sponiewierana przez grypę, przez ostatni tydzień nie wychodziłam z domu. Byłam słaba, ledwo kontaktowałam, rozpaczliwie czerpałam z łóżka i domu poczucie bezpieczeństwa, układając sobie mój własny kokonik z kołdry na te złe dni. Wytrzymam jeszcze kilka dni kieratu i od poniedziałku będę się wyłącznie cieszyć- Kalabrią, moimi przyjaciółmi (B. to kalabryjska rutyniara, A. jest tak samo podekscytowana jak ja. Mamy nasze akty jeden po drugim, co pół godziny, co napawa nas nadzieją, że notariusz w piątek będzie spieszył się do domu).
(A na zdjęciu widok na Badolato, przepiękne i przejmująco opustoszałe miasteczko).

W Kalabrii trzy dni temu było duże trzęsienie ziemi, z epicentrum na Morzu Jońskim. Nie było żadnych strat materialnych (nagle zauważam takie wiadomości, upchnięte gdzieś na końcu serwisów). Gdy powiedziałam o tym Achillusowi był szczerze zaskoczony, a akurat jest w Rzymie. Nic nie wiedział. Achillus żyje trochę naszą Kalabrią ( w sumie nie ma wyjścia:), jesteśmy też dla niego źródłem iście fascynujących informacji, np. będąc rodowitym Włochem (i podobno dziadkowie z Kalabrii) nigdy nie słyszał o męskim imieniu- Agazio, popularnym w „naszej”okolicy.
I takie drobne historyjki przewijają mi się codziennie, ciesząc, zaraz umykają, zapisuję, bo zapominam co mnie cieszyło, zapomniałam już tyle swojego życia, smuci mnie to, żałuję że miałam taką długa przerwę w pisaniu, bo teraz gdy wracam do starych notek, sprzed tak wielu lat, nie mogę uwierzyć w samą siebie. Dałam radę, sama odchowałam dziewczyny, są super kobietami, moim stałym szczęściem. Inne szczęścia były przelotne, widocznie taka ich natura w kontakcie ze mną. Wiele spraw mogłam poprowadzić inaczej, wiele słów nie powiedzieć, powstrzymać gwałtowne harce mojej natury, ale niczego tak naprawdę nie żałuję, boję się tylko o swój czas, chcę go mieć przed sobą jeszcze dużo, naprawdę dużo, bo roboty huk!
W moim włoskim domu mam różowy bidecik. Normalnie jak u Barbie. Tego nie zniesę, o nie! :D
Li.
