Amor fati,

tak-pokochaj swój los. W gruncie rzeczy płynę przez życie niesiona przez sprawy i sprawki. Nie czynię wielkich planów na przyszłość, poza najbliższym miesiącem. Kiedy to się zmieniło? Nie pamiętam, ale żyje mi się lżej. Przyjmuję życiowe szanse z wdzięcznością, z pokorą znoszę porażki, choć uczciwie powiem, że ostatnio jest ich niewiele. Może dlatego, że nie porywam się na rzeczy wielkie, nie grozi mi upadek z wysoka, najwyżej potknięcie. Cieszę się z życia, mimo że czasem cholernie mnie boli. Wtedy jednak włączam samoratunek- komorę hiperbaryczną, masaż, kąpiel w magnezie, a czasem tylko przeglądam zdjęcia mojego włoskiego domu i już mi jest lepiej. Nie chcę innego życia, kocham swoje, bo jest moje. Tak się cieszę na to co będzie od poniedziałku, a może lepiej nic nie pisać, bo fati jest blisko fatum… a ze mną to wiadomo- jak coś ma się nie wydarzyć, to na pewno się wydarzy. I trzeba będzie mimo wszystko kochać… ech:)

A na zdjęciach nasza Klusia. Zanim do nas przyszła miała straszne życie. U nas królowa!

Li.

Dodaj komentarz