Dzwonek do drzwi wyrwał mnie spod pośpiesznego prysznica. Od rana byłam w poważnym konflikcie z czasem, istniała bowiem realna obawa spóźnienia w pewne miejsce spóźnień nietolerującego, stres tak mnie poganiał, że zapomniałam o najważniejszym…
… A za drzwiami stał mój wykonawca. Ani brew nie podniosła mu się ze zdziwienia na widok inwestorki owiniętej w ręcznik. Znaczy się- potrafi zachować zimną krew i za to mu chwała.
Ja pewnie miesiącami będę musiała odbudowywać swój autorytet, hehe…
Kilka zamienionych pośpiesznie słów dało mi tylko niedosyt, pędziłam potem z pracy jak na skrzydłach.
Jest wprost cudownie!
Na podwórku stoi już solidny kawałek rusztowania, prawie zamontowany jest dźwig, a ja z tej radości zrobiłam chłopakom kawę w moich największych kubeczkach i mam zamiar codziennie oddziaływać na nich personalnie oraz werbalnie.
Udało mi się też zupełnym przypadkiem rozwiązać problem toalety. Otóż okazało się, że słusznie zainteresowałam się drzwiami niby donikąd, co to nie wiadomo do kogo należą, a są brzydkim pryszczem na ścianie korytarza. Za tymi drzwiami odsłoniła swoje oblicze obskurna toaleta, ale i tak designe ma lepszy niż latryna na podwórku.
No i jest w niej bieżąca woda, co od razu rozwiązuje problem poboru wody dla prac budowlanych. Teraz tylko ustalę właściciela, założę licznik na wodę i kolejna przeszkoda pokonana.
Pada sobie drobny deszczyk, wszystkie koty siedzą w oknie i z zainteresowaniem obserwują co się dzieje. A dzieje się sporo i w dodatku to dzianie się bardzo hałasuje. Chłopaki montują windę, mocując ją w ścianie, sypie się tynk, młot stuka w pięknym rytmie, mhmmmm…. nie przypuszczałam nawet, że może to być taki podniecający rytm. A melodia piły? Symfonia!
Stojąc w oknie piję sobie kawę i czuję, że moje lęki na razie poszły straszyć kogoś innego.
Do jasnej ciasnej, przecież to tylko budowa domu!
Skoro Ludwik Szalony dał radę, dam i ja.
Albo i nie dam, ale to temat na przyszłą jęczącą notkę.
Na razie jestem pełna energii i preferuję opcję :”dziarski krok i pierś do przodu”.
Hm…
No!
Li.

Kochana moja, usprawiedliwienie wysłałam Ci na adres mailowy.Podoba mi się tutaj.Pachnie nowością:)
Karla, no rany boskie, malarstwo włoskie, święty duch i takie tam, już zaczynałam poważnie się niepokoić :*
Puk,puk…Wiem, spóźniłam sie na parapetówkę…Przyniosłam Vacqueyras.Poproszę o kieliszki, o wybaczenie też:)
Aurora, te wieżyczki są cudne. Wpadłabyś na to, by do wieżyczki przytulić jeszcze wieżyczkę? Ha!Moon, no trzymam, trzymam! Piotr- trzeba oddziałowywać wszelkimi dostępnymi sposobami:)Aga: No!
Tak trzymać Li:) Moon
Czyżbyś zamierzała upstrzyć swoją kamienicę wieżyczkami Ludwika? ;-)
no nie wiem,zimna krew…a w środku ugotowany,takie zdarzenia pozostawiają trwałe ślady,przynajmniej ja tak to widzę:)
No! ;-)