Intensywność piątku

1 sierpnia, 2026

przekroczyła moje zdolności ogarnięcia myśli i napiszę o tym jutro. Dziś tylko o tym, jak z brzydkiej, masywnej i kompletnie bez wyrazu nocnej szafki, stworzyłam TO.

Kolor szałwiowy daje poczucie świeżości, prawda? Nóżki kupiłam w Polsce, pomalowałam i na lotnisku przekonałam Pana, że to nie tępe narzędzie, tylko zwykłe nóżki. Miałam ich osiem sztuk. Puścił. Marzę o tym, by już naprawdę nie latać z walizkami.

Mówiłam, jak bardzo nie lubię tej podłogi, prawda? Ale jest niestety porządnie ułożona i nie godzi się jej zmieniać, nie godzi, oj, nie godzi. Ale ten rozsądek boli.

Li


Serio,

30 lipca, 2026

nie miałam siły.

W telegraficznym skrócie:

Odcięło mi prąd, byłam na zasilaniu awaryjnym. Przeczołgał mnie mój tydzień w Kalabrii, wrócilam w nocy w poniedziałek tydzień temu i nie wiedziałam w co wsadzić ręce, tym razem w Polsce. Do tego weszłam na ścieżkę wojenną z firmami kurierskimi na włoskim południu i trudno w to uwierzyć, ale tę wojnę wygrywam!

Pozamawiałam przez internet mnóstwo rzeczy, w tym przepięknej urody szałwiowy ekspres do kawy. Lipcowe włoskie wyprzedaże są naprawdę wyprzedażami! Czekałam i czekałam na przesyłki, zdążyłam wyjechać do Polski, a tu zaczęła spływać lawina maili: adres zły, adres nieprawidlowy, brak kontaktu… o wy kurierskie dranie (bastardi, tak mówi Rina)! Nie chciało im się wychodzić z auta-do mojego domu dojeżdżają tylko te śmieszne trzykołówki. Ale nawet żaden kurier nie zadzwonił, a zapobiegawczo podałam numer Riny, bo polski prefix działał odstraszająco. Zalogowałam się więc na każdej spedycyjno-kuriersko-przesyłkowej stronie i zaczęłam swoją krucjatę mailami. Napisałam ich ze 150, serio. Wysyłałam po kilkanaście dziennie, nawet do takich tuzów jak beliani.it (lustro ciągle na gigancie). Pisałam, że kurierzy nie dzwonią, że to, że sio. Padłam pod wrażeniem własnej skuteczności, gdy Rina zaczęła wysyłać mi codzienne raporty z pochodów kurierów, szok! Dało się dostarczyć przesyłkę do Moni? Dało się! Na razie zaginęło tylko lustro, ale jestem pewna, że w końcu do mnie dotrze. Przy okazji odkryłam, że na mapie Google nie ma zaznaczonej mojej ulicy, co w tych poludniowych miasteczkach jest normą. Napisałam do Googla. Zaznaczyłam nawet swój dom, jako miejsce szczególnego kultu religijnego. Założę kościoł, psiakrew, ale na mapie będę i znajdzie mnie każdy GPS.

Druga moja wojna to stolarz Agazio. Tu musiałam być bardzo strategicznie ostrożna i miła i to on mnie wykończył. Zemsta /faraona/kurierów. Lecę dziś wieczorem z moją siostrą babeczną, a kuchnia dopiero się montuje. Za to blat z zielonego marmuru jest nieziemskiej urody i tojest moja pociecha!

Prowadzenie remontu na odległość to koszmar. Prowadzenie remontu z translatorem to podwójny koszmar.

Nie mam pojęcia jak mi się udało, bo się udało! Koniec! Zimą zrobię elewację i drugą łazienkę, ale to będzie w rękach niezawodnego Antonio, punktualnego, słownego, gdzie on się uchował? Jest taki włoski męską przystojnością i niebywałym urokiem, a jednocześnie taki niewłoski z tą swoją punktualnością i solidnością! Tak bardzo mogę na niego liczyć, jakimś cudem bardzo mnie polubił, chyba z litości:D

Będę więcej pisać z Kalabrii. Mam przed sobą całe 10 dni, ale będę mieć co robić. W bagażu mam 8 par nóżek (45 cm haha) do szafek, porcelanowe gałeczki, mnóstwo niezwykle potrzebnych rzeczy, ale mam nadzieję, że ostatni raz lecę z dużą walizką.

Zginęłabym jak ciotka w Czechach bez moich cudownych kalabryjskich ludzi- Riny, Antonia, Elli, Fiore i Agazio fliziarza. Nie wiem czym sobie zasłużyłam, ale dziękuję za nich losowi!

Li

PS.Gdyby kogoś zdziwił zlew w tak nietypowym miejscu, to zaciskając zęby powiem jedno: Agazio stolarz się pomylił, a kamieniarz wg jego wskazówek wyciął marmur. Czy miałam wyjście? No nie…Czy muszę to zaakceptować? No tak. Czy będę patrzeć na czarny kran za każdy razem jak spojrzę z „salonu” do kuchni? No tak :D

Piano, piano….

Tu próba płyty-działa!

Woda też leci! Natychmiast kazałam ściągnąć te cokoliki, na szczęście nie zdążyli ich przykleić.

A tu tył stolarza Agazio w całej krasie.


Wracam tu za 10

20 lipca, 2026

dni, morze drżyj! Nie byłam ani razu, nie miałam czasu na relaks, ale zrobiłam naprawdę dużo, maksymalnie ile mogłam. Reszta w rękach stolarza Agazio i malarza Fiore. Pokój Gusi prawie gotowy, zapamiętajmy te zdjęcia, albowiem to nie jest koniec, słowo „prawie” kryje w sobie jeszcze tak dużo możliwości! Ale da się w nim miło spać. Komoda ma zniszczony blat, zamówiłam więc blat z białego marmuru, jest tutaj bardzo tani. Wszystkie meble dostałam! Tę cudowną kapę i poduszki Gusia wypatrzyła w „Biedronce”, przytargałam je z Polski i pasują tu jakby były miejscowe, to zupełnie tak jak ja! I myślę nad lampą, ma mieć wakacyjny klimat, bo takie wytyczne mam od mojej Mocodawczyni. Pokój ma być wakacyjny, niezależnie od pory roku.

Mój domek zaczyna pięknieć, nawet jeżeli tylko dla mnie. Ale piękno jest w oczach patrzącego, zawsze to pamiętam, biorąc do ręki kolejny odrzucony przez kogoś innego przedmiot. A te „dzieła sztuki” nad łóżkiem kupiłam na miejscowym targu, dałam znalezione ramy i wygląda to cudownie/wakacyjnie. Najbardziej cieszą mnie szalone możliwości, brak granic, wymyślanie, nadawanie nowego sensu, do łazienki kupiłam półkę w chińskim sklepie, ale się wpasowała, potem Wam pokażę.

Przede mną jeszcze cały dzień! Ale mi się nie chce wyjeżdżać… Zdjęcia tradycyjnie beznadziejne, ale kto ma oko, to zobaczy!

Li


Grande finale,

18 lipca, 2026

muszę zjechać do Mariny, by kupić haczyki i pobuszować w wielkim chińskim sklepie, są tam rzeczy zadziwiające i w jakiś dziwny sposób natychmiast potrzebne. Widzę, że te chińskie markety wypierają małe sklepiki, to bardzo smutne, ale tego procesu nie da się powstrzymać, tym bardziej że pewnie kalabryjska mafia dogadała się z mafią chińską.

Wstałam dziś o piątej rano, był przepiękny poranek, morze z daleka wyglądało jak wielka perła. Rina, moja kochana Rina przyniosła mi kawę w WIELKIM kubku, jaki to jest postęp w naszych relacjach, zrozumiała że ja piję kawę w zupełnie inny sposób, co nie znaczy, że nie ma na ten temat nic do powiedzenia, haha… Polacy to barbarzyńcy.

Lot mam w poniedziałek późnym wieczorem, dziś i jutro gdy oczywiście plaże będą najbardziej zatłoczone, nie odmówię sobie późnego popołudnia nad morzem, może nareszcie poza zapier…lem będę miała trochę relaksu.

Ale mam cholerną satysfakcję, chyba mi się udało! Nie wiem jakim cudem, choć czuję że maczały w tym swoje łapki miejscowe koty!

Li


To byłaby ujma na honorze

18 lipca, 2026

Kalabryjczyka, gdyby kredens spadł z lin.

Takie sytuacje MNIE się nie przydarzają, powiedział mi stolarz Agazio, dumny jak paw. Wybaczyłam mu wszystko, bo nie zrobiłby na mnie wrażenia wielki bukiet kwiatów, ale taka akcja już tak! Ale ciekawe czy pojawi się dziś, solennie mi to obiecał, ale wiecie jak jest-upał.

Fliziarz Agazio z kolei, mocno zdziwiony przywiercił mi piastrelle tam gdzie chciałam, na ściankę przy schodach. Też pojawił się gdy upał zelżał, muszę jednak jeszcze wiele nauczyć się o życiu na gorącym południu.

Malarz Fiore zakomunikował mi, że farba mu się skończyła i zniknął do poniedziałku, zanim się zorientowałam, że całe wiadro farby stoi i czeka. W poniedziałek wyjeżdżam i znowu sprzątanie spadnie na Rinę…Na szczęście do pomalowania pozostał tylko dół domu.

Dwóch synów stolarza Agazio przyjdzie dziś do mnie przed południem i przeniesiemy meble z sypialni z pierwszego domu-nie są piękne, ale mają nieodparty urok włoskiej prowincji lat 60-tych. Podrasuję je i będę się cieszyć, że sypialnię Karolci mam z glowy.

I tak, tak wiem, pomyliłam kontekst zwrotu „mi dispiace” (może dlatego tak się chłopaki zdziwiły, haha), ale to z wrażenia! Byłam w lekkim, acz przyjemnym szoku. Moja ekscytacja wpływa niestety na mój mózg, zalewa go dopaminą i tyle z myślenia :)

Li


Jednak muszę

17 lipca, 2026

mieć większą wiarę w moich włoskich ragazzi. Pod wieczór, gdy upał nieco zelżał, a ja nadal nie byłam nad morzem, zaczął się wielki ruch.

Obstawiamy czy spadnie?
Li


Wstaję rano,

17 lipca, 2026

biorę prysznic, idę na kawę do Riny (dwa kroki od moich drzwi), wracam i czekam.

Dziś jest piątek i zamiast wyluzować mam mordercze myśli.

Przez tydzień mojego pobytu miałam zamknąć dom z poczuciem, że wszystko jest zrobione, a tymczasem większość jest rozgrzebana. Malarz nie skończył malować, stolarz nie skończył kuchni, Agazio musi poprawić kilka rzeczy, w tym niestarannie położoną w trzech miejscach fugę (Jak Ty to zauważyłaś, Monika? Zapytał mnie bardzo zdumiony Antonio. Twierdzi, że go terroryzuję i zaczyna się cieszyć, że w poniedziałek wyjeżdżam:D

Ale są też i chwile szczęścia- po długich poszukiwaniach punktu oprawy obrazów ( adresy w necie są absolutnie nieaktualne- np. w Soverato było dwóch ramiarzy, pojechałam tam z nadzieją- a tu jeden umarł, drugi zlikwidował interes), zdesperowana zapytałam Elię. A ta bez wahania wskazała mi miejscowego fotografa, który w dodatku okazał się przyjacielem brata Riny, więc prawie już jak rodzina. Obrazy będą gotowe za tydzień! I miał bardzo duży wybór ram!

Z obrazami to była heca, nie miałam pomysłu jak je przewieźć, a bardzo nie chciało mi się jechać autem. Ostatecznie ściągnęłam je z blejtramów, zrolowałam i cztery z nich zmieściły mi się na długość w dużej walizce, a dwa wsadziłam do długiej tuby i bezczelnie z nią weszłam do samolotu, kłócąc się pod drodze z niemiłą panienką z obsługi. Ponieważ jednak miałam wykupioną dużą walizkę i bagaż podręczny, to jakimś cudem mi się udało. Ale wyłącznie dzięki z kolei miłej kobiecie przy nadawaniu bagażu, która odradziła mi przywiązywanie tuby do walizki i powiedziała, że mam z nią wejść na pokład, wcześniej prosząc obsługę o naklejkę, I tylko dzięki temu, że zapamiętałam jak wyglądała i mogłam ją opisać przy końcowej odprawie, to niemiła panienka wstrzymując kolejkę na co najmniej 10 minut, dodzwoniła się do właściwej osoby i uzyskała potwierdzenie, że mogę wejść z tubą na pokład samolotu. Tanie linie bardzo zaostrzyły rygory bagażowe i każdy pracownik może liczyć na dodatkowy bonus, bodajże 3 euro za wykrycie nawet minimalnych odstępstw od wymiarów bagażu.

Zdecydowanie poproszę Lidię, by malowała dla mnie obrazy mieszczące się w walizce, choć jaka to strata dla moich ścian!

Kinkiety wiszą i dają piękne światło:

Powiesił mi je brat Riny, bardzo dla mnie miły i bardzo pracowity człowiek. Narzekał na moje pomysły i nie rozumiał, dlaczego wieszam takie stare rzeczy, bo przecież ledy, ledy są najlepsze.

Li


Dzień jak co dzień, bo

16 lipca, 2026

stolarz Agazio miał przyjść wieczorem i nie przyszedł. Znowu nie pojechałam nad morze, cały mój dzień był jednym wielkim czekaniem na stolarza, na kamieniarza, na malarza. Uczę się cierpliwości, ale bardzo powoli. Bardzo! Trzeci dzień bez morza!

Dziś wydarzyło się kilka przyjemnych rzeczy i jedna okropna- ktoś niestety celowo porysował mi samochód, oczywiście wypożyczony. Na szczęście mam ubezpieczenie, wykupiłam opcję całoroczną na wypożyczane auta, ale robi mi się słabo na myśl o niewątpliwej wojnie z wypożyczalnią. Ech… czasem słońce, czasem deszcz!

Z rzeczy przyjemnych: wiszą już kinkiety i kupiłam lampę nad stół w kuchni. Stołu jeszcze nie mam, ale lampa mnie zachwyciła. Kupiłam ją oczywiście na tym przeklętym portalu Catawiki, za całe 8 euro plus koszty przesyłki- 80 euro. Jestem mistrzem biznesu, mogę udzielać lekcji, jak kupić coś bardzo tanio, ale jednocześnie bardzo drogo. Trochę jak kot Schrodingera…:)

Tak bardzo rozbawiłam Rinę moją opowieścią o toskańskiej skrzyni, że dostałam od niej w prezencie skrzyneczkę kalabryjską, śliczną! Porównanie wypada bardzo niekorzystnie dla toskańskiej ławy przyściennej (nie zapominajmy o magicznym słowie-miniatura).

Aby rozwiać wszelkie wątpliwości, podaję że toskańska jest po prawej stronie.

Li

PS. Sufit ze stiukami należy do sprzedawcy. U mnie stiuków niet!


Oggi jest dzień

16 lipca, 2026

podejmowania wielu decyzji, więc na razie muszę być w domu, tym bardziej że na pewno nikt nie przyjdzie punktualnie. Malarz Fiore miał być na 8.00, przyszedł o 9.00, zostawił swoje rzeczy i poszedł na kawę do baru. Tak trzeba żyć! Kamieniarz miał być o 8.30, jeszcze go nie ma. A ja odejmuję z długiej listy moich pomysłów kolejne pozycje- już teraz żadna siła nie zmusi mnie do pomalowania sufitu w kuchni na niebiesko, chcę się uwolnić od tych włoskich wykonawców, a sufit na niebiesko pomaluję sobie sama. Jak już wszyscy stąd pójdą! Na razie mam nieustanne odwiedziny krewnych i znajomych królika, każdy chce obejrzeć płody pracy męża, brata, syna, były tu już prawie wszystkie żony, matki i sąsiadki.

Niespodziewanie pojawił się kłopot z wniesieniem kredensu na samą górę do kuchni. Nie mieści się na schodach! Wniesiona została tylko dolna część, a góra będzie transportowana przez balkony, nie chcę nawet o tym myśleć!!!

No i jest fotel! Ogromny i przewygodny! Ma piękny kolor, nie spodziewałam się, że będzie aż tak ładny!


Ale

16 lipca, 2026

się dzieje! Jest czwartek, a ja jeszcze nie byłam nad morzem, poza krótką chwilą na kawę z Riną w barze przy plaży.

Jestem wyczerpana, ale szczęśliwa. Sprzątam po remoncie, układam rzeczy, wściekam się, potem odpuszczam, na pewne sprawy nie mam wpływu i muszę je zaakceptować, to jednak są południowe Włochy, listwy przy płytkach w łazienkach są szczytem elegancji. Kuchnia się robi, ale jest bardzo spóźniona. Napisałam do stolarza Agazio, że rezygnuję z umowy i że jestem bardzo rozczarowana. Pojawił się w ciągu godziny.

Na razie pozdrawiam wszystkich z piekła upału, klima chodzi na najwyższych obrotach, w domu mam bardzo przyjemnie!

Li

PS. I moje cudo już wisi!


Do wszystkich

13 lipca, 2026

Wbrew swoim zasadom kasuję notkę z tym nieszczęsnym komentarzem. Nie chcę by odbywał się tu jakiś sąd. Sądu mam dosyć na co dzień. To ma być miłe miejsce (nawet mimo tego tandetnego gresu na podłodze).

Kasuję też komentarze, bardzo Wam za nie dziękując, cudne były! Tylko Zuzi żal. Ale może zrozumie.

Lecę dziś do Kalabrii, będę w domu pewnie po północy, już się cieszę, nie dam sobie zepsuć tego czasu, ani nie dam sobie psuć niczego innego. Nie może dotknąć mnie ktoś, kto mnie osobiście nie zna, a ja nie liczę się ze zdaniem kogoś, kto nie lubi kiczu, jednak kicz oblige, bądźmy szczerzy. Bo do kiczu trzeba mieć otwarty umysł i wyobraźnię!

Rina napisała, że włączy mi bojler (cudowny, nowiutki!!!), pościeli łóżko i przygotuje ręczniki. Przyniesie też z pierwszego domu piżamę i wszystkie moje kosmetyki. Jak nie kochać mojej Rineczki, no jak? Marzę o tym, by już nie było pierwszego domu, drugiego domu, ale był tylko ten jeden, jedyny mój domek w Kalabrii, gdzie już będę mieć wszystkie rzeczy i gdzie będę mogła zacząć planować miks kiczu ze wszystkim co się da. Na przeprowadzkę poświęcam ten właśnie tydzień. Zabieram ze sobą laptopa, bo muszę też trochę popracować, mieć lekcje z Achillusem, będę więc zdawać relację na bieżąco. Bo wiem, jak wielu z Was szczerze mi kibicuje i jak wielu z Was chce ze mną pojechać, haha, no pojedziemy ragazzi, pojedziemy! To ma być dom dla moich ukochanych dziewczyn, dla moich przyjacioł, dla życzliwych mi osób, bo życie jest tak cholernie trudne i tak cholernie krótkie, że tylko życie towarzyskie ma sens (za Dziewońskim:), w znaczeniu towarzystwa mojej rodzinki, przyjaciół, dobrych emocji, ciepłych wspólnych wieczorów, śmiechu i śniadanka z widokiem na morze. Tak ma być, no i tak będzie. A na filmiku ze ścieżką dźwiękową moje dorosłe dzieciaki w morzu, jakie szczęśliwe!

Li


Kroniki kalabryjskie

12 lipca, 2026

Łazienkowa drama trwa i jeszcze podbita została sprawą lustra. Kupując umywalkę z szafką (nie zachwyca mnie, ale powiedzmy że estetycznie będę wyżywać się w innych pomieszczeniach, a do szuflad na pewno przykręcę zielone, porcelanowe gałeczki!) zaznaczyłam, że na pewno nie chcę skompletowanego przez sklep lustra. Klasyka-paździerz i lampki w górnej części. Co zrobił Giandomenico, uroczy sprzedawca z miejscowego sklepu? Spakował i lustro. Szczęśliwie pracownik Antonio- Mimmo, nie wiedział jak to lustro powiesić, zadzwonił do Antonia, Antonio do mnie, a ja zapytałam: jakie lustro?

Remont na odległość pochłania mi mnóstwo czasu. Nie wszystko rozumiem, często muszę korzystać z translatora, tłumaczenie jest czasem kompletnie od rzeczy, wychodzi komedia, a Antonio, ciągle lekko zdegustowany sprawą matowej szyby, cytuje mi kalabryjskie przysłowie: Osła przywiązuje się tam, gdzie zechce pan. ( I że on niby rozumie, że nie ma nic do powiedzenia, ale robię glupotę i jego zdanie jest odmienne… )

Dziś byłam w Lanckoronie, razem z resztą Syndykatu Tre Sorelle, czyli z B. i A. Musiałyśmy umówić się specjalnie na niedzielny poranek i kawę w Lanckoronie, bo inaczej znowu nie miałabyśmy czasu spotkać się we trójkę! Mamy tyle spraw i spraweczek do omówienia, nasze domy generują długa listę tematów, a przecież musimy być na bieżąco! A tu u jednej zawalił się dach, a tu u drugiej wiatr wywalił szyby w oknach, a tu u mnie- to zresztą wiecie, co u mnie. Na razie mojej toskańskiej wielkiej skrzyni, co to miałam już na nią miejsce w holu, przygody dziewczyn jeszcze nie przebiły, mam pierwsze zaszczytne miejsce choć w takiej kategorii, o której lepiej nie mówić za wiele.

Czasem słońce, czasem deszcz. To był taki weekend, który najpierw wyczerpał mnie emocjonalnie pogrzebem, a potem dodał energii spotkaniem z przyjaciółkami. Byłyśmy też w lesie, poprzytulałam się do brzóz, powdychałam zapach mokrych liści, zmoczyłam nogi chodząc po trawach, przewietrzyłam głowę i mogę zacząć nowy tydzień z pespektywą jutrzejszego wieczornego wylotu.

Kupiłam kinkiety! Są drewniane i dokładnie sprawdziłam wymiary.

I takie dwie lampy do pokoju Karolci.

Li


Devo ancora

11 lipca, 2026

capire che i gusti polacchi sono strani, napisał mi Antonio po mojej gwałtownej reakcji na widok okna w łazience. No cóż, powinnam już wiedzieć że zlecenie Włochowi z Południa zakupu i montażu okna do łazienki będzie zdeterminowane przede wszystkim jego pragmatycznym podejściem do urządzania domu.

Non avrei mai immaginato che volevi un vetro transparente difronte un wc, napisał mi kompletnie oszołomiony moim stanowczym żądaniem wstawienia przezroczystej szyby zamiast tego paskudnego, sączącego zimne trupie światło matu.

Nie, stanowczo nie chcę mieć matowej szyby. Na zewnątrz będą zielone okiennice, chyba więc w wystarczający sposób oddzielą łazienkowe widoki przed ciekawskich wzrokiem, ale nie zabiorą tego cudownego, niepowtarzalnego włoskiego południowego światła wślizgującego się do środka, igrającego na ścianie, przechodzącego przez przezroczysty, zielony dzban, który chciałam na tle okna ustawić! Nie, nie zgadzam się i już. Musi to zmienić, jakby się nie dziwił polskim „dziwnym gustom”. Okno jest samo w sobie paskudne, ale to jakoś przełknę, coś powieszę, coś wymyślę, ale muszę do tego mieć piękne dzienne światło.

Przywykłam i przestałam się już dziwić, że we włoskich restauracjach są okropne żarówy, że często zimne światło jest mieszane z ciepłym, że mało kto dba o klimacik świetlny. Ale ja w swoim własnym domu o to zadbam, światło ma dla mnie kolosalne znaczenie, buduje nastrój, ociepla, daje życie światłocieniom, rzuca na ścianę tajemnicze wzory, jakie to jest wspaniałe, intymne, domowy własny, niepowtarzalny światek.

Wróciłam z pogrzebu spokojniejsza. Popłakałam sobie. Pożegnałam się. Pogrzeb był bardzo skromny, humanistyczny, z piękną przemową napisaną przez brata. Brat wspomniał o tym, że Baśka była wielką fanką hiszpańskiej piłki nożnej i jak bardzo cieszyłaby się z wczorajszego zwycięstwa Hiszpanii na Mistrzostwach Świata! Zgodnie z jej filozofią życiową i mocnym osadzeniem w buddyźmie, jestem przekonana że się cieszy. No i będąc teraz w swej niematerialnej postaci WSZĘDZIE, absolutnie popiera mnie w sprawie matowej szyby, więc drżyj Antonio, drżyj!

Li


Tadam 2(*)

11 lipca, 2026

Antonio dotrzymał słowa i gdy przylecę do Kalabrii w poniedziałek wieczorem, będę miała już łazienkę. Nie mam w niej jeszcze lampy ani lustra, ale może to i lepiej. Ostatnie bowiem dwa dni mocno odbiły mi się na psyche i na twarzy. Wolę się nie oglądać, ze smutnymi oczami wyglądam źle. A z oczami, które mimo wszystko starają się uśmiechać, ale są cholernie smutne, to już w ogóle…

A jest smutno mi. Smutno. Muszę jutro jechać do Wadowic, choć wcale nie chcę, na pogrzeb mojej przyjaciółki, zmarła tak niespodziewanie, że ciągle trudno jest mi w to uwierzyć. Była tłumaczką z języka angielskiego i hiszpańskiego, przetłumaczyła m.in. „Optymistyczny mózg” czy „Uzależnioną od dupków”. Basia, Basia Sławomirska. Rozmowa z nią to była czysta przyjemność i czujność, by nie wypaść z toru, imponowała mi swoją wiedzą, ale ja jej odwagą. Byłyśmy ze sobą mocno połączone.

Baśka, jak mogłaś! Tak bardzo cieszyłaś się moją Kalabrią, miałyśmy polecieć razem jesienią, miałaś zaprzyjaźnić się z Riną!

Baśka poza angielskim, hiszpańskim portugalskim, francuskim, mówiła też po włosku. Była ode mnie starsza zaledwie o 15 lat, bez grama zgorzknienia, bez pretensji do niezbyt udanego życia, pogodna i uśmiechnięta. Baśka umarła, to chyba jakiś żart.

Nie wiedząc, że nie żyje wysyłałam jej zdjęcia i filmiki. Wszystko było tak jak zawsze, nie odbierała telefonu, ale czasem to się zdarzało…

Masz Baśka, wysyłam Ci filmik z łazienką. Antonio kręci jak umie, właściwie to nie umie, nie ma to jednak żadnego znaczenia. I tak łazienki już nie zobaczysz, taki numer mi zrobiłaś. Wiesz przecież jak nie znoszę pogrzebów, ale jak mogłabym nie przyjść na Twój? Baśka, no i patrz- nareszcie nie jest Ci gorąco. Ale byśmy miały z tego ubaw, ile żarcików, ile szydery!

Li


Tadam!

10 lipca, 2026

Ale te płytki są piękne!!!!!
Li

Moje włoskie

10 lipca, 2026

koleżanki swoimi prezentami w zasadzie umeblowały mi dom, bo poza kupionymi przeze mnie meblami-sofą, fotelem, lampami z licytacji i krzesłami do kuchni wszystkie inne potrzebne meble dostałam w prezencie, potrzebuję więc jeszcze tylko stołu do kuchni. Wczoraj Rina będąc z wizytą u swojej jednej z licznych kuzynek ocaliła od wyrzucenia na wysypisko dwa nakastliki, wiedząc że takich właśnie szukam.

Czuję wielką wdzięczność!

Odbieram je we wtorek! W Kalabrii jest mąż A. z dużym autem, pomoże mi!

Na Catawiki kupiłam lampę, która wzbudziła atak śmiechu u Antonia- powiedział (wręcz z lekceważeniem) że 60 lat temu „wszędzie tu wisiały takie lampy”, co mnie bardzo ucieszyło, bo ja chcę mieć kalabryjski dom. Nawet jeżeli moja podłoga udaje drewno, będąc gresową podróbką drewna, co bardzo degustuje jedną z moich czytelniczek. A może i wiele z Was, ale jedna szczególnie daje mi to do zrozumienia:), i bez urazy!

Rzucam więc kolejną pożywkę w postaci przepięknie kiczowatej lampy. Ma 90 cm długości i zapalona rzuca piękne cienie. Ma do mnie dotrzeć 15 lipca, razem z moją toskańską ‚skrzynią” (lampa na osłodę i przykrycia mojej kompromitacji, dobrze że jest taka ogromna:). W tym dniu będzie też dostawa sofy, fotela i krzeseł, jakie szczęście że będę wtedy w Kalabrii i będę mogła sama to odpakować!

Nigdy nie dałabym się wtłoczyć w jeden styl. Lubię miksy i nieoczywistości, bo to nie jest nudne i jest po prostu moje. Jeżeli dla kogoś to straszny kicz, to jest to dla kogoś, dla mnie jest wyrażeniem mnie. Zawsze pamiętam, że „piękno jest w oczach patrzącego”. A poza tym, co jest złego w kiczu? Ma jedną zaletę- z reguły jest przytulny. Nie tworzę wnętrza do oglądania, katalogowego, urządzam wygodny, ciepły, kolorowy dom dla siebie i moich bliskich. Starymi gratami, płytkami z niskiej półki cenowej (poza tym z kuchni, haha), kanapą i fotelem z wyprzedaży. I to mnie najbardziej cieszy- nie dlatego, że wydaję mniej pieniędzy, bo i tak jakoś wydaję ich za dużo, nie oszczędzając na instalacjach, AGD i itp, ale dlatego że rzeczy które miały być wyrzucone dostają kolejne życie. A jest w nich zapisanych tyle historii! Tyle ludzkich rąk je dotykało (wiadomość do moich córek: odkażę!!!), tylu ludzi używało, są świadectwem przemijania. Nie zasługują na wyrzucenie.

Piszę o moich włoskich przygodach, nie po to by się chwalić, ale po to by pokazać, że każdy może jak chce. Że można zrobić coś z niczego. Że warto walczyć o marzenia. Że przypadek rządzi życiem, zwłaszcza moim. Że można robić wszystko, by sobie ukolorowić, ubogacić i zmienić życie. Tak, trzeba mieć do tego jakieś pieniądze. Za dom zapłaciłam 20 tysięcy euro, czyli nieco powyżej 80 tysięcy złotych. Remont wyniósł mnie drugie tyle. Ale od podstaw zrobiłam nową instalację elektryczną, wodno-kanalizacyjną (nie musiałam ich robić, ale były stare więc prędzej czy później…) klimatyzację, zmieniłam podłogi w kuchni, na trzech tarasach i zrobiłam zupełnie nową łazienkę. Czy to dużo? Nie sądzę. Do tego dochodzą koszty kuchni- nowe meble, przepiękny blat z zielonego marmuru ( tu sobie zrobiłam prezent-1100 euro) i sprzęt AGD- 5000 euro.

A reszta to drobiazgi. Taka jest cena wolności, radości, dumy z samej siebie, ekscytacji i czekania na każdy wyjazd jak na coś najlepszego. Tak! Decyzja o zakupie domu w Kalabrii była najlepszą decyzją mojego życia.

Czy jestem z siebie dumna? A jak cholera jestem! Prowadziłam remont na odległość, zjednałam sobie tak wspanialych ludzi, na których mogę liczyć i których sympatię namacalnie czuję, zapuściłam malutkie korzonki, które teraz będę podlewać potężną odżywką swojej tygodniowej obecności na miejscu, pokonałam barierę językową i przez sześć miesięcy nauczyłam się języka w stopniu komunikacyjnym. Stworzyłam miejsce, które będzie naszym rodzinnym domem, a moje córki już go kochają (mimo początkowego przerażenia, haha!). Pokazałam im, że można! I oczywiście, że wiele dobrych rzeczy było dziełem przypadku, ale czy to nie przypadek rządzi życiem? Trzeba tylko dać mu szansę. I opanować strach, bo que sera, sera.

Li


Wylałam wczoraj swoje

9 lipca, 2026

żale na fliziarza Agazio (tak, tak kolejny Agazio. To już czwarty z tego miasteczka, imię to jest tam bardzo popularne i tylko tam, reszta kraju go nie zna. Święty Agazio jest patronem miasteczka). Ale usunęłam tę notkę. Bo co on jest winien temu, że nie ma mnie na miejscu, że nie rozrysowałam mu sposobu ułożenia płytek, płytka po płytce. Agazio jest bardzo dobrym rzemieślnikiem, ale bez zmysłu estetycznego. Nie widzi tego, że jak jest miks płytek, to trzeba je dobrze wymieszać. Dla niego nie ma różnicy, czy trzy takie same płytki będą obok siebie. Dla mnie różnica jest kolosalna. Płytki więc będą dziś zerwane, Antonio ma poczucie winy, że nie zwrócił na to uwagi, a Agazio podobno dalej nie rozumie o co chodzi.

Gdy dostałam zdjęcia od Antonio, to zawyłam z zachwytu. Wybrane przeze mnie płytki są bowiem zachwycające. Przynajmniej mnie, haha. Ale gdy mrużąc oczy i robiąc sobie nowe zmarszczki powiększyłam zdjęcia, to zalała mnie fala żalu. I łez.

Płakać z powodu płytek, zapyta ktoś? No tak. Ja płaczę z różnych powodów, bo to mój kanał życiowej ulgi. Ale potem ocieram łzy i dalej działam. Przy tym zrywaniu na pewno jakaś płytka ulegnie zniszczeniu. Na szczęście przewidująco kupiłam ich o dwa metry kwadratowe więcej. Czekałam na nie ponad miesiąc, więc jeżeli teraz ich zabraknie, to następna dostawa będzie po wakacjach. No cóż, wytrzymam i to. Byle nie były ułożone bezmyślnie.

Antonio napisał, że Agazio pracuje od szóstej rano i że idzie na kontrolę.

Dam znać! Bo oczywiście mam nadzieję, że kogokolwiek poza mną to interesuje :D

Li.

Update:

No i da się pięknie pomieszać? Da się! Podobno biedny Agazio nie spał ze stresu całą noc. Akurat wierzę;D

Ale do końca życia będzie wiedział, że miks to miks.


A po nocy

8 lipca, 2026

przychodzi dzień i można na śniadanie przeżuć swoją porażkę. Idę dalej, ale gdy za jakiś czas Catawiki przyśle mi moją mini-skrzyneczkę, napłynie kolejna fala ;D A to się Rina zdziwi, bo oczywiście powiedziałam jej, jakie cudo mam zamiar kupić. No nic, ten element kompromitacji mam jeszcze przed sobą. Przynajmniej nie będzie musiała angażować ragazzi do wniesienia.

(Wczoraj tak bardzo rozbawiłam Achillusa, że nie był w stanie prowadzić lekcji, przenieśliśmy ją na piątek. Cały czas parskał śmiechem, zdaje się, że miał o mnie lepsze zdanie. W piątek sprawdzę, jak bardzo to się zmieniło).

Wytrwale licytuję dwie rzeczy, ale dokładnie sprawdziłam wymiary. Jestem jak Ania Shirley- ciągle popełniam błędy, ale nigdy nie takie same. Choć trzeba przyznać, że katalog moich błędów jakoś nigdy się nie kończy.

Wczoraj K. pocieszyła mnie historią o zakupie na Catawiki przepięknego obrazu o wymiarach 10×13 cm. Oprawiła go w ogromne ramy, żeby było go widać na ścianie.

Tak, że… ten, tego… jest nas więcej:D

Li

PS Na osłodę dostałam od Antonio zdjęcie skończonej podłogi w łazience. Jestem absolutnie zachwycona efektem połączenia szałwiowych płytek z płytkami z resztek z kuchennej podłogi. Efekt tafli, to po prostu mokra podłoga:)


ZAKAZ!!! Powinnam

7 lipca, 2026

mieć zakaz korzystania z internetu, a zwłaszcza z różnych aukcji. Zawsze, ale to zawsze kupię coś głupiego. Nie doczytam, nie zauważę, z wyższością pominę, bo przecież jestem za mądra;D

Na swoje nieszczęście odkryłam Catawiki (błagam, nie wchodźcie tam). O Jezusie, jakie tam są cuda! Przeglądałam oferty i mój wzrok przykuła piękna toskańska skrzynia, idealna na jeszcze nie wiem co, ale na pewno na coś bardzo potrzebnego. Wizualizowalam ją w swoim kalabryjskim holu, cud i miód.

Zaczęłam licytować, przyznam, że zdziwiła mnie niska cena, no ale to przecież jest licytacja, więc przebiłam wszystkich zabójczą kwotą 34 euro i zajęłam się innymi sprawami. Catawiki zaczęło wysyłać mi powiadomienia, że aukcja zaraz się kończy, weszłam w aplikację (te cholerne małe literki!!!) ot tak tylko, by sprawdzić jak bardzo pognębiłam moich konkurentów do tego cuda, no i…

No i cóż. Za 36 minut i 24 sekundy z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością stanę się właścicielką przepięknej toskańskiej skrzyni o wymiarach 10 cmx10 cm x25 cm. Nie zauważyłam słowa „MINIATURA”. Ale przynajmniej ma już prawie 200 lat (szukam pozytywów:D

Możecie się śmiać. To będzie próba przed tym co mnie czeka od moich dziewczyn, będą kpiły bezlitośnie.

A przy okazji ogłaszam konkurs- co mogę w niej trzymać? (poza upadłym ego).

Proszę tylko o poważne propozycje :D

Li

Update: wygrałam aukcję, hurra :D

No i nie muszę płacić za opcję z wniesieniem :D


Założyłam sobie, że

7 lipca, 2026

nie będę kupować nowych mebli. Ale wymiękłam przy tej sofie i fotelu. Są tak bardzo retro i tak bardzo będą pasować! Najbardziej do ściennych płytek w kuchni. No i do moich poduszek z cytrynkami, bo co jak co, ale cytrynki w jakiejkolwiek postaci muszą być. Poduszki były pierwsze. Potem do nich dokupiłam meble.

Będę szukać stołu do kuchni, starych lamp, luster i ciekawych drobiazgów. Daję sobie na to wszystko czas, poza czasem na szukanie stołu, bo tu mam pilną potrzebę, stół w kuchni to najważniejszy mebel, poza łóżkiem, które dzięki Elli już mam.

(A dziś moja Karolcia ma urodziny- 32. Trudno mi w to uwierzyć, dla mnie to ciągle moja mała córeczka, a to przecież dorosła, samodzielna kobieta, o czym mi dobitnie przypomina, gdy za bardzo mamusiuję. Ma charakter, to najważniejsze).

Li

( Zdjęcia mebli ze strony beliani.it). No i widać dwa różne odcienie zieleni, w zależności od zdjęcia. Mam nadzieję, że kolor tapicerki będzie taki jak na ostatnim zdjęciu. Kupowanie w internecie to niezły hazardzik. Przecieram szlaki, to będzie moja pierwsza dostawa mebli w Kalabrii.


Notka porządkująca

6 lipca, 2026

nie świadcząca najlepiej o moich zdolnościach umysłowych, ale jak to zwykle u mnie- porażka okazała się sukcesem.

Skoro powiedziałam A, to powiem i B.

W styczniu 2026 roku kupiłam dom z Madonną. Kupiłam go nie widząc go w środku ( gdzie miałam rozum? Na szczęście, że go nie miałam!!!) Nazwijmy go Prima Casa, pierwszy dom.

Dom niewątpliwie piękny, z pięknymi podłogami, wysokimi sufitami. Ale zalewany przez nielegalny taras sąsiedniej nieruchomości, nie zamieszkałej od 10 lat. Zalanie zobaczyłam dopiero, gdy weszłam do niego pierwszy raz. Było to po cyklonie Harry, ściany kuchni i salonu były mokre.

Pośrednik Agazio próbował naprawić sytuację, bo wiedział, że nie odpuszczę, więc wynegocjował ze spadkobiercami tego sąsiedniego domu, że mi go sprzedadzą za 5 euro, w ramach odszkodowania za zalewanie. A potem ojciec Agazio niejaki Cosimo, właściciel miejscowej firmy budowlanej pięknie mi wszystko wyremontuje. Wahałam się, bo po co mi dwa domy, ale ten drugi był naprawdę malutki-wąska kamieniczka przyklejona do mojej, a jako wielbicielkę dużych powierzchni do mieszkania kusiła mnie myśl o przebiciu się przez ścianę. No i miałabym od razu taras, choć do remontu, bo sąsiad „zapomniał” o odpływie dla wody i z tarasu podczas deszczu robiła się wanna, a woda wsiąkała w moje sufity. Plusem było to, że odpływ mógł przechodzić pod dachem Prima Casa. Wszystko szło w dobrym kierunku, choć byłaby to ogromna inwestycja. Jak ogromna przekonałam się po otrzymaniu kosztorysu- zdecydowanie podwyższonego dla cudzoziemki co najmniej trzykrotnie. Oburzyłam się i wkurzyłam się i na Agazio i na Cosimo, bo mówiąc wprost- głupia nie jestem (choć mając na uwadze opisywane powyżej okoliczności można mieć co do tego wątpliwości:)

W międzyczasie poznałam Rinę, która namówiła mnie do obejrzenia jej domu do sprzedania. Zakochałam się w nim od razu. Był dla mnie idealny, tańszy o 10 tysięcy euro, miał trzy sypialnie i nie wymagał aż tak dużych nakładów na remont, jak pierwszy dom.

Kupiłam więc dom od Riny, nazwijmy go Seconda Casa- drugi dom, i zaczęłam główkować co zrobić z pierwszym domem. Plan był taki, że Antonio- właściciel konkurencyjnej dla Cosimo firmy budowlanej (którego wcześniej poznałam i poszła iskra między nami) nielegalnie wejdzie przez mój dach na ten nieszczęsny taras, uszczelni go wielką ilością żywicy, poprowadzi rurę odprowadzającą wodę pod moim dachem do rynny i wystawię dom do sprzedaży, nie ukrywając jego wad. A ma ich aż cztery: zalewany sufit (choć żywica powinna pomóc), położenie przy głównej ulicy, co powoduje że w sypialniach była głośna autostrada, ma tylko dwie sypialnie, a ja potrzebuję trzech, no i jeszcze ten nieszczęsny kościelny dzwon, bo wskutek kaskadowej zabudowy miasteczka dzwonnica kościoła znajduje się na wysokości okien sypialni, w odległości 80 metrów. Można było oszaleć, serio! To jest bardzo religijne miasteczko. Na pewno musiałabym wymienić okna na dźwiękoszczelne, albo… przywyknąć.

(Zjednałam sobie Antonia tym, że powiedziałam mu, że zanim sprzedam dom, to muszę naprawić źródło zalewania, bo nie chcę nikogo oszukiwać, tak jak ja zostałam oszukana. Był w szoku, co nie najlepiej świadczy o ludziach:) Ale powiedział mi, że mu zaimponowałam i on zrobi wszystko, by zatrzeć złe wrażenie o Włochach. I robi:)

Zanim zabrałam się do sprzedaży znalazłam kupca, a raczej kupczyni sama się znalazła. Dom- Prima Casa ze względu na jego położenie i urodę postanowiła kupić moja przyjaciółka, ta dzięki której w ogóle znalazłam się Kalabrii. Ma już jeden dom w naszym miasteczku, ale chciała mieć drugi, jako siedzibę swojej Fundacji. Zna wszystkie jego wady, mam więc czyste sumienie. W dodatku umówiłyśmy się na cenę obejmującą wszystko to, co na dom wydałam (kwotę kupna, notariusza, pośrednika, wywóz śmieci), bo to i tak jest poniżej jego obecnej wartości (ceny w Kalabrii szybko idą w górę) Ale ja jestem jej tak wdzięczna za moją wspaniałą włoską przygodę, że warto było sprzedać za mniej, ale też i mieć problem z głowy. W sumie nie straciłam ani jednego euro.

Agazio i Cosimo nie remontują mi niczego, niech szukają innych naiwnych. Wszystkim u mnie zajął się Antonio, który jest uczciwy do kości, dał mi cenę naprawdę dobrą i w dodatku prace jakościowo są bez zarzutu.

Podsumowanie: kompletną głupotą było kupowanie domu bez oglądania go w środku. Miałam tylko jego plany. Ale, ale! Gdyby nie ta spontaniczna głupia decyzja nie miałabym teraz mojego kochanego, cudownego domu, bo Rinę poznałam tylko dlatego, że przyszła zapytać, czy może wziąć obtłuczoną białą miskę z wyrzucanych przeze mnie śmieci. Nie spotkać Riny! To byłoby straszne! Uwielbiam tę kobietę!

Jak to zwykle u mnie, los był łaskawy litując się nad taką głupotą, haha! Teraz jestem wyedukowana, mogę każdemu pomóc, bo dokładnie wiem jak nie kupować domu we Włoszech.

Ot, taka historia z której płynie jeden wniosek- trzeba wierzyć w swoje życiowe szczęście i być optymistką. Oraz nie przejmować się sprawami, na które nie mamy wpływu, ale łapać szanse jakie daje los.

Li


Kroniki kalabryjskie.

6 lipca, 2026

Piszę, bo chcę pamiętać tę ekscytację każdym nowym zdjęciem od Antonio, od dziś mam już podłogę w łazience!

Cudownie ociepla moje szałwiowe płytki. No i zmieściła się w założonej cenie 20 euro za metr kwadratowy.

A w kuchni tak: brakuje jeszcze fug i cokolików, ale będą, będą!

Li

PS. Bajzel nie mój.


A mówili, że

5 lipca, 2026

na pewno włoscy budowlańcy mnie oszukają, że będę płacić dużo za dużo, że to, że tamto… Ale ja poznałam Antonio. Jest przemiłym, przesympatycznym, pięknym mężczyzną. Nie znam się na ludziach, ale znam się na mężczyznach. Antonio jest przeciwieństwem cwaniaka Agazio. Jest też bardzo punktualny, co dużo o nim mówi. Mam też przekonanie, że mnie zwyczajnie polubił, gadamy sobie na różne tematy, na tyle na ile pozwala mój włoski. Lubią go nawet moje córki, co – zwłaszcza w przypadku nieufnej Karolci jest dla mnie dowodem, że się co do niego nie mylę. W maju umówiliśmy się na remont, ustaliliśmy cenę, trochę było po drodze „piano, piano” i „domani”, ale prace przyspieszyły tak bardzo, że za tydzień lecę do swojego domu z nową łazienką i klimatyzacją!

A wczoraj przeżyłam cenowy szok. Było tyle prac dodatkowych, że liczyłam się z dopłatą nawet i 5000 euro, a tu niespodzianka- dopłacam tylko 1000 euro do ustalonej ceny. Oniemiałam, serio, tym bardziej że cena remontu jak na polskie standardy jest naprawdę niska.

Mam już prawie skończoną łazienkę, jutro będą fugowane podłogi w kuchni. Brakuje jeszcze tylko cokolików (battiscopa, nauczyłam się tej nazwy) w kuchni i na tarasach i płytek na ścianie w kuchni. Szybko to poszło, 13 lipca przyjadę już do domu z łazienką i klimatyzacją. Będę tydzień w Kalabrii i będzie to tydzień bardzo pracowity, ale gdy już wszystko zrobię, to potem będzie tylko upiększanie i już wiem, jak będzie mnie to cieszyć!

Przeglądam swoje zapiski. gdzie planowałam gdzie, co i jak. Wykreślam kolejne pozycje i czuję z siebie cholerną dumę. Dałam sobie radę z remontem na odległość, ale to tylko dzięki niesłychanie przyjaznym mi osobom. Takim jak moja kochana Rina, inna moja sasiadka nagrała mi filmik, jak Rina pomaga moim budowlańcom. Kobieta ma 68 lat! Jak ja jej się odwdzięczę? Rina wciąga na linie zaprawę cementową!

I te moje płytki łazienkowe, co do których marudziłam, że są zbyt nowoczesne (kryterium ceny było bezlitosne), okazały się wspaniałe i gotowe do wystylizowania na wiejski dom, wystarczy że dodam rafię, wiklinę, zazdrostkę na okno. Będzie pięknie!

A łazienka przez chwilę wyglądała tak:

Jeszcze trochę wysiłku i nasz domek będzie gotowy na nas, na naszych gości, na przyjaciół, na kolacyjki pod gwiazdami, na relaks i chwile zapomnienia. Taki jest plan!

Li


Wiadomo, że

3 lipca, 2026

teraz z tym moim blogiem jestem na dalekich końcach wszelkich możliwych zasięgów, ale jednak trochę Was mnie czyta.

I nigdy nie zawodzicie, więc może i tym razem się uda? Wspomagam jak mogę Fundację Człowiek dla Zwierząt. Jest im teraz bardzo ciężko, a ostatnie upały wyssały ich z mokrego jedzenia dla zwierząt- i psów i kotów.

Kobieta prowadząca Fundację- Wioletta, jest podmiotem mojego wielkiego podziwu. Naprawdę wielkiego. Nie znam jej osobiście, rozmawiałam z nią kilka razy przez telefon, bo ja jak to ja- pozamawiałam dla Fundacji wielkie paki jedzenia, kurier dysząc wniósł je na moje 3 piętro, a okazało się, że w zooplusie nie kliknęłam (kolejny raz) zmiany adresu z mojego na adres fundacyjny. Trzeba było odkręcać, robić zamieszkanie, ech…

Pomagam zwierzętom, ile mogę. W moim włoskim miasteczku zna mnie już chyba każdy kot i pies. Podjeżdżam autem pod dom i natychmiast mam wokół siebie kilkanaście kotów, dosłownie mnie witają z ogonkami w górze. Skąd wiedzą, że to ja? Tylko koty znają tę tajemnicę. Zostawiam jedzenie Assuncie, by je karmiła na czas mojej nieobecności- żeby była jasność- one są karmione na co dzień, ale podłą tanią, suchą karmą pełną zbóż. No cóż, bieda. Kupuję mokrą karmę, Assunta ją miesza z tą suchą i jakoś dają radę. Pilnuję czystej wody, zbiorowo podaję leki na robaki (jeden z moich katalogów ze zdjęciami w telefonie to katalog kotów, które na pewno zjadły tabletkę) i mam za sobą już dwie kastracje ( perypetie z nimi zasługują na osobną opowieść). Nie piszę tego, by się chwalić, ale by jasno wyrazić swoje zdanie- naszym obowiązkiem jako ludzi jest dbać o tych, których oswoiliśmy, i tu się zgadzam z de Saint-Exupéry’em. „Jesteś odpowiedzialny za to, co oswoiłeś”. Wspieram DIOZ, wspieram Fundację „Judyta”, ale najbardziej wspieram Fundację Człowiek dla Zwierząt, bo nie jest tak medialna i jest im zdecydowanie trudniej.

Popatrzcie na ich profil na facebooku, zobaczcie ile jest tych zwierząt, jak żyją, jak Fundacja się dla nich stara, jaki mają teren, to nie są psy w boksach, gotujące się tym koszmarnym upale. To są psy, koty, konie, masa zwierząt, którymi trzeba się zająć i je wykarmić, które trzeba schłodzić, chronić przed tym koszmarnym upałem. I które zawiódł człowiek, bo w słowie cZŁOwiek, jest słowo ZŁO.

Fundacja musi przetrwać do ostatecznego rozliczenia wpłat z 1/5 % podatków. Obawiam się, że nie będzie ich tyle co zwykle z powodu zmian w postaci automatycznego rozliczania podatku. To jest naprawdę bardzo obciążające- nigdy nie wiedzieć na co można liczyć, a zwierzęta karmić trzeba, rachunki płacić trzeba.

Tak, tak wiem- żadne z Was nigdy nie wyrzuciło kota przez okno, nie przywiązało psa w lesie, nie porzuciło psa na drodze w polach- tego jestem pewna. Ale robią tak nasi sąsiedzi, krewni, znajomi ze szkoły, ludzie których mijamy na ulicy. Świat dał nam Trumpa, Putina, Koreę Północną, długo by wymieniać. Ale! Póki im się przeciwstawiamy, póty jest szansa dla tego świata.

Proszę Was, pomóżmy. Można w różny sposób- zrobić przelew, można zamówić karmę,

Podaję dane:

Bank Spółdzielczy w Słomnikach 78 86140001 0010 0147 5971 0001

Swift; POLUPLPR 7886140001 0010 0147 5971 0001

PayPal czlowiekdlazwierzat@gmail.com

BLIK 783 553 197

Bardzo, bardzo Was proszę, każdego z osobna.

A na zachętę zdjęcia moich klusek- wychuchanych, zadbanych, a przecież wziętych z ulicy (poza Klusią, rasową brytyjką, której poprzedni pseudo-właściciel stworzył piekło na ziemi).

Mania, Klusia i Czarny:

Li


To jest ten sam Księżyc, to samo niebo.

2 lipca, 2026

Wczoraj nad moim włoskim miasteczkiem przeszła potężna burza. Przez 6 godzin nie było prądu, co daje mi do myślenia, bo to dzieje się kolejny raz, burza równa się brak prądu. A ja mam wszystko na prąd, łącznie z kuchnią.Nie chciałam gazu, bo gaz jest tutaj tylko w butlach, a wizja mnie za kilka lat- starszej pani wciągającej butlę na drugie piętro do kuchni była mało kusząca. Włosi sobie radzą w sposób trochę mnie przerażający- butla stoi na dole, do góry poprowadzony jest wężyk z gazem, (nie)nowoczesność w domu i w zagrodzie, ale jakoś to hula. Z naciskiem na „jakoś”.

Postanowiłam dać wolne swojej niecierpliwości i rozciągnąć projekt „Dom w Kalabrii” na co najmniej dwa lata. Tyle będzie to trwało wraz z remontem elewacji. Musi być śliczna! Nie można jej robić latem, bo jest za gorąco, farba będzie się łuszczyć. Muszę poczekać do zimy, a może nawet wczesnej wiosny. Wspaniale! Proces twórczy będzie mnie cieszyć dłużej. Największą bowiem radość mam z tworzenia, szukania, zmian decyzji, powrotu do pierwotnych pomysłów, a potem jednak kolejnej zmiany, stan ekscytacji chyba mnie od siebie uzależnił. Mam tyle pomysłów na ulepszenie, upiększenie, nadanie błysku, że roku mi nie starczy. Piano, piano Monia, piano, piano…No i trzymanie się budżetu, to jest moje największe i najtrudniejsze wyzwanie.

Do tego mam pomysły na placyk przed domem, z wielkimi donicami z bugenvillą.

Powiedziałam wczoraj Antonio, że sufit w kuchni chcę mieć niebieski. Przez telefon widziałam, jak przewrócił oczami. Ale jak to będzie pięknie wyglądać z drewnianymi belkami!

Rozwiązałam problem przewozu obrazów- ściągnęłam je z blejtramów, zrolowałam i przewożę w tubie. Oprawię je w Kalabrii, znalazłam już kilka miejsc niedaleko miasteczka, wszystko da się zrobić i znaleźć, trzeba tylko bardzo nie chcieć jechać autem przez 2300 km, starzeję się czy co?

Huk, roboty, huk! Uwielbiam to, bo potem zawsze przychodzi chwila spokoju. A po burzy prędzej czy później zawsze przychodzi słońce.

Li


Zrobiłam pewne

30 czerwca, 2026

remontowe założenia, których teraz trudno mi się trzymać. Bo cierpię męki. Obecnie cierpię męki łazienkowe. Kupiłam płytki, które spełniały wszystkie wyznaczone samej sobie wymagania- tanie, ale nie najtańsze, w kolorze szałwiowym, ale nienachalnie, będące na stanie sklepu, bez konieczności czekania na relizację zamówienia, ładne, ale… zupełnie bez charakteru domu. Lubię spójność w aranżacji, a będą dwa różne światy. Pocieszam się, że docelowo to będzie łazienka moich dziewczyn, dla siebie zrobię wiosną łazienkę przy sypialni piętro niżej i obiecuję sobie uroczyście, że zamówię płytki takie, jakie będą dla mnie idealne. Bez wyrzeczeń i kompromisów. Absolutnie vintage.

Wczorajszy wieczór spędziłam na whatsappie dyskutując z Antonio. Jak trudno jest ustalać sposób ułożenia piastrelle przez telefon, ech! Ale jednocześnie ile radości, że gdy będę w Kalabrii za dwa tygodnie, będę mieć już nową łazienkę!

Jeszcze tyle przede mną, ale jak już wiele za mną! Szukam starego stołu, wygodnych krzeseł, lustra do łazienki w srebrnych ramach, kinkietów, starych lamp, mnóstwa potrzebnych mi rzeczy, to tworzenie domu od początku, ale z koniecznym wrażeniem, że tak właśnie było od lat. Mam niepowtarzalną szansę na posiadanie tylko potrzebnych przedmiotów, bez przydasiów, bez trudnych do wyeksmitowania wiecznych lokatorów szuflad i szafek, ciekawa jestem tego nowego porządku. I nie mam złudzeń, haha.

A. dziś w nocy wróciła do Krakowa i oficjalnie ustawiłyśmy nowy poziom nieszczęśliwości-konieczność powrotu z naszego miasteczka. Tam naprawdę można się odciąć, poczuć wolność, wiatr zmian, mieć czas dla siebie i mieć pod dostatkiem pysznej, pełnej polifenoli oliwy od kuzynki Riny-Meliny. Zaledwie 10 euro za litr, macie pojęcie?

Rina zabezpiecza mnie z każdej strony- od jej kuzynki mam oliwę, od kuzyna farmaceuty mam leki, od sąsiada piekarza-chleb, od brata karczochy, pomidory i przez całą wiosnę wiadra pomarańczy, do koleżanki Rosity chodzimy na pizzę. Włosi żyją relacjami i w relacjach, uwielbiam to, bo nie musząc w nie wchodzić głębiej, omijają mnie wszelkie konflikty i afery, żyję radością, naiwnością dziecka, jestem chłonną gąbką na wszystkie kalabryjskie przygody.

Li


Castrato

29 czerwca, 2026

Mąż mojej A. mimo wielkich wysiłków okupionych godzinami na Duolingo nie opanował jeszcze włoskiego w stopniu umożliwiającym swobodne porozumiewanie się, został więc królem translatora i aplikacji deepL.

M. jest człowiekiem, który potrafi wszystko zrobić i wszystko naprawić, jest więc stałym bywalcem miejscowych sklepów budowlanych. Jaskiń męskości.

Cierpi tam jednak okrutnie, za każdym razem godzony w swoje męskie ego, bo z jakiegoś nierozwiązanego do tej pory powodu translator w jego telefonie zamiast ciepłego męskiego głosu mówi głosem prawdziwego kastrata- cieniutko, wysoko i szybko. Gdy M. odpala aplikację, to nikt nie jest w stanie zachować powagi, brzmi to absolutnie komicznie, a kontrast pomiędzy jego posturą a cienkim szczebiocikiem jest obezwładniający. Nic nie daje odinstalowanie aplikacji, grzebanie w ustawieniach, tęgie informatyczne głowy próbowały rozwiązać ten problem. M. cierpi, ale jednocześnie budzi w sprzedawcach uczucia opiekuńcze.

Namawiam go, by to zostawił, bo zawsze, ale to zawsze castrato poprawia nam humor, nie da się słuchać obojętnie.

Jednak nie polecę do Kalabrii w środę, upał zwyciężył. Kupiłam kolejny bilet za dwa tygodnie, będzie już wtedy zrobiona łazienka, będę mogła spać w swoim domu! Nie mogę się tego doczekać.

Chcecie zobaczyć meble, które dostałam od Elli- mogę je pokazać, ale na razie stoją jak stoją. Rozebrane.

Moim osobistym nieszczęściem jest ta podłoga, którą widac na zdjęciach. Bardzo mi się NIE podoba, ale jest porządna i ładnie położona. Musiałam zamknąć oczy i pomyśleć rozsądnie (a jak wiadomo u mnie to rzadko się zdarza jeżeli chodzi o wnętrza, bo wewnętrzny kompas stanowczo kieruje mnie zawsze w stronę ładności). Nie było sensu jej zmieniać, tym bardziej że jest na jakichś 90 metrach kwadratowych. Zmieniłam tylko podłogę w kuchni i na tarasach. Tylko lub aż. Jak będzie zafugowana, to ją pokażę.

Dziś wielki dzień, pierwsze piastrelle w łazience. Nie są szczytem moich marzeń, ale są rozsądnie ładne. Musiałam trzymać się w ryzach, bo to ma byc przytulny, kochany wiejski dom, a nie pałac w Toskanii. Niestety:D

Li


Dokąd idzie

28 czerwca, 2026

życie? Tam gdzie ty, dopóki idziesz. Oczywiście Lec. Jego „Myśli nieuczesane” od lat leżą przy moim łóżku i naprawdę czasem ratują mój dzień. Otwieram na chybił trafił i w chwilach zwątpienia, stresu czy lęku dostaję otrzeźwiający cios prosto w serce, a raczej w rozum. Tak, wiem, jest mi trochę łatwiej niż przeciętnej Polce- mam dobry zawód, zabezpieczenie finansowe i wolność w szerokim tego słowa znaczeniu. Ale jednak dobrze pamiętam miesiące depresji i braku chęci do życia (i to wszystko przez tęsknotę za Nemo, teraz mogę się z tego tylko śmiać), braku chęci do czegokolwiek do tego stopnia, że dopuściłam do odcięcia nam prądu i to nieletnia Karolcia ze swoich mizernych wówczas oszczędności pokryła dług. Pamiętamy to wszystkie do dziś. Duża lekcja pokory.

Najbardziej wyczerpywało mnie udawanie, że jest ok.

Teraz mogę być sobą tak bardzo, jak tylko sobą jestem. Moje dziewczyny są cudownymi, wspaniałymi kobietami i stoją za mną murem. Cokolwiek nie zrobię, to dają mi wolną rękę. Składają mi życzenia na Dzień Matki, ale i na Dzień Ojca. Bo byłam dla nich mamotatą.

Dlatego teraz nadszedł czas dla mnie, na realizowanie moich marzeń, na nieoglądanie się na nikogo. Jestem pierwsza dla siebie w najlepszym tego słowa znaczeniu. Nie dam nikomu ograniczyć swojej wolności wyboru, radości życia i poglądów.

Wczoraj spotkałam się z przyjaciółką mojej Mamy. Janka, lat 84, emerytowana prokurator, z niesamowitą chęcią i ciekawością życia. Jest skorpionem, tak jak ja. Nadajemy na tych samych falach. Mocno mi kibicuje, obiecałam, że zabiorę ją do Kalabrii.

Na razie w środę zabieram tam siebie. Wczoraj dzwoniła do mnie A., która z mężem jest w naszym miasteczku od tygodnia i ciągle trwa w zachwycie nad naszym świetnym życiowym pomysłem na dołożenie sobie wydatków.

Tak, chwilo trwaj! Od jutra u mnie ragazzi kładą pierwsze płytki w łazience. Proste, szałwiowo-szare, mało włoskie, ale za to w cenie poniżej 25 euro na metr kwadratowy. Takie miałam założenie w moim budżecie i mocno się go trzymałam, by móc poszaleć z płytkami na ścianie w kuchni (szalone 29 euro za metr).

I jak tu się nie cieszyć?

Li


Zawodzę

27 czerwca, 2026

na całej linii z tym moim pisaniem, a przecież sono piena, jestem pełna!!! Pełna opowieści, żarcików, śmiesznych sytuacji, nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności, czasem myślę, że śnię, że to nie jest możliwe, że moje marzenie to moja imaginacja, trwam w bezustannym zachwycie, coraz lepiej mówię po włosku, wchodzę w moje miasteczko tak gładko jak tiramisu w barze Charleston w Marinie wchodzi w moje usta. A jaka tam jest kawa! Latam do Kalabrii mniej więcej co dwa-trzy tygodnie, niby pilnować remontu, ale tak naprawdę, by po prostu tam być. Chłonę, chłonę i zwyczajnie się cieszę. Poznaję coraz więcej ludzi. Wrastam.

Nie pisałam jeszcze o Rinie, mojej włoskiej przyjaciółce. Myślę, że tak mogę ją nazwać, bo jej poziom życzliwości dla mnie i odczuwalnej miłości jest grubo powyżej skali przyjaźni. To od Riny kupiłam mój drugi dom, jest moją bezpośrednią sąsiadką. Jest to sąsiedztwo niezwykle życzliwe i niezwykle… trudno znaleźć dobre słowo… ciekawskie? Rina musi wiedzieć wszystko, więc ćwiczę na niej swój włoski, a ona cierpliwie mnie poprawia. Ale również i dzięki mnie i moim przyjaciołom, życie Riny zmieniło się diametralnie- ze spokojnej i nieco samotnej egzystencji(nie wyszła za mąż, nie ma dzieci) wpadła w wir wydarzeń, nowych znajomości, pilnowania muratori, częstych wyjazdów, przywożonego specjalnie dla niej białego sera, makowca i maseczek Bielendy, których stała się wielką admiratorką. W dodatku jej znaczenie w miasteczku poszło zauważalnie w górę, bo tylko ona wydziela plotki na temat swojej polacca. Ma to wszystko dobre strony -kilka dni temu karmiłam koty i odłożyłam na bok swój wielki (1,2 litra:) stalowy kubek z herbatką miętową (tylko to mnie chłodzi w te upały). Włosi są naprawdę zdziwieni poziomem mojego herbatkowania, a ja wprowadzam nowe zwyczaje przywożąc Rinie najlepsze herbatki Herbapolu. Potem pojechałam na plażę i kubek zostawiłam na murku. Ktoś wiedział, że w tej sprawie trzeba zadzwonić do Riny i jej to powiedzieć, więc zanim zorientowałam się, że nie mam kubka i do niej napisałam, dostałam wiadomość, że kubek już ma. Czy to nie jest piękne?

Stan robót remontowych jest taki: instalacja elektryczna jest wymieniona na nową i została znacznie rozbudowana, wszystkie rury wodno-kanalizacyjne są wymienione, wszystkie dziury zamurowane, podłogi na tarasach i w kuchni położone (innych nie zmieniam), od poniedziałku zaczyna się tworzenie nowej łazienki, czekam niecierpliwie na płytki na ścianę w kuchni, są piękne! Mam tylko zdjęcie ze strony katalogu, ecco:

Podłoga jest bardzo spokojna, chciałam by to płytki wyszły na pierwszy plan.

W ubiegły weekend poleciała ze mną Gusia ze swoim chłopakiem. To był jej pierwszy raz od lutego, wtedy nie złapała bakcyla, była nawet trochę przerażona, a teraz się zakochała, Kalabria nią zawładnęła, nasze miasteczko pokazało swoje najlepsze strony z wakacyjną restauracją, kolorami i atmosferą. Woda w Morzu Jońskim była tak ciepła, że nie chciało się z niej wychodzić. Plaże były puste, słychać było tylko fale, „inwestujemy” w sprzęt plażowy, w cudowne wygodne leżaki, namiocik, parasol i buty do wody.

I co innego mogę powiedzieć? Jest mi ciężko w Krakowie, lekko w Kalabrii, średnia wychodzi taka sobie. Ale warto wspinać się na wyżyny szczęścia, nawet jak potem z hukiem leci się w dół. Zaciskam więc zęby, a potem kupuję kolejny bilet do szczęścia, tanie linie to moi przyjaciele. Od stycznia nie poleciałam za więcej niż 470 zł, a poza sezonem i za 200 zł.

Li


Wpadłam na pomysł

1 czerwca, 2026

którego sama się boję: mam zamiar wypożyczyć auto dostawcze, zapakować je pod dach i pojechać nim do Kalabrii. To będzie lepszy pomysł niż jazda moim autem. Chyba?

Weekend minął mi za szybko. I na czynnościach, na które szkoda życia, ale trzeba je robić, bo inaczej życie robi się nieznośne. Taka życiowa pętla, na biegu po której mija życie. Trzeba więc robić wszystko, by doczepić do niej małe pętelki, takie szydełkowe oczka, które spowolnią bieg na głównej bieżni, ubogacą, ukolorowią, dadzą oddech, skierują oczy w dal. Tak chcę żyć, wędrować przez swoje pętelki, spacerem, bez zadyszki, z refleksją. Chcę mieć czas, by się napatrzeć.

Li


Do moich

29 Maj, 2026

zajętości dołożyłam sobie największą- remont w moim kalabryjskim domku. Tak- domku, domeczku, tylko tak o nim myślę i zawsze z największą czułością.

Wielka demolka i prucie wnętrzności zaczęło się w poniedziałek, 25 maja 2026 roku. Chcę zapamiętać tę datę. Stałam w pyle i hałasie i byłam szczęśliwa. Remont zrobił się poważny i bez pardonu, powiadam Wam. U mnie nie ma półśrodków, wymieniam całą instalację elektryczną, pamiętającą lata siedemdziesiąte, dorabiam gniazdka, włączniki, kinkiety, wymieniam wszystkie rury, zmieniam ich położenie, oszalałam, ale w tym szaleństwie jest obietnica przyszłego spokoju.

Domek cierpi i krwawi z rozprutych kamiennych ścian. Instytucja bruzdownicy nie jest moim majstrom znana, zresztą zobaczcie sami. Antonio twierdzi, że będzie pięknie, a ja mu wierzę, bo przecież nie może być inaczej.

Czy pisałam już o tym, że moja miejscowa koleżanka Elia podarowała mi meble, które miały skończyć na wysypisku śmieci? Zostały już do mnie przewiezione, złożone i cieszą oko. Muszę odjąć im ciężkości, bo są godne, bardzo godne, haha, ale na tym skupię się później. Wybór gałek meblowych i wsporników do półek jest jeszcze przede mną.

Wróciłam z Kalabrii w nocy z poniedziałku na wtorek. Tak bardzo chciałabym tam być! I PILNOWAĆ!

Siedzę w Krakowie jak na szpilkach, rzucam się na te strzępy informacji, jakie ragazzi raczą mi przesyłać. Miałam lecieć do Włoch dopiero po połowie miesiąca, z Gusią i jej ragazzo, ale nie wytrzymałam i wpadnę tam na dwa dni w przyszłym tygodniu. Namówiłam na ten krótki wyjazd moją Karolcię, która z kolei wpada na dwa dni do Krakowa, naprawdę szaleństwo z tymi lotami. Ale muszę wiedzieć co się dzieje. Jestem kobietą, a to w Kalabrii z definicji stawia mnie niżej, z czym oczywiście walczę, ale wiecie jak jest. Pietro-elektryk był bardzo zdziwiony gdy zażądałam, by kable w ścianie szły pod kątem prostym. Po pierwsze skąd to wiem, a po drugie jak śmiem zwracać mu uwagę. Ragazzi są w szoku, że mam pojęcie o sprawach budowlanych, ale kto pamięta opisywaną przeze mnie budowę mojego domu pod gwiazdami, ten wie:) Nie daję się zbyć, wiem o co zapytać, dla nich to po prostu szok. Lansuję tu tezę, że Polki znają się na wszystkim, bo mężczyźni w Polsce, to…:)

Później wstawię zdjęcia mebli od Elli. Mam potężną sześciodrzwiową szafę, wielkie łóżko, nakastliki, komodę z lustrem, kilka lamp, kochana Elia umeblowała mi zupełnie jedną sypialnię. Ach i dostałam jeszcze kredens. Będzie idealny do kuchni, choć na razie nie wyobrażam sobie jak go tam przetransportuję. Kuchnia jest na drugim piętrze… a on jest potężny i swoje waży. Ale za to włożę do niego całą zastawę. Jak już ją będę mieć. Na razie kupiłam śliczne miseczki, ot tak, by się pocieszyć, że już coś mam.

Jak wszystko mi się uda, to domek będzie cudownie przytulny i śliczny. A przecież wszystko mi się uda, bo dlaczego miałoby się nie udać? Prowadzenie remontu 2400 km stąd obecnie wydaje mi się absolutnie normalną sprawą. A jeszcze rok temu nawet o tym nie myślałam. Kocham życie za wieczne niespodzianki!

Li


Obrazy dla

19 Maj, 2026

których warto jechać autem trzy dni przez całe Włochy wyglądają tak:

Dam je do oprawy, to są duże formaty, już je wizualizuję na moich ścianach, ale się cieszę!

Li


Gdybym miała wymienić swoje zalety

18 Maj, 2026

to bez wahania wymieniam aż trzy. Ale gdybym miała wymienić swoje wady, to ta lista nie ma końca. Jedne wady są nieszkodliwe, ot takie malutkie wadki, wadziki, ale jedna jest ogromna, wszechpotężna. To niecierpliwość. W zderzeniu ze znienawidzonym „domani” podnosi mi ciśnienie i budzi mordercze instynkty. Remont miał zacząć się w ubiegły poniedziałek. Skończyć miał się za trzy tygodnie. Jeszcze się nie zaczął, więc nie wiadomo kiedy się skończy. Bo dopóki Antonio nie zrobi podłóg i nie przeniesie w kuchni podłączenia wody, Agazio nie może montować mebli, których (nie mam żadnych złudzeń) nie zaczął pewnie nawet robić. Moje coraz bardziej niecierpliwe smsy ragazzi kwitują jednym słowem: tranquilla.

(Stworzę słownik włoskich wymówek i będzie to bestseller).

A przy tym te dranie mają tyle uroku i piszą do mnie w taki sposób, że mięknę jak masło, wkraczam na niebezpieczną ścieżkę wyrozumiałości… o nie!

W środę znowu będę pod kalabryjskim niebem. Samolot z Krakowa mam przed 11, ląduję ok 12.20, idę do wypożyczalni po auto, pilnując się, by tym razem nie zostawić tam wszystkich dokumentów, jadę półtorej godziny gapiąc się zawsze z zachwytem, przyjeżdżam do miasteczka, zahaczając po drodze o zakupy ( jestem fanką „Conada”) i wiecie co? Jestem tam taka szczęśliwa, wyluzowana, wskakuję w crocsy, gadam z Riną, słucham ploteczek, wyskakuję na spacer nad morzem, a niech będzie to DOMANI, kiedyś w końcu wyremontują mi ten dom, obiecali, sono italiani, italiani veri.

A w sobotę wrócę na lotnisko w Lamezii po moją przyjaciółkę, będzie świeżo po pogrzebie męża, trzeba położyć na niej kalabryjski plaster, otoczyć opieką, położyć na ciepłym piasku, zabrać na pizzę do „Borgorosso”… Namalowała mi sześć tak pięknych obrazów z kalabryjskimi widokami, że dla nich jedną podróż odbędę autem. Będę z nimi jechać trzy dni, ale one muszą wisieć w moim włoskim domu, w żadnym innym nie będą wyglądać tak na swoim miejscu, tak pięknie! Mam dwie chętne na taką podróż, różnie może być, ale wesoło będzie na pewno.

Perspektywy na przygody więc są, nie planuję niczego dalej niż do lipca.

Li


Chciałam tylko

14 Maj, 2026

nadmienić, że moje ogrodowe drzewo oliwne ma się bardzo dobrze, przeżyło kolejną zimę.

Niesamowite jest to, co wtedy pisałam: „Gdy roję sobie marzenia o domu na południu Europy, to ….”

Moja oliwka trwa:

To stan sprzed chwili. Zadomowiła się. A ja szukam ziemi z gajem oliwnym, bo jak realizować marzenia, to do końca.

Chcę mieć swoją własną oliwę, nazwę ją „I sogni di Moni”. Marzenia Moni.

Li


Moje życie

14 Maj, 2026

i tak od wielu lat przecież ciekawe/ciężkie/niespodziewanie fascynujące/czasem za dużo rutyny/czasem przykrości/zawsze ratunek w poczuciu humoru/ pełne niespodzianek/zasadzek/złego ludzkiego dużo/ale mnóstwo dobrego, po spontanicznej decyzji o kupnie włoskiego domu wystrzeliło niesamowicie. Poziom radości, fascynacji, ciekawości, tęsknoty za la casa mia jest poza skalą.

W Kalabrii śpię. Całą noc. Nie budzę się. Nie mam kołatania serca ze stresu. Zasypiam wcześnie, przesypiam 8 godzin i budzę się bez budzika, wypoczęta i pogodna. Dla tego samego warto było, bo krakowskie noce są dla mnie koszmarem.

Drugi (niedługo będzie pierwszym domem, ale dopóki dysponuję jeszcze kluczami do pierwszego domu i są tam na czas remontu drugiego domu moje rzeczy, tak jest nazywany) jest dla mnie wzorcowym domem wakacyjnym. Wchodzi się do niego tymi pięknymi drzwiami i od razu jest klimacik wakacji. Na pewno pokażę Wam zdjęcia przed i po, ale jeszcze nie teraz. Dom jest typowym domem kalabryjskim, wciśniętym pomiędzy dwie inne kamieniczki i prostopadle do nich ustawiony. Kuchnia w nim jest na samej górze.

Co ma drugi dom czego nie miał pierwszy dom?

Po pierwsze: ciszę. Mimo, że jest oddalony od pierwszego tylko o 40 metrów, to jego usytuowanie wyeliminowalo hałas z głównej ulicy miasteczka i znacznie przytłumiło często bijący w tym ultra katolickim miejscu kościelny dzwon. W pierwszym domu dzwonnica jest na poziomie okien sypialni. I kiedy bije dzwon, to nie słyszę własnych myśli.

Po drugie: trzy sypialnie. Po jednej dla każdej z nas i to jest wielki plus.

Wchodzi się po do niego schodkach, przechodzi przez te piękne drzwi. Na pierwszym poziomie jest ogromny chłodny hol, pomieszczenie gospodarcze z pralką i duża sypialnia.

Na drugim poziomie są dwie sypialnie i łazienka.

Na trzecim poziomie jest duża kuchnia, podzielona na dwie części, więc w jednej będzie po prostu pokój dzienny, jest toaleta i są dwa wyjścia na taras. Z tarasu widok mam zachwycający i kojący, widzę morze, góry i pół miasteczka.

W nocy wiszą nade mną gwiazdy, Księżyc i widzę latające sowy. A jaka jest cisza!

Drugi dom nie ma takich pięknych podłog jak pierwszy dom, nie ma tej nutki elegancji, ale uznaję to za zaletę, bo mam zamiar zrobić z niego wygodny, przytulny wiejski dom, bez zadęcia i konieczności dopasowywania się do podłóg. Zmieniam całą łazienkę, podłogę w kuchni i na tarasach (w sumie mam trzy tarasy). Stolarz Agazio ( tu co drugi mężczyzna to Agazio, taka miejscowa tradycja) robi mi meble do kuchni, a co do innych mebli, to jak zwykle miałam szczęście- moja włoska koleżanka likwidowała dom i podarowała mi piękne meble, które miały wylądować na wysypisku. Byłam w szoku, bo to potężne, porządne drewniane meble. Mam więc sześciodrzwiową szafę, całą sypialnię- łóżko, nakastliki, komodę i lustro, lampy i mnóstwo innych rzeczy. Na pewno z pierwszego domu zabieram sypialnię, bo ją uwielbiam i stół z salonu, który będzie idealny do kuchni. Oraz oczywiście te cudne obrazki tak lekceważąco zostawione przez poprzednich właścicieli.

Drugi dom nie jest taki okazały jak pierwszy dom, ale jest przytulniejszy i bardzo mój. Był też tańszy, bo kupiłam go bez pośrednika, bezpośrednio od właścicielki. Uprzedzając pytania- kosztował dwadzieścia tysięcy euro. Uwierzycie? 120 metrowy dom! Ma wszystko czego potrzebuję, a po stoczonych ciężkich bojach ma też już internet, ale to będzie kolejna opowieść. Zrobię z niego dla naszej rodziny cudowne, kochane miejsce, gdzie każda z nas będzie przyjeżdżać jak do domu, tylko z torebką, bo będą tu nasze rzeczy, ciuchy i kosmetyki. Dziewczyny są zachwycone, ich chłopaki też, zagonię towarzystwo do malowania balustrad na tarasach i wieszania obrazów, bo dostałam takie cuda, że hej! Ale o tym też będzie później, wiele się wydarzyło w ciągu ostatniego miesiąca, muszę to opisać, by nie zapomnieć.

Jakiś czas temu poznałam w Krakowie parę Litwinów, muzyków z Wilna. Jak myślicie, jakie było prawdopodobieństwo, że wpadnę na nich w moim miasteczku, pod moim domem?

Kupili dwa domy, niedaleko mnie.

Życie cudem jest.

Li


Nie pisałam,

13 Maj, 2026

bo byłam tak pełna wszystkiego, że pierwszy raz nie byłam w stanie przelać tego na papier, tylko się zakorkowałam. Serio, byłam zakorkowana. I tylko dopychałam nowe informacje, fakty, pomysły, a potem wszystko skamieniało i musiałam sięgnąć po młot pneumatyczny, by to rozwalić i nareszcie napisać co się działo. Dla Was i ku własnej pamięci.

Nadrabiam więc, gnąc się w przeprosinach na wszystkie strony, bo rzeczywiście- rozpieściłam i porzuciłam. Ale myślałam, ciągle myślałam, że muszę coś napisać, jednak nie byłam w stanie zebrać myśli. Praca, Mama, loty tam i z powrotem, lekcje włoskiego, kilkadziesiąt smsów dziennie od Antonio, od Agazio, od Riny, od Elli, ustalanie na odległość, walka z „piano, piano” i odwiecznym „domani”, planowanie, szukanie, kupowanie, oddawanie, zmiany koncepcji… ech… jak ja to wytrzymałam? Wczoraj nareszcie zaczął się remont, ale o tym później!

Ad rem: od czasu ostatniej notki o urodzinach Gusi byłam we Włoszech dwa razy, za tydzień lecę trzeci raz.

Sprzedałam pierwszy dom, poszedł w cudowne ręce, nie mogłam wymarzyć sobie dla niego lepszej właścicielki. Mam do niego emocjonalny stosunek, kocham te podłogi, widok z okna, odrapaną Madonnę… a nade wszystko kocham go za to, że był iskrą, dzięki której mam swój wymarzony drugi dom i zaczęłam moją wspaniałą włoską przygodę, moje marzenie jest faktem, moje fantazjowanie o domu na południu Europy niespodziewanie dla mnie samej stało się rzeczywistością, a ja jestem bardziej włoska niż przeciętna Włoszka.

A do tego moja Karolcia zaręczyła się z Luke na klifach Kornwalii:) I jak to u nas bywa(genu nie wydłubiesz) zrobiła się z tego niezła komedia.

cdn nastapi, jeszcze dziś!

Li


Moja Młodsza

13 kwietnia, 2026

ma dziś urodziny. Agnieszka-Gusia kończy 27 lat.

Jestem z niej bardzo dumna, tak jak dumna jestem z Karoliny. Udało mi się mimo samotnego/samodzielnego rodzicielstwa wychować dwie wspaniałe kobiety, mądre, dobre, wrażliwe i wewnętrznie piękne. (Piękne są też na zewnątrz, ale o tym nie wypada mi pisać).

Wszystkiego najlepszego Mój Skarbie! Czekałyśmy na przegraną Orbana i w Twoje urodziny tak się stało!

Możesz zmieniać świat! Zmieniaj świat!

Mama


No i tak działa

8 kwietnia, 2026

ten świat. Apokalipsa odwołana, a na mnie spadła cudowna niespodzianka- bilet na dzisiejszy koncert w Tauron-Arenie.

Będę śpiewać do utraty tchu, bo to EROS RAMAZZOTTI! Uczę się włoskiego z jego piosenek, połowę słów już znam. I choć to nie moje muzyczne klimaty, to tak kocham melodię tego języka, że jestem szczęśliwa, bardzo się cieszę!

Do tego potrzebuję poszaleć, och poszaleć!

Li


Rozmawiałam dziś

7 kwietnia, 2026

z Gusią o moich niepokojach, zresztą obie boimy się dzisiejszej nocy, tego co zrobi niezrównoważony psychicznie, zdemenciały, narcystyczny Trump i jego jeszcze głupsi akolici. Te lęki podsycane przez bagno informacyjne wykańczają nas, jadą po naszych emocjach, wrażliwości i potęgują coraz większe rozczarowanie wpajaną w nas wiarą we wspaniałość USA, niezłomność, honor i „stanie na straży pokoju na świecie”. Do cholery jasnej, nie mogę się z tym wszystkim pogodzić. Nieistotne jest nawet to, ile na tej kolejnej wojnie traci taki ludzki pył jak ja, ile teraz warte są moje aktywa, ile kosztuje mnie paliwo, ile lotów zostanie mi odwołanych, bo i tak jestem w komfortowej (jeszcze) sytuacji, że nie spadają na mnie bomby i rakiety. Nie mogę pojąć jak po doświadczeniach wojen XX wieku, można wywoływać kolejne. Bo można?

Tak bardzo tęsknię za moim miasteczkiem, tam naprawdę czas płynie inaczej, nie sięgam tam do internetu, nie szukam informacji. Tylko chłonę spokój, ciszę, atmosferę, idę przed siebie, wracam do siebie, będę tam za osiem dni, trzymam się kurczowo tej myśli, szkoda że żadna z moich dziewczyn nie może polecieć razem ze mną, ale cieszy mnie, że one też tego żałują i też tęsknią! Moja krew! Może i zdolności organizacyjno-punktualne odziedziczyły po ojcu, ale miłość do świata i kochanie swoich małych światków na pewno mają po mnie.

Dostałam aż pięć smsów z włoskimi życzeniami świątecznymi! Aż pięć osób w moim miasteczku o mnie pomyślało i napisało mi personalne życzenia. To jest takie miłe i ciepłe, zdobyć życzliwość pięciu osób przez trzy miesiące to dobra prognoza na moje dalsze zapuszczanie włoskich korzeni.

Przestało lać. Codziennie dostaję zdjęcia błękitnego nieba. Kalabrio, niedługo przybywam, nie zawiedź mnie, potrzebuję ukojenia i przytulenia. Najmocniej jak się da!

I żeby było i sacrum i profanum, to Was zapytam: czy ktokolwiek wie, czy w bagażu podręcznym przewiozę coś co nazywa się wyłącznik zasilania ujemnego w samochodzie, czy jakoś tak, dla kolegi pytam:)

Wygląda tak. Przepuszczą mnie z tym?

Li


Ale mam dysonans

5 kwietnia, 2026

pomiędzy przekonaniem(siebie), a rzeczywistością.

Bo nie chcąc ulegać świątecznym szaleństwom nie tknęłam okien, są brudne po zimie, a krakowska zima potrafi brudzić okna, kto wie, ten wie. I dziś, gdy pierwsze od wielu miesięcy promienie słońca zaświeciły mi w szyby, to byłam zła. Zła! Na siebie zła! Drażni mnie ten brud. Czuję, że oszukałam wiosnę. Kupiłam w sobotę trzy wielkie bukiety tulipanów, postawiłam na parapetach i zbrukałam je brudnymi szybami. Poczułam, że porządek nie jest świąteczny. A jednak! A jednak mam to w genach, wdrukowane, wbite przez lata, że na święta dom musi być wysprzątany, z umytymi oknami, z wypranymi zasłonami, nie ma co się oszukiwać. Zresztą daleko szukać… Gusia miała upiec jedno ciasto, zrobiła niestety przepyszne cztery. Bo są święta. Świątecznie więc zjadłam tyle cukru, że moje wszelkie postanowienia z rozpaczy rzuciły się z trzustki w otchłań trzewi, jestem śpiąca i do niczego. Dobrze, że jutro jest jeszcze jeden wolny dzień, postaram się go już nie zmarnować. A teraz korzystając z ciemności, zabieram się za mycie okien w salonie, zabierze mi to jakieś piętnaście minut, ale da jutro gwarancję zadowolenia z samej siebie. To tyle w temacie lekceważenia konwenansów, nie ulegania świątecznej histerii i celebrowania życia w jego duchowych rejestrach.

Ale świąteczny stół był. Najpierw były puzzle, a potem śniadanie. Jak są w domu dwie wegetarianki, to śniadanie jest głównie warzywne. A na pierwszym planie pascha Gusi, przepyszna, niestety!

A jak u Was? Błogo? Miło? Spokojnie?

Li


Po dwudziestu latach

3 kwietnia, 2026

zmieniłam tło nagłówka. Drażniła mnie ta butelka wina. Jestem bowiem zajadłym wrogiem alkoholu. Komplikuje mi to życie towarzyskie, bo nie jestem w stanie akceptować pijanych osobników w mojej obecności i daję temu wyraz, w związku z czym zaczęłam uchodzić za wariatkę, ale dobrze mi z tym. Jestem absolutnie przerażona ilością otaczających mnie alkoholików. Widzę codziennie niszczone związki, dzieci, całe rodziny, bo ktoś przepija swoje życie. Oglądam koleżanki maskujące opuchliznę i papierową cerę. Pytam, dlaczego piją? Każdy odpowiada, że lubi, że się luzuje. Że pije dobre wina, nie pije syfu, że pije tylko w weekendy, że robi sobie Dry January i wtedy wytrzymuje bez alko, czyli nie jest uzależniony. Nikt mi nie odpowie, że już musi pić, bo bez alkoholu nie jest w stanie żyć. A przecież dla organizmu nie ma znaczenia, czy wlewa się w niego wódkę, czy wino, etanol to etanol. Mąż mojej bliskiej przyjaciółki umiera na raka, jest najlepszym dowodem na to, że nie da się bezkarnie pić i palić, że prędzej czy później organizm złoży broń. Tak, znam opowieści o długowiecznych alkoholikach, wyjątek tworzy regułę, osobiście takich znam, wegetują pomiędzy jedną butelką a drugą, tworząc pozory, bo nikt tak jak inteligentny alkoholik nie potrafi kreować rzeczywistości i tworzyć pozorów. Ale co to za życie?

W Kalabrii mam problem, bo jestem ciągle zapraszana na obiady, na kolacje, zawsze jest podane wino, moczę w nim usta, bo jeszcze nie potrafię powiedzieć po włosku, jakie są moje przekonania, a Achillus powiedział, że mnie koniecznych do tego słówek nie nauczy, bo nie przetrwam tam bez wina. Nauczę się sama.

I dość mam odpowiadania na pytanie, czy mam problem z alkoholem. Nie mam problemu, bo nie piję, problem ma ten kto pije i mnie o to pyta. Słucham podcastów z Robertem Rutkowskim, jest cholernie radykalny, ale ja się z nim zgadzam. Mój radykalizm rośnie z wiekiem, bo chcę być długo sprawna i zdrowa. Nigdy nie byłam w stanie wypić dużo, byłam tania w utrzymaniu, padałam po dwóch lampkach wina, miałam w dodatku słowotok, co w przypadku tak dużo gadającej osoby jak ja, musiało być nieznośne dla otoczenia. Teraz już nie jestem w stanie wypić kilku łyków, czuję się po nich pijana, zatruwam się, wizualizuję mój walczący z alko organizm, moje umierające komórki mózgowe, moje kochane ciało od środka i… nie piję.

Dlatego od długiego czasu drażniła mnie butelka w nagłówku bloga, teraz jest widok z mojego włoskiego tarasu.

Życzę Wam spokoju, miłego błogostanu, czasu dla siebie, nie popadania w świąteczne szaleństwo, spacerów, słońca, zapachu wiosny, zrobienia czegoś miłego dla siebie (maseczka na twarz i świat jest nasz!)

Li


Nazwijmy rzecz

2 kwietnia, 2026

po imieniu: jest obrzydliwa aura. Brakuje mi powietrza i słońca. Nad Krakowem chmury wiszą tak nisko, że smog ma konsystencję koncentratu pomidorowego. Trudno znaleźć jakieś pozytywy, choć usilnie szukam i nie tracę z pola widzenia okazji do śmiechu- polecam Wam profil na fb „Prosto na Sycylię”. Śmieję się w głos. Czytajcie od pierwszej notki! Za dwa tygodnie będę w Kalabrii i o ile nie pojawi się tam kolejny cyklon, powinnam złapać trochę słońca. Ciężki mam czas, ale się nie poddaję.

A co na to Lec? Wolę napis „Wstęp wzbroniony” aniżeli „Wyjścia nie ma”.

Dziś jeszcze muszę być maksymalnie oddana pracy, ale od jutra będę gotować jajka i chyba nic więcej nie zrobię. Przyleciała Karolina, rozsypiemy puzzle, a ja podgonię włoski, bo mam teraz lekcje dwa razy w tygodniu, a Achillus jest bezlitosny. Kocham ten język, czuję go, to tak jakbym miała dwa życia, do tego drugiego nie wpuszczę problemów pierwszego, stawiam mur, przez który się nie przebiją. Gdzieś w końcu muszę mieć swoją Arkadię, beztroskę i szczęście.

Dziękuję Wam za wszystkie komentarze, są takie ciepłe!

Co się stało z moimi wrogami? Gdzie oni są? Ani jednego wrednego komencika? Nic a nic?

A co na to Lec? I niepotrzebni są potrzebni.

:)

Li


To nie jest

31 marca, 2026

dobry czas, by pisać lekko o ciężkich sprawach. Muszę przeczekać.

Powtarzam jak mantrę wszystkie moje samoratunkowe teksty,

czekam na wiatr co rozgoni…

Ale poza tym wszystko w najlepszym nieporządku.

W Kalabrii kilka kilometrów od mojego miasteczka spadł śnieg.

Rzecz niesłychana.Ale czy na tym świecie coś jeszcze może zdziwić?

Każda granica zostaje przekroczona.

Li


W czasie deszczu

26 marca, 2026

się nie nudzę, tylko cieszę że pada. Było już bardzo sucho. Wizualizuję sobie korzenie drzew desperacko poszukujące wody, czy wiecie, że wbrew pozorom Polska ma najniższe zasoby wody w Europie? Niżej od nas stoi tylko Cypr, Malta i Czechy.

(A w Kalabrii nareszcie od wczoraj słońce, dom zaczyna mi schnąć!)

Ucieszyły mnie Wasze komentarze, odebrałam je bardzo osobiście. Niektóre nicki sprzed lat wbrew pozorom dobrze pamiętam (Megi Moher trudno zapomnieć:). Sama uświadomiłam sobie niedawno jaki kawał swojego życia opisałam, widzę też jak na przestrzeni tych lat złagodniałam i stałam się „bardziej wybaczająca”. Zamiast walczyć odpuszczam, ludzi też. Zrobiłam też porządek w relacjach, jakie to jest potrzebne dla własnego spokoju. Mam wokół siebie tych których naprawdę lubię, cenię, kocham, którym ufam i którzy mnie nie zawodzą. Potrzebuję ludzi, życie towarzyskie jest dla mnie bardzo ważne, ale odkąd zmieniłam istotnie swoje priorytety, bardziej stawiam na własne towarzystwo i jest mi z tym naprawdę dobrze. Najbardziej lubię być ze swoimi Dziewczynami, bo nikt mnie nie zna tak jak one i nikt tak jak one nie potrafi dać mi łeb, gdy zachodzi taka potrzeba, haha. Dorosły i w naszym układzie to one naprawdę są dorosłe. Pasuje mi to! Nareszcie czuję się jak dziecko, otoczone miłością, opieką i troską. To niesamowite uczucie, móc tak bardzo na kimś polegać, bo latach samotnego zmagania się z życiem z ulgą oddaję im stery, jestem tylko honorowym kapitanem. Wiadomo, że mnie potrzebują do wielu rzeczy, ale nie potrzebują do organizacji życia, bo same są świetnie zorganizowane, to zdecydowanie geny ich ojca, nie moje. A ja sobie płynę z nurtem życia, zahaczam o przyjemne zatoczki, potaplam się na płyciznach, bo wciąż słabo pływam, ciągle cieszę się z byle czego i tę umiejętność muszę szczególnie pielęgnować. Bo właśnie to znajdowanie radości, śmiech z byle czego, poczucie humoru i celebracja codzienności definiuje moje udane, ciekawe życie.

Dziękuję Wam, że do mnie napisaliście!

Li


Gdyby trzeba było

25 marca, 2026

podać jeden, najbardziej demolujący mnie skutek covidu, to byłaby pamięć o tym czasie sprzed 5 lat.

Zaczęło się od dreszczy w dniu 19 marca 2021 roku. Idąc z Gusią przez Planty, powiedziałam: Jakoś mi tak dziwnie zimno.

A mnie rzadko jest zimno.

Od tego czasu każdej wiosny czuję niepokój, jest to silniejsze ode mnie.

Dziękuję Ci Losie, dziękuję. Jestem wdzięczna, że przeżyłam. Jak ja się wtedy bałam o moje dziewczyny, ten strach był silniejszy od czegokolwiek innego. I pamiętam, zanim trafiłam do szpitala, jak wszystkie koty leżały przy mnie, na mnie, jak mruczały, jak próbowały mnie naprawić. Tamtej kociej gwardii już z nami nie ma, ale to mruczenie, to ciepło ich brzuszków pamiętam do dziś.

Li


Chciałabym

23 marca, 2026

tutaj trochę więcej interakcji, komentarzy, rozmowy, znaków, gestów, tak by mieć poczucie, że piszę nie tylko dla siebie, ale też dla Was- czytających mnie systematycznie. Widzę statystyki i nie rozumiem dlaczego się do mnie nie odzywacie. Przecież taki kontakt jest fajny, pod ukryciem nicka można pisać co w duszy gra, oby bez hejtu, ale krytyka nie jest przecież zabroniona. Możemy roztrząsać problemy i problemiki, jechać po Trumpie (nie wpuściliby mnie do USA), szukać wspólnie idealnej ultramaryny na ścianę w łazience i mieć poczucie wspólnoty, a biorąc moje osobiste doświadczenia, to mam dzięki blogowi parę naprawdę fajnych znajomości. A po co ja to wszystko piszę publicznie? Bo myślę, że zupełnie nieźle radzę sobie w życiu, mimo naprawdę złych przeżyć, ciężkich doświadczeń śmierci bliskich osób, porzucenia przez męża (o tym akurat ciężko pisać mi w kontekście nieszczęścia, bo finalnie jest to moje największe życiowe szczęście, ale poczucie tego przyszło z czasem), zdrady najbliższej przyjaciółki… i dałam sobie radę, może pomogę tym innej kobiecie. Bo życie cudem jest, świadomość tego towarzyszy mi każdego dnia. Piszcie, odzywajcie się! Zaraz zabieram się za włoski, mam do nauczenia się parę zwrotów z włoskiego italodisco, uwielbiam taką naukę, podśpiewuję sobie włoskie piosenki, czasem piąte przez dziesiąte, ale wiele zostaje w głowie, serio, serio! Achillus wie co robi, czy pisałam jak bardzo uwielbiam swojego nauczyciela włoskiego? Pisałam:)

Li


Gdy podam Wam powód mojego milczenia

22 marca, 2026

to … tak, jak zwykle u mnie-proza życia, nowy laptop, stary totalnie unicestwiony, a hasło zapomniane.

Odzyskałam je i ZAPISAŁAM! TAK, ZAPISAŁAM!!! W KALENDARZU!!! Jestem starzejącą się blogerką i nie ma co udawać, że jest inaczej, muszę zapisywać analogowo i PAMIĘTAĆ, gdzie zapisałam.

Cały mój poprzedni pobyt w Kalabrii naznaczony był dużym ładunkiem pecha i nadzwyczajnych wydarzeń, co zaczyna budzić u mnie poczucie, że spokoju to ja tu nie znajdę, o nie. Ale przynajmniej było nam wesoło, bo nie ma co wspominać, że było bardzo zimno, bardzo mokro, Sylwia złapała anginę, a nasze domu znowu przemokły? W domu A. od naporu wody zapadł się dach i przeciekły plastikowe okna. 15 kwietnia lecę tam sama na pięć dni i poświęcę się badaniom nad proporcją pecha do przyjemności.

***

Zgodnie z przewidywaniami znowu miałam przeszukany bagaż. Siemię lniane, kryształki pochłaniacza wilgoci, próbki farb, sernik, florentynki i inne rzeczy wzbudziły wielkie zainteresowanie służb. Tradycyjnie zbadano mnie też narkotestami, jest tak za każdym razem, a ja jestem tak bardzo niewinna…

***

Odebrałam auto z wypożyczalni, chciałam suva, dostałam suva, marki mi nie znanej- chińskiej. 15 km za lotniskiem auto zaczęło pikać. Pik był równomierny, częsty i cholernie drażniący. CHCIAŁAM ZAWRÓCIĆ, ale zostałam zakrzyczana, bo jedna koniecznie chciała do outletu Max Mary, a druga koniecznie chciała do domu. Zadzwoniłam więc do mojej najwyższej instancji w takich sytuacjach, czyli do Starszej, która w 5 minut ogarnęła mi dokładny tutorial o tym modelu auta z naciskiem na deskę rozdzielczą i jej instrukcję obsługi. W ten sposób klikając w kolejne przyciski dowiedziałam się, że to pika czujnik sygnalizujący zupełny brak powietrza w prawym przednim kole, co było o tyle dziwne, że nie czułam tego podczas jazdy. Zatrzymałam się, kopnęłam w koło, noga mi odskoczyła, było pełne i twarde. A dalej pikało. Cała zawartość naszego auta (sami fachowcy) postawiła diagnozę, że pewnie zepsuł się czujnik, ale jakoś dojedziemy i jakoś cudownie się naprawi. Nie naprawił się przez całe 120 km, przez które jechałam 70km/ha. Ze strachu, że jakby coś jednak miało być z tym kołem, to lepiej jechać wolniej.

W sobotę rano, uzbrojona przez Karolcię w adresy okolicznych mechaników (za to błogosławię internet. Ja w Kalabrii, Karolina w UK, a wszystko może mi znaleźć) zabrałam Sylwię w charakterze wabika i pikającym autem zjechałyśmy z naszej góry do Mariny, gdzie przeuroczy mechanik porzucił inną pracę (warto było zabrać Sylwię), odpalił kompresor i poinformował nas, że prawdopodobnie zepsuty jest czujnik, bo opony są w porządku. Postanowiłam wrócić na lotnisko w Lamezii, zrobić awanturę i zażądać innego auta. To pikanie doprowadzało mnie do szaleństwa, miałam ochotę odciąć sobie ucho. Pojechaliśmy wszyscy i było wesoło. Jeszcze weselej zrobiło się, gdy w międzyczasie dostałam smsa z wypożyczalni z informacją, że zostawiłam tam wczoraj dowód osobisty i prawo jazdy…, a wszystko przez to, że tak upajam się swoim włoskim, tak koncentruję na mówieniu, że nie myślę…. no, ale jakby nie patrzeć, to były już dwa powody, by tam wrócić.

Wpadłam jak bomba do wypożyczalni, głowa pękała mi od tego pikania. Miły ragazzo podszedł ze mną do auta, wykonał jeden szybki ruch i auto przestało pikać. Piszę to dla potomności i dzielę się tym, mimo że poziom kompromitacji sięgnął nieakceptowalnego dla mnie poziomu, haha- otóż to auto marki DR, czy jakoś tak, opcjonalnie było autem nie tylko na benzynę, ale i na gaz, o czym nie wiedziałam, bo nigdy w życiu nie jechałam autem na gaz. Pikał czujnik braku gazu, bo nie został przełączony napęd z gazu na beznzynę, auto pobierało benzynę, ale domagało się gazu. A wskazywanie na brak powietrza w kole? Nie ma problemu, komputer szaleje. Tutto bene. W każdym razie- sprawdzajcie co wypożyczacie. Przełącznik z gazu na benzynę jest pod kierownicą. Niezauważalny.

Z tego wszystkiego pojechaliśmy nad Morze Tyrreńskie, widać było Sycylię, zapowiadał się piękny weekend.

Pół godziny później niebo zrobiło się czarne, przez przednią szybą widziałam na 5 metrów, wpadliśmy w kolejny cyklon i tak było już do poniedziałku wieczorem. W outlecie Max Mary kupiłam sobie trzy pary ślicznych kolczyków, zaliczyliśmy kilka naprawdę dobrych restauracji, Rina zaprosiła nas na pyszny obiad, koty pod moim domem jadły jak szalone, a szczególnie jeden gruby kocur, wyglądający jak mój świętej pamięci Bobcio, w dodatku ciągle wpychał mi się do domu. Urodził(a) trzy kociaki 2 dni po moim wyjeździe, udało jej się wejść do domu Anastazji. Dostałam wiadomość o narodzinach, kociary są na całym świecie. Ze mną już źle- zostawiam dokumenty, nie rozpoznaję kotki w ciąży, ech…

Czy to był udany wyjazd? Towarzysko tak. Pogodowo nie. Ale podjęłam kilka decyzji co do przyszłości, co do moich domów, co do remontów, napiszę o tym innym razem, ale dużo dobrego się dzieje i to mnie cieszy. Na klamce znalazłam powieszoną torbę z cytrusami i to też mnie to ucieszyło, bo naprawdę staram się mieć z każdym dobre relacje. Kocham to miasteczko, jego senną atmosferę, pyszną kawę z cornetto w Marinie, pizzę za rogiem, każdy sklepik, każdą uliczkę, nawet ten cholerny deszcz, przynajmniej latem nie będzie tak strasznie sucho. Drugi dom kupuję w kwietniu, wybieram już farby do sypialni. Gusia chce błękity, Karolcia zielenie, a ja chcę kolor szałwiowy, wszystko będzie dobrze, bo nie może być inaczej. Najwidoczniej problemy są nieodłącznym towarzyszem mojej egzystencji, zawsze coś, zawsze ktoś, ale przynajmniej się dzieje. Czekam na wiatr co rozgoni te kalabryjskie chmury, bo już najwyższy czas uszczelniać dach, a póki tak leje, Antonio ma związane ręce.

W niedzielę byliśmy w takim ślicznym miasteczku- Stilo. Obok kościoła jest kawiarnia z pyszną kawą. Złapała nas tam burza z gradem, szybko uciekaliśmy, a dwa dni później na jedną z tych uliczek zsunęły się masy ziemi, uszkodziły kilka domów, kilka aut, to naprawdę są dla Kalabrii ciężkie dni próby, nigdy tam tak nie lało.

Li


Przypadek?

13 marca, 2026

Nie sądzę:) Bo co mam myśleć o tym, że będę w Kalabrii już piąty raz od października 2025 roku, gdy poleciałam pierwszy raz i po raz kolejny będzie kiepska pogoda. Pięknie było tylko za pierwszym razem, gdy Kalabria zwabiła mnie w swoje macki, omamiła ciepłem, słońcem, gorącym piaskiem, oślepiającym błękitem nieba, przepięknym turkusem wody, a gdy już zdecydowałam o kupnie domu, to się zaczęło- cyklon Harry i jego następstwa. Podobno wiosna tego roku jest niezwykle mokra, najstarsi Kalabryjczycy takiej nie pamiętają. Mam nadzieję, że nikt nie powiąże tego z moją obecnością. Pada i padać będzie, dom dalej będzie przemakać, a dopóki pada, to Antonio nie zacznie robót i koło się zamyka. Gusia twierdzi, że to wina moich nieprzemyślanych decyzji, bo kto kupuje dom po jednym wyjeździe, nie widząc go w środku, kto daje się omamić sole, mare, arte i przepysznej oliwie, no kto? No ja. Ale nie żałuję ani przez sekundę, jeszcze będzie tak pięknie, dom będzie taki cudny i przytulny, kolejny dom w drodze, jak zwykle postawię siebie przed trudnym wyborem, który dom ma być tym ostatecznym… Kocham już dwa! A że po drodze muszę pokonać wiele przeszkód, podjąć wiele decyzji i podjąć tę najważniejszą decyzję, że decyzje mają być ostateczne, to będzie najtrudniejsze. No nic, pakuję się i lecę. Kontrolę osobista mam gwarantowaną, bo w bagażu podręcznym mam pochłaniacz wilgoci w kryształkach, próbki farb na ścianę (szukam idealnej zieleni do kalabryjskiego światła), siemię lniane i ciasta.

A na ścianę do kuchni marzy mi się taki miks kolorów, zdjęcie jak zwykle wyjątkowej jakości.

Li


Dostałam pod poprzednim

12 marca, 2026

postem, taki komentarz:

„Dzień dobry Pani, od wielu lat zaglądam na Pani bloga, a tylko raz skomentowałam przekazując wyrazy współczucia po śmierci Osoby dla Pani bliskiej. Może to górnolotne co napiszę, ale to jak Pani pisze o życiu jest dla mnie bardzo ważne. Wnosi Pani w moje myślenie o tym szalonym świecie tak wiele dobrego, że choć raz chcę za to podziękować! Życzę również udanego wyjazdu! Bożena”

Wzruszyłam się, naprawdę się wzruszyłam. Mam mocne poczucie solidarności kobiecej, jestem kobietą i nie waham się tego używać. Nie chodzi mi o płytką (acz potrzebną) wartwę kobiecości-trzepot rzęsami i kołysanie biodrami. Chodzi o siłę, którą każda z nas ma w sobie, ten szczególny rodzaj siły, jakiej nie mają mężczyźni. Teraz, na dwa lata przed sześćdziesiątką (co????) mam poczucie swojej siły i życiowej sprawczości, ale dobrze pamiętam jak sponiewierana, nic nie warta i słaba czułam się po rozstaniu z Nemo (któremu za to, że mnie porzucił jestem dozgonnie wdzięczna. Jakie nudne, rutynowe i przewidywalne byłoby moje życie u jego boku!). Nie miałam wtedy świadomości, że zupełnie nieważne jest kto będzie obok mnie, nieważne co kto będzie mówił, nieważne ile będę mieć pieniędzy, najważniejsze było dotarcie do bijącego we mnie, pierwotnego źródła siły z silnym pierwiastkiem przetrwania, ochrony dzieci, miłości do siebie i radości z życia. Gdy odwaliłam w sobie ten wielki, przygniatający wewnętrzne źródło mocy kamień smutku, poczucia straty, upokorzenia i tęsknoty za miłością mojego życia, poczułam się wolna. Było ciężko, ale nigdy nie opuściła mnie chęć i radość życia, bo życiem cudem jest i zauważenie tego nadaje mu sens. Pierwszego bloga, tego którego już nie ma w sieci, zaczęłam pisać w 2006 roku, 19 lat temu. Mam go zapisanego, czasem wracam do starych notek i śmieję się sama z siebie. Ale nie mogę nie docenić, jak bardzo mi to pisanie w sieci pomogło! Jaka to była dla mnie terapia! I może teraz, będąc mądrzejszym i chyba lepszym człowiekiem nie upokarzałabym tak kobiety-koń, ostatecznie nie była to tylko jej wina w tym nieszczęsnym romansie, ale dzięki mnie została zapamiętana – a były to czasy, gdy bloga czytało 50 tysięcy osób dziennie. Została kobietą-koń po wsze czasy, ma swój pomnik w internecie i to jest moja słodka zemsta za jej nielojalność i podłość.

W życiu zawodowym spotkałam niezliczoną już ilość mniej lub bardziej skrzywdzonych kobiet. Jedne dają sobie radę, inne się załamują, bo nie wierzą w swoją sprawczość. A siła naprawdę jest kobietą. To co nas spotyka, poza śmiertelną chorobą, jest do pokonania, do oswojenia, do przeskoczenia. Póki oddychasz, to żyjesz. Jak żyjesz, to chcesz przetrwać. Jak przetrwasz jedno, to dlaczego nie drugie? Szukanie rozwiązania, czasem wywalenie wszystkiego do góry nogami, czasem odwaga, by poprosić o pomoc… wszystkiego trzeba się złapać, by żyć, a nie wegetować sparaliżowana codziennym strachem.

I cieszyć się, cieszyć z byle czego! Śmiech, dowcip i radość, to moja najpotężniejsza broń na problemy.

Ściskam Was wszystkie (nie sądzę, by czytał mnie jakiś mężczyzna, no chyba że Nemo podgląda;)

Li


No i przychodzi

10 marca, 2026

taki wtorek, gdy słońce grzeje, ptaki śpiewają, trawa rośnie i od razu łatwiej wydostać się z zadupia Smutów i Rozterek. Kiedyś wszystko przychodziło mi łatwiej, teraz o wszystko muszę walczyć, nawet o swój dobry nastrój. Ale walczę, i póki żyję, to żyć będę pełnią tego mojego jedynego życia. Cieszę się na piątkowy wylot do Kalabrii, lecimy w miłą czwórkę, będzie wesoło! Znowu zapakuję w walizkę polskie ciasta, bo i Elia i Rina są ich wielkimi wielbicielkami, pierwszy raz w życiu jadły makowiec! Makowcowa poprzeczka została ustawiona wysoko, sprostał jej już orzechowiec i rogale marcińskie, teraz zabieram sernik i zestaw herbatek z Herbapolu, taka borówkowa z chabrem nie ma sobie równych, a rumianek z brzoskwinią, to już w ogóle poza konkurencją. Mój włoski jest już coraz lepszy, Achillus bardzo mnie motywuje, czuję ten język, kocham jego melodię, słucham piosenek, wyłapuję znajome słowa, ważne by rozumieć kontekst, by za wszelką cenę się porozumieć, za rok będę mówić płynnie, jestem tego pewna. I tak się cieszę na mój włoski domek, myślę o nim, jak czeka, jak tęskni, jak czekają miejscowe koty na obfitość jedzenia, może zaplanuję co zrobię tym razem, może będę malować balustrady, a może tylko pójdę na daleki spacer plażą, bez planów, bez zakupów, z czystą, pierwotną przyjemnością bycia w tak pięknym miejscu, pełna zachwytu nad kolorami morza. Oprócz błękitnego nieba, nic mi więcej nie potrzeba. Co nie zmienia faktu, że moje plany zakupowe kolejnych domów są już mocno skrystalizowane i ostateczne, bo musi być równowaga między romantyzmem a kapitalizmem, ot co!

Mam również nadzieję, że to będzie spokojny weekend jeżeli chodzi o moją mamę, bo mój brat też wyjeżdża na urodzinowy wyjazd do Hiszpanii i na posterunku zostanie tylko Gusia, a może aż Gusia- ciągle zapominam, jakie jest rozważne i zorganizowane to moje dorosłe dziecko.

Ciągle trudno mi uwierzyć, że realizacja życiowego marzenia o domu na południu Europy była taka prosta. I że tak płynnie weszłam w sąsiedztwo, tak miło zostałam zaakceptowana, taka zaopiekowana chęcią pomocy, przydatnymi informacjami, kontaktami z miejscowymi, poleconymi fachowcami. „Wprowadziłaś element sensacji w życie miejscowych” powiedziała mi Rina, „jest o kim rozmawiać, bo wszyscy tu o wszystkich wszystko wiedzą”. Rozśmieszyło mnie to, bo kocham małomiasteczkowe klimaty. Czuję się bezpiecznie.

Li