Są takie chwile w życiu kobiety, gdy staje bezradnie i przez chwilę nie wie co ma zrobić, zwłaszcza gdy na działanie ma tylko kilkanaście minut…
Obiecałam, że napiszę co mi się „przydarzyło wczoraj”, choć było to już nie wczoraj, a dziesięć dni temu.
Wydarzenie to jednak wryło mi się w pamięć tak głęboko, że bez trudu przytoczę je z najdrobniejszymi szczegółami.
Zbliżała się niedziela, dzień wyjazdu Gusi na obóz sportowy.
W planie obozu były rowery, kajaki, tenis, strzelanie z łuku, basen i siatkówka (a obóz organizował właściciel szkółki tenisowej, miło przystojny Pan Konrad).
Wszystko biegło normalnym torem- w sobotę ostatnie zakupy (Mamaaaaa, a nie muszę mieć własnego kajaka?), pakowanie, ogólny bałagan, ale bez stresu i pośpiechu. Wszak jestem niezwykle zorganizowana, haha- prawdziwy ze mnie mistrz organizacji na ostatnią chwilę.
Moje plany organizacyjne obejmowały także organizację transportu roweru na miejsce zbiórki (dzieci jechały pociągiem, rowery busem z przyczepą).
Otóż w niedzielny poranek, po piątej rano miałam pojechać sobie wolniutko na awaryjnych, przez puste i przyjazne o tej porze miasto, a za mną miała jechać Gusia na rowerze. Droga na miejsce zbiórki rowerów miała trwać nie dłużej niż 5-6 minut, a potem miałyśmy spokojnie podjechać 500 metrów na miejsce zbiórki na płycie nad dworcem kolejowym. O godzinie 5.50. Pociąg odchodził o 6.10.
Prostota tego planu była wręcz ujmująca.
Minęła noc, budzik zawrzeszczał przed piątą, a z nieba lały się strumienie wody.
Tego nie przewidziałam.
Tego nie przewidziałam.
Odpadł więc punkt z jazdą Guśki na rowerze.
Postanowiłam wpakować rower do swojego- cholera jasna- było nie było -dużego auta.
Na to by odkręcić koło, albo kratkę nie wpadłam nawet po pół godzinie prób wsadzania go na rozmaite sposoby.
Usprawiedliwia mnie fakt działania w ekstremalnych warunkach, byłam przemoczona do dosłownie ostatniej nitki.
Usprawiedliwia mnie fakt działania w ekstremalnych warunkach, byłam przemoczona do dosłownie ostatniej nitki.
Zrobiła się już godzina 5.40 i zrobiło się też bardzo nerwowo. Wpadłam na kolejny genialny plan i zadzwoniłam po taksówkę. Taksówkarz miał pojechać z moim dzieckiem, jej walizką i moim autem, a ja za nimi na rowerze. Taksówka miała być za 5 minut, ale jej nie było. Zadzwoniłam ponownie po 7 minutach, zrobiłam dziką awanturę, a godzina była już 5.50.
O 5.55 przyjechał flegmatyczny starszy pan.
Próba wytłumaczenia mu sytuacji i konieczności dynamicznego działania (Panie! bez dyskusji! ma Pan tu moje kluczyki, jedzie pan na parking pod Politechnikę, ja podjeżdżam na rowerze, rzucam rower i jedziemy na płytę dworca!) zajęła mi jakieś dwie minuty, choć do dziś nie wiem, czemu uparłam się na jazdę moim autem, skoro i tak jeszcze nie było w nim walizki.
Próba wytłumaczenia mu sytuacji i konieczności dynamicznego działania (Panie! bez dyskusji! ma Pan tu moje kluczyki, jedzie pan na parking pod Politechnikę, ja podjeżdżam na rowerze, rzucam rower i jedziemy na płytę dworca!) zajęła mi jakieś dwie minuty, choć do dziś nie wiem, czemu uparłam się na jazdę moim autem, skoro i tak jeszcze nie było w nim walizki.
Zanim starszy pan zamknął swoje auto, sprawdzając, czy aby na pewno jest zamknięte, zanim wsiadł do mojego, zanim oglądnął tablicę rozdzielczą, zrobiła się 5.58.
Ciągle lało, ale ja jak Lance Armstrong gnałam przez puste ulice.
Taksówkarz mnie minął, niestety nie po to, by poczekać na mnie przy parkingu. Stojąc na skrzyżowaniu bezsilnie obserwowałam swoje auto jadące już podjazdem na górną płytę dworca.
Wpadłam na parking, rzuciłam rower chłopakom i jakimś cudem sterroryzowałam bogu ducha winnego faceta, który właśnie stamtąd wyjeżdżał.
-Panie, sprawa życia i śmierci, musi mnie Pan zawieźć na górną płytę dworca.
Miły był. Albo przestraszony. Ale zawiózł. Przed szlabanem wysiadłam, zrzuciłam japonki i boso pobiegłam na przełaj w stronę schodów na peron.
Trafiam idealnie na chwilę, gdy moje dziecko wynurzyło się ze schodów z taksówkarzem dźwigającym walizkę.
Pociąg właśnie odjechał. Na moich oczach!
Dziecko nie wsiadło, bo zobaczyło na tabliczce, że był to pociąg do Poznania, a nie do Kobylej Góry ( cała obozowa grupa zajęła pół pierwszego wagonu, ale w sumie sama nie wiem, czy ta sierota odnalazłaby się z nimi w pociągu).
Opadłam z sił i stałam taka mokra, ubłocona i bosa mając w perspektywie konieczność dostarczenia córeczki na obóz 300 km w jedną stronę.
(Zobaczyłam jednak jakiegoś plusa w tej sytuacji- dostarczyłam rower).
Weszłam do auta, odzyskałam swoją torebkę i komórkę (taksówkarz dostał je w pakiecie razem z Gusią)
i zadzwoniłam do Pana Konrada.
i zadzwoniłam do Pana Konrada.
Opowiedziałam mu swoje przygody, a on mi na to, że już słyszał opowieść o półnagiej (kompletnie mokra koszulka bez bielizny, miały chłopaki widok), ubłoconej i mokrej kobiecie, która bez słowa rzuciła jego pracownikom rower, porwała z parkingu bezbronnego mężczyznę i zniknęła.
Nie sądził tylko, że to ja….
… ale wszystko dobrze się skończyło.
Gusia pojechała z Konradem i rowerami wygodnym busem, wcześniej Konrad pokazał mi jak w prosty sposób jednym ruchem odkręca się koło, odwiozłam wciąż milczącego taksówkarza do jego taksóweczki, zapłaciłam pięć dych za jego szkody moralne, wróciłam do domu, jęknęłam zobaczywszy w lustrze mokrego zombie, wzięłam prysznic, wyłączyłam telefon i spałam jak zabita do późnego popołudnia.
.
Morał z tej historii jest jeden- nie wszystko umiem zrobić sama.
Choć w sumie jest też i drugi- zawsze sobie jakoś poradzę.
:)
Li.

Jasne, że sobie zawsze poradzisz!!A co "podobnych" historii to ja ostatnio przegrałam z wwiercaniem kołków w ściany.. ale ładnie zagipsować umiałam to wszystko co popsułam:) Jednak mężczyźni czasem się przydają…Pozdrawiam, Werka
Li,ja też nie wszystko umiem sam zrobić…alepozdrawiam
Co by to było gdyby dzieci musiały mieć własne kajaki? Hm…:)
Też się zasapałam przy lekturze…
Cała Ty:)Czytałam i byłam cała w transie:))))Wielkie całusy!!!:))))
I Ty Kobieto chciałaś rzucić pisanie, w życiu… to było ekstra zagranie, najlepsze rzucenie rowerem w chłopaków Konrada!!! bosko,pozdrawiam
Genialna historia :))) I oczywiście świetnie opisana.PozdrawiamLidka
Ale za to teraz się śmieję, anabell:)Li.
Wybacz, ale śmiałam się w głos, choć jestem pewna,że Tobie było mniej do śmiechu.
ozesz faktycznie! :) trzy samoloty, trzy lotniska, to juz cala powiesc…
Nie watpilam w happy ending. :))
Strach pomyślec Ingrid, jaki przy tej okazji mógłby powstac plan:)))
hmm…a ja czulam dreszczyk emocji: zdaza-nie zdaza; czytalo mi sie jak opowiadanie sensacyjn0-przygodowe;oraz jesli wyslesz kiedys dziecko do Grand Canyon i zapragniesz je odwiedzic to zapraszam do siebie :)
…
Ale jesteś zakręcona! Kocham Cię za to! Ubawiliśmy się z Robciem ;)
:D przepraszam, że się śmieję, ale jakby na to nie patrzeć, jest to zabawna historia:) dobrze, że się dobrze skończyło. a teraz jest co opowiadać.
O ja pierdziu! – co za historia!Zasapałam się czytając!Z doświadczenia wiem, że takie sytuacje zdarzają się zawsze wtedy, kiedy nie powinny! Ale plan był niezły!Pozdrawiam gorąco!!!Killerka Anarchisty
Li…. Wiesz,że jesteś Booooska.Wiedziałam, że będzie świetna notka. Czekałam z utęsknieniem. PozdrawiamCzarnawiewiorka
Nie tylko ja miewam zakręcone przygody;)
na przyszlosc- sa takie bagazniki na rower.Zaklada sie toto na hak w 2 minuty, a rower po prostu sie wiesza
Urocze:)
No właśnie tak miało być, tylko mi zżarło literki :-))) Buziaki!Kasia(p)
Kasia, ja to odwiedzę Ciebie:*
:-)) Misterny to był plan, ale jeszcze cudowniej go (nie)zrealizowałaś. A tak a propos – może odwiedzisz córkę? Bedzie miała niedaleko do mnie :-)))Kasia (poznańska)
Sama z siebie się śmieję:D
Dziś śmieję się tak samo jak wczoraj. Znów mi makijaż spłynął:D
Li, współczuję, ale i się śmieję, czemu życie płata takie numery. Opis boski, gdybym była filmowcem z punktu mogłabym nakręcić etiudę, takie to było plastyczne, że się zdyszałam czytając.Masz rację, radzisz sobie :).
jak mogłaś myśleć o tym żeby przestać pisać:)
Książka będzie nosiła tytuł – "Barwne życie Li". Boskie.. Uśmiałem się szczerze :-D
Fantastyczna historia! :)Pozdrawiam