to … tak, jak zwykle u mnie-proza życia, nowy laptop, stary totalnie unicestwiony, a hasło zapomniane.
Odzyskałam je i ZAPISAŁAM! TAK, ZAPISAŁAM!!! W KALENDARZU!!! Jestem starzejącą się blogerką i nie ma co udawać, że jest inaczej, muszę zapisywać analogowo i PAMIĘTAĆ, gdzie zapisałam.
Cały mój poprzedni pobyt w Kalabrii naznaczony był dużym ładunkiem pecha i nadzwyczajnych wydarzeń, co zaczyna budzić u mnie poczucie, że spokoju to ja tu nie znajdę, o nie. Ale przynajmniej było nam wesoło, bo nie ma co wspominać, że było bardzo zimno, bardzo mokro, Sylwia złapała anginę, a nasze domu znowu przemokły? W domu A. od naporu wody zapadł się dach i przeciekły plastikowe okna. 15 kwietnia lecę tam sama na pięć dni i poświęcę się badaniom nad proporcją pecha do przyjemności.
***
Zgodnie z przewidywaniami znowu miałam przeszukany bagaż. Siemię lniane, kryształki pochłaniacza wilgoci, próbki farb, sernik, florentynki i inne rzeczy wzbudziły wielkie zainteresowanie służb. Tradycyjnie zbadano mnie też narkotestami, jest tak za każdym razem, a ja jestem tak bardzo niewinna…
***
Odebrałam auto z wypożyczalni, chciałam suva, dostałam suva, marki mi nie znanej- chińskiej. 15 km za lotniskiem auto zaczęło pikać. Pik był równomierny, częsty i cholernie drażniący. CHCIAŁAM ZAWRÓCIĆ, ale zostałam zakrzyczana, bo jedna koniecznie chciała do outletu Max Mary, a druga koniecznie chciała do domu. Zadzwoniłam więc do mojej najwyższej instancji w takich sytuacjach, czyli do Starszej, która w 5 minut ogarnęła mi dokładny tutorial o tym modelu auta z naciskiem na deskę rozdzielczą i jej instrukcję obsługi. W ten sposób klikając w kolejne przyciski dowiedziałam się, że to pika czujnik sygnalizujący zupełny brak powietrza w prawym przednim kole, co było o tyle dziwne, że nie czułam tego podczas jazdy. Zatrzymałam się, kopnęłam w koło, noga mi odskoczyła, było pełne i twarde. A dalej pikało. Cała nasza zawartość auta postawiła diagnozę, że pewnie zepsuł się czujnik, ale jakoś dojedziemy i jakoś cudownie się naprawi. Nie naprawił się przez całe 120 km, przez które jechałam 70km/ha. Ze strachu, że jakby coś jednak miało być z tym kołem, to lepiej jechać wolniej.
W sobotę rano, uzbrojona przez Karolcię w adresy okolicznych mechaników (za to błogosławię internet. Ja w Kalabrii, Karolina w UK, a wszystko może mi znaleźć) zabrałam Sylwię w charakterze wabika i pikającym autem zjechałyśmy z naszej góry do Mariny, gdzie przeuroczy mechanik porzucił inną pracę (warto było zabrać Sylwię), odpalił kompresor i poinformował nas, że prawdopodobnie zepsuty jest czujnik, bo opony są w porządku. Postanowiłam wrócić na lotnisko w Lamezii, zrobić awanturę i zażądać innego auta. To pikanie doprowadzało mnie do szaleństwa, miałam ochotę odciąć sobie ucho. Pojechaliśmy wszyscy i było wesoło. Jeszcze weselej zrobiło się, gdy w międzyczasie dostałam smsa z wypożyczalni z informacją, że zostawiłam tam wczoraj dowód osobisty i prawo jazdy…, a wszystko przez to, że tak upajam się swoim włoskim, tak koncentruję na mówieniu, że nie myślę…. no, ale jakby nie patrzeć były już dwa powody, by tam wrócić.
Wpadłam jak bomba do wypożyczalni, głowa pękała mi od tego pikania. Miły ragazzo podszedł ze mną do auta, wykonał jeden szybki ruch i auto przestało pikać. Piszę to dla potomności i dzielę się tym, mimo że poziom kompromitacji sięgnął nieakceptowalnego dla mnie poziomu, haha- otóż to auto marki DR, czy jakoś tak, opcjonalnie było autem nie tylko na benzynę, ale i na gaz, o czym nie wiedziałam, bo nigdy w życiu nie jechałam autem na gaz. Pikał czujnik braku gazu, bo nie został przełączony napęd z gazu na beznzynę, auto pobierało benzynę, ale domagało się gazu. A wskazywanie na brak powietrza w kole? Nie ma problemu, komputer szaleje. Tutto bene. W każdym razie- sprawdzajcie, czy wypożyczone auto nie jest też na gaz.
Z tego wszystkiego pojechaliśmy nad Morze Tyrreńskie, widać było Sycylię, zapowiadał się piękny weekend.
Pół godziny później niebo zrobiło się czarne, przez przednią szybą widziałam na 5 metrów, wpadliśmy w kolejny cyklon i tak było już do poniedziałku wieczorem. W outlecie Max Mary kupiłam sobie trzy pary ślicznych kolczyków, zaliczyliśmy kilka naprawdę dobrych restauracji, Rina zaprosiła nas na pyszny obiad, koty pod moim domem jadły jak szalone, a szczególnie jeden gruby kocur, wyglądający jak mój świętej pamięci Bobcio, w dodatku ciągle wpychał mi się do domu. Urodził(a) trzy kociaki 2 dni po moim wyjeździe, udało jej się wejść do domu Anastazji. Dostałam wiadomość o narodzinach, kociary są na całym świecie. Ze mną już źle- zostawiam dokumenty, nie rozpoznaję kotki w ciąży, ech…
Czy to był udany wyjazd? Towarzysko tak. Pogodowo nie. Ale podjęłam kilka decyzji co do przyszłości, co do moich domów, co do remontów, napiszę o tym innym razem, ale dużo dobrego się dzieje i to mnie cieszy. Na klamce znalazłam powieszoną torbę z cytrusami i to też mnie to ucieszyło, bo naprawdę staram się mieć z każdym dobre relacje. Kocham to miasteczko, jego senną atmosferę, pyszną kawę z cornetto w Marinie, pizzę za rogiem, każdy sklepik, każdą uliczkę, nawet ten cholerny deszcz, przynajmniej latem nie będzie tak strasznie sucho. Drugi dom kupuję w kwietniu, wybieram farby do sypialni, Gusia chce błękity, Karolcia zielenie, a ja chcę kolor szałwiowy, wszystko będzie dobrze, bo nie może być inaczej. Najwidoczniej problemy są nieodłącznym towarzyszem mojej egzystencji, zawsze coś, zawsze ktoś, ale przynajmniej się dzieje. Czekam na wiatr co rozgoni te kalabryjskie chmury, bo już najwyższy czas uszczelniać dach, a póki tak leje, Antonio ma związane ręce.
W niedzielę byliśmy w takim ślicznym miasteczku- Stilo. Obok kościoła jest kawiarnia z pyszną kawą. Złapała nas tam burza z gradem, szybko uciekaliśmy, a dwa dni później na jedną z tych uliczek zsunęły się masy ziemi, uszkodziły kilka domów, kilka aut, to naprawdę są dla Kalabrii ciężkie dni próby, nigdy tam tak nie lało.
Li
