Patrzę

2 listopada, 2026

przez okno na padający deszcz i jestem spokojnie szczęśliwa. W Kalabrii nie przeszkadza mi nawet deszcz, bo i tak widok na miasteczko, na wzgórza i na morze mnie koi. Wstałam wcześnie rano, wyspana i bardzo zadowolona. Wczoraj przyleciałam tu razem z Karoliną i z uciechą patrzyłam na jej zszokowaną minę. Biedne dziecko, doznaje tu kolejnych szoków- pierwszy szok, to był pierwszy dom i skrobanie ścian. Przyleciała ze mną w lutym dwa tygodnie po jego zakupie. Wymarzła, zniosła wszelkie niedogodności, ale widziałam że jest przerażona zakresem robót i moim optymizmem. W czerwcu przyleciała ze mną na dwa dni zobaczyć drugi dom, no i zobaczyła wyprute ściany i ogólną budowlaną ruinę. Miało być inaczej, ale wiadomo: piano, piano, domani, sei tranquilla…. Spałyśmy wtedy u Riny. Wczoraj pierwszy raz zobaczyła na żywo efekt mojego szaleństwa i odebrało jej głos. Cudownie!!! Wszystko jej się podoba, choć zabroniła mi kupować więcej ceramiki. A ja byłam szczęśliwa widząc jak leży sobie na kanapie czytając „Dolcze wita” Leszka Talko, pije kolejną herbatkę, a ma w czym wybierać, bo moja szuflada z herbatami wygląda tak:

Miałam długa rozmowę z Antonio na temat dalszych prac. Chcę zrobić druga łazienkę i koniecznie elewację. Denerwuje mnie wykuta dziura przy drzwiach wejściowych, ale Antonio twierdzi, że to styl borgo, haha, tja… Kalabria uczy mnie cierpliwości, zaczynam to doceniać, gdy coś dzieje się wolniej, smakuje lepiej i radość jest rozciągnięta w czasie/szukam pozytywów. A teraz przede mną szukanie płytek do łazienki, płytki kuchenne postawiły wysoką poprzeczkę. Mam ochotę na coś absolutnie vintage, bardzo prostego, wręcz rustykalnego. Będzie się działo!

A póki co, wbrew zakazom Karolci pojedziemy do sklepów z używkami, mam jeszcze bardzo dużo ścian i miejsca na piękną ceramikę. I przestało padać! Całe szczęście, bo to jest trzeci raz Karoliny w Kalabrii i jeszcze ani razu nie doznała ładnej pogody.

Pogoda zmienia się w ciągu dosłownie kilku minut. Słońce aż pali!

Było tak:

Jest tak:

Li


Czasem wystarczy

29 października, 2026

popatrzeć.

Siedzę jak na szpilkach, bo mam bardzo dużo pracy, a bardzo mało czasu. Czyli klasyka gatunku- przedwyjazdowa panika. Do tego Achillus ciśnie mnie z lekcjami, dziś przylatuje Karolina i na pewno muszę pojechać na dwa cmentarze. Czego nie znoszę robić, nie znoszę! Ale mam tak silny wewnętrzny przymus, wdrukowaną tradycję, poczucie, że zawiodę (pytam się kogo?) jak nie zapalę tego trującego powietrze znicza, że nie ma rady- pojadę. Nie lubię Święta Zmarłych, choć doceniam romantyzm rozświetlonych cmentarzy. Zawsze jest mi wtedy smutno i memento mori. Ja sama nie chcę leżeć w ziemi, nie chcę być pochowana, chcę wirować gdzieś w powietrzu, lecieć do gwiazd, moje córki muszą to uszanować, nie ma innej rady, wierzę że znajdą sposób, by mnie rozsypać. Żadnych nagrobków, żadnego rozdrapywania ran, żadnej sztucznie podtrzymywanej pamięci. Jak zostanę zapomniana, to i tak będę w genach kolejnych pokoleń. Pamiętam każdego nieżyjącego członka rodziny, pamiętam nawet swojego pradziadka Bazylego, a miałam osiem lat, gdy widziałam go ostatni raz. Pamiętam ciotki, wujków, babcie, dziadków, każdego kto kiedyś był w moim życiu, a teraz go już nie ma.

Zawsze czuję żal za życiem przedwcześnie skończonym.

Pamiętam mojego kolegę z liceum, wylosowałam go na klasowe Mikołajki w ciężkich latach osiemdziesiątych i dostał ode mnie z trudem zdobyte białe skarpetki, ale się cieszył, do dziś pamiętam jego radość. Miał na imię Tomek, nie żyje od 25 lat.

Pamiętam mojego dziadka Adama, po śmierci babci Irenki nie chciał już żyć, a jednak przeżył ją w bólu i w tęsknocie o 12 lat.

Groby które odwiedzam, są skromnie przybrane-2-3 znicze i donica z kwiatami. Nie znoszę tego funeralnego przepychu, tych śmieci plastikowych, tego cmentarnego blichtru. Plastikowe dowody pamięci niszczą teraźniejszość, zatruwają ziemię i powietrze, gdzie jest w tym sens? Ludzie się rozkładają, a dowody na pamięć o nich lądują na śmietnikach, gdzie rozkładać się będą całe kolejne wieki. I co roku przybywają kolejne i kolejne…Tworzą się cmentarze cmentarnych akcesoriów!

Ech, dobrze że 1 listopada będę w samolocie! Bliżej nieba!

Li


Ależ

27 października, 2026

żyję, mam się wspaniale!

Dziś notka w stylu kronikarskim, bo chcę zapamiętać ostatnią niedzielę, wracam czasem do starych wpisów i wspomnienia zalewają mnie ciepłą falą. To jest takie cudowne i jednocześnie smutne, bo mam co wspominać, ale to kronika przeszłości, dobitne świadectwo przemijania, cholera, naprawdę z trudem usiłuję to zaakceptować. Z naciskiem na usiłowanie. Ale chcę pamiętać wszystkie dobre chwile, tkam sobie z nich moją życiową siłę, moje ukochanie każdej chwili, moją walkę z przeciwnościami i mój spokój, gdy opada bitewny kurz. Potrzebuję tego spokoju, potrzebuję błękitnego nieba, potrzebuję pójść do lasu i z zachwytem popatrzeć na promienie słoneczne między gałęziami drzew. Potrzebuję poczuć podekscytowanie gdy znajdę borowika, potrzebuję przytulić się do starej brzozy i nadepnąć na rosnącego tam kozaka. Niestety grzybobranie bezlitośnie obnaża mój słabnący wzrok. Muszę przeprosić się z okularami, kupiłam nawet przepiękne oprawki! Nie wiem jak to zrobić, bo w okularach na nosie jestem w stanie tylko prowadzić auto. Gdy w nich chodzę, to kręci mi się w głowie. W lesie wkładałam je na chwilę, znajdowałam grzyba i znowu chodziłam bez.

Bo gdy przychodzi wiatr co rozgoni ciemne, skłębione zasłony strachu przed rzeczywistością, wystawiam twarz do słońca i daję się zabrać na grzyby! Mam takiego szalonego kolegę W., bardzo go lubię! Jego droga zawodowa jest tak odmienna od jego prywatnych zainteresowań! A może to jest właśnie recepta na sukces? W pracy biznes, prywatnie grzyby, pływanie kajakiem i tropienie wędkarzy-kłusowników nad Rabą.

Znalazłam pierwszego grzyba i zabrałam komuś kolację.

Powiedzieć, że było pięknie, to jak nic nie powiedzieć. Byliśmy w okolicach Kasiny Wielkiej. W tle głos W., którego zaraziłam pomysłem zakupu domu, jest zapalonym narciarzem, więc szuka czegoś w Alpach i zaczął lekcje włoskiego u Achillusa!

(A moja L. namalowała mi nowy obraz. To ciągle moje miasteczko, nieustająca inspiracja. Oprawiłam go w Krakowie, bo i tak mam dwa inne do wysłania, szukam teraz najlepszej i najbezpieczniejszej opcji wysłania, ktoś? Coś?)

W niedzielę wieczorem byłam na bajecznym koncercie. Tribute to Ella Fitzgerald.

Biegną te noce i dni, nieuchronnie zbliża się dzień 4 listopada, jak dobrze, że w tym dniu będę w Kalabrii z moją Karolcią, wieczorem przylecą moi przyjaciele z Turynu, J. jest ojcem chrzestnym Karolci, znamy się prawie 40 lat, poznałam go w tym samym dniu co Nemo. Nemo odszedł w niebyt, a my z J. trwamy tak ze sobą już tyle lat, jego żona jest moją wielką przyjaciółką. Przyleci moja kochana Sylwia z Krakowa, a w piątek będzie polsko-włoska impreza, ilość gości powiększyła się o przyjaciół z Werony ale będzie się działo! Martwiłam się, że nie mam tylu kieliszków do wina, ani talerzy ale mam Rinę, więc nie mam już tego problemu. Będzie u mnie 20 osób, z czego 14 miejscowych, tylu cudownych, ciepłych i miłych dla mnie ludzi poznałam przez kilka ostatnich miesięcy. Będzie oczywiście doktorek, pisałam o nim w notce o Achillusie, pisze do mnie codziennie, moja znajomość włoskiego w sferze zwrotów romantico mocno poszybowała w górę. Ale nie uruchamiajcie wyobraźni, non mi interessa, haha.

Wszystkie łóżka będą zajęte!

Chwilo trwaj.

Li


Pierwszy raz

20 października, 2026

od dłuższego już czasu nie wiem co robić, co myśleć, jak przeciwdziałać. Podskórnie czuję niebezpieczeństwo, ale czy w XXI wieku powinnam bać się wojny? A przecież jest za naszą granicą, i to pełnoskalowa. Chroni nas umowny pas ziemi. Krucha to ochrona. Czy muszę robić zapasy, kupować baterie, radio, wodę, koce przeciwpożarowe? Moja przyjaciółka była na szkoleniu dla sędziów i połowa czasu tego szkolenia poświęcona była ewentualnej wojnie. Mam znajomych, którzy kupili cegły do zamurowania okien. W piwnicy mają 200 zgrzewek wody. Robią zapasy konserw. Są przygotowani. W mojej lodówce są oliwki, sery, kefir i łosoś. No i zamrożone grzyby, krewetki, brokuły i zielony groszek. Na tym co mamy w domu, może przetrwałybyśmy tydzień i to pod warunkiem, że będzie prąd. Tylko herbatek mam na trzy lata do przodu. No i miesięczny zapas kociej karmy po ostatnich zakupach na Zooplusie. Klusia je tylko jeden rodzaj karmy, jak jej zabraknie to nie zje niczego innego, kiedyś głodowała przez dwa dni. Czarny i Mania zaczęliby polować i przynosić nam myszy i ptaki, tego jestem pewna. To kochający nas mordercy.

Nie, nie ucieknę do Kalabrii. Mam tu leżącą matkę i L, nie mogę ich zostawić. Mam koty. A moje dziewczyny nie uciekną beze mnie. Co robić… Co robicie? Co myślicie? Napiszcie!

Ludzie ludziom zgotowali ten los.

W słowie cZŁOwiek jest słowo ZŁO.

Li.


Jeżeli

19 października, 2026

chodzi o koszty mediów domu w Kalabrii, to ze względu na fakt, że ten dom jest tzw. seconda casa, czyli drugi dom, koszty nie należą do najniższych. Nie mogłam go kupić jako prima casa-pierwszy dom, ze względu na rezydencję podatkową. Nie wiem jeszcze tego, ile będzie wynosił podatek katastralny, spodziewam się kwoty ok 1550 euro rocznie. Przyszedł mi roczny rachunek za śmieci- 125 euro, płatne raz w roku. Rachunek za prąd dla cudzoziemców jest wyższy niż dla Włochów- za miesiące letnie wyniósł po 120-130 euro za miesiąc, a same opłaty przesyłowe to ok 50-60 euro miesięcznie. Jesienią, zimą i wiosną będę wpadać raz w miesiącu na kilka dni, najdroższe więc będą wakacje z hulającą klimatyzacją. Ale co tam, to tylko pieniądze! Przyjemności, spokoju, obcowania z pięknem, kociej miłości, obserwacji moich bugenvilli i zmieniających się kolorów morza widocznych z tarasu nie zabierze mi nikt.

A może z czasem rozważę panele fotowoltaiczne na dachu, na co bardzo namawia mnie Antonio. Piano, piano.

Domani:)

Na początku października widok był taki:

W listopadzie mam w planach samodzielne pomalowanie tarasów. Posadziłam bluszcze, liczę że mnie nie zawiodą i pięknie pokryją mury. Najbardziej cieszę się z tego, że lecę ze Starszą, a ona jeszcze nie widziała domu po remoncie. Ostatni raz była ze mną w czerwcu, gdy hulały po ścianach młoty pneumatyczne. Nie widziała swojego pokoju, ani starej/nowej lampy.

Nie wyśmiała jeszcze mojej kolekcji rybek na tarasie:

Nie zabrałam jej jeszcze do restauracji z takimi przystawkami:

No i nie zobaczyła tego cuda, samodzielnie przydźwiganego:

Ten wielki wazon kupiłam w Badolato, u Domenico, którego poznałam parę przyjazdów wcześniej. Dawał mi zawsze bardzo duży rabat, bo miał kiedyś dziewczynę z Polski. Rzuciła go, ale sentyment pozostał. Powiedział mi, że przenosi się do Toskanii do Grosseto i rzeczywiście, gdy przyleciałam do Kalabrii w październiku, to na placu u Domenico stał wielki TIR, do którego pakowano wszystkie te cuda. Miał wielką wyprzedaż donic, kupiłam naprawdę śliczne donice za 15 euro. Ten wazon pierwotnie kosztował 100 euro, kupiłam go za 40 euro i wycyganiłam za 10 euro ten cudny, żeliwny stelaż (a nawet dwa). Nie chciał mi ich sprzedać, bo nie ma już kowala, który takie dla niego robił, ale jak wspomniałam… miał słabość do Polek. I tylko powtarzał- idź już, idź już:)) Pożegnaliśmy się czule, mam jego numer telefonu i solenną obietnicę, że jak kupię dom w Toskanii, to ….

Nie zdradzę Kalabrii, to moje miejsce na ziemi, mój zajmowacz myśli, wyzwalacz kreatywności, siła napędowa do życia.

Udała mi się ta Kalabria, jak nie wiem co!

Li


Żyję,

16 października, 2026

ale z trudem. Znowu wzięłam na siebie dużo za dużo, trochę mnie to przytłacza. Pisałam już o tym, że mam teraz dwa życia, pierwszym życiem muszę zarobić na pierwsze i drugie życie, a drugie życie spowodowało skurczenie się czasu pierwszego życia. Nie ma bezwzględnego szczęścia, ale mój włoski entuzjazm ciągle pcha mnie do przodu, ciągle jest napędem, ciągle się nim karmię, póki tak jest, to daję jakoś radę.

Tydzień w Kalabrii był wspaniały. Posadziłam na tarasie cztery bugenville, a miejscowy krawiec Fortunato uszył mi zasłony.

Nie mógł zrozumieć o co mi chodzi z troczkami do wiązania, rany boskie ale się namęczyłam, by mu to wyjaśnić. Ale się udało!

Domek zaczyna trochę pękać w szwach, bo nie umiem oprzeć się kolejnym pięknym przedmiotom. Były u mnie dwie moje dobre koleżanki, jak one wpadły do sklepu z używkami, to łupy były wspaniałe, nie mogę się nimi nacieszyć.

Ten duży dzban (naprawdę ogromny) kupiłam za 10 euro! Mniejszy za 6 euro, a ten malutki dostałam w prezencie.

Talerz z gruszką, ujmująco piękny kosztowal mnie 4 euro.

To cudo poniżej kupiłam za 5 euro.

A ten komplecik (portacatino) kiedyś był wyposażeniem sypialni i służył do mycia. Od dawna takiego szukałam. Bez wahania zapłaciłam za niego 40 euro, zbijając cenę z 60!

Moje kinkiety i lampy dostały abażurki. Wstydzę się tego, ale kupiłam je na Temu.

Zdjęcia tradycyjnie beznadziejne.

Mam przed sobą bardzo intensywny okres w pracy, ale potem lecę i będę w Kalabrii na swoje urodziny. Robię miejscową imprezę, zaprosiłam wszystkich włoskich znajomych bliskich mojemu sercu, przylatują moi przyjaciele z Turynu, będzie 17 osób!

Jakoś przetrwam ten straszny dla mnie dzień, bo serio- 59????

Li


Po kilku

2 października, 2026

miesiącach przerwy (prawie dziesięć miesięcy, co za strata!) wróciłam do regularnych treningów na siłowni. Ale mnie boli ciało, nie mogę się ruszać! Mój trener mało delikatnie uświadomił mi co sie dzieje z mięśniami, gdy nie ćwiczy się regularnie. Dzieje się katastrofa!

Jestem na siebie zła, ale ważne że wróciłam, że mam rozpisane terminy treningów, że nie mam już żadnych wymówek w postaci remontu domu, itp. Zawsze można znaleźć czas dla siebie, trzeba być pierwszą dla siebie, zwłaszcza jak jest się rodzinnym filarem. Muszę być sprawna i zdrowa, nie ma innej rady. A że przy okazji moje mięśnie znowu będą wyglądać tak, że mogę chodzić w krótkich spodenkach, to dodatkowy bonus. Aaaa nie, wróć- zawsze już będę chodzić w krótkich spodenkach, bo nie obchodzi mnie zdanie innych, nawet jak miałabym mieć galaretkę na nogach. Bo niby dlaczego ma mi być gorąco? Chcę po prostu mieć silne nogi, bo muszę na nich mocno stać, nie dać się zepchnąć z życiowej drogi, muszę mieć silne ręcę, by dać odpór wrogim tarczom, muszę mieć zdrową głowę, by jak najdłużej cieszyć się tym co mam.

A co na to Lec? Racjonalizacja: żyjemy coraz dłużej i coraz mniej.

Li


We Włoszech

30 września, 2026

strajk, rolnicy zablokowali drogę na lotnisko, więc A. nie zdążyła na samolot. Uszczęśliwiło ją to, bo końcówkę urlopu zamiast spędzić w domu w Polsce na tzw „ogarnianiu” (wieczne domowe roboty, nigdy się nie kończące, a tak słabo zauważalne) kaprysem losu i strajkujących rolników spędzi jeszcze do niedzieli w Kalabrii. Trudno zmienia się priorytety, zwłaszcza przy nadmiernie rozwiniętej obowiązkowości, ale czasem życie cudownie pomaga.

W 2006 roku byłam w San Gimignano i w malutkiej galerii kupiłam 10 grafik z kotami. Przeleżały w szufladzie ponad 20 lat! Trochę o nich zapomniałam, potem nie miałam gdzie ich powiesić, zupełnie nie miałam na nie pomysłu, a teraz pojadą do Kalabrii, koty wracają do ojczyzny. Odebrałam je wczoraj od ramiarza, oprawą jestem absolutnie zachwycona, robi całą robotę.

Ciągle myślę o casa mia. Wczoraj odebrałam pierwszą paczkę z serii: „zaczynam robić w tynkach dekoracyjnych”. Przez zimę skompletuję wszystkie potrzebne narzędzia, poradniki, materiały i niech włoskie ściany szykują się na płody moich rąk. Taką mam wielką ochotę na stworzenie czegoś pięknego, niepowtarzalnego, czegoś mojego, choć oczywiście obawiam się skutków braku zdolności manualnych, ale spróbuję! Jest to tak odległe od mojej pracy, od tego co muszę robić, czasem wbrew sobie, że wizja mnie samej sam na sam z tynkiem, ścianą i brakiem ograniczeń jest niezwykle pociągająca.

Czarny Kot zawsze musi wszystko wiedzieć, przy wszystkim asystować, akceptować, jest przyklejony do mnie i bardzo przeżywa każde rozstanie. To jedyna ciemna strona moich podróży- kocia tęsknota.

Jest dziś taki piekny dzień! Jestem w pracy, ale zawsze znajdę czas, by wyjść z laptopem do biurowego ogrodu, usiąść przy stole, pracować z widokiem na moją oliwkę, rośnie jak szalona, jest zdrowa i krzepka, napawa mnie dumą fakt, że to pewnie jedyne drzewo oliwne w Krakowie rosnące w ziemi! Przed nami szósta wspólna zima, będzie jak zwykle zadbana, otulona namiotem i ogrzewana grzejnikiem, nie damy jej zginąć, to drzewo zuch!

Li


Wczoraj

29 września, 2026

miałam lekcję z Achillusem i zaczęło się trudne, koniec z prześlizgiwaniem się z lekcji na lekcję. Przetłumaczyłam zdanie: Wczoraj oglądałam film, kiedy wybuchł wulkan na Sycylii. Ieri stavo guardando un film quando ha erruttato il vulcano in Sicilia.

Nie mogę się doczekać, by rzucić to zdanie lekko i bez wysiłku rozmawiając z Riną. Padnie z wrażenia!

A jak jej powiem: Szukałam Cię wczoraj rano w domu, ale Cię nie było- Ti ho cercato ieri mattina a casa, ma non c’eri, to pozamiatam. Nie jest łatwo uczyć się nowego języka, ale jestem bardzo zmotywowana i zdesperowana. Muszę rozmawiać swobodnie, nie ma innej możliwości, by wejść we włoskie życie głęboko i nie powierzchownie. Codziennie dostaję dużo wiadomości na whatsappie, tłumaczę je sobie, zapisuję całe zwroty, bo to cenny język mówiony. Dostałam namiary na kilku okolicznych stolarzy, muszę teraz grzecznie i miło pożegnać się ze stolarzem Agazio, by nie zapłonęła włoska krew. Szukam kogoś, kto zrobi mi przesuwne drzwi do pralni, w której chcę zrobić łazienkę tylko dla siebie. Mam wizję drzwi ze starych desek, przesuwanych na stylizowanych antycznych rolkach. Ale nie mogą być zbyt rustykalne, bo w holu stoi szafa od Elli, bogato zdobiona. Ot, takie problemy pierwszego świata.

Pięknie jest za oknem! Planty ciągle są bardzo zielone, widziałam nawet kwitnące kasztany.

Moje koty okupują taras, czas zacząć dzień powstaniem/Lec.

Li


Chciałam

28 września, 2026

zapewnić moich kochanych subskrybentów bloga na maila, że od razu zauważyłam „zachamowanie” zamiast „zahamowania” i niezwłocznie poprawiłam. Wzrok już nie ten, a mimo inwestycji w przepiękne oprawki ciągle wygrywa próżność i nie noszę okularów. Ale jednocześnie pragnę wskazać, że notki poprawiam po kilka razy i nieustannie, a na maila idzie najbardziej surowy, nieokrzesany post, pierwotna za szybko opublikowana wersja, co moim zdaniem jest dla mnie kompromitujące.

W każdym razie dziękuję za wiadomości prywatne i lęk przed hejterami. Szczęśliwie przestali tu docierać. Wykończyłam ich w miarę upływu czasu, haha:)

Trudno w to uwierzyć, ale piszę już 20 lat!

Li


1 dnia

27 września, 2026

w czwartkowy późny wieczór, gdy weszłam do domu, to po zaskoczeniu i śmiechu na widok mojego „klęcznika” przeżyłam rozczarowanie lampą od Davida. Bo to nie była TA lampa, przysłał mi coś zupełnie innego. Ręce mi opadły, napisałam do niego maila pt „jesteś oszustem”. David zapłonął oburzeniem, kazał sobie przysłać zdjęcia, no i przyznał mi rację, że jakimś cudem dostałam inną lampę. Dlaczego mnie zawsze muszą przydarzać się takie historie? W ramach rekompensaty ma mi wysłać trochę wisiorków ze szkła Murano do lampy kuchennej, no i właściwą lampę. Tę mogę sobie zatrzymać, a ponieważ Rinie bardzo się podobała, to ją dostała.

A w moim miasteczku dziś było tak:

A., szczęściara która jest teraz w Kalabrii, przysyła mi zdjęcia i pisze o odczuwaniu dziwnego niepokoju. Ja też mam w sobie dużo niepokoju, boję się tego uczucia, w powierzu COŚ wisi i nie jest to krakowski spleen. A my razem mamy czasem takie migawki przyszłości, przeczucia które się sprawdzają, oko dalej patrzące. Oby nie wojna, oby nie wojna. Próbowałam sobie wyobrazić siebie w czasach wojny- z leżącą matką z Alzheimerem, z L.- siedzącą, a nie chodzącą starszą panią, która ma tylko mnie, z moimi kotami, z kotem kancelaryjnym, który nie zgadza się z moimi kotami, niby miałabym teraz gdzie uciec, ale to przecież byłoby niemożliwe. Nie przewiozłabym całego majdanu. A moje córki nie pojechałyby beze mnie. Jestem odważna, ale boję się tego dzisiejszego nieprzewidywalnego politycznego świata, który za nic ma ludzi, naturę, spokój, bezpieczeństwo i przyszłość. I mimo, że chciałabym być wolna od uczucia nienawiści, to szczerze i z całego serca nienawidzę tych wszystkich starych dziadów, tych satrapów, tyranów, narcyzów, cholernych głupców, niszczycieli i potworów, dla których władza jest narkotykiem. I upojeni nią, niszczą dobry świat.

Li


Nieustannie trwa moja

26 września, 2026

cicha, przypudrowana wojenka ze stolarzem Agazio. Zaciskam zęby i staram się, naprawdę staram być miła i uprzejma, z uśmiechem przyjmuję kolejne opóźnienia, czekam w domu, bo będzie „na pewno”, a oczywiście nie przychodzi. To miły człowiek, ale mam z nim bardzo złe doświadczenia. Kuchnia miała być gotowa w maju, potem w czerwcu, potem postawiłam sprawę na ostrzu noża i przymuszony koniecznością zwrotu zaliczki część mebli zaistalował w lipcu, ech…

W sobotę nastał wielki dzień montażu półek nad kaflami. Przyszedł z synem, zostawiłam ich na chwilę i oczywiście co mogło pójść nie tak? Agazio za nic ma symetrię, powiesił podpory półek na oko, wwiercając się oczywiście w kafle, dość w dodatku nieudolnie bo dwa z nich pękły. A mnie pękło serce i cierpliwość. Musiał przesunąć jeden wspornik, zostały dziury po wkrętach, ale jakoś je załatam, bo nie mam siły do kolejnego wydłubywania trzech płytek i wsadzania nowych, trzeba zacząć odpuszczać, bo tej wojny nie wygram.

Postanowiłam, że sama odnowię schody. To nie może być takie trudne. Nie wyobrażam sobie jednak zlecić tego Agazio, przecież zostałabym bez schodów na długie miesiące. A innego stolarza nie ma.

Tyle się wydarzyło przez 4 dni w Kalabrii, wszystko pamiętam, a ostatnie 4 dni w Krakowie zlały mi się w jedną całość, nie wiem co było we wtorek, a co w środę, dziś jest już sobota, tam żyję wolniej, ale intensywniej, pamiętam każdy dzień, tu żyję szybko, ale byle jak, zadaniowo, nieuważnie, zabijam swój czas.

Li


2 dnia

24 września, 2026

w piątek, znalazłam pod drzwiami i na schodach wejściowych ślady krwi. Ich rozmiar nie wskazywał na człowieka, więc zmartwiłam się że jakieś „moje” zwierzę ostatkiem sił podeszło pod moje drzwi szukając pomocy.

Nie pomyliłam się, bo był to Rudolfo, bezpański pies, ale z własnym imieniem.

Południe Europy nie jest łaskawe dla bezpańskich kotów i psów, a jednak ten pies jest królem miasteczka. Wszyscy go lubią, jest „swój”, regularnie dokarmiany, kropiony przez Assuntę płynem przeciw pchłom i głaskany. Dobrze żyje z kotami, choć wyjada im miski, trzeba go pilnować. Reaguje na komendy, reaguje na imię. Codziennie rano siada przed sklepem Francesco- rzeźnika i dostaje trochę mięsa. Rina chciała go udomowić, ale Rudolfo się nie dał, on musi być w nieustannym ruchu. To jest pies krążący, obieżyświat, giramondo, ale jednak gdzieś przynależy, jego domową miejscówką jest moja ulica. Tu przyłazi spać, tu je, tu się rozwala brzuchem do góry. Pokochał mnie od pierwszej dobrej puszeczki, ma do mnie ogromne zaufanie, pozwolił mi wyciągać kleszcze z okolic oczu, ani drgnął. W czasie swoich wędrówek przeciął sobie opuszek w łapie, to jest bardzo bolesne, bo opuszki są bardzo unerwione. Krew się lała, Rudolfo przyszedł do mnie, pod moje drzwi, a skąd wiedział że jestem?

Dał sobie obejrzeć łapę, przeraziło mnie to co zobaczyłam. Napisałam do weta, z którym po kilku wysterylizowanych przeze mnie kotach mam już nić porozumienia. Według mnie ranę należało zszyć, według weta, nie było na to szans, bo tego psa nie da się utrzymać w jednym miejscu. Przepisał maść, którą aptekarz sprowadził dopiero na drugi dzień. Rudi pozwolił wpychać sobie maść w ranę, a potem kładł się w moim schowku i zasypiał. Po kilku godzinach dostawał następną porcję i przenosił się do domu obok na łóżko Riny.

Dwa dni dochodził do siebie, widać było, że cierpi, trzeciego dnia zniknął. Do mojego wyjazdu już go nie zobaczyłam.

Król ulicy:

W moim schowku:

Na łóżku Riny:

Na łóżku Riny.

Przepaskudna ta rana!

Pytacie, czy się nie nudzę?

Li


3 dnia

24 września, 2026

w sobotę, zadzwonił do mnie Achillus, mój nauczyciel włoskiego. Był na promie z Sycylii i chciał, trochę nadkładając drogi (dwie godziny), przyjechać do mnie na kawę. Miał zamówiony nocleg 200 km dalej, więc oczywiście namówiłam go, żeby przenocował u mnie. Na żywo zobaczyliśmy się pierwszy raz! I zero jakichkolwiek zahamowań, po prostu chemia z ekranu laptopa rozlała się na żywo. Świetny, fantastyczny człowiek! Niezwykle ciekawy, inteligentny, z ogromną wiedzą. I do tego piękny jak rzymski bóg.

Pojechaliśmy z A. i M. na kolację do Mariny, mamy tam ulubioną knajpkę, która Achillusa absolutnie zachwyciła. Wszystko mu się podobało, a w sobotę, gdy poszliśmy na spacer po miasteczku spotkaliśmy dwóch mężczyzn, którzy na uliczce blisko mojego domu przetaczali beczkę, tam i z powrotem na takich specjalnych podkładach. Achillus zapytał ich robią i w odpowiedzi usłyszeliśmy soczysty potok słów, z których wyłuskałam jedno: Ty jesteś Włochem i pytasz co robimy?

Achillus puszczając oko, powiedział, że tłumaczy go to, że jest z Rzymu, więc w celach poznawczych zostalismy zabrani w takie oto miejsce:

Achillus w czerwonej koszulce

A to mój nowy znajomy- kolejny Antonio!

Nasz nowy znajomy Antonio okazał się miejscowym lekarzem. Od razu mi powiedział, że jego brat jest u nas burmistrzem i mam otwarte wszystkie drzwi, co ze mnie za szczęściara! Ta piwniczka należała do jego babci, słynnej winiarki. On sam robi 100 litrów wina rocznie, dostałam nawet jedną butelkę, nazwaną imieniem babci. Dałam ją Achillusowi, miał ją wypić z braćmi i ocenić, dziś się dowiem, jaki jest werdykt! Żona Antonio jest botanikiem i organizuje w tej piwniczce cykliczne warszataty zielarskie, bardzo mnie to zainteresowało. Ma mi dać znać o terminach. Antonio dwa razy był w Krakowie, okazał się przeciekawym gadułą o wielkiej wiedzy o miasteczku, spędziliśmy razem dwie godziny, mam numer jego telefonu i zapewnienie, że mogę dzwonić o każdej porze.

A z tego wszystkiego najbardziej cieszy mnie fakt, że przy Achillusie swobodnie rozmawiałam, delikatnie poprawiał moje (liczne) błędy i bardzo, bardzo pochwalił mnie za mój włoski, niesamowicie dodaje to skrzydeł, bo czasem myślę o sobie bardzo źle. Ale ostatecznie to on mnie uczy, więc pochwalił siebie.

Cieszę się, że poznaję coraz więcej miasteczkowych ludzi! I to takich ciekawych, z pasjami!

Li


1 dzień,

23 września, 2026

(czwartek), w późny wieczór, z lotniska do domku dotarłam przed północą. Byłam obładowana jak juczny(biedny) osioł, bo tak zwlekałam z wysłaniem paczki, że ostatecznie musiałam kupić dużą walizkę. Szłam sobie przez puste miasteczko, czując jak gwałcę tę ciszę turkotem kółek. Ale za to usłyszały mnie wszystkie moje znajome koty i tłumnie wyległy na powitanie. Ten koci truchcik w moją stronę niezmiennie mnie wzrusza, co odważniejsze ocierają mi się o nogi, dają się pogłaskać i nie ma się co łudzić- liczą na jedzenie. I je dostają.

Weszłam do domu, jak zawsze ze wzruszeniem i miłym oczekiwaniem. W holu Rina postawiła mój ostatni zakup- klęcznik/schodki bliblioteczne, z których miałam zamiar zrobić obszerną na półkę do książek. Wytężyłam wzrok… no cóż, ten z Was kto zna historię mojej toskańskiej ławy przyściennej nie będzie zdziwiony.

Kupiłam schodki dla krasnoludków.

Moja toskańska skrzynia (miniatura, haha, o tym nie zapominamy) prezentuje się na nich bardzo ładnie.

Co do książek, to zmieściła się ich niewielka ilość i ostatecznie stanęły w tym miejscu, za kanapą:

Nie będę nic więcej kupować na tym przeklętym Catawiki, bo to oczywiście nie koniec moich przygód. Zdecydowanie lepiej wychodzą mi zakupy w ulubionych sklepach z używkami w Catanzaro, kupiłam taki stoliczek, za 25 euro.

Nie mam pojęcia dlaczego mam dziś taki beznadziejny nastrój. Może dobija mnie kontrast pomiędzy włoską beztroską, a ciężarem krakowskiego życia. Coraz bardziej dociera do mnie, jakim bezsensem jest ten cholerny codzienny kołowrotek, gdy nie zauważam kiedy mija mi dzień. W Kalabrii dzień mam bardzo długi, z kojącymi momentami absolutnego spokoju i relaksu, w Krakowie mam tylko stres, pośpiech i ciągle dzwoniący telefon. Jemy swoje własne ogony, a i tak nie jesteśmy w stanie dogonić uciekającego czasu. Tam śpię jak zabita, tu budzę się w nocy z bijącym sercem. Tam izoluję się od wiadomości i wszystkiego złego czym karmi nas współczesny świat, tu jestem tym przesiąknięta, przebodźcowana i bez szans na kryjówkę. Całe moje nieszczęście polega na tym, że nie mogę rzucić pierwszego życia, bo nie utrzymam się w drugim. Miotam więc się w tej sieci zależności, dopóki nie wymyślę trzeciej drogi na życie.

Li


5 dzień

22 września, 2026

(poniedziałek) więc od tyłu.

5 ostatnich dni z weekendem w Kalabrii dostarczyło mi kontentu na kilka notek. Zacznę od końca, bo to co zrobiłam dzisiejszej nocy wpędziło mnie w poczucie winy i szukanie odpowiedzi na pytania, czy to już czas zacząć się o siebie martwić? Czy to koniec Moni-Wielkiego Ogarniacza Rzeczywistości, ze Skłonnością do Ryzyka, ale z Wielką Ilością Szczęścia? Muszę ubrać w słowa i spróbować zrozumieć, co właściwie się stało i jak temu przeciwdziałać.

Wylądowałam o pierwszej w nocy w Krakowie i poszłam po odbiór walizki. Musiałam ją zabrać z Kalabrii, bo wywożąc tam pięć naszych dużych walizek zagraciłam schowek i pozbyłam się dużej walizki w Krakowie. Nocne loty są męczące, byłam senna i marzyłam o łóżku. System wypluł moją walizkę jako jedną z pierwszych, złapałam za rączkę, poszłam na parking, gdzie czekała na mnie moja Karolcia, nota bene przyleciała z UK trzy godziny przede mną. Wpakowałam walizę do auta, usiadłam, wzięłam do ręki kubek z herbatką (kochane dziecko) i gadając pojechałyśmy do domu. Pół godziny później, o wpół do drugiej w nocy zadzwonił mój telefon i padło pytanie: czy Pani ma swoją walizkę?

Walizka w bagażniku NIE BYŁA MOJA!

Szok.

Zawróciłyśmy na lotnisko, no i tu zmaterializował się mój dramacik: otóż przemiłej kobiecie z małym dzieckiem buchnęłam walizkę, która w dodatku miała do uchwytu przywiązaną jakąś szmatkę (czego nie zauważyłam), była bardzo zniszczona (czego nie zauważyłam), była innej marki (czego nie zauważyłam), a jedyne co ją łączyło z moją walizką to kolor srebrny.

Do tego kobieta była po prostu miła, a miała pełne prawo mnie zabić. Dzidziuś był rozkoszny, uśmiechał się do mnie, nie wiedząc, że to przeze mnie tkwił godzinę na lotnisku. Przepraszałam jak umiałam, ale sama jestem na siebie wściekła i mam poczucie, jak bardzo zawaliłam i jak bardzo zawiodłam samą siebie. (Pakując się wczoraj, miałam myśli o ryzyku pakowania akt do nadawanej walizki, ale szybko je odgoniłam. A przecież gdyby kobieta się nie zorientowała, to… strach pomyśleć! A w walizce moje akta, sery, czerwona cebula z Tropei i książki do włoskiego).

Czy to już? Czy zacznę robić TAKIE błędy? Zapominać? Gubić się?

Mam w sobie tyle lęku! Nie chcę skończyć z Alzheimerem jak moja mama, ćwiczę umysł, uczę się włoskiego, nie piję ani kropli alkoholu, nie palę, wydaje mi się, że ciągle jestem bystra, a jednak… Nie mam usprawiedliwienia, bardzo mi z tym źle. I chociaż wszystko dobrze się skończyło, to sam fakt, że sprawiłam kobiecie tyle kłopotu, przysporzyłam stresu, że nie za-u-wa-ży-łam, wpędza mnie w ponure myśli i smuteczek.

Jeszcze ta szarość i zimno!

Li

PS. Ściana przy schodach:

Niedługo zabraknie mi ścian.

A te cztery akwarelki z kotami kupiłam w Hong-Kongu w 2008 roku, przeleżały między książkami i nareszcie znalazły swoje miejsce.


Dziś jestem

17 września, 2026

szczęśliwym człowiekiem, bo wieczorem lecę do Kalabrii i będę tam aż do poniedziałkowej nocy! Muszę niestety zabrać laptopa i pracę, ale pracować przy stole z widokiem na błękitne morze to ja mogę z przyjemnością. A pracować mając w perspektywie plażę i kąpiel w morzu… to ulga dla umysłu i przyjemność wręcz zmysłowa.

Rina doniosła mi, że wczoraj przyszła moja cudowna lampa i coś co kupiłam z pewnym pomysłem, ale na razie wygląda jak wielki klęcznik, więc Rina oniemiała.

Daję Wam zagadkę- co to jest? U mnie ma być podręczną półką na książki, ale chyba przeszarżowałam…

Linie lotnicze od listopada zmieniają siatkę połączeń, będą dla mnie bardzo niekorzystne, tylko środy i soboty, nie będzie tych cudownych powrotów w poniedziałek o 22.50, a z lotniska w Katowicach w ogóle nie będzie lotów w sezonie jesienno-zimowym. Skończą się wypady weekendowe, ale będę robić wszystko, by polecieć na cały tydzień w każdym miesiącu! Marzę o tym, bo wtedy „domek za miastem” ma sens.

Li


Wysłuchuję

15 września, 2026

o kolejnych ludzkich problemach z niemiłością, przemocą, brakiem pieniędzy, brakiem perspektyw, brakiem dachu nad głową, strachem, często nawet paraliżującym strachem, niezrozumieniem, brakiem wsparcia rodziny macierzystej, brakiem przyjaciół i zawsze wtedy sobie myślę, jakie mam cholerne szczęście w życiu i że poza zdrowiem niczego więcej nie chcę.

Bo przecież nieźle sobie żyję, jestem względnie zdrowa, mam własne dwa piękne miejsca do mieszkania i schowania się, pracuję, zarabiam na życie, czasem na trochę lampowego szaleństwa, mam grono wiernych ludzi dookoła siebie, cudowne najukochańsze córki i przekochane koty.

I tylko czasem, czasem, w zupełnie nieuzasadnionym okolicznościami momencie napływa do mnie fala bliżej niezidentyfikowanej tęsknoty, smutku, bólu i poczucia ogromnej straty. Nie wiem za czym, nie wiem za kim, są to takie chwile, które mnie bardzo ranią. Chciałabym zidentyfikowac tę tęsknotę, spróbowac ją opanować, oswoić, zrozumieć!

Ale ja nie wiem za czym tak tęsknię!!!

Czy tęsknię za dawnym wyobrażeniem swojego życia, którego nie mam? Tak, moje życie miało być inne, ale przecież i na szczęście jest inne od tego co było kiedyś i od moich o nim wyobrażeń! Uświadomienie sobie tego, że coś co wydawało mi się życiową porażką i największym nieszczęściem, jest moim największym życiowym sukcesem i szczęściem dało mi niezwykłą siłę i pewność, że nie muszę mieć przy boku męża/mężczyzny, by cudownie i pełną piersią żyć. Nie muszę stać w wiecznym, zimnym cieniu, nie muszę nikogo obsługiwać, liczyć się, odgadywać życzenia i martwić się o tak wiele spraw! To właśnie mówię moim klientkom- bądź nareszcie pierwsza dla siebie, nie uzależniaj swojego jedynego życia od drugiej osoby, oddychaj głęboko, bo może jest trudniej finansowo, ale już nikt nie zabiera Ci powietrza, nikt nie wydziela toksyn i nikt już nie będzie Cię ranił. Będziesz mieć nareszcie miejsce na rozwinięcie skrzydeł! Kobiety mają w sobie ogromną siłę, muszą w nią tylko uwierzyć! Tyle wieków musiałyśmy przetrwać, odchować dzieci, być kolumną, wsparciem i domem, mamy ogromny genetyczny zasób do przetrwania wszystkich życiowych i historycznych zawirowań. Trzeba tylko nie bać się, opanować strach, myśleć i działać.

Za czym więc tęsknię? Co mnie smuci? Co straciłam tak bardzo, że mam poczucie straty? Nieśmiało przypuszczam, że to gnębi mnie poczucie upływającego czasu, żal za przeszłym czasem, tęsknota za przyszłym życiem, w którym mnie już nie będzie, za życiem moich córek, o którym nie będę wiedziała. Kochając tak bardzo życie, boję się jego straty.

Muszę opanować ten lęk, bo wpływa na moją radość życia, smuci mnie, te cholerne 59 urodziny przypominają mi, że to ostatni rok przed sześćdziesiątką. Serio sześćdziesiątka? Serio?

Kupiłam bilet do Kalabrii na czas od 1 listopada do 7 listopada (nota bene za 210 zł. Koszt wypożyczenia auta w tym okresie na 7 dni to ok 57 euro. Jak tu nie lecieć?). Przylecą do mnie moi starzy przyjaciele i we włoskich klimatach 4 listopada w moje urodziny odczynimy uroki, rzucimy je w morze i koniecznie, koniecznie napiszę list i wsadzę go do butelki. Może nawet do kilku butelek, wrzucimy je w morze. Zapalimy na plaży mały ogień, pomruczymy pod nosem zaklęcia, poszeptamy marzenia, bo chcę mieć przed sobą takie życie, o którym nawet jeszcze nie marzyłam! Skrystalizuję swoje marzenia, szukam nowych kanałów ujścia, chcę rozwijać nową pasję, pragnę w taki spokojny, mało widowiskowy sposób, ale promieniujący na innych, w swoim małym światku być szczęśliwą. Trwaj więc i dbaj o siebie moje szczęście nadal, trwaj! I pogoń te smuty!

Li


Porozmawiajmy

13 września, 2026

o Davidzie, taki sobie wymyśliłam tytuł na notkę, zanim wydarzyło się to co się wydarzyło. A ta notka niech będzie dla Was ostrzeżeniem przed oszustami tego świata!

Jak to zwykle u mnie bywa, zadecydował za mnie los. Ja w tym czasie leżałam pod kroplówką, bo oczywiście mój organizm musiał się zbuntować w najgorszym dla mnie momencie- w dzień, w którym miałam mnóstwo spotkań i spraw. Leżąc półżywa pod kroplóweczką i walcząc o lepsze samopoczucie/niższe ciśnienie nie myślałam o licytacjach na Catawiki, w związku z tym ktoś inny kupił tak pilnowaną przeze mnie niebieską lampę, w dodatku za cenę niższą niż byłam skłonna zapłacić, chlip, chlip, a na mnie spłynęło szczęście wygrania lampy ociekającej różową słodyczą. Ale powiem Wam, że jak dokładnie jej się przyjrzałam, to się nią absolutnie zachwyciłam, jest najpiękniejsza od spodu, a przecież patrzeć na nią będę leżąc w łóżku.

Nie ma więc tego złego, co by na dobre nie wyszło, kupiłam lampę za 100 euro, co jest cudowną ceną za lampę Capodimonte- ze słynnej, włoskiej manufaktury porcelany, powstałej w 1743 roku.

Wracając do Davida… włoskiego cwaniaczka, potentata lampowego-wystawione przez niego żyrandole poznaję po tym stiuku na suficie wokół lampy. Ponieważ byłam żywotnie zainteresowana tematem, dokładnie sprawdzałam oferty i ku mojemu zdziwieniu zorientowałam się, że ceny podbijane są ciągle przez te same osoby. Robiące to w dodatku mało inteligentnie, bo ta sama osoba podbijała cenę najpierw z 20 euro do 50 euro, potem z 50 na 100, na 200, na 300-licytowała sama ze sobą. Wkurzyłam się.

Byłam pewna, że kolejny raz (wcześniej miałam dwie takie sytuacje) dostanę od Davida na mój profil w Catawiki ofertę kupna. No i się nie pomyliłam, cwaniaczki podbijały cenę pomiędzy sobą, nie było żadnego poważnego kupca, a tak mało poważny kupiec jak ja, z ofertą 120 euro, leżał pod kroplówką. I David został z ręką w porcelanowym nocniku.

Oferta kupna lampy:

Nie, nie kupię tej lampy, choć rzeczywiście za jednym zamachem miałabym lampę i choinkę (dobre to Anka!), bo nie lubię być oszukiwana. Ale mam bonus, bo już wiem jak wygląda David, na jednym ze zdjęć wyeksponował swoje ciało, pewnie nawet nie zauważył, ale moje bystre oko… ;D

Oj David, rzucam na Ciebie klątwę! Taka klątwa od słowiańskiej kobiety ma wielką moc!

Li


Będąc

12 września, 2026

konsekwentnie niekonsekwentną znowu wchodzę na Catawiki, bo wiem że tylko tam mogę znaleźć lampę do swojej sypialni. Musi być piękna i ogromna! (Niczego nie nauczyłam się po lampie Draculi).

Obecnie obserwuję cztery lampy. Którąś z nich muszę kupić, nie mogę mieć gołej żarówki! A już jestem zniecierpliwiona, od lampy wiele zależy, chcę już mieć ładną, przytulną sypialnię!

Najbardziej chciałabym kupić numer dwa, ciągle kręci mnie kolor niebieski. Numer jeden jest za okazały i na pewno będzie bardzo drogi, estymacja to 800-1000 euro, numer trzy najmniej mi się podoba, za dużo tej porcelany, a numer cztery jest za słodki, gdy na niego patrzę to mam ochotę na słodycze.

Co myślicie?

Li


Minęło

10 września, 2026

już 13 lat pobytu Karoliny w Wielkiej Brytanii. Skończyła tam studia, znalazła pracę, zakochała się, śni po angielsku i kaleczy język polski. A ja tych anglicyzmów nie mogę słuchać! (Choć z reguły mnie śmieszą).

„Zobacz jakie mam torby pod oczami”, pożaliła się po nieprzespanej nocy. Torby! Worki! Bags!

Mam teraz naprawdę trudną teraźniejszość. Niby mam łatwiej niż wiele znanych mi kobiet, ale dla mnie jest trudno. Poziom trudności mierzę własną subiektywną skalą.

Jutro jest pogrzeb mojego kolegi. Zastrzelił się. Jak można się zastrzelić? Jak trzeba być zdesperowanym w chęci zakończenia życia, by się zastrzelić? ZASTRZELIĆ!

Co się trochę pocieszę, co wpuszczę trochę radości, to dostaję pomiędzy oczy taki emocjonalny strzał. I znowu jest mi smutno, bo bardzo mnie to wszystko obchodzi.

Byle dotrwać do czwartku i polecieć do mojego kawałka raju.

Li


Mam

9 września, 2026

dwa życia i to jest bardzo dużo na jak taką jedną Monię. Pierwszym życiem muszę zarobić na drugie życie, a drugie życie spowodowało skurczenie się czasu pierwszego życia, więc mój kołowrotek kręci się jeszcze szybciej.

Ale nie, nie narzekam, bo kocham moje dwa życia i każde kocham inaczej.

Pierwsze kocham z definicji- trzeba kochać własne życie. Czasem słońce, czasem deszcz, zmartwienia, radości, smutki i śmiechy. Obowiązki, praca, dzieci, dorosłość dzieci, bliskość, cieknący kran i przegląd auta. Codzienność, którą ubarwiam sobie jak mogę.

Drugie życie to czysta przyjemność, sama radość, tworzenie, malowanie, upiększanie, chłonę je całą sobą, uszczęśliwiam się każdą minutą, tam fruwam, a nie chodzę, tam uśmiecham się do każdego, bo realizuję swoje marzenie, dopiero piszę historię swojego włoskiego dolce vita i jak na razie nie spotkało mnie nic złego. Drobne niedogodności nie zasługują na rangę problemów. Bagatelizuję je, przeczekuję w trybie dolce far niente, kuję kolejne włoskie słówka, cieszę się wszystkim tak bardzo, że nic i nikt nie jest w stanie mnie z tego stanu wyrwać. Moje córki twierdzą, że gdy jestem w Kalabrii, to mnie nie ma. Istotnie, znikam z pierwszego życia do drugiego życia i nie biegam pomiędzy nimi.

O jak mi to było potrzebne! Jakim luksusem jest wypad pod inne niebo, ale do własnego domu! Za tydzień lecę więc na cztery dni do mojego miasteczka, do ludzi i miejsc, za którymi tęsknię, już planuję nowe rzeczy, może pomaluję schody, może zacznę odnawiać drzwi, a może tylko wybiorę farbę na ścianę mojej sypialni. Na pewno poleżę na plaży, nareszcie nagadam się z A., bo lecimy razem, oba nasze domy kochamy tak samo. Odwiedzę wszystkie oswojone już miejscówki, oczywiście sklepy z używkami, bo tam A. jeszcze nie była. B. z kolei odkryła nowy sklep w Lamezii, nie mogę doczekać się jego eksploracji, choć w sumie niczego nie potrzebuję, poza tym co mi wpadnie w ręce i zachwyci.

Paradoks jest taki, że kupując i remontując kalabryjski dom zubożałam finansowo w znaczeniu posiadanej ilości pieniędzy, ale zyskałam niesamowity skarb, czuję się bogata jak nigdy w życiu.

Lampy z Hogwartu/Draculi już nie mam, kupiłam inną:

Jeszcze jej nie widziałam na żywo, kochana Rina przyjęła kuriera. No i nareszcie podoba jej się jakaś lampa, co skwitowała: QUESTA e bella :)

Lampy Draculi nie znosiła. I słusznie.

Li.


Przywiozłam

4 września, 2026

z Kalabrii dwa siedziska do krzeseł do tapicerowania (udało mi się kupić prawie dwa takie same krzesła, różnią się trochę kolorem podniszczonej tapicerki). Pomna na moje długie poszukiwania włoskiego ramiarza, uznałam że pewnie taka sama droga będzie mnie czekać z tapicerem i najprościej będzie naprawić je w Krakowie. Siedziska zmieściły się do walizki, a z powrotem wyślę je Inpostem za całe 53 zł, włoski paczkomat jest 25 km od mojego domku (śmieszne jest to, że paczkomat ma godziny otwarcia i sjestę, no ale to jednak Włochy). Zadzwoniłam do mojego ulubionego tapicera Roberta, telefon odebrał jego syn. Robert nie żyje od kilku miesięcy, umarł w czasie snu. Wstrząsnęło to mną. Miał zaledwie 62 lata! Położył się wieczorem do łóżka, planując pewnie następny dzień i już się nie obudził.

To jest mój wielki lęk, umrzeć w ten sposób i zrobić to dzieciom i kotom. Zostawić bałagan w szafie, w dokumentach, w kosmetykach i w finansach. A jednocześnie czuję wielki opór przed porządkowaniem spraw przed śmiercią, bo przecież nie mam zamiaru już umierać! Ale Robert też nie miał zamiaru. Zostawił rozpoczęte prace, pomysły w swojej głowie, kontakty do klientów z ohasłowanym telefonem i zamówienia materiałów, których nie wiadomo gdzie teraz szukać.

Jak żyć, gdy nieuchronność śmierci zaczyna coraz mocniej wpychać się w świadomość i demoluje myśli? Staram się racjonalnie przyjmować do wiadomości fakt, że nadejdzie dzień mojej przydatności do życia, ale ja nie jestem w stanie wyobrazić sobie siebie jako starszej pani, a co dopiero widzieć siebie na marach!

A co na to Lec?

Żyć jest bardzo niezdrowo. Kto żyje, ten umiera.

Li


Wróciłam

3 września, 2026

z lotniska, całkiem spokojnie wypijam drugą kawę i czas zacząć pracowity dzień. Moje potomstwo leci do Helsinek, potem popłynie promem do Tallina i w niedzielę wróci do Krakowa. Wspaniały plan!

Poprosiłam o breloki z Małą Mi i z Mamusią Muminka.

Odliczam dni do 17 września, gdy zarzucę na ramię torebkę i wsiądę do samolotu. Obecnie interesuje mnie tylko jeden kierunek. Mój domek czeka i tęskni! Sąsiadki podlewają moją bugenvillę, karmią koty i piszą mi o miejscowych sprawkach i ploteczkach.

Jak tu wytrzymać jeszcze 14 dni, no jak?

Ze spraw praktycznych polecam Wam aplikację AirHint. Autentycznie przewiduje ceny biletów lotniczych! Słuchając jej można sporo zaoszczędzić/mniej wydać.

Li


Czy można

2 września, 2026

przestać być mamusią? Wydaje mi się to niemożliwe! Wczoraj w nocy odebrałam z lotniska moją Starszą, przyleciała na kilka dni, jak mnie to ucieszyło! Mamusiowałam przywożąc na lotnisko herbatkę rumiankową, a w domu gotując zupę ogórkową. Długo się Starszą nie nacieszę, bo mają z Gusią zaplanowany coroczny wyjazd siostrzany, ale przynajmniej jest coraz bliżej dnia, w którym ostatecznie porzuci swoje brytyjskie życie i razem z Luke osiądą w Krakowie. Urodzą się wtedy nowe problemy, ale będziemy tym martwić się później.

Luke nauczył się po polsku wypowiadać z wdziękiem słowo „jutro” i Karolina ma swoje „domani”. Taki los kobiet w naszej rodzinie, to my musimy wszystko ogarniać, organizować i ciągnąć do przodu. Ale w przeciwieństwie do mnie, obie mają bardzo kochających ich partnerów. W dzisiejszych czasach to już samo w sobie jest wielką wartością.

Nie wyobrażam sobie siebie oddającej stery sprawczości i organizacji życia w ręce innego człowieka. To przecież moje życie! Nie rozumiem bezwolnych kobiet, pomagam im, ale ich nie rozumiem. Polegać we wszystkim na mężczyźnie, który pewnego dnia odchodzi z tym „wszystkim”, a kobiecie wali się całe życie! Nie ma pieniędzy, nie ma bezpieczeństwa i nie ma organizatora życia.

Bądź samodzielna i bądź pierwsza dla siebie! Nie daj się sprowadzić do roli kury domowej, bo kury szybko się starzeją i tracą ładne piórka. Odkładaj nawet niewielkie kwoty, do których tylko Ty masz dostęp, nie zostawiaj dostępnej cennej biżuterii, bądź czujna i nie ufaj do końca. Nie chodzi o wieczną podejrzliwość i życie w lęku. Chodzi wyłącznie o poczucie, że cokolwiek się stanie, to dasz sobie radę.

Wiem co mówię, jestem ekspertem stanu porzucania i przecież sama doświadczyłam tego bardzo boleśnie, a ufałam tak bardzo, że zostały mi tylko obciążone karty kredytowe. Dałam sobie radę, każda z nas sobie da, jeżeli ma jakiekolwiek zasoby w pomocnych ludziach, w majątku (nie podpisuj rozdzielności, jeżeli niczego nie macie, a jeżeli macie, to podpisz, jeżeli przejmiesz cały wspólny majątek), w wykształceniu i możliwości pracy. Nie ma wiecznej miłości, nie ma wiecznych małżeństw, nie ma wiecznego zaufania.

Li


Pożar

1 września, 2026

został ugaszony, ale ludzka podłość została i ma się dobrze. Okrucieństwo, podłość, brak szacunku do ludzkiego życia i przyrody- taki jest świat i nic się nie zmienia.

W mojej rodzinie jest wielka afera, bo jedna z moich kuzynek- wykształcona kobieta, ale nic poza tym, bez porozumienia z kimkolwiek zlikwidowała grób naszego wspólnego prapradziadka. A najgorsze jest to, że nie widziała w tym nic złego. Rzecz dzieje się w małym miasteczku, gdzie na cmentarzu rządzi grabarz, łasy na zwolnione miejce przy głównej kaplicy. Prapradziadek z praprababcią leżeli tam od początku XX wieku, byli takim stałym rodzinnym odniesieniem, prapradziadek był potomkiem przybyłego z Hiszpanii Francesco de Navarro, rodzina była bardzo znana i szanowana, a potem ich kości znalazły się w plastikowej torbie. No i gdzie niby miały być pochowane? W sprawę wmieszała się moja jakże energiczna ciotka, posprzątała ten bałagan, kości wracają na miejsce, tylko zabytkowego grobu już nie ma, bo został w międzyczasie zniszczony. Prapradziadkowie dostaną więc nowy grobowiec, nie sądzę by byli tym zachwyceni, może będą gnębić kuzynkę po nocach. Co ciekawe, kuzynka dba o swój pochówek, buduje swój grobowiec (co za masakra), oby za 120 lat nie trafiła do plastikowej torby, historia często zatacza koło.

Uświadomiłam sobie, że nie mam miejsca na cmentarzu.

No i nie chcę go mieć. Chciałabym być rozsypana wśród brzóz, albo nad morzem, albo na łące, wszędzie tam gdzie jest spokój i piękno.

Jeżeli rzeczywiście jest jakieś życie „po”, to będę przychodzić do każdego podłego i złego człowieka, każdej nocy! Będzie z tym mnóstwo pracy, bo zło się pleni i póki co wygrywa. Trudno to znieść.

Li


Zawsze uważnie

31 sierpnia, 2026

słuchaj instynktu, wewnętrznego głosu, który nie wiadomo skąd, ale wie! Może tylko przeczuwa, może tylko wietrzy, ale trzeba mu ufać, bo chce żyć, a będzie żył tak długo jak my żyjemy. Ma więc istotny interes w utrzymaniu nas przy życiu.

Wierzę w swój instynkt, pielęgnuję tę wiarę, wielokrotnie ocalił mnie przed różnymi tarapatami.

W sobotę miałam lecieć do Kalabrii, bilet na samolot kupiony, auto wypożyczone. Noc z soboty na piątek była ciężka, spałam płytko, budziłam się z biciem serca, ciągle ktoś coś krzyczał, a to krzyczał mój instynkt: nie jedź! Rano postanowiłam, że nie polecę.

A w moim miasteczku od sobotniego południa było tak:

Poniżej widok z tarasu A.

Od soboty nie ma wody.

W tle głos Antonio, rozumni ludzie są przerażeni.

Jest mi bardzo smutno! Myślę o ludziach, którym spaliły się oliwne gaje i myślę o zwierzętach!

I głębi serca życzę podpalaczom wszystkiego najgorszego.

Li


To był

26 sierpnia, 2026

impuls, by ratować swoje życie. Zadziałał instynkt przetrwania. Moje ciało było już tak bardzo zmęczone tempem życia, przebodźcowaniem, zalewem informacji, koniecznością bycia w wiecznej gotowości… Szybujący ponad normę kortyzol, dramatycznie mizerna dopamina, ciągły stres… ile można, no ile? Czułam, że moje żródła życiowej energii wcale nie są odnawialne. Wysychają jak woda w Dunaju. Pragnęłam spokoju i ukojenia po kawale naprawdę ciężkiego życia, bo pisząc lekko o ciężkich sprawach wcale nie odejmowałam im rzeczywistego ciężaru. Krew, pot i łzy, ale za to teraz dodałam sobie mnóstwo koloru. Życie jest takie jedno, warto walczyć o jak najmniejsze zmiany, nie trwać w bólu i szarości, bo czas nieubłaganie, miarowo kroczy naprzód. Chcę mieć cudownie beztroską drugą połowę życia, chcę się cieszyć z byle czego, być zdrową i sprawną, nie dbać o bilet i ściskając w ręku kamień zielony, patrzeć jak wszystko zostaje w tyle.

Cieszę się najbardziej z tego, że moje córki ciągle chcą być blisko mnie, że razem przeżywamy nasze życia, wspieramy się i akceptujemy. To daje niesamowitą siłę i dodaje odwagi do życiowych szaleństw. I że ciągle jestem dla nich drzewem pod cieniem którego mogą się schować, którego szumu chcą słuchać i którego gałęzie mogą pozbierać, by rozpalić ogień.

Włoski domek pewnie będzie stał, jak mnie już nie będzie. Ale będę tam przecież w każdej rzeczy, nasycę go dla nich szczęściem i radością na lata, taki mam plan.

Li


Kiedy przychodzi

25 sierpnia, 2026

wtorek-potworek i nie wiem w co wsadzić ręce, próbuję ogarnąć sprawy robiąc plan. Piszę co muszę zrobić na już, co trochę później, ale też szybko, co mogę zostawić po weekendzie i czy bilety i wynajem auta mają dobrą cenę. Miały! Polecę więc w sobotę do środy i nareszcie pobędę sobie w domku sama. Chciałabym zająć się drzwiami, jakkolwiek to brzmi. Mam szlifierkę, papier ścierny i mnóstwo chęci. Zobaczymy jak mi wyjdzie. To są piękne drzwi, ale od wewnętrznej strony doznały krzywdy pomalowania olejną farbą, muszę ją brutalnie zedrzeć. Im dalej w las, tym trudniej będzie mi znaleźć czas na pobyt w Kalabrii, pewnie dopiero w październiku, to nie tak miało być. Będę więc wyrywać z krakowskiego życia po 2-3 dni, bo nawet jeden poranek na tarasie z kawą i włoskim widokiem jest dla mnie tak wielkim źródłem relaksu i radości, że warto, naprawdę warto. Bardziej myślę o sobie, staram się być pierwszą dla siebie to trudne po latach innych priorytetów, po spełnianiu oczekiwań innych, ale absolutnie konieczne. Sama to widzę, zdrowe podejście do samej siebie, chronienie rodziny, zakreślanie granic i nie dawanie się krzywdzić to podstawa. Szkoda, że tak późno to zrozumiałam, ale ważne że nie za późno. Wyzwoliłam się spod ciężaru cudzych oczekiwań i nareszcie czuję się swobodnie. Nie obchodzi mnie co kto o mnie myśli, jaka to jest cudowna wolność! Nie liczę się też z cudzymi opiniami, bo w moim wieku mam już własne i to ugruntowane. A już najmniej obchodzą mnie opinie na temat tego jak urządzam swój domek, z jednego prostego powodu- jest mój i to ja mam się w nim dobrze czuć. To, że pokazuję na blogu efekty remontu nie oznacza, że wystawiam się na ocenę. Piszę dla siebie i dla moich bliskich znajomych, a że przy okazji czytają mnie nieznajomi, to mnie tylko cieszy, ale nie definiuje mojego życia. Nie obchodzą mnie też opinie i pseudo dobre rady na tematy moich córek, ich życiowych wyborów, ich partnerów, bo to są dorosłe kobiety. Nie wtrącam się w ich życie, ale im pomagam i je wspieram. Z wielką miłością, bo je po prostu bardzo kocham. Są dla mnie najbliższe i najważniejsze. Nie będę natomiast niszczyć im życia moją wizją ich związków, tym bardziej że ja sama związkowo popełniłam w życiu mnóstwo błędów, wolę więc żyć samodzielnie. Trzeba popełniać własne błędy, próby ich naprawy dają siłę na przyszłość i kształtują charakter. Takie jest moje zdanie. Wtrącanie się w życie dorosłych dzieci to straszna toksyna.

A toksyn unikam jak się tylko da, botoksu też!

Dla zilustrowania mojego stanowiska zdjęcie Klusi.

Bądź jak Klusia!

Li


Jestem monotematyczna

24 sierpnia, 2026

i przynudzam, wiem. Ale kocham moje włoskie przygody i na razie (oj, ciężko za to zapłacę) mają priorytet przed innymi sprawami mojego życia.

Kupiłam kolejny stojak/kwietnik, lustro i „ten obraz”. Tym razem wzięłam się za hol, a stojak stoi przy drzwiach do mojej sypialni.

Zachwycam się tymi haftami, ktoś kiedyś pieczołowicie poświęcając wiele godzin kunsztownie haftował, cieniował i pięknie oprawił, a potem ktoś likwidując mieszkanie po zmarłej babci wyrzucił bez sentymentu.

(Ogólna nazwa na wyhaftowany i oprawiony w ramę obraz to „quadro ricamato”, a „pittura ad ago” to technika haftu malarskiego, gdzie gęste ściegi imitują pociągnięcia pędzla).
Dużo jest tych haftów na starociach, będę je zbierać, zwłaszcza te w ładnych ramach, tego chce ta gorsza strona mojej natury.

Wróciłam do Polski i nie ma rady. Trzeba pracować. Napisałam do włoskiego dostawcy prądu, że nie dostałam jeszcze żadnego rachunku za prąd, mimo umowy obowiązującej od 11 czerwca. Dziś mi go wysłali na whatsappa, Santa Madonna, po co się upominałam? Powiem tylko, że prąd we Włoszech jest mniej więcej dwa razy droższy niż w Polsce, koszmarnie dużo jest opłat dodatkowych, których nawet Achillus nie jest w stanie mi wyjaśnić, bo po prostu „są i już i nikt nie wie na co idą”. Do tego muszę zapłacić opłatę przyłączeniową, za montaż licznika itp itd. W sumie prawie 900 euro. Mam nadzieję, że kiedyś nadejdzie kres tych wydatków i że będę mogła całkiem spokojnie wypijać kolejną kawę, bez wiszących nade mną obciążeń i rachunków.

Zgodnie z moimi przewidywaniami Signor Agazio nie pojawił się u mnie, by skończyć kuchnię. Jest sierpień, więc mu to wybaczam, szanujący się Włoch z południa w sierpniu nie pracuje.

Kuchnia więc wyglądała/wygląda tak:

Brakuje półek, cokolików, pewnie będę się z tym bujać przez następny rok, ale i tak bardzo mi się podoba efekt prawie końcowy, jest przytulnie i można gotować!

Dam sobie radę ze wszystkim, najgorsze już za mną.

Li

PS. Lampa została już wyeksmitowana, nagle zrobiło się jaśniej, można swobodnie oddychać, była w niej jakaś mroczność, złowrogość, może widziała ludzkie okrucieństwo, może była świadkiem strasznych rzeczy, działała na mnie przygnębiająco i gdy postanowiłam się jej pozbyć, poczułam ulgę. Wielką ulgę! I jaką satysfację miał Mimmo-brat Riny! Ściągał ją z uśmiechem na ustach, bo przecież mi mówił, że… Szukam więc lekkiej lampy do mojego holu, pogodnej i z pięknym światłem.


Aaaabsolutnie

22 sierpnia, 2026

pozbywam się lampy z Hogwartu/zamku Draculi, nie przekonam się do niej, za ciężko wisi nad głową, a mój domek ma być leciutki i wesolutki, bez zadęcia i z dużą ilością ślicznego kiczu. Ta ciężka lampa mi to psuje, nie chcę jej, trudno się do tego przyznać, ale nie jestem w stanie jej znieść. Pomyłka, wielka pomyłka, daję ją bratu Riny, by wywiózł ją na złom, a najlepiej podarował komuś, kto ma cztery metry do sufitu. Doceniam jej urodę, jest naprawdę piękna, ale wymaga wysokich, zamkowych sklepień, gdzie ja miałam rozum?

Ale, ale! Jakie mam kiczowate zdobycze! Warto było pojechać z Guśką do ulubionego sklepu z używkami, znalazła taki cud!

Cztery talerze na ścianę z czterema porami roku, idealne dla rozjaśnienia ściany przy schodach!

Oprócz tego:

Ta cudna lampa za całe 6,50 euro! Stoi sobie w mojej sypialni i daje piękne, miękkie światło. Nie uszknę z niej ani milimetra koroneczki.

Osiem ręcznie malowanych miseczek z zawadiackim kogutem. Mam sporo miseczek, ale te są najpiękniejsze:

Kolejny talerz na ścianę:

A oprócz tego piękne lustro, krzesło i stojak na kwiaty, który u mnie nie będzie na kwiaty. Aaa i jeszcze haftowany obraz, zrobię zdjęcie jak znajdę mu miejsce, jest piękny, to dzieło ludzkich anonimowych dla mnie rąk, kręci mnie to, szukam takich przedmiotów, nie chcę by były bezdomne.

Jutro wieczorem wracamy do Krakowa, już jest mi przykro, a jednocześnie czuję wielką wdzięczność, za to że mogę tak często być w moim włoskim domku, wszystko tak układam by przylecieć we wrześniu na kilka dni, a potem w październiku, w listopadzie, w grudniu… w każdym miesiącu na kilka dni, inne niebo, inne życie.

A ile mam tu jeszcze pracy! Wspaniała perspektywa!

Li


A w moim

18 sierpnia, 2026

miasteczku jest dziś Sagra della Melanzana, Święto Bakłażana, wielka coroczna festa i mnie tam niestety nie ma.

Ale przynajmniej moi są.

(Burza połamała parasolki, wiszą ostatkiem sił).

Na filmiku jest stara, popularna tradycja upamiętniająca wyzwolenie Kalabrii spod jarzma tureckiego i saraceńskiego, tym samym świętowanie końca niebezpieczeństwa i zdobycie wolności. To Ballo dei Giganti, taniec dwóch gigantów. Czarny olbrzym o wyglądzie saraceńskiego wojownika ma na imię Gryf, a biała olbrzymka, piękna kobieta z ludu ma na imię Mata. I tak sobie tańczą, a między nimi plączą się co bardziej odważni obywatele, ewidentnie cyknięci miejscowym winkiem.

Niesamowicie podoba mi się kultywowanie tych tradycji, zachwycam się tymi festami, zabawa trwa do bardzo, bardzo późnej nocy, wręcz nawet do świtu!

No i zaraz wszyscy będą jeść!

No dobra, jeszcze tylko dwie noce i Monica arriva!

Li


Ciągle gniazduje

18 sierpnia, 2026

we mnie „matka-kwoka” i mimo wielkich wysiłków nie jestem w stanie jej wyeksmitować. Mam przecież dorosłe dzieci! „Niech no tylko dorosną! Nie będziesz się już tak martwić, mówili…” A jednak poziom troski o moje małe duże nie opada wraz z wiekiem, mało tego- jakby zmienia natężenie, czerpie z innych danych i kieruje wektor troski w inną stronę. Bo teraz martwię się lokalnie i globalnie- poza codziennością, pracą dla nich, szczęściem osobistym, to o ich dalsze życie w czasach wojen, braków wody, wielkich zmian klimatycznych i AI. Największe marzenie? Być wolną od trosk. Co ciekawe, o siebie nie martwię się wcale. Que sera, sera.

Wczoraj miałam stresującą noc, bo martwiłam się o Guśkę, która niespodziewanie poproszona w nocy o przysługę, pojechała na lotnisko w Lamezii po córkę przyjaciółki, której spóźniony samolot wylądował po godzinie odjazdu ostatniego autobusu z lotniska i dziewczyna z kolegą, nie mając w zanadrzu innej opcji (hm…) znalazła najprostsze dla siebie rozwiązanie i napisała do Gusi. Moje dziecko jest prawdomówne i prostolinijne, nie ściemniła więc że piła wino, tylko przed północą wsiadła w auto i pojechała po nich, to były trzy godziny w aucie, a bardzo nie lubi jeździć w nocy. Czy ja bym też tak zrobiła? No niestety tak. Wkurzałabym się, ale pojechałabym na to lotnisko. Właśnie dlatego, że chciałabym, żeby w takiej sytuacji inna matka pojechała po moje dziecko, żeby było bezpieczne.

Tylko, że… u mnie nie byłoby takiej sytuacji, miałabym w zanadrzu inną opcję, choćby nocleg w hotelu przy lotnisku. Moje dziewczyny też by tak zrobiły, bo samodzielność i twórcze rozwiązywanie swoich problemów to podstawa życiowej zaradności. Warto pomagać i warto prosić o pomoc (wspomnijmy tu wdzięcznie Pana Edwarda), ale ta prośba o pomoc nie może być efektem pójścia na łatwiznę. Trzeba najpierw powalczyć samemu. Takie jest moje zdanie i takie też zdanie przedstawię mojej przyjaciółce. Albo trzeba wybierać lot w ciągu dnia, jeżeli nie wypożycza się auta, tylko liczy na komunikację zbiorową.

Czy jestem wredną małpą? Na całe szczęście coraz bardziej jestem!

Li

Dla złagodzenia przekazu zdjęcie bez związku. Kwoka z kurczakiem.


Miałam zły

17 sierpnia, 2026

cholernie zły nastrój całą niedzielę. Za dużo pracy, za dużo ciężarów i jeszcze te pretensje kotów o brak zainteresowania (chwilowy brak! przecież kocham te dziady nad życie), no i spłodziłam smutną notkę… a ile telefonów wywołała!

Skasowałam ją, o nie! Nie będę się żalić.

Nie lubię mieć weekendów z pracą w tle, a ciągle to sobie robię. Wydaje mi się, że mam bardzo dużo czasu, że napiszę coś mądrego, wypiję sobie przy tym kawę, a potem będę mieć weekend dla siebie. No nic bardziej mylnego- nie chce mi się nie pisać, więc wściekam się na siebie, piję mnóstwo kawy, więc drga mi powieka, mam rozgrzebaną robotę, fruwające papiery i zepsutą niedzielę. Doprawdy wzór organizacji.

Dziś wstałam skoro świt, lubię tak zacząć dzień.

Świat nadal jest piękny, słońce na Wybrzeżu Jońskim dalej zachodzi nad lądem,

gwiazdy szaleją, szaleją, w czwartek popołudniu odetnę się od pracy i po raz pierwszy lecąc do Kalabrii nie wezmę ze sobą laptopa. Zobaczymy czy będę mieć objawy odstawienia. Czekam na ten wyjazd, cieszę się spotkaniem z Gusią, naszą planowaną wyprawą na łowy, beztroskim wyłożeniem się na plaży i rozgwieżdżonym niebiem. Oraz faktem, że będę planować dalsze prace remontowe, ha! Myślę nad kolorem elewacji, nad moją szaloną lampą, zastanawiam się nad pomalowaniem szafy, nie mam granic, ni kordonów i to mnie cieszy najbardziej! Mogę zrobić to, co mi się podoba, a potem zmienić to, co mi się przestało podobać.

Cenię sobie tę wolność najbardziej na świecie.

Li

PS. Zastanawiam się po raz kolejny nad tym, po co ja piszę tego bloga. Ale sięgnęłam do starych notek, przeczytałam o sprawach i sprawkach, o których już nie pamiętałam, o historiach które przeżyłam i tak! Muszę pisać, bo nie chcę zapomnieć swojego życia. Nie mam czego się wstydzić, mimo że czasem jest lekkie żenua, o rety:D

Ale wiem, że fakt jak dobrze wyszłam z moich życiowych zawirowań, jak sobie poradziłam z tym nieszczęsnym rozwodem, jak skopałam tyłek wstrętnej, podstępnej i fałszywej kobiecie-koń (no nie dosłownie, ale bardzo dla niej boleśnie) pomógł wielu z Was. Więc będę pisać dalej, bo mam taką potrzebę z głębi duszy, bo to porządkuje moje życie, bo daje mi kanał ujścia.


Gdzie

16 sierpnia, 2026

kupiłaś tę lampę, zapytała Gusia. W Hogwarcie?

Wtopa, totalna wtopa. Co ja pocznę z tą kupą secesyjnego złomu? Przecież nie wyrzucę!

Wyrzuciłam za to już z mojego życia aplikację Catawiki, zwłaszcza po odkryciu sklepów z używanymi rzeczami. Swoje zrobiła, mam piękne kinkiety i kilka lamp, ale z tym ostatnim zakupem, to przesadziłam. Lampa ma metr na metr dwadzieścia (jakoś to przeoczyłam, uwiedziona sztucznie podrasowanymi kolorami, jakim ja jestem łatwym celem…), brat Riny wieszając ją mruczał pod nosem, że brutta, brutta… No nie, brzydka nie jest, jest piękna, ale jednocześnie jest cholernie mroczna, jak żywcem wyjęta z lochów Hogwartu, tu Guśka ma rację. Jakieś pomysły?

Nie wzięłam się jeszcze za upiększanie holu, na razie stoi w nim cudownie pakowna, ogromna szafa od Elli i wisi TA lampa, może ktoś ją chce? Kto ma sufit na wysokości czterech metrów? Oddam za darmo!

Li

PS. A dziś właśnie przeczytałam ten artykuł! Czasy, że można kupić coś okazyjnie dawno minęły. Wraz z wynalezieniem internetu. Sprzedający doskonale znają wartość tego co sprzedają, może gdzieś jeszcze na wyprzedażach garażowych można przypadkiem znaleźć coś cennego za ułamek wartości.


Moje

15 sierpnia, 2026

miasteczko nie jest turystyczne, ani specjalnie ładne, daleko mu do Tropei, zresztą miasteczka na wybrzeżu Morza Jońskiego nie są tak piękne, jak te nad Morzem Tyrreńskim. Moje miasteczko ma w sobie mnóstwo opuszczonych, smutnych domów, stoi w cieniu pobliskiego przepięknego Badolato, ma w sobie ruiny potężnej katedry i pałac kardynała, który chciał zostać papieżem. Ale jest urokliwe, żywe i ma ludzi, którzy starają się je upiększyć. To jest rozczulające!

W bonusie Gusia, w przypadkiem pasującej sukience.

Li


Robię wszystko,

15 sierpnia, 2026

by zmienić krakowski za szybki, niszczący tryb mojego życia w kalabryjski plaster miodu na skołatane nerwy- bez pośpiechu, z wczesnym kładzeniem się do łóżka i pobudką o szóstej rano. Do ideału- czyli piątej rano nawet nie śmiem dążyć, musiałabym przestać czytać wieczorami, nie zrobię sobie tego. Ale i ta szósta godzina dnia ma swoje cudowne właściwości, całkiem spokojnie wypijam drugą kawę i mam przed sobą cudowny dzień!

Lidia namalowała dla mnie dwa nowe obrazy! Oba to moje miasteczko! Ściany czekają, a mam już przecież miejscowego ramiarza, ściągnę je z blejtramów, zroluję i prześlę do siebie Inpostem. Los jest bowiem tak łaskawy, że ustawił kalabryjski paczkomat Inpostu dwadzieścia kilometrów ode mnie. Paczkomat jak prawdziwy południowiec ma godziny sjesty, bo znajduje się w sklepie, ale co tam, ważne że jest i że moja pierwsza testowa paczka, której w aplikacji dałam imię „Pierwsza Kalabrystka” doszła po sześciu dniach. Same plusy- przesyłka kosztuje tylko 53 zł, a walizka kabinowa, w której niewiele zmieszczę to wydatek 123 zł, paczką mogę przesłać 25 kg! Pakuję więc książki, kosmetyki, prezenty, tynk dekoracyjny, szablony, pacę wenecką itp, naoglądałam się filmików na YT i mam zamiar zostać tynkarką, bardzo mnie to kręci!

Kilka dni temu pierwszy raz w życiu użyłam szlifierki, wyszlifowałam krzesło i pomalowałam je na niebiesko, jakie to bylo relaksujące i twórcze.

Wszystkiego można się nauczyć, oglądam tutoriale i mozolnie, bo jestem manualnym beztalenciem brnę przez kolejne etapy szlifowania, wkręcania, a za chwilę i wiercenia. Tak, nauczę się wiercić i przestanę wiercić bratu Riny dziurę w brzuchu. Biedak, wywiercił mi już kilkadziesiąt dziur, a to przecież nie koniec. Bardzo, bardzo chcę sama zrobić tynki dekoracyjne, mam piękne szablony, jakie to pole do wyobrażni, gdy przebrnie się przez prozaiczne sprawy typu gruntowanie ścian. Będę mieć co robić podczas zimowych wyjazdów. Plany są! Najważniejsze jest mieć plan, choć przecież zostawiam spory margines na życiowe niespodzianki, którymi los obdarza mnie w nadmiarze, co uderza rykoszetem w moich bliskich, czasem sobie myślę że mój pech jest naprawdę zaraźliwy. Wiadomo, że póki co wychodzę cało ze wszystkich opresji, ale czy to będzie trwało zawsze? Przedwczoraj Gusia z Michałem jechali na lotnisko w Katowicach, odwoziła ich matka Michała i złapali gumę na A4 w okolicach Jaworzna. Ponieważ było to auto Michała, to nikogo nie zdziwił brak zapasowej opony (w bagażniku zamiast opony jest akumulator, bo to hybryda plug-in). Opona okazała się być przeciętą, więc doraźne środki jej naprawy nie działały. Czas nieubłaganie gnał do przodu, kurczył się czas do odlotu, Gusia do mnie zadzwoniła w panice, a ja sobie przypomniałam, że w pobliskim Chrzanowie jest człowiek, który po tym jak mu pomogłam, powiedział, że zrobi dla mnie wszystko. Zadzwoniłam do niego i powiedziałam: „nadszedł czas spłaty długu, Panie Edwardzie”. Jak tylko wyszedł ze stanu przedzawałowego, to natychmiast wsiadł w auto i odwiózł towarzystwo na lotnisko, a matka Michała ogarnęła lawetę i zajęła się autem. „Uratowałaś nas Mami”, powiedziała mi Gusia, „Pan Edward jechał jak szatan”. Na lotnisku byli na 50 minut przed odlotem, zdążyli na samolot. „Wszędzie masz swoje macki”, kolejny raz powiedziała mi Starsza, co zawsze mnie bardzo śmieszy, ale to jest prawda! Znam tak wielu ludzi i na tak wielu ludzi mogę liczyć, że rozlewa się to na cały świat. Życzliwość ludzka jest wspaniała, trzeba tylko mocno w nią wierzyć i walczyć ze złymi tego świata.

Zawsze jak jadę do mojego domku, staję w Marinie i witam się z morzem. Kocham tę księżycową drogę. Jest jak moje życie, idzie prosto do końca, ale po drodze tyle meandrów, tyle drobnych wysepek spraw i sprawek, tyle ludzkich kropek, trzeba się zauważać, lubić, kochać, pomagać, przytulać.

Li

PS. Gwoli wyjaśnienia- nigdy nie robię zdjęć pod bloga. Wszystkie zdjęcia pochodzą z naszego rodzinnego czatu, gdzie jest nasza trójka. Dokumentujemy tam co robimy, to jest kilkadziesiąt wiadomości dziennie, nazwa jest lekko dla mnie kompromitująca, ale bardzo śmieszna- Jęki Klusencjusza. Tak, Klusencjusz to ja. W opisie Starsza napisała: miejsce. gdzie Klusio(dalej to ja:D) sobie pojękuje(oraz okazjonalnie inni ludzie, którzy także mają do tego prawo, bo Klusencjusz nie ma monopolu na jęczenie).

Przy takich córkach nigdy się nie zestarzeję!


Jest ładniej

14 sierpnia, 2026

niż na Twoich zdjęciach powiedziała mi Gusia i przesłała kilka zdjęć z porannym światłem. Nie była w domku po remoncie, to jej pierwszy raz!

Nie potrafię robić zdjęć, zepsuję każde. Na szczęście moje córki nie mają tego po mnie i mają to szczególne oko.

Te ryciny na ścianie znalazłam w pierwszym domu.

Muszę przetrwać do czwartku wieczorem, a potem przyjdzie nagroda.

Li


Sklepy

13 sierpnia, 2026

z używanymi rzeczami to dla mnie raj. Mogłabym w nich spędzać po kilka godzin, z maksymalnie wyostrzonym wzrokiem, jak jastrząb! Kupiłam w nich takie cuda! Krzesło typu „Savonarola”, oryginalną komódkę, stół, stojak pod amforę, samą amforę, mnóstwo drobiazgów i śliczności. Prawie wszystkie meble dostałam od moich włoskich koleżanek. Kupiłam na włoskich wielkich wyprzedażach (tu są prawdziwe wyprzedaże) na beliani.it kanapę, fotel, stół i krzesła do kuchni. Meble kuchenne też są nowe. Kuchnia ciągle nie skończona, nota bene… Ale cała reszta mebli była już używana! Z historią. Można pofantazjować.

Ten cudowny biało-niebieski talerz na pierwszym planie był minimalnie ubity i kosztował 52 euro. Uznałam, że jest za drogi, tym bardziej że za 53 euro kupiłam kolonialny stolik do kanapy. Savonarola kosztował mnie 50 euro. Stojak pod amforę 52, ale nie mogłam mu się oprzeć. Amfora nie była tania, ale za to jajczarki kupiłam za 60 centów, więc się zbilansowało, ta bardzo prosta zasada ekonomii uwalnia mnie od wyrzutów sumienia.

Talerz poniżej kupiłam na targu, Pan stwierdził, że ma słabość do Polek i sprzedał mi go za 10 euro. Jest ogromny! I piękny!

O ileż piękniejsza jest ta wyciskarka do cytryny niż plastik z chińskiego sklepu, vero? Kosztowała uno euro.

Ptaka zrobiło mi się żal, ktoś go kiedyś pięknie wyrzeźbił, a trafił na wyprzedaż na szrocie, kupiłam go za całe 5 euro. Zielona karafka pięknie łapie światło, cena- 2 euro.

Nie piję espresso, ale mój ekspress w kolorze szałwiowym robi też lungo, kupiłam więc zestaw 6 filiżanek do lungo, z dzbankiem za 15 euro.

Nie mogę doczekać się piątku za tydzień, gdy pojadę pobuszować tam z Gusią. Na pewno wrócimy z łupami.

Cieszę się, że podoba Wam się mój włoski domek, domeczek, myślę o nim z wielką czułością, ubiorę go w piękną elewację, załatam każdą dziurę w tynku, zrobię z niego miejscową piękność, żeby puszył się na ulicy, do tej pory był w cieniu żółtego domu Riny.

Dom Riny mam po prawej stronie, dom Anastazji i Cosimo po lewej stronie. Jestem otoczona życzliwością. Gdy miałam gości, Rina przyniosła mi lasagne, Anastazja miskę fig. Anastazja ma trzydzieści kilka lat, jest bardzo ładna, z pochodzenia jest Białorusinką, została adoptowana przez włoskie małżeństwo z białoruskiego domu dziecka w wieku 8 lat. Wyparła okres sprzed adopcji zupełnie, ostatnio przeżyła szok, bo odnalazł ją jej brat, który nie mial tyle szczęścia co ona i został w Białorusi. Pisze do niej cyrylicą, ona nic nie rozumie, ale jest szczęśliwa. Jest wielką fanką nałęczowskiej śliwki w czekoladzie, Gusia zabrała dla niej dwa pudełka, dla Riny „Mieszankę Krakowską” i krówki, niestety wpędziłam je w nałóg! Wszyscy teraz chcą polskich słodyczy i polskich ciast, sama sobie to zrobiłam.

I tak się toczy sąsiedzkie życie w moim miasteczku, czuję się już jego częścią, dobrze się bawię, gdy schodzą się sąsiedzi i siadają na schodach, leje się winko, śmiechy, jest bardzo ciepły wieczór, patrzę na czekające na mnie/jedzonko koty, rozgwieżdżone niebo i coraz bardziej zasypiające miasteczko. Chłonę to.

W sierpniu miasteczko jest niezwykle gwarne i zatłoczone, zjeżdżają się na wakacje miejscowi z całego świata, otwierają się sezonowe knajpki, są nawet parasolki, jak Lizbonie, haha, światowy poziom.

Li


Nie

13 sierpnia, 2026

zapanowałam nad czasem, przeleciał przeze mnie jak meteor, nawet nie zauważyłam! Wróciłam w nocy w poniedziałek z Kalabrii, szczęśliwie nieszczęśliwa, to taki dziwny stan w którym miesza się satysfakcja, poczucie spełnienia, ogromna tęsknota i mnóstwo pomysłów. Mój włoski domek zaczyna nabierać koloru i mnie. Nie myślę o nim inaczej jak „mój włoski domek”, domeczek, moja bombonierka, schronionko przed pierwszym życiem. Znalazłam najbardziej swoje miejsce na świecie, nie chcę szukać niczego innego. Dzisiaj leci tam Gusia z Michałem i po raz pierwszy w życiu zazdroszczę czegoś swojej córce.

Odkryłam też niezwykle bogate źródła wszystkiego, czyli sklepy z używanymi rzeczami. Nie do wiary czego ludzie się pozbywają!

Zdjęcia są w przypadkowej kolejności i na różnych etapach, porządnie wszystko sfotografuję gdy! gdy! polecę tam za tydzień! Ale już wiem, że zaczęłam zbierać talerze na ściany! Są takie pięknie i tak bardzo w miejscowej kulturze. Mam już trzy! Poza tym muszę coś zbierać, to mnie nakręca i daje mnóstwo radości. Musiałam zmienić gałki w meblach kuchennych, zielone choć śliczne, były fatalnej jakości, zostawały w rękach (precz z Temu). Kupiłam w miejscowym sklepie inne, bardzo porządne i o wiele ładniejsze.

Chaotycznie i na razie tyle!

Li


Intensywność piątku

1 sierpnia, 2026

przekroczyła moje zdolności ogarnięcia myśli i napiszę o tym jutro. Dziś tylko o tym, jak z brzydkiej, masywnej i kompletnie bez wyrazu nocnej szafki, stworzyłam TO.

Kolor szałwiowy daje poczucie świeżości, prawda? Nóżki kupiłam w Polsce, pomalowałam i na lotnisku przekonałam Pana, że to nie tępe narzędzie, tylko zwykłe nóżki. Miałam ich osiem sztuk. Puścił. Marzę o tym, by już naprawdę nie latać z walizkami.

Mówiłam, jak bardzo nie lubię tej podłogi, prawda? Ale jest niestety porządnie ułożona i nie godzi się jej zmieniać, nie godzi, oj, nie godzi. Ale ten rozsądek boli.

Li


Serio,

30 lipca, 2026

nie miałam siły.

W telegraficznym skrócie:

Odcięło mi prąd, byłam na zasilaniu awaryjnym. Przeczołgał mnie mój tydzień w Kalabrii, wrócilam w nocy w poniedziałek tydzień temu i nie wiedziałam w co wsadzić ręce, tym razem w Polsce. Do tego weszłam na ścieżkę wojenną z firmami kurierskimi na włoskim południu i trudno w to uwierzyć, ale tę wojnę wygrywam!

Pozamawiałam przez internet mnóstwo rzeczy, w tym przepięknej urody szałwiowy ekspres do kawy. Lipcowe włoskie wyprzedaże są naprawdę wyprzedażami! Czekałam i czekałam na przesyłki, zdążyłam wyjechać do Polski, a tu zaczęła spływać lawina maili: adres zły, adres nieprawidlowy, brak kontaktu… o wy kurierskie dranie (bastardi, tak mówi Rina)! Nie chciało im się wychodzić z auta-do mojego domu dojeżdżają tylko te śmieszne trzykołówki. Ale nawet żaden kurier nie zadzwonił, a zapobiegawczo podałam numer Riny, bo polski prefix działał odstraszająco. Zalogowałam się więc na każdej spedycyjno-kuriersko-przesyłkowej stronie i zaczęłam swoją krucjatę mailami. Napisałam ich ze 150, serio. Wysyłałam po kilkanaście dziennie, nawet do takich tuzów jak beliani.it (lustro ciągle na gigancie). Pisałam, że kurierzy nie dzwonią, że to, że sio. Padłam pod wrażeniem własnej skuteczności, gdy Rina zaczęła wysyłać mi codzienne raporty z pochodów kurierów, szok! Dało się dostarczyć przesyłkę do Moni? Dało się! Na razie zaginęło tylko lustro, ale jestem pewna, że w końcu do mnie dotrze. Przy okazji odkryłam, że na mapie Google nie ma zaznaczonej mojej ulicy, co w tych poludniowych miasteczkach jest normą. Napisałam do Googla. Zaznaczyłam nawet swój dom, jako miejsce szczególnego kultu religijnego. Założę kościoł, psiakrew, ale na mapie będę i znajdzie mnie każdy GPS.

Druga moja wojna to stolarz Agazio. Tu musiałam być bardzo strategicznie ostrożna i miła i to on mnie wykończył. Zemsta /faraona/kurierów. Lecę dziś wieczorem z moją siostrą babeczną, a kuchnia dopiero się montuje. Za to blat z zielonego marmuru jest nieziemskiej urody i tojest moja pociecha!

Prowadzenie remontu na odległość to koszmar. Prowadzenie remontu z translatorem to podwójny koszmar.

Nie mam pojęcia jak mi się udało, bo się udało! Koniec! Zimą zrobię elewację i drugą łazienkę, ale to będzie w rękach niezawodnego Antonio, punktualnego, słownego, gdzie on się uchował? Jest taki włoski męską przystojnością i niebywałym urokiem, a jednocześnie taki niewłoski z tą swoją punktualnością i solidnością! Tak bardzo mogę na niego liczyć, jakimś cudem bardzo mnie polubił, chyba z litości:D

Będę więcej pisać z Kalabrii. Mam przed sobą całe 10 dni, ale będę mieć co robić. W bagażu mam 8 par nóżek (45 cm haha) do szafek, porcelanowe gałeczki, mnóstwo niezwykle potrzebnych rzeczy, ale mam nadzieję, że ostatni raz lecę z dużą walizką.

Zginęłabym jak ciotka w Czechach bez moich cudownych kalabryjskich ludzi- Riny, Antonia, Elli, Fiore i Agazio fliziarza. Nie wiem czym sobie zasłużyłam, ale dziękuję za nich losowi!

Li

PS.Gdyby kogoś zdziwił zlew w tak nietypowym miejscu, to zaciskając zęby powiem jedno: Agazio stolarz się pomylił, a kamieniarz wg jego wskazówek wyciął marmur. Czy miałam wyjście? No nie…Czy muszę to zaakceptować? No tak. Czy będę patrzeć na czarny kran za każdy razem jak spojrzę z „salonu” do kuchni? No tak :D

Piano, piano….

Tu próba płyty-działa!

Woda też leci! Natychmiast kazałam ściągnąć te cokoliki, na szczęście nie zdążyli ich przykleić.

A tu tył stolarza Agazio w całej krasie.


Wracam tu za 10

20 lipca, 2026

dni, morze drżyj! Nie byłam ani razu, nie miałam czasu na relaks, ale zrobiłam naprawdę dużo, maksymalnie ile mogłam. Reszta w rękach stolarza Agazio i malarza Fiore. Pokój Gusi prawie gotowy, zapamiętajmy te zdjęcia, albowiem to nie jest koniec, słowo „prawie” kryje w sobie jeszcze tak dużo możliwości! Ale da się w nim miło spać. Komoda ma zniszczony blat, zamówiłam więc blat z białego marmuru, jest tutaj bardzo tani. Wszystkie meble dostałam! Tę cudowną kapę i poduszki Gusia wypatrzyła w „Biedronce”, przytargałam je z Polski i pasują tu jakby były miejscowe, to zupełnie tak jak ja! I myślę nad lampą, ma mieć wakacyjny klimat, bo takie wytyczne mam od mojej Mocodawczyni. Pokój ma być wakacyjny, niezależnie od pory roku.

Mój domek zaczyna pięknieć, nawet jeżeli tylko dla mnie. Ale piękno jest w oczach patrzącego, zawsze to pamiętam, biorąc do ręki kolejny odrzucony przez kogoś innego przedmiot. A te „dzieła sztuki” nad łóżkiem kupiłam na miejscowym targu, dałam znalezione ramy i wygląda to cudownie/wakacyjnie. Najbardziej cieszą mnie szalone możliwości, brak granic, wymyślanie, nadawanie nowego sensu, do łazienki kupiłam półkę w chińskim sklepie, ale się wpasowała, potem Wam pokażę.

Przede mną jeszcze cały dzień! Ale mi się nie chce wyjeżdżać… Zdjęcia tradycyjnie beznadziejne, ale kto ma oko, to zobaczy!

Li


Grande finale,

18 lipca, 2026

muszę zjechać do Mariny, by kupić haczyki i pobuszować w wielkim chińskim sklepie, są tam rzeczy zadziwiające i w jakiś dziwny sposób natychmiast potrzebne. Widzę, że te chińskie markety wypierają małe sklepiki, to bardzo smutne, ale tego procesu nie da się powstrzymać, tym bardziej że pewnie kalabryjska mafia dogadała się z mafią chińską.

Wstałam dziś o piątej rano, był przepiękny poranek, morze z daleka wyglądało jak wielka perła. Rina, moja kochana Rina przyniosła mi kawę w WIELKIM kubku, jaki to jest postęp w naszych relacjach, zrozumiała że ja piję kawę w zupełnie inny sposób, co nie znaczy, że nie ma na ten temat nic do powiedzenia, haha… Polacy to barbarzyńcy.

Lot mam w poniedziałek późnym wieczorem, dziś i jutro gdy oczywiście plaże będą najbardziej zatłoczone, nie odmówię sobie późnego popołudnia nad morzem, może nareszcie poza zapier…lem będę miała trochę relaksu.

Ale mam cholerną satysfakcję, chyba mi się udało! Nie wiem jakim cudem, choć czuję że maczały w tym swoje łapki miejscowe koty!

Li


To byłaby ujma na honorze

18 lipca, 2026

Kalabryjczyka, gdyby kredens spadł z lin.

Takie sytuacje MNIE się nie przydarzają, powiedział mi stolarz Agazio, dumny jak paw. Wybaczyłam mu wszystko, bo nie zrobiłby na mnie wrażenia wielki bukiet kwiatów, ale taka akcja już tak! Ale ciekawe czy pojawi się dziś, solennie mi to obiecał, ale wiecie jak jest-upał.

Fliziarz Agazio z kolei, mocno zdziwiony przywiercił mi piastrelle tam gdzie chciałam, na ściankę przy schodach. Też pojawił się gdy upał zelżał, muszę jednak jeszcze wiele nauczyć się o życiu na gorącym południu.

Malarz Fiore zakomunikował mi, że farba mu się skończyła i zniknął do poniedziałku, zanim się zorientowałam, że całe wiadro farby stoi i czeka. W poniedziałek wyjeżdżam i znowu sprzątanie spadnie na Rinę…Na szczęście do pomalowania pozostał tylko dół domu.

Dwóch synów stolarza Agazio przyjdzie dziś do mnie przed południem i przeniesiemy meble z sypialni z pierwszego domu-nie są piękne, ale mają nieodparty urok włoskiej prowincji lat 60-tych. Podrasuję je i będę się cieszyć, że sypialnię Karolci mam z glowy.

I tak, tak wiem, pomyliłam kontekst zwrotu „mi dispiace” (może dlatego tak się chłopaki zdziwiły, haha), ale to z wrażenia! Byłam w lekkim, acz przyjemnym szoku. Moja ekscytacja wpływa niestety na mój mózg, zalewa go dopaminą i tyle z myślenia :)

Li


Jednak muszę

17 lipca, 2026

mieć większą wiarę w moich włoskich ragazzi. Pod wieczór, gdy upał nieco zelżał, a ja nadal nie byłam nad morzem, zaczął się wielki ruch.

Obstawiamy czy spadnie?
Li


Wstaję rano,

17 lipca, 2026

biorę prysznic, idę na kawę do Riny (dwa kroki od moich drzwi), wracam i czekam.

Dziś jest piątek i zamiast wyluzować mam mordercze myśli.

Przez tydzień mojego pobytu miałam zamknąć dom z poczuciem, że wszystko jest zrobione, a tymczasem większość jest rozgrzebana. Malarz nie skończył malować, stolarz nie skończył kuchni, Agazio musi poprawić kilka rzeczy, w tym niestarannie położoną w trzech miejscach fugę (Jak Ty to zauważyłaś, Monika? Zapytał mnie bardzo zdumiony Antonio. Twierdzi, że go terroryzuję i zaczyna się cieszyć, że w poniedziałek wyjeżdżam:D

Ale są też i chwile szczęścia- po długich poszukiwaniach punktu oprawy obrazów ( adresy w necie są absolutnie nieaktualne- np. w Soverato było dwóch ramiarzy, pojechałam tam z nadzieją- a tu jeden umarł, drugi zlikwidował interes), zdesperowana zapytałam Elię. A ta bez wahania wskazała mi miejscowego fotografa, który w dodatku okazał się przyjacielem brata Riny, więc prawie już jak rodzina. Obrazy będą gotowe za tydzień! I miał bardzo duży wybór ram!

Z obrazami to była heca, nie miałam pomysłu jak je przewieźć, a bardzo nie chciało mi się jechać autem. Ostatecznie ściągnęłam je z blejtramów, zrolowałam i cztery z nich zmieściły mi się na długość w dużej walizce, a dwa wsadziłam do długiej tuby i bezczelnie z nią weszłam do samolotu, kłócąc się pod drodze z niemiłą panienką z obsługi. Ponieważ jednak miałam wykupioną dużą walizkę i bagaż podręczny, to jakimś cudem mi się udało. Ale wyłącznie dzięki z kolei miłej kobiecie przy nadawaniu bagażu, która odradziła mi przywiązywanie tuby do walizki i powiedziała, że mam z nią wejść na pokład, wcześniej prosząc obsługę o naklejkę, I tylko dzięki temu, że zapamiętałam jak wyglądała i mogłam ją opisać przy końcowej odprawie, to niemiła panienka wstrzymując kolejkę na co najmniej 10 minut, dodzwoniła się do właściwej osoby i uzyskała potwierdzenie, że mogę wejść z tubą na pokład samolotu. Tanie linie bardzo zaostrzyły rygory bagażowe i każdy pracownik może liczyć na dodatkowy bonus, bodajże 3 euro za wykrycie nawet minimalnych odstępstw od wymiarów bagażu.

Zdecydowanie poproszę Lidię, by malowała dla mnie obrazy mieszczące się w walizce, choć jaka to strata dla moich ścian!

Kinkiety wiszą i dają piękne światło:

Powiesił mi je brat Riny, bardzo dla mnie miły i bardzo pracowity człowiek. Narzekał na moje pomysły i nie rozumiał, dlaczego wieszam takie stare rzeczy, bo przecież ledy, ledy są najlepsze.

Li


Dzień jak co dzień, bo

16 lipca, 2026

stolarz Agazio miał przyjść wieczorem i nie przyszedł. Znowu nie pojechałam nad morze, cały mój dzień był jednym wielkim czekaniem na stolarza, na kamieniarza, na malarza. Uczę się cierpliwości, ale bardzo powoli. Bardzo! Trzeci dzień bez morza!

Dziś wydarzyło się kilka przyjemnych rzeczy i jedna okropna- ktoś niestety celowo porysował mi samochód, oczywiście wypożyczony. Na szczęście mam ubezpieczenie, wykupiłam opcję całoroczną na wypożyczane auta, ale robi mi się słabo na myśl o niewątpliwej wojnie z wypożyczalnią. Ech… czasem słońce, czasem deszcz!

Z rzeczy przyjemnych: wiszą już kinkiety i kupiłam lampę nad stół w kuchni. Stołu jeszcze nie mam, ale lampa mnie zachwyciła. Kupiłam ją oczywiście na tym przeklętym portalu Catawiki, za całe 8 euro plus koszty przesyłki- 80 euro. Jestem mistrzem biznesu, mogę udzielać lekcji, jak kupić coś bardzo tanio, ale jednocześnie bardzo drogo. Trochę jak kot Schrodingera…:)

Tak bardzo rozbawiłam Rinę moją opowieścią o toskańskiej skrzyni, że dostałam od niej w prezencie skrzyneczkę kalabryjską, śliczną! Porównanie wypada bardzo niekorzystnie dla toskańskiej ławy przyściennej (nie zapominajmy o magicznym słowie-miniatura).

Aby rozwiać wszelkie wątpliwości, podaję że toskańska jest po prawej stronie.

Li

PS. Sufit ze stiukami należy do sprzedawcy. U mnie stiuków niet!


Oggi jest dzień

16 lipca, 2026

podejmowania wielu decyzji, więc na razie muszę być w domu, tym bardziej że na pewno nikt nie przyjdzie punktualnie. Malarz Fiore miał być na 8.00, przyszedł o 9.00, zostawił swoje rzeczy i poszedł na kawę do baru. Tak trzeba żyć! Kamieniarz miał być o 8.30, jeszcze go nie ma. A ja odejmuję z długiej listy moich pomysłów kolejne pozycje- już teraz żadna siła nie zmusi mnie do pomalowania sufitu w kuchni na niebiesko, chcę się uwolnić od tych włoskich wykonawców, a sufit na niebiesko pomaluję sobie sama. Jak już wszyscy stąd pójdą! Na razie mam nieustanne odwiedziny krewnych i znajomych królika, każdy chce obejrzeć płody pracy męża, brata, syna, były tu już prawie wszystkie żony, matki i sąsiadki.

Niespodziewanie pojawił się kłopot z wniesieniem kredensu na samą górę do kuchni. Nie mieści się na schodach! Wniesiona została tylko dolna część, a góra będzie transportowana przez balkony, nie chcę nawet o tym myśleć!!!

No i jest fotel! Ogromny i przewygodny! Ma piękny kolor, nie spodziewałam się, że będzie aż tak ładny!


Ale

16 lipca, 2026

się dzieje! Jest czwartek, a ja jeszcze nie byłam nad morzem, poza krótką chwilą na kawę z Riną w barze przy plaży.

Jestem wyczerpana, ale szczęśliwa. Sprzątam po remoncie, układam rzeczy, wściekam się, potem odpuszczam, na pewne sprawy nie mam wpływu i muszę je zaakceptować, to jednak są południowe Włochy, listwy przy płytkach w łazienkach są szczytem elegancji. Kuchnia się robi, ale jest bardzo spóźniona. Napisałam do stolarza Agazio, że rezygnuję z umowy i że jestem bardzo rozczarowana. Pojawił się w ciągu godziny.

Na razie pozdrawiam wszystkich z piekła upału, klima chodzi na najwyższych obrotach, w domu mam bardzo przyjemnie!

Li

PS. I moje cudo już wisi!