnie w linkach jest Gosia- wejdźcie proszę na Jej bloga i kliknijcie w banerek w notce- trzeba zagłosować na ten niezwykły blog.
Gosię znam od lat, podziwiam ją za to w jaki sposób podchodzi do życia z ciężko chorym dzieckiem.
Proszę-klikajcie codziennie!
To nic nie kosztuje, a ile może dać radości!
Miłej soboty!
Co najmniej tak miłej jak moja!
Li.


W piątek był dobry początek.

13 października, 2012

Z największą niechęcią wstałam skoro świt, w okolicach godziny ósmej, gwałcąc święte prawo do sobotniego wylegiwania się do południa.
Wstałam, bo musiałam- umówiłam się na śniadanie z moim ulubionym kolegą, który akurat jest w Krakowie.
Ziewam rozpaczliwie, ale za to sobota będzie jakby dłuższa.
Piątek zakończył się zdarzeniem, które nie powinno się zdarzyć, gdyby nie wcześniejsze zdarzenie, które też nie powinno się zdarzyć, ale czasem niezrozumienie podzielone przez emocje i przez inne potrzebne, acz zaburzające ostrość widzenia sprawy powoduje, że człowiek płynie na łupinie przez wzburzone oceany i walczy nie wiadomo z czym, kim i o co. A wokół tylko rekiny.
Jaśniej rzecz ujmując- dostałam pewnego maila, odpisałam, odpisano mi, znowu odpisałam i poczułam w sercu radość i spokój, oczywiście się wzruszyłam (jak każda starsza pani jestem wyjątkowo wrażliwa;-), sprawa zakończona, bezsensowna kłótnia skończona, tylko dlaczego są jeszcze nicki, które w to ingerują, wątpią, podważają, nie odpuszczają, kwestionują, jątrzą… ech, tego nie zrozumiem.
Widocznie martwią się o swoją dietę- żywią się negatywnymi emocjami, wojenkami, pyskówkami i szeroko pojętym stanem międzyblogowej wojny.
A ja mam ich w dupie, mówiąc obrazowo i piszę tak: zawsze lubiłam zazie i podziwiam Ją za niezwykłe umiejętności. Postarałam się też zrozumieć, dlaczego zareagowała tak, a nie inaczej. Trudne to było, bo w obliczu nieszczęścia-jak to obrazowo napisała w mailu- ona oddaje się rozpaczy, a ja konkretnie działam.
Ale obie martwimy się o jedną i tę samą osobę.
Zazie mnie przeprosiła i ja Ją przeprosiłam.
Poczułam wielką ulgę i radość.
Z tego co mi napisała- Ona też.
I to jest naprawdę ciepłe i piękne.
Dlatego uprzejmie proszę o zaprzestanie roztrząsania kto, jak i dlaczego.
Obie jesteśmy rozumnymi istotami.
Li.


Jestem głodna.

11 października, 2012

Są takie chwile w życiu kobiety, gdy odczuwa przemożną i nie do odparcia ochotę na jaja, przy czym zuchwałe myśli kobiety krążące wokół jaj rozmaitego autoramentu i pochodzenia,
z konieczności wymuszonej okresowym brakiem tych jaj najbardziej pożądanych, koncentrują się niestety na jajach najłatwiej dostępnych, popularnych i twardych ab ovo, nomen omen.
Gotuję jaja kurze do stanu erekcyjnej twardości, w ilości wyznaczonej liczbą chętnych na kolację, z reguły biorę po pięć na głowę.
W tej operacji niezwykle ważnym jest stopień twardości jaj, muszą one osiągnąć jej wyżyny, ale bez przekroczenia cienkiej czerwonej linii przegotowania.
Gorące jaja studzę w zimnej wodzie, taką operację odważam się czynić tylko jajom kurzym, inne- te wrażliwsze, studzę bardziej pokojowymi metodami.
Wystudzone i bezbronne jajka poddaję operacji dzielenia ich na pół, jednym celnym ruchem bardzo ostrego noża wbijam się w ich skorupki, tnę je na dwie połówki wzdłuż, sadystycznie wydłubuję im środki, tak by powstały skorupkowe łódeczki do nadziewania. Skorupki chwilowo porzucam, bo oto mam przed sobą bezładny stos jajecznych połówek, takie biało-żółte świadectwo marności nad marnościami, bo przecież wystarczyło 20 minut, by płynne jajko mądrzejsze od kury, ugotowało się na twardo, bezpowrotnie tracąc szansę na życie w zepsuciu.
Nagie, wyeksmitowane ze skorupek jaja miksuję na gładką masę.
Dzielę ją na kilka części, w zależności od tego, jakie dam im second life.
Bo są jaja, które uwielbiają pieprzenie, bez tego nie mogą żyć- daję im więc to czego pragną, hojnie sypię czarnym pieprzem, solę i wrzucam w nie drobno posiekany szczypiorek, wymieszany z musztardą, jej ilość dozuję w zależności od upodobań.
Inne jaja lubią być traktowane bardzo ostro, na granicy wytrzymałości, to prawdziwe jaja sado-maso, w ustach aż pieką, a to od sporej ilości ostrej papryki z drobno posiekaną zieloną pietruszką, dla perwersji dodaję do nich trochę śmietany, robi się już trójkąt, a to rodzi różne możliwości.
Dla wielbicieli łagodnych smaków robię jaja z pieczarkami, startymi na drobnej tarce, tam mogę wrzucić drobno posiekaną cebulę, korniszony, czosnek, wszystko co mi podpowie nieograniczona fantazja.
Wypełniam skorupkowe łódeczki trzema rodzajami jajecznego farszu, wypełniam z uwagą, wypełnieniu zawsze należy poświęcać uwagę, bo wypełnienie to clou każdego programu z jajami.
Wysypuję na talerz tartą bułkę, przytulam do niej skorupkowe łódeczki dupcią do góry, a farszem na dół, wciskam mocno, by drobiny bułki odcisnęły na jajach swój ślad, niech będą naznaczone po wieki, a już conajmniej do momentu konsumpcji.
Wrzucam zabułkowanym farszem na gorącą patelnię z oliwą, wymieszaną pół na pół z masłem, pozwalam im teraz na namiętne uniesienia, na rozgrzanie się, na zrumienienie z pożądania, na chrupiącą skórkę i na ostateczne wyciągnięcie bez możliwości powrotu.
Ułożone na talerzach- mimo wszystko kuszą, bo jaja w każdej postaci potrafią roztaczać swój urok i czar.
Dobrze komponują się z nimi sałaty i mizeria.
Jaja z łakomą uciechą wydłubuje się widelczykiem, prawie jak ślimaki w kokilkach, choć prawie robi tu wielką różnicę.
Smacznego!
Li


Notka bez sensu, za to a propos.

9 października, 2012

Wariat nie skoczył, bo wiatr był za silny.
Następnym razem wiatr nie powieje, wariat skoczy i nie przeżyje.
Zdumiewa mnie taki brak szacunku do życia.
Z drugiej strony nie mogę wykluczyć, że to nie brak szacunku, a pycha, buta i wiara w kosmiczny kombinezon koniecznie z logo sponsora, bo Red Bull doda Ci skrzydeł.
Życie jest takie jedno, ciągle o tym pamiętam, gdy tylko sobie przypomnę. Bo na co dzień zabijam się po kawałku i czuję bóle fantomowe po tych częściach mnie, których już we mnie nie ma.
Żyję nie tak jak chcę, robię nie to co chcę, im jestem starsza tym trudniej przeciwstawiać się samej sobie.
W marzeniach jest inaczej, mam spokój i widok na-wszystko-jedno- które-morze, bujany fotel na werandzie i głód pisania. Jestem oczywiście po moim fantastycznym debiucie i piszę kolejną wyczekiwaną przez świat powieść. Czekam na Nobla, a co najmniej Nike, jestem szczęśliwa i nareszcie nie muszę martwić się przyziemnymi sprawami, które ciągną mnie na dno, gdzie muł i wodorosty.
Dziś miałam kolejny trudny dzień.
Jakiś tam sukcesik był za mały, by dodać mi skrzydeł.
Ale cieszę się, że moja Starsza wróciła do domu.
Widok jej porannej, naburmuszonej miny-bezcenny!
Li.
PS. Dostałam koty z Barcelony. Od ukochanego brata:)
W sumie do końca nie wiadomo, gdzie się zaczynają, a gdzie kończą, ale są dwa:


Wina braku wina.

8 października, 2012

Kawa przeciska się przez ekspres, wypływając wąskim strumyczkiem z szerokim aromatem.
Telefon wyciszony i nareszcie może przestać dzwonić.
Poniedziałkowy stres popijam wodą z magnezem i w poczuciu pozornego, acz błogiego bezpieczeństwa domowych pieleszy, zaczynam wieczór.
Mam zamiar popracować, cisza będzie mi sprzyjać, a noc jest najpiękniejszą porą dnia.
Starsza wraca jutro, Młodsza mnie kocha (tak powiedziała dosłownie trzy minuty temu, więc pewnie jej jeszcze nie przeszło), koty zgromadzone przy misce zgodnie jedzą, a potem przyjdą pomruczeć.
Stukam w klawiaturę zapisując białą kartkę ekranu, gnana potrzebą pisania nie-wiadomo-po-co, ale przynajmniej daję sobie czas przed sięgnięciem po poważny temat końca pewnego małżeństwa, gdzie piękne „nie opuszczę Cię aż do śmierci” po latach zamieniło się w pospolite „żądanie rozwodu z wyłącznej winy”.
Nolens volens będę szukać tej winy, a przecież fajna Ona, fajny On,  napiłabym się z nimi wina i powiedziała: ludzie! gadajcie ze sobą!
Rozmawiajcie, przytulajcie, dotykajcie, muskajcie, czule patrzcie, sypiajcie, kochajcie, wstawajcie, wyjeżdżajcie, wychodźcie, spędzajcie i unikajcie internetu.
Bo rozwód czasem jest wyzwoleniem, ale z reguły jest poranieniem, zwłaszcza od środka, przez tych których zamyka się w sercu (prawie Lec).

Trzeba przeżyć, by o tym się przekonać.

Ech…  nie ma co się rozczulać, łyk kawy i zabieram się do roboty, bo wystarczy kilkadziesiąt okrągłych zdań z literackim zacięciem, by podsumować cudze małżeństwo.
Li.


Zakaz poddawania (się).

7 października, 2012

Trudno zachować dobry humor, gdy temperatura powietrza nagle zmienia front. Wiszące nisko chmury wtłaczają do głowy ciężkie myśli, szarość zabija kolor, a deszcz spłukuje chęć jakiejkolwiek aktywności.
Poddaję się zaokiennej ciemności i wyłożona na kanapie, zapalam wszystkie lampy, pewnie wzrośnie efekt cieplarniany, ale może opadnie efekt pchającej się we mnie chandry.
Skupiam się, by jej do siebie nie dopuścić, muszę otoczyć się cordon sanitaire kubka z kawą, ptasiego mleczka, stosu tygodników, ciepłych grzejników, telefonu do przyjaciela i odpytania Młodszej z biologii.
Byle nie dopuścić, byle nie dopuścić!
Nie pozwolę sobie na zły nastrój, to jest prawdziwy luksus,
a w obecnej sytuacji nie stać mnie na to, by nie działać, nie pracować, nie tryskać energią, nie mieć nowych pomysłów, absolutnie nie wolno mi popaść w najwygodniejszy stan przygnębienia, którym łatwo wytłumaczę sobie wszystkie niepowodzenia.
A kysz, a sio, wynocha ode mnie, ależ absolutnie, uśmiech-na- twarz-i- świat- jest- nasz!
Wstaję, puszczam wodę do wanny.
Ulubiona łazienka, pachnąca piana, ciepła woda, maseczka nawilżająca, kubek latte i książka- będę moczyć się tak długo, aż stanę się rasistką i utopię wszystkie beznadziejne myśli.
Bo co na to Lec?
Ra­siści! Nie do­puszczają czar­nych myśli.
:)
Li.


Sobota z pomyłką kinową w tle.

7 października, 2012

Spędziłam dziś pół dnia u moich przyjaciół w takich oto okolicznościach przyrody:

A wieczorem poszłam na „Paryż-Manhattan”, komedię podobno bardzo romantyczną. W tym akurat wydaniu romantyzm jest nudny jak flaki z olejem i zgadzam się z przeczytaną niestety dopiero teraz recenzją, iż dzieło to należy do kategorii filmów, o których zapomina się natychmiast po ich oglądnięciu.
Bo i czego w tym filmie nie było, łącznie z osobistym udziałem Woody Allena i brakiem jakiejkolwiek sensownej fabuły. Bezsensowna była.
Jest to film bardzo o niczym, więc jak nie macie nic lepszego do roboty, to można go zobaczyć. W każdym innym przypadku serdecznie odradzam.
A ta recenzja mówi o jakimś zupełnie innym filmie, albo ja jestem z Marsa. Nie można również wykluczyć możliwości, że wina niezrozumienia przesłania filmu  leży po mojej stronie-to może być zgorzknienie, starzenie, zniechęcenie…  mogę nie wiedzieć, nie pamiętać jaką siłę ma prawdziwa miłość, taka jak z filmów, zwłaszcza z komedii bardzo romantycznych.
Oczy mi się zamykają, łóżko mnie wabi, och jak wabi, idę, już idę!
Dobranoc!
Li.


Sezon na dynię, to i przepis ten sam:)

4 października, 2012

Zupa dyniowa jest najpyszniejszym świadectwem prawdy,
że wyrafinowanie leży w prostocie.
Bo nie ma nic prostszego nad przygotowanie jej aksamitnego smaku, gdzie jego początek jest zaledwie zapowiedzią satysfakcjonującego końca, kiedy język wpada w orgazmatyczne drżenia od jęków rozkoszy kubków smakowych.
Docenianie prostych przyjemności przychodzi podobno z wiekiem, na mnie widocznie przyszło po czterdziestce, bo dopiero teraz szukam prostoty wszędzie gdzie się da.
I w emocjach i w makijażu i w butach i w gotowaniu.
Choć ilość prostot w życiu nie ma wpływu na jego złożoność, nie tracę nadziei, że kiedyś żyć będę spokojniej i zgodnie z naturą, z zupą dyniową piękną jesienią.
A jako, że w życiu czas traci się najłatwiej i co gorsza bezpowrotnie, na zupę dyniową poświęcam nie więcej niż 20 minut mojego bytu na tym nie najlepszym ze światów.

Na Kleparzu kupiłam półksiężyc dyni, mniej więcej kilogramowy.
Wycięłam z niego wszystkie miękkości z pestkami, a pomarańczowe twardości, nasycone witaminą A pokroiłam na niewielkie kawałki.
W międzyczasie na masło na patelni wrzuciłam ząbki czosnku z całej główki, przekrojone na pół, pokrojoną w talarki cebulę i dwa surowe ziemniaki pokrojone w kostkę, a gdy już podrumieniły się z uciechy własnym towarzystwem, dodałam do ich trio dynię.
Pomieszałam, zawirowałam, popotrząsałam i takie wstrząśnięte i zmieszane wrzuciłam do topieli gorącego bulionu warzywnego, w takich sprawach idę na łatwiznę i używam Knorra.
W kuchni nie ma sentymentów, kuchenne life is brutal, nie obeszło mnie to, że towarzystwo zaczęło tonąć. Cel uświęca środki, cechą skutecznego działania przy realizacji zamierzeń kulinarnych, musi być stosowanie środków moralnie nagannych takich jak przemoc,nawet i nacechowana okrucieństwem, przewrotnością i brakiem skrupułów.
Jest to usprawiedliwione kulinarną rozkoszą i niech mi wybaczy Machiavelli.
Posoliłam świeże rany, starłam w nie odrobinę gałki muszkatołowej, popieprzyłam tak jak lubię i niech rzuci we mnie korzeniem imbiru ten, kto pieprzenia nie lubi.
Gdy rozpaczliwe krzyki o pomoc dochodzące z garnka powoli ucichły,
a smakowita para unosząca się z kotła stłumiła moje wyrzuty sumienia, wrzuciłam towarzystwo do miksera i zamieniłam ich nędzną ziemską powłokę w niebiański, aksamitny krem, tak miękki jak pióra ze skrzydeł aniołów, tak miękki jak miękkie potrafią być usta diabła w pocałunku pełnym czułości.
By w pełni docenić tę miękkość, zapachniłam ją mgiełką cynamonu
i znalazłam dla niej kontrast w podaniu zupy z malutkimi grzankami lub uprażonymi na oliwie pestkami dyni.
I absolutnie konieczny był ten kleks śmietany, jak kropla perfum między piersiami…
Li.


Zajrzałam do księgarni, a tu…

3 października, 2012

Mogę być pańcią w średnim wieku (tfu;-)), ale zawsze będę uwielbiać Jeżycjadę. Dziś sobie kupiłam!
McDusia, o córce Kreski.
Kto też kupił?
Kto uwielbia?
Kto zna na wyrywki?
:)
Li.


Rzuciłam słowa na pożarcie.

3 października, 2012

Przywróciłam na www.niedyskrety.blogspot.com wszystkie ukryte i ach, ach-jakże bulwersujące notki. Tutaj niestety nie umiem ich przenieść, bo pojedynczych przenieść się nie da.
Z drugiej strony- dobrze, że ich tu nie ma.
Odcinam się od tej całej durnej historii, bo i żenada ma swoje granice.
Dość mam interpretacji, nadinterpretacji, huczących plotek i taniej sensacji.
Cała ta międzyblogowa wojna jest o pietruszkę,
o kocie kłaki,
o sierść z ogona (mo)psa.
Takie jest moje zdanie, a ja zawsze mam rację :P
Li.


Dziecko obecnych czasów.

2 października, 2012

Starsza niepomna włoskich uroków, zadzwoniła do mnie pogrążona w złości i rozpaczy, bo oto zadzwonił do niej jeden z jej czterech klientów, z którym wiązała ją ustna umowa o pracę, przynosząca jej niewielki, acz regularny dochodzik.

Na waciki było.

Klient podziękował za współpracę i ładnie się pożegnał.
Skądinąd wiem, że ma problemy, jak chyba teraz każdy, ale Starsza rozpacza, bo: „To ona ma rzucać pracę, a nie ją mają wyrzucać”.
No i tych nie zarobionych pieniędzy jest jej żal, takie pieniądze liczy się łatwo, a żegna się z nimi z wielkim trudem.
Och, a ja będąc w gruncie rzeczy wyrodną matką, cieszę się z obrotu sprawy. Wywalono ją z pracy, której wykonywać nie musiała, a ciągle jeszcze nie musi zarabiać na utrzymanie i na rachunki, niech poczuje ten ból utraty,  złagodzony brakiem noża na gardle i banku dzwoniącego w sprawie niezapłaconego w terminie kredytu.
Życie to ciągła walka o przetrwanie i dobrze, że przekonuje się o tym, kiedy nie musi utrzymać rodziny i martwić się o rachunki.
Niech pamięta, że życie to czasem słońce czasem deszcz, najważniejsze by nigdy o tym nie zapominać, myśleć pozytywnie i z nadzieją na zmianę każdej, nawet najbardziej beznadziejnej sytuacji.
Szkoda tylko, że mnie teraz przy niej nie ma, przynajmniej mogłabym ją przytulić i pokpić sobie z jej przekonania o własnej, pracowniczej doskonałości. Śmiech łagodzi żal.
Ale może i dobrze- niech przegryzie się z tym sama.
Utrata klienta to jedno, ale urażona ambicja, to już zupełnie inna sprawa!

Tu trzeba walczyć z samym sobą. A to ciężki przeciwnik!
:)
Li.