by zachować dobry nastrój, nie poddawać się zimnu i szarości? Jak trzymać mózg w ryzach, by wiedział że to nie depresja, a zaledwie brak słońca? (Brać na rozum, brać na rozum, minie luty będzie wiosna). Siedzę w pracy, patrzę na moją biedną oliwkę w lichym namiocie, grzejnik nie daje rady, boję się, że nie wytrzyma tych mrozów. Mam gigantyczny problem z Bandytą, moim biurowym, podwórkowym kotem- gdy biorę go do domu, to jest w wielkim stresie i zasikuje łazienkę na amen, gdy go zostawiam na podwórku, martwię się że marznie. Zrobiłam mu porządną budę ze styropianu, w środku ma ocieplaną budkę wyściełaną skórą renifera ( to straszne, ale dostałam ją w prezencie jako siedzisko do sauny, nigdy we życiu nie usiadłabym na skórze renifera gołą d…, korzysta więc Bandyś, jednak renifery wiedzą co to prawdziwe mrozy, więc ich futro na pewno grzeje), ale przy tych mrozach czy to wystarczy? W dzień siedzi ze mną, ale na noc muszę gada wypraszać. Nie mogę mu ufać, lubi sobie zaznaczyć teren. Zasięgałam opinii znajomych kociar, są skrajne! Robię więc to co dyktuje mi instynkt, upasłam go do wielkiej kluski, daję mu się ogrzać i musi przetrwać, skoro nie chce być kotem domowym. Całe życie spędził na jednym zamkniętym ogrodzie, tu jest panem, goni biedne ptaki i czuje się bezpiecznie. Ma grube futro i 13 lat. Kocha mnie, jestem jedyną osobą której ufa i mnie to rozbraja. Ostatecznie nie mam w życiu szczęścia do mężczyzn, ale mam do kocurów, co mnie zupełnie satysfakcjonuje. Czuję się kochana jakże małym kosztem- za puszeczki i ciepłą budę. Zawsze wierny, czeka przy drzwiach, miauczy z radości na mój widok… polecam, a ile problemów mniej!

Li
PS. Nie wytrzymałam nerwowo i zabrałam go na dwie noce. Szaleje w łazience, ale przynajmniej jest mu ciepło.
