Są i miękkie miejsca pod pancerzykiem skorpiona.

Kiedyś, jeszcze niedawno, ale w tych czasach, których dziś już nie chcę pamiętać, tworzyłam sobie katalog rytuałów, których celebra dawała mi iluzoryczne poczucie bezpieczeństwa, przy czym ulegałam tej iluzji tylko ja. I tak rytualnie dzieliłam sobie wieczór na kolejne ziołowe herbaty w ulubionym kubku, stawiałam po prawej ręce kieliszek z dobrym winem, tak ładnie komponujący się z laptopem, zapalałam świece, słuchałam muzyki, cieszyłam się swoją wolnością i spokojem.
Teraz moim rytuałem jest walka ze stresem i demonami.
Boję się coraz bardziej, ogarnia mnie lęk o przyszłość, takie wstrętne, paskudnie oblepiające mnie swoimi mackami stworzenie, kpiące ze mnie, chichoczące za plecami, z satysfakcją dokładające mi kolejnych ciężkich myśli, z którymi nie mam już siły ciągle walczyć i czasem  im się poddaję.
Nie czuję wsparcia dla mnie u nikogo, a najbardziej mnie zawodzi moja najbliższa rodzina. Wiem, że chce dobrze, ale  nie są potrzebne raniące mnie słowa, że sobie nie poradzę,  że mam sprzedać dom, spłacić kredyt, żyć spokojnie, że mam dzieci, że gdy stres mnie wykończy, to nie będzie miał ich kto wychować, że jestem za słaba, że nie wiem co mnie czeka,  że to…, że owo.., że to też… i tego też mi nie oszczędzi…
A ja przecież nic wielkiego nie chcę.
Pragnę tylko, by ktoś położył się obok mnie na moim obłoku, pobujał się razem ze mną i powiedział, że moje marzenia są tak piękne, że nie mogę z nich rezygnować. 
Ja tylko pragnę rodzinnego ciepła nasyconego wsparciem i otuchą.
Dla mnie słowa mają wielką moc, gdy słyszę, że jestem piękna, to pięknieję jeszcze bardziej, gdy słyszę, że jestem dobra, to chcę być jeszcze lepsza, gdy słyszę, że jestem gruba to nagle tyję, gdy słyszę, że sobie nie dam rady, to nie daję. Bo mam w sobie genetyczną, a może nabytą kiedyś tam w zamierzchłej przeszłości skazę, że do niczego się nie nadaję.
Tak długo pracowałam nad swoim poczuciem wartości, a wystarczy jedno spotkanie, by rozsypało się ono bezładnie jak cukier-puder na świątecznym makowcu.
I znowu muszę zaczynać kolejną budowę, cegła po cegle odbudowywać wiarę w siebie.
Tylko-do jasnej cholery- co zrobić, by przestać ciągle budować swoją własną,  prywatną wiecznie nieskończoną  Sagrada Familia? Jestem tym zmęczona, bardzo zmęczona.
Nikt tak nie potrafi podciąć skrzydeł jak bliska osoba, ona dokładnie wie w którym miejscu przyłożyć ostrze. 
A w ogóle to złożyłam sobie i dzieciom uroczystą przysięgę, że na przyszłą Wigilię i Święta wyjeżdżamy. 
Li.

Możliwość komentowania jest wyłączona.