
„A dlaczego jeszcze nie mamy choinki?” pytało dziecko na dwa tygodnie przed Wigilią.
A dlatego, że jest mi daleko do ideału i odkąd sięgam pamięcią nie cierpię Świąt Bożego Narodzenia. Ale jak mus to mus, dzieci mają swoje prawa. Choinkę przecenioną o połowę z powodu braku zainteresowania, kupiłam w wigilię Wigilii w Castoramie. Wybrałam jodłę kaukaską, bardzo gęstą, licząc na to, że żaden z moich kotów nie zmieści się pomiędzy gałązkami. O tym, że jak zwykle się przeliczyłam, dowiedziałam się zaraz potem- koty oszalały na widok nowego drapaka, a Bobcio nie schodzi z drzewka, poza częstymi chwilami, gdy drzewko się przewraca… W celu zrobienia świątecznej atmosfery i bez myśli o obowiązku /się/ całowania powiesiłam na lampie w kuchni jemiołę, a nad stołem w salonie suszone plastry pomarańczy, lekko co prawda przypalone- zapomniałam, że suszą się w piekarniku i spędziły tam całe przedświąteczne popołudnie. Balustradę od schodów owinęłam łańcuchami i lampkami i tym sposobem świąteczny kicz wprowadził się i zadomowił. Prezenty kupiłam w piątek, w ostatniej chwili, ale za to bez towarzystwa szalejącego tlumu i wyjątkowo udane.
Wieczerza wigilijna u Rodziców, potem powrót do domu, dziwne zmęczenie, jakiś film, ale nie pamiętam jaki, chyba zasnęłam, męczące sny, w sobotę późno wstałam, miałam gościa, zapaliłam świece i choinkę, bo przecież świąteczna atmosfera, potem znowu zasnęłam, niedziela, późno wstałam, dzieci nareszcie pojechały do babci ojczystej, u mnie znowu goście, ale mam przed sobą perspektywę dwóch wolnych od ukochanego potomstwa dni, teraz jest późny niedzielny wieczór i już po świętach, ale za to z kłopotem pozbycia się sporej choinki. Nie znoszę przymusu odczuwania świątecznej atmosfery, fałszywego lukru, nieśmiertelnych świątecznych piosenek, dzikiego tlumu nawet na Kleparzu, szaleństwa, robienia remontów, generalnego sprzątania, udawania i pustosłowia. Nie znoszę Świąt, zawsze jest mi smutno, to pewnie jakaś genetyczna skaza. Cieszę się, że minęły, a za rok obiecuję sobie wyjazd z domu gdziekolwiek, byle daleko. Jest to moja tradycyjna poświąteczna obietnica, której nigdy nie dotrzymuję, ale przecież należy pielęgnować tradycję, prawda? Brniemy w to czego serdecznie nie znosimy, spętani tradycją i oczekiwaniami, ta pierwsza zmusza nas jako istoty społeczne do pewnych zachowań, te drugie rzadko się spełniają, a przecież smutek podbity rozczarowaniem nie wiadomo czym i kim, samotnością w tłumie, i świąteczną atmosferą jest jakoś bardziej … smutny.
Co roku są Święta i co roku znam datę mojego najbardziej smutnego i przygnębiającego smutku.


Cudna. Będę o tym "Flo" pamiętać, dzięki :).
Beem, kupiłam we "Flo" w Galerii Krakowskiej. Cudna, prawda? :D
Królowa – skarb. Nie mogłam się napatrzeć. Gęba mi się sama rozjeżdżała.
Najważniejsze, że następne Święta są dopiero za rok! :) A na Sylwestra się cieszę, bo zapowiada się fajna impreza, chaos organizacyjny i pójście na spontan :)
Też nie cierpię świąt, najlepsze, jakie miałam to te, gdy byłam daleko od domu i przymusu świętowania. I co roku też sobie obiecuję… a kończy się tym, że praktycznie całe święta dla obu rodzin organizuję ja:(P.S. obie lampy piękne!
ładna lampa w kuchni
Swieta bardzo lubie, ale rozumiem o czy piszesz bo mam dokladnie to samo z nowym rokiem. Zawsze, na sile, miala to byc impreza roku i zawsze bylam nia rozczarowana. Moja corka gdy jej tlumaczylam w jakim celu tego dnia ludzie czekaja do polnocy stwierdzila, ze ludzie sa dziwni. Na Mikolaja nikt nie czeka do polnocy, a czekaja na zmiane daty. :)
Gdy byłem mały Święta Bożego Narodzenia były dla mnie magiczne i potrafiłem je głęboko przeżywać. Nie chodziło tylko o dziecięcą wiarę w św. Mikołaja ale może fakt, że wtedy bardzo wierzyłem i chodziłem do kościoła miał znaczenie? Może właśnie o to chodzi, że uczestnictwo w rytuałach (msze), symbole (choinka, opłatek, siano pod obrusem) pozwalały prawdziwie przeżywać święta? Jak by nie patrzeć bez tych kilku "drobiazgów" święta to tylko kilka wolnych dni podczas których nie wiadomo co ze sobą zrobić. Ewentualne przygotowania do wigilii mogą okazać się mordęgą. Sprzątanie, gotowanie – tego nie da się lubić. Wtedy faktycznie można odnieść wrażenie, że ktoś nam się każe radować pod przymusem.
Anno, co za ulga…:))
Li, nie jesteś wyjątkiem.Nie uznaję bzdur o magii BN.Magii w niczym nie widzę, a spotykanie się z osobami, za którymi nie przepadam, ale wypada je zaprosić jest dla mnie nieznośne.Lubię tę odrobinę kiczu choinkowego i nawet robiłam w tym roku ozdoby choinkowe, bo przyjechała córka z małym(2 lata), więc zrobiłam ozdoby, które można wziąć do łapki.Ale Świąt,w tym ogólnie pojętym sensie, nie robiłam.Prezenty były, bo zawsze sobie dajemy prezenty gdy się spotykamy, przesyłanie ich pocztą jest bowiem dość uciążliwe.Sylwester – abstrakcja w tym roku- co za sylwester z dwulatkiem u boku? W obecnych układach odległościowych każde nasze spotkanie jest świętem, niezależnie od kalendarza.:)))
Jędzo, no!
No właśnie Krzysiu, na tym polega problem- nie potrzebuję okazji, by dzielić się szczęściem, gdy jestem szczęśliwa :)A wzbudzanie w sobie uczucia szczęścia tylko z tego powodu, że są Święta i należy byc szczęśliwym niestety mi nie wychodzi i na całe szczęście. Nie znoszę sztuczności, zwłaszcza w emocjach.
Magia świąt dla mnie polega na tym, że ma się magiczne wolne od pracy. Ale w tym roku to weekend był, więc kicha a nie magia
Poza tym przypomniała mi się historia z karpiem, którą chyba opowiadałaś na poprzednim blogu.
No to może jesteś wyjątkiem od zasady? Zawsze mi się wydawało, że jak człowiek jest szczęśliwy to okazje, w których można się podzielić tym szczęściem z innymi pozytywnie na nas wpływają. Może tylko ja tak mam.
"Jedyne co mam to złudzenia, że mogę mieć własne pragnienia…" Zawsze jak blogowo pomarudzę, to potem marudzę, że marudziłam. Można oszaleć z samym sobą…:) Ale Świąt BN nie lubię tak czy siak.
Przecież nie jesteś księgową ;-) Choć muszę przyznać, że najbardziej frapującą pozycją w bilansie są "towary w drodze". Cokolwiek to znaczy ;D
Mam parę ulubionych kolęd i lubię usiąść przy świecach i zapalonej choince, z kubkiem herbaty z imbirem. Ale nie lubię, gdy wmawia mi się, że te święta są magiczne. Dla mnie nie są. Dla dzieci zmuszam się do działania, ale czuję smutek. Nic na to nie poradzę, co roku mam ten sam problem- byle przeżyć cudowne, magiczne, wesołe Święta Bożego Narodzenia.
Porwałaś się na obrazę świętości Li… :D
Yhy, nie ma to jak (po)świąteczny optymizm, Kaśka :) Jeszcze tylko muszę przeżyć przełom roku, bez robienia bilansu i będzie ok :)
Głowa do góry. Jeszcze tylko Wielkanoc po drodze i luz do grudnia. Optymistyczne? ;-)
Upraszczasz Krzysiu. Jak spędzałam Święta z mężem, to było chyba jeszcze gorzej. Samotność dla mnie to brak zrozumienia, czasem i samej siebie.
Tak jak ciebie, pewne elementy świąt mnie drażnią ale są też i takie, do których zatęskniłbym gdyby ich zabrakło. Generalnie nie przepadam za świętami i też mógłbym napisać, że gdzieś mi po drodze uciekła ta magia ale tegoroczne święta były całkiem przyjemne (z mojej perspektywy oczywiście).Samotność to jeden z winowajców naszego zniechęcenia. Kto wie czy nie największy. Chodzi mi o brak tej najważniejszej osoby u naszego boku. Jej obecność sprawia, że jesteśmy w stanie przetrwać "przymusową" świąteczną atmosferę, którą w praktyce jesteśmy atakowani mniej więcej od połowy listopada.