Wczorajszy wieczór wzniósł się na apogeum wydarzeń całego tygodnia pełnego wszystkiego, a już najwięcej pośpiechu.
Jedyną przyjemnością była wieczorowa środa, gdy spotkałam się na kolacji we włoskiej knajpce z tą niezwykłą kobietą, szczęśliwie co jakiś czas bywającą w Krakowie.
W czwartek byłam w Opolu, gdzie nareszcie i zwycięstwem zakończyłam sprawę, o której pisałam rok temu tutaj.
Sprawiedliwość jak zawsze jest nierychliwa, długo trzeba było czekać na taki wyrok Sądu, jeszcze tylko musimy znaleźć spokojny sposób egzekucji wyroku i odebrania psychopatycznej matce dziecka bez użycia siły, scen i telewizji.
Najważniejsze, że siostry znowu będą razem, a mój kolega odzyska spokój i przestaną dręczyć go demony. Z nowego związku urodziła mu się trzecia córka, będzie miał co robić. Jego obecna partnerka to miła i ciepła kobieta, wiele z nim przeszła i co najważniejsze absolutnie akceptuje fakt wychowywania z nim dwóch córek z pierwszego małżeństwa, a jak wyrok rozwodowy się uprawomocni, to jadę na ich ślub!
Z Opola wracałam jak na skrzydłach, Sądy nareszcie zaczynają dostrzegać w ojcach równoprawnych rodziców, a doktryna której podstawą było przekonanie, że „lepsza najgorsza matka niż najlepszy ojciec” powoli odchodzi w niebyt.
A wczoraj wieczorem, wracając do domu po odwiezieniu Pani Jadzi, mając przed sobą weekend, perspektywę sobotnich nart, wylot Starszej do Turynu, sen i święty spokój, niebacznie przejechałam skrzyżowanie na „późnym” zielonym, stałam się obiektem pościgu policyjnego (no jasne, że w lusterku wstecznym widziałam radiowóz na sygnale, ale żeby to na mnie ???), zostałam poproszona o dokumenty, oczywiście podałam, oczywiście uśmiechnięta przeklinając w myślach nietwarzowy dresik, buty Emu mojej córki i włosy byle jak związane na czubku głowy, ech i tak braki w urodzie zeszły na dalszy plan w obliczu braku ważnych badań technicznych. Badania skończyły mi się wraz z gwarancją auta w styczniu, co za niefart, mnie przecież nawet nie przyszło do głowy, by do dowodu rejestracyjnego zaglądać…
Skończyło się ostatecznie tak, jak każda bajka kończyć się powinna- dobrze i bez przerażającego ciągu dalszego w postaci zatrzymania dowodu rejestracyjnego, mandatu i punktów.
Kończę kawę i jadę do stacji diagnostycznej. I to zaraz, wszak potem jedziemy na narty.
Jestem niezwykle wdzięczna tym miłym, cudownym, wyrozumiałym mężczyznom- gdyby mnie nie zatrzymali jeździłabym dalej w błogiej nieświadomości, aż do czasu jakiejkolwiek kolizji czy wypadku- bez badań technicznych nie ma ochrony ubezpieczenia.
Posprawdzajcie więc swoje dokumenty, a ja znikam na caluśką sobotę, miłego dnia dla Was!
Li.

Li – nie znalazłyśmy :( ale miałyśmy kupić fajną lampę od Tiffany'ego
Gofer, a znalazłyśmy? Bo ciągle nie mam tego biurka :)Julianno, nareszcie jest tak jak trzeba- śnieg, słońce i mało ludzi :)Ptaku, jasne że tak, zwłaszcza moje;-)
No i czasami zdarza się wtopa, ale czy życie nie polega właśnie na takich wtopach? Pozdrawiam
Ja właśnie wróciłam :))) Pogoda piękna. No bosko się jeździło :)))
Rozumiem, że Twój wrodzony i osobisty urok zadziałał??? :DA wiesz, że którejś nocy śniło mi się, że szukałysmy po sklepach ze starymi meblami biurka?