Celem wprowadzenia odrobiny chłodu w krakowską duchotę, zdradzę Wam przepis na chłodnik-a nawet tajemnicę paradoksu chłodnika-dobrze przygotowany zarazem chłodzi i ogrzewa.
Bo z chłodnikiem jak z gwałtowną miłością- koniec jest zimny, ale początek gorący i to w kolorze czerwonym, gdy żądze powodują masakrę wśród botwinki, siekanej na drobne kawałeczki, łącznie z jej sercem w postaci małego buraczka.
Wrzucenie tych posiekaności na odrobinę gorącej wody, wywołuje ekstatyczne jęki z garnka- na szczęście dla obyczajności, jęki te niedostępne są dla ucha zwykłego człowieka- ich wysoka częstotliwość i zawarte w nich wyuzdane treści niepokoją natomiast koty.
Na gorące i seksowne spotkanie posiekanej botwinki, buraczka i wody przeznaczam okrutnie tylko parę minut- wystarczy to jednak, by początkową sztywność… surowca doprowadzić do tak upragnionego stanu bezbronnej miękkości…
Odstawiam to towarzystwo na bok, by ochłonęło z emocji i teraz mam do wyboru dwie czynności- w zależności od fantazji sięgam najpierw po jaja, lub też delikatnie pieszczę w dłoniach ogórki o fallicznym kształcie…, ech, te fantazje matki-natury- tak prowokujące swoim kształtem, ciekawe, ileż to ogórków zostało zmiażdżonych przez żądne zemsty kobiety!
Dziś nie mam jednak czasu na finezję i pieszczoty i tak jak w niemieckim serialu (nie)obyczajnym- jaja do garnka i niech same dochodzą do twardości, a ogórki bez bielizny, nagie i nagle jakieś takie śmieszne, posiekałam w słupeczki. By jednak nie zostawiać ich tak całkiem gołych, przykryłam je gustowną zieloną kołderką z koperku.
Dodanie kilku wyciśniętych ząbków czosnku jest wyłącznie moją fantazją, będącą pozostałością romansu z pewnym Grekiem Tzatziki, od tej pory połączenie ogórka z czosnkiem ma dla mnie nieodparty urok.
W czasie rozbierania ogórków, jaja najwyraźniej pobudzone ich widokiem, osiągnęły stan doskonałej erekcji- ich twardość, tak widoczna gołym okiem, szybko jednak została przeze mnie złośliwie zlikwidowana za pomocą tarki o grubych otworach- jęki mogłyby obudzić umarłego, ale na mnie nie robiły wrażenia- wszak podobno ciągle pałam żądzą porozwodowej zemsty, a spersonifikowanie jaj miało terapeutyczną moc…;-)
A potem tylko miękkie przyjemności- rozbite w blenderze na gładko kwaśne mleko w mezaliansie z kefirem, wymieszane z botwinką, ogórkiem z koperkiem, jajkiem- teraz dopiero jest czas na pieprzenie i dla niepoznaki-solenie.
Orgia, prawdziwa orgia gdy smaki się mieszają, wnikają w siebie i samo życie, gdy miłość z czerwoności popada w różowości- ot, takie wyblakłe uczucie, koniecznie podbite zapachem czosnku, z chrupiącym między zębami ogórkiem, z miękkimi cząsteczkami jajka, które tak gładko się połyka…
Chłodnik wchodzi tak aksamitnie, bez wysiłku, lekko, dużo i bez brzemiennych w kalorie konsekwencji. Doskonały kulinarny kochanek na takie upalne dni.
Perwersyjnie można dodać kilka pokruszonych włoskich orzechów, mhmmmm….ten leciutki opór….zębów….mhmmmm… Daję słowo- można rozpalić zimnym chłodnikiem…. Wystarczy wąski strumyczek dla ochłody pomiędzy piersi….mhmmmm…. (najlepsze są piersi z kurczaka;-)
Smacznego!
Li

Cieszę się, że przepis się podobał ;-)Wszystkie napisane przeze mnie do tej pory przepisy są na moim starym blogu, http://www.licencja.blog.interia.pl w linkach po prawej stronie. A chłodniku są dwie wersje, dla kobiet i dla mężczyzn :)Pozdrawiam!
Ubóstwiam Twoje przepisy Li! Miłego dnia :)
Wreszcie kolejny przepis…. kulinarny? Czytając nie mogłam powstrzymać rozbujałej wyobraźni…a chłodnik zrobię na pewno, jak nikogo nie będzie w domu (żeby towarzystwo nie przeszkadzało). I jak tu teraz spokojnie zasnąć???Pozdrawiam!Klaudia
Ja tez od zeszego roku, tak jak baju, osobno do chlodnika podaje podsmazone na cebulce ziemniaki. Jest rownie smacznie a tresciwiej. I tak pieknie sie ten zimny chlodnik miesza z goracymi ziemniakami i chlodzi je. Pomysl z ziemniakami podala mi kolezanka ze wschodniej Polski, bo my w stolicy pyrlandii na takie uzycie pyry nie wpadlismy. ;)
O mamusiu, cóz to za przepis…Chlodnika mi sie zachcialo, jak w morde jeza brodatego!;)
Mogę śmiało powiedzieć, że chłodnik jest potrawą, na którą czekam tęsknie całą zimę… Dokładnie taki sam przyrządza mój Ulubiony. Z orzechami nie próbowaliśmy (teraz spróbujemy na pewno;-), za to często zajadamy do niego gorące ziemniaki okraszone zrumienioną cebulką…och, aż mam ślinotok na samą myśl!p.s. Bardzo, bardzo pozytywna ta pomyłka gliwickiego radiologa. No i ta ulga po morfinie też. Myślę o I. i modlę się za nią każdego dnia. Jesteście naprawdę dzielni! Pozdrawiam :)