Znowu notka sprawozdawcza, no i ile może kosztować sprzątanie?

10 sierpnia, 2010
Sytuacja wygląda tak:
Taras wyłożony płytkami prezentuje się pięknie.
Szyby do balustrady mają być jutro, montaż pergoli w czwartek. Z tym, że nie na pewno.
Łazienka dzieci ma być gotowa do końca tygodnia. Z tym, że nie na pewno.
Do 15-go września mam wyprowadzić się z wynajętego mieszkania. Z tym, że na pewno.
Prawdopodobny jest scenariusz, że wyląduję z kartonami, dziećmi, kotami i psem w środku wykończeniowego chaosu.
Mam nadzieję, że gotowa będzie przynajmniej jedna łazienka, podłogi u dzieci i ciepła woda.
Z tym, że nie na pewno.
Jakoś oswajam myśl o mieszkaniu na placu budowy.
Nie będę szukać kolejnego mieszkania do wynajęcia. Damy radę!
Na budowie są brudne okna.
Moja sąsiadka z kamienicy obok straciła pracę za dziewięćset złotych miesięcznie i podobno nie ma z czego żyć. Spotkałam ją pod naszą bramą, pożaliła mi się na temat swojej tragicznej sytuacji, więc wiedziona odruchem mojego kamiennego serca i przemożną chęcią posiadania czystego widoku na Kopiec Piłsudskiego zaproponowałam jej sto złotych za dzień mycia okien.
Zgodziła się z entuzjazmem.
Dałam jej pieniądze z góry, bo chciała sobie kupić jedzenie na sobotę i niedzielę.
W sobotę przyszła na cztery godziny, umyła wielkie okno tarasowe.
Wczoraj była podobno trzy godziny, dziś też trzy. W sumie umyła okna na drugim poziomie, ale tylko framugi, szyb podobno myć „się nie opłaca”. Bo i tak się zabrudzą. Pan Wojtek mi doniósł, że co pół godziny robi sobie kilkuminutową przerwę na papierosa.
Przyszła do mnie godzinę temu i zapytała, czy ta stówka to za wszystkie okna, bo to trochę za mało.
To ja jednak poczekam na powrót mojej ukochanej Pani Jadzi, która jest teraz na wakacjach
u swojej koleżanki „Zośki z Brzeska”. Pani Jadzia gdy chciałam jej dać podwyżkę, zaprotestowała gwałtownie, bo „ile może Pani Moniczko kosztować sprzątanie?”. Wynagradzam jej to kupując jedzenie i pachnącą sól do kąpieli, za którą Pani Jadzia przepada.
A moja sąsiadka nic więcej u mnie nie zarobi.
Osobiście uważam, że sto złotych za umycie okien w całym mieszkaniu to cena wystarczająca.
Ale może się mylę, jak zwykle…?
Li.

Wieczor w Krakowie z widokiem na beznadziejną przyszłość.

8 sierpnia, 2010
Herbatka z gruszki i melisy wlewa się ciepłą strużką w moje zimne od lęków i wiarybraków serce. Ukrywam się w pozorach poczucia bezpieczeństwa wynajętych nielubianych ścian.
Owijam się miękkim pledem w kolorze przegryzionej jagody, ogrzewam w kręgu lampy i sięgam po laptopa, by literami odgonić złe wciórności.
Od tak dawna towarzyszy mi lęk, a ciągle go nie oswoiłam, nie zauroczyłam, nie zniewoliłam.
Są dni, gdy odbiera mi głos i przygina do ziemi.
Nie wkładam wtedy wysokich obcasów, by ich stukotem nie prowokować czyhających po kątach życiowych niefartów.
Nie, nie jestem nieszczęśliwa.
Jestem, po prostu jestem, tak nijako jestem.
I chociaż coraz mniej przejmuję się opiniami na mój temat, to jednak coraz głębiej ukrywam
w sobie swoje pragnienia, coraz mniej wierzę w ludzi, coraz mniej wierzę w siebie.

I pomyśleć, że do pełzania po samopoczuciowym dnie wystarczy deszczowo-burzowy zły nastrój połączony z wizytą własnej matki, wiecznie niezadowolonej ze mnie, wiecznie krytykującej, wiecznie „wszystkowiedzącej”, wiecznie przekonanej o własnych racjach, a już na pewno o tym, że ona zrobiłaby wszystko lepiej, ładniej i szybciej.

Ciągle myślę o tym, co zrobić, by nie powielić tego cholernego genu toksycznej matki- miała go moja babcia, ma moja mama, ja ciągle walczę wszem i wobec głosząc, że moje córki są najpiękniejsze, najmądrzejsze i najcudowniejsze na świecie. Mówię to przede wszystkim im!
Dziś jest mi cholernie smutno, bo z płaczem obudziła się we mnie mała dziewczynka pragnąca tylko akceptacji i ciepła od własnej matki.
Jestem czterdziestotrzyletnią dziewczynką z ogromnym deficytem bezwarunkowej rodzicielskiej miłości.
/A to przecież taka normalna rodzina jest/.
Do nieszczęść tego świata trzeba dodać umiejętność nieokazywania miłości.
Li.

Znowu o kotach.

5 sierpnia, 2010
Młoda kotka, którą oprócz dwóch kociaków uratowałam z popowodziowej stodoły w Proszówkach, i która poszła w dobre ręce moich znajomych B. i T., okazała się być w ciąży. O niewdzięczna!
T. sprawę wykrył po dwóch tygodniach od jej zamieszkania z nimi, nabierając podejrzeń co do kształtu jej brzuszka i robiąc USG u weterynarza.
Teraz po ich mieszkaniu biegają cztery wyjątkowo żywotne kociaki, a moja wieloletnia przyjaźń z B. wisi na włosku cieńszym niż koci wąs.
B. nie lubi kotów, ale kocha swojego męża, dla niego jest zdolna znosić obecność kuwety w kuchni i kota na kanapie, ale ruchliwy koci przychówek ją wykańcza.
Mam więc na głowie kolejny koci problem i muszę rozwiązać go jak najszybciej.
D., moja ukochana przyjaciółka-kociara załamuje ręce, bo ma niestety coraz mniejszą liczbę znajomych chcących w ogóle słuchać o kotach, a co dopiero nimi się opiekować…
Ale cuda się zdarzają, poczekamy więc i my na jakiś cud, mamy czas do końca tygodnia.
D. kupiła działkę pod Krakowem, w linii prostej jakieś dziesięć kilometrów od swojego obecnego mieszkania.
Na działce pomieszkiwał bezdomny wielki, piękny czarny kocur, który niebacznie dał się D. złapać, no i niestety… stracił męskość, ku pewnie nieutulonemu żalowi okolicznych kotek.
Po kastracji dochodził do siebie w łazience D., a pewnego razu zeskoczył w sobie tylko wiadomy sposób z drugiego piętra i zniknął, zostawiając po sobie żal i łzy D.
Jakież było jej zdumienie, gdy tydzień później kocur jak gdyby nigdy nic pojawił się na działce. Jak przeszedł dziesięć kilometrów przez miasto, koci bóg jeden wie.
Podejrzewamy, że kierował się odgłosem samolotów, jako że działka D. położona jest niedaleko lotniska.
Są koty dla których wolność jest najważniejsza i przedkładają ją nad luksusy miękkiego fotela.
Zabieram kawę i idę na budowę. Czas na poranną inspekcję!
Li.

Warcholstwo jest rakiem narodu.

4 sierpnia, 2010

NA ZDJĘCIU: AKTUALNA SYTUACJA POD PAŁACEM PREZYDENCKIM;-))

Śledzę losy wojny krzyżowej i oczom nie wierzę.
Nagle garstka fanatyków i antysemitów zawładnęła przestrzenią publiczną.
Patrzę na nawiedzone i w pogrążone quasi-mistycznym szale panienki histerycznie łkające w chętne dla takich występów kamery i myślę, że wystarczyłby bojkot telewizyjno-prasowy, by sprawa zakończyła się z powodu braku pożywki, jaką są media.
Stłamszone na co dzień, wyśmiewane moherowe gospodynie domowe stają się świecącymi żądzą walki z antychrystem gwiazdami.
Stetryczali i zakompleksieni mężczyźni stojąc na czele tego ruchu czują się ważni i udzielają mediom wypowiedzi rojącą się od błędów polszczyzną.
Ech, ta polska skłonność do warcholstwa przenoszona w genach!
Wczoraj byłam na Kleparzu (dla niezorientowanych- plac targowy w centrum Krakowa) i na moich oczach na chodniku przewróciła się kobieta. Próbowała się podnieść, ale nie była w stanie. Nikt jej nie pomógł, co mnie zbulwersowało, ale gdy do niej podeszłam, to już wiedziałam dlaczego- była kompletnie pijana, wiła się po tym chodniku jak mucha zatopiona w miodzie, podciągnięta spódnica nie zakrywała jej wątpliwej czystości majtek, opuchnięta wstrętna twarz była poobijana, ohyda! Jakby jednak nie patrzeć- człowiek.
Wyciągnęłam telefon i zadzwoniłam na 112 mówiąc, że na placu leży pijana kobieta, niezborna ruchowo i że pewnie trzeba zawieźć ją do Izby Wytrzeźwień.
Stojące z kwiatami przekupki poparły mnie, ale za to stanowczy opór stawił przypadkowy mężczyzna, ze wzburzeniem pytający mnie, czy wiem ile kosztuje Izba Wytrzeźwień ( która w Krakowie znajduje się na ulicy Rozrywki, hehe).
I dlaczego chcę narazić tę biedną istotę na taki wydatek?
I pewnie ona nie ma tych pieniędzy i będą potrącać jej z renty!
Znaczy się -temat był mu dobrze znany.
Powiedziałam mu, że jak jej potrącą z renty to nie będzie miała za co pić i będzie to tylko z korzyścią dla niej, ale on- wiedziony widocznie poczuciem solidarności- podniósł z ziemi tę kupkę śmierdzącego nieszczęścia, zarzucił sobie na ramię i uniósł czym prędzej w stronę Plant, byle dalej ode mnie i jadącej już Straży Miejskiej. Pewnie porzucił ją w jakiejś bramie.
Na miejscu zdarzenia pozostał przybrudzony biały sweterek.
Zadzwoniłam znowu na 112, powiedziałam że wskutek spontanicznej społecznej, acz jednostkowej akcji obiekt został zabrany z pola widzenia i poszłam sobie dalej.
A co sobie pomyślałam to moje.

Pozornie te dwa zdarzenia-drewniany krzyż przez Pałacem Prezydenta i przyzwolenie społeczne na leżenie w upojeniu na ulicy nie mają nic wspólnego.
Ale tylko pozornie- pokazują niestety mentalność narodu, o!
Trzeba się temu przeciwstawiać, tylko nie mam pomysłu jak. Przecież nie pójdę się bić?
Li.

Sama nie wiem, czy narzekam czy nie. Raczej piszę sprawozdanie :)

3 sierpnia, 2010
Taras jest prawie skończony. Wygląda szałowo!
W piątek po zamontowaniu ostatniej pergoli zrobię zdjęcia. O ile oczywiście do tej końcowej czynności dojdzie, z ostrożności popartej doświadczeniem kobiety budującej wolę nic nie planować, bo już boleśnie doświadczyłam prawdy, że terminy w procesie wykończeniowym to rzecz względna.
Względną rzeczą są również wszelkie plany finansowe i plan wydatków- te tzw. dodatkowe koszty potrafią wykończyć przynajmniej mnie! Kanał do brodzika, fugi, silikony, płytki okapowe na taras (to ciekawa sprawa- dwadzieścia płytek okapowych kosztowało prawie tyle co dwadzieścia metrów kwadratowych płytek na taras! ) to i owo, spędzam dni w marketach budowlanych, a chciałoby się inaczej…
Na głowie mam dzieci, choć szczęśliwie w umiarkowanym stopniu- Starsza zajmuje się sobą,
a Młodsza zaczytana w kolejnych częściach „Feliksa, Neta i Niki” marudzi okresowo, między rozdziałami.
Z Nemo dziewczyny na wakacje nie pojechały, a ja z tego powodu dowiedziałam się, że jestem chora psychicznie.
Symptomem mojej choroby był stanowczy opór przeciwko powrotowi dzieci samotnie pociągiem trzynaście godzin do Krakowa. Nemo miał zamiar zabrać je nad morze na całe pięć dni, a potem odesłać do domu jak niepotrzebne paczki, jako że nad morzem na następny tydzień miała pojawić się kobieta koń.
Przełknęłam nawet te pięć dni, dobre i to na dziesięć tygodni wakacji i po trzech latach niezabierania dzieci, ale przełknąć trzynastogodzinnej podróży pociągiem nie mogłam ze zwyczajnego strachu podszytego zboczeniem zawodowym.
Gdyby chodziło o samą Starszą nie byłoby problemu, ale Młodsza to jeszcze takie dziecko…
A poza tym polskie pociągi to… No dobra, na punkcie (nie)bezpieczeństwa jestem przewrażliwiona, ale mam do tego prawo, przez przestępstwa jestem osaczana na co dzień.
Zgodziłam się na wagon sypialny, zamknięty przez konduktora, ale na to zgody nie wyraził Nemo, powiedział Starszej że jestem chora psychicznie, ona na niego się za to obraziła i odmówiła wyjazdu, Młodsza stanęła murem za Starszą i za mną i tym sposobem obie siedzą w domu.
Nemo zagroził im zerwaniem wszelkich stosunków i „dopilnowaniem by cała jego rodzina z nimi się nie kontaktowała”. Ech, miota i miota te swoje groźby, jakby nie zauważając, że dzieci są istotami myślącymi, a poza tym, że trzeba je kochać, trzeba też szanować.
Nie wiadomo, czy śmiać się czy płakać, na wszelki wypadek jednak śmiechem zmarginalizowałam problem, śmiech z pewnością może być objawem choroby psychicznej, zwłaszcza w oczach kogoś tak pozbawionego poczucia humoru jak mój były mąż.
Pomyślałam przez chwilę o wakacjach, ale już mi przeszło.
Ilość codziennych konsultacji, konieczność wiecznych zakupów, chęć uczestniczenia w procesie twórczym na każdym etapie- ech- nie dam sobie tego odebrać.
Poza tym nie można mieć wszystkiego- budowanie domu i wakacje to sprawy finansowo wzajemnie wykluczające się, przynajmniej dla mnie.
Jestem bardzo zmęczona i czasami bardzo zniechęcona- do życia, byłych mężów, pracy i ludzi.
Ale idę sobie na budowę i znowu rosną mi skrzydła!
Rosną i opadają, to takie niezmienne prawo przyrody i właśnie z poczucia niezmienności tego prawa czerpię swoją siłę, Czasem słońce, czasem deszcz, czasem przestworza, czasem dno, alternatywa dla życiowej beznadziei jest zawsze!
Li- Wariatka.
P.S. Mam fajną czytelniczkę Danusię- jej były mąż też nie potrafi stanąć na wysokości zadania, zrzucając na nią w całości ciężar opieki nad dziećmi.
Danuśka ma marzenie– co to dla Was kliknąć i coś napisać :))
Liczy się ilość komentarzy, może jej marzenie spełni się dzięki Wam?

Trzeba pomagać szczęściu, o!

Z dziennika budowy.

30 lipca, 2010
Są takie dni jak dziś, gdy obudzona dzwonkiem domofonu i bez czułego pocałunku, ale za to z entuzjastycznie witającym mnie psem mam ochotę poprzenosić jakieś góry.
Zaokienny poranek mokry od deszczu energicznie wpływa przez okno wcale nie miejską świeżością, a lista spraw do załatwienia oscyluje pomiędzy koniecznością zakupu płytek do kotłowni (za całe 19,99 zł.), a wyjazdem do Bukowiny.
Po przedwczorajszym deszczu dach przecieka „tylko” w dwóch miejscach, zmniejszenie liczby przecieków postanowiłam potraktować optymistycznie i z prawdziwym podziwem dla naszych niezawodnych dekarzy oraz z nadzieją dojścia do zerowego ideału.
O morderczych myślach w tej pogodnej notce wspominać nie będę.
Za godzinę będzie transport z podłogą, podłoga to ważna rzecz.
Nie mówiąc o tym, że to kolejny krok zupełnie nieważny dla ludzkości, ale za to jaki ważny dla mnie!
Dowiedziałam się, co stało się z moim poprzednim fachowcem od tarasu, po dwóch tygodniach kompletnego milczenia L. udało się go dopaść.
Stracił telefon w wykopie, do którego zresztą wpadł razem z nim.
Oczywiście i na szczęście żyje.
Ale i tak nie przebił rekina Pana Romeczka, prawda?
Zabieram się za piątek i zobaczy się, na ile wystarczy mi tej porannej energii.
Są takie dni jak dziś, gdy wszystkie kłopoty przesłania bliżej niezidentyfikowana radość, prawdopodobnie radość życia, ale możliwe że się mylę i jest to zwyczajnie objaw postradania zmysłów.
Li.

Zwątpienia, afirmacje i takie tam inne.

29 lipca, 2010
Są dni, gdy mam wielkie chwile zwątpienia.
Najbardziej drażni mnie wtedy pewna osoba.
Nie znoszę jej serdecznie, unikam jej widoku, nie odzywam się do niej, nie uśmiecham, nabzyczam się i jakoś staram się przetrwać dzień w jej niechcianym towarzystwie.
Ale ona jest bardzo natrętna, nie opuszcza mnie na krok, siedzi we mnie i marudzi, jęczy, nie lubi świata i wpada w konflikty nawet z kubkiem do kawy, zarzucając mu za mało mleka.
Nie lubię w te dni swojej siebie w sobie.
Są dni, gdy jest mi źle na świecie i nic nie poradzę na hormonalne zawirowania, na niekorzystne niże, na denerwujące poranne telefony, a nic-nie-wychodzenie, na wszystkie nieszczęścia tego świata, na konieczność pojechania do Bukowiny na baseny termalne, na konieczność zafarbowania włosów, na konieczność podjęcia jakichkolwiek zawodowych czynności, na niespodziewane budowlane wydatki, niski kurs euro i globalne ocieplenie.
Są dni, gdy z wielkim lękiem myślę o przyszłości i boję się starości, oraz ciężkiej choroby, tego chyba boję się najbardziej.
Są dni, gdy ciągle myślę o Ilonce, i tak bardzo chciałabym by dała mi znak, że jednak gdzieś jest coś, co stłumiłoby moje lęki.
Są dni, gdy czuję się niepotrzebna i beznadziejna.
Są dni, gdy moja psychika topi się jak masło na gorącej patelni.
Na szczęście dziś wyszło słońce i Pan Wojtek wziął się za taras.
Jest szansa, że do jutra go skończy.
Na szczęście jeszcze nie umieram.
Na szczęście mam w życiu trochę szczęścia.
Na szczęście jestem ładna, a z resztą jakoś to będzie, bo jeszcze tak nie było, żeby nie było.
Na szczęście jestem mądra, a przecież mogę być jeszcze mądrzejsza, jak tylko będę chciała, a to że mi się nie chce jest wynikiem li i jedynie chwilowej głupoty.
Na szczęście uwierzyłam Lecowi, że wszystko mija, nawet najdłuższa żmija.
Na szczęście mam swojego bloga i mogę w nim pisać o tym, co mi tylko w duszy gra, o!
Li.

Raport, czyli samo życie, albo niekończąca się powieść o ciągu przyczynowo-skutkowym.

26 lipca, 2010
Śmiesznie jest.
Taras trzeba robić od początku.
Fachowcy numer dwa są drożsi- zażądali czterech tysięcy złotych.
Fachowcy numer jeden byli o osiemset złotych tańsi.
Zapłaciłam im niestety zaliczkę w wysokości dwóch tysięcy złotych, czy ja nigdy niczego się nie nauczę?
Fachowcy numer dwa poprawiają po hydrauliku za wysoko poprowadzone odpływy.
Kują więc wylewkę zrobioną przez Wykonawcę.
Wykonawca z wylewką czekał specjalnie na zakończenie prac hydraulicznych- a to po to, by nie trzeba było jej kuć. Niestety trzeba.
Elektryk numer dwa poprawia po Panu Romeczku- fachowcy numer dwa przewiercili w podłodze jakieś kable, o których nikt nie miał pojęcia, a które wsadził tam Pan Romeczek i w sobie tylko wiadomym celu.
Pana Romeczka o te kable nie zapytam, bo obrażony jest na mnie śmiertelnie.
Elektryk numer dwa rozpaczliwe wezwany przybył natychmiast i siedzi na budowie od trzech godzin dumając co i jak.
Litwinki przybyły z ciocią Birute i wujkiem Antonasem.
Antonas dysponował mapą Polski sprzed czasów autostrad w związku z czym do Krakowa jechał przez Sandomierz. Trochę ciężka ta droga była…
Moja starsza córka zarezerwowała im hostel (bo egoistycznie odmówiłam goszczenia i cioci i wujka, dwie nastoletnie Litwinki wystarczą), ja sobie tym głowy nie zaprzątałam, nie sprawdziłam, a niesłusznie- hostel prowadzony jest przez Turków, turecki recepcjonista ledwo duka po polsku, a co dopiero w innym języku, choć turecki pewnie zna znakomicie, haha… miejsce dość podejrzane, jedyna zaleta, że tanie.
Ciocia i wujek uparcie do mnie mówią po rosyjsku, a ja nie gawarju pa russki, choć o dziwo sporo rozumiem, jednak lata nauki i młodości w czasach komunizmu gdzieś tam jeszcze odbijają się rosyjskim echem…
Ciągle muszę gdzieś jeździć, wozić, pokazywać drogę, dziś kupiłam im plan Krakowa, zaznaczyłam adres hostelu i niech sobie radzą beze mnie!
Ja mam wymienianą kanalizację i warunki polowe.
Litwinki w związku z tym mieszkają razem ze Starszą w luksusowym mieszkaniu mojego brata
i możliwe, że w związku z tym zatrą im się w pamięci negatywne wrażenia z Polski pozbawionej wody bieżącej i kanalizacji.
Z mojego wyjazdu na wakacje pewnie nic nie wyjdzie.
Ciągle muszę być na budowie, konsultować, wkurzać się, płacić, (do)kupować, zamawiać, organizować transport i takie inne mało fascynujące, a wymagające obecności czynności.
Dzieci (o dziwo!) to rozumieją. Zamiast wakacji będą mieć szybciej dom.
Z Litwinkami pojedziemy do Bukowiny na baseny termalne. Choć tyle!
Nie mam czasu na przyjemności, ale wczoraj przyjechała do mnie Jędza i gdzieś między nieszczęsnymi rurami a problemami, złapałam oddech i poszłyśmy sobie na pogaduchy przy sushi i było git.
„Uparcie i skrycie, ech życie kocham cię, kocham cię nad życie”!
Li.

O rety…

24 lipca, 2010
O rety… Wzdycham sobie jak starsza pani. No i w krzyżu mnie od tego wzdychania łamie, też jak starszą panią.
Niby mam iść wieczorem na imprezę, niby muszę „coś” ze sobą w związku z tym zrobić, ale mi się nie chce. Jak to starszej pani…
Ale komu by się chciało, gdyby dopadło go nieszczęście w postaci pękniętej rury kanalizacyjnej, tej jedynej niewymienionej przy okazji remontu kamienicy rury, a to z powodu braku zgody współwłaścicielki na rozwalenie ściany w jej mieszkaniu.
Teraz wszystko to co zwyczajowo spływa kanalizacją wpływa jej do pokoju, a nie jest to woda różana, o nie!
Ech, do poniedziałku rano nie mam więc toalety oraz łazienki. Resztki cywilizacyjnego honoru ratuje zlew w kuchni, ale z przyczyn oczywistych jego przydatność jest ograniczona.
Administratorka dała mi klucze do swojej toalety na parterze, sąsiad z góry zaoferował swoją łazienkę, latamy więc między piętrami, starając się nie nadużywać cierpliwości sąsiedzkiej, ale ze zgrozą myślę co będzie dalej- ja, dwie córeczki i dwie Litwinki, o rety… cholera jasna, dlaczego rury z reguły pękają w soboty? Hydraulicy rozłożyli ręce z obietnicą powrotu w poniedziałek, ale kto by tam wierzył hydraulikom!
Nie, nie jestem dziś szczęśliwa.
Muszę w dodatku wymyśleć jakieś przynajmniej tygodniowe wakacje z dziećmi, wyjazd córek z tatą nad morze nie wyszedł z powodów leżących po stronie taty, a szkoda by cały sierpień siedziały w Krakowie. Ciężko będzie mi porzucić sprawy budowlano-wykończeniowe, ale może i mnie przyda się widok innego nieba. Najpierw chciałam polecieć nad ciepłe morze i nic nie robić, tylko prażyć się na leżaku pod palmą z widokiem na morze, ale ja tak nie cierpię hoteli, tłumów i natrętnej turystyki, że ostatecznie zdecydowałyśmy, że damy się żreć komarom na Mazurach.
Może nie będzie upałów, może będzie zaciszna przystań, może będą kajaki, może ryby, może święty spokój, cisza i piękne zachody słońca na jeziorem.
Kuszące, prawda?
Li.

A takie tam babskie gadanie :)

22 lipca, 2010
Zaczynam fisiować. Znaczy się-wariować.
Widzę jakieś cienie na ścianie, słyszę głosy, zapominam o spotkaniach, odczuwam lęki przed wyjściem z chłodnej kamienicy na rozżarzoną ulicę, pół godziny stoję w upale przy aucie z włączoną klimatyzacją, zanim do niego wejdę, co w sumie wychodzi na to samo- rety, jak bardzo brakuje mi wakacji!
Wczoraj z pewną nieśmiałością zaczęłam przeglądać jakieś oferty i kto wie, czy na tydzień nie porzucę wykończeniowego bajzlu i nie wyjadę z przychówkiem w celach samoratunkowych reanimować się gdzieś nad morzem. Oczywiście natychmiast dla tak nierozważnego kroku znajdę tysiąc usprawiedliwień i niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nie ma ochoty uciec z upalnego miasta na upalną plażę.
Odnalazł się fachowiec od tarasu. Podobno telefon wpadł mu do wykopu i zaginął na wieki.
Za dwa tysiące lat zostanie odnaleziony jako wielka archeologiczna sensacja.
A dziś jadę do Skrzydlnej, pod Limanową zamówić drzwi.
Jutro jadę do Kalwarii, zamówić granit na blat kuchenny.
Pomocnik mojego fliziarza pomylił sobie pomieszczenia i zamiast kotłowni zagruntował mi klejem do płytek garderobę, wymalowaną i gotową do zapełnienia. Uch!
Odkryłam również, że zapalenie światła w sypialni będzie wymagało najpierw zamknięcia za sobą drzwi, bo kontakt jest dokładnie za nimi.
O innych drobnych uciążliwościach nawet nie wspominam.
Wczoraj dogadałam się z bardzo fajnym facetem w sprawie kuchni.
Uprościłam ją maksymalnie-i wykonawca ma zakaz planowania psujących się cargo, bajerów i buzerów- mam mieć wygodne, pojemne szuflady i żadnych wiszących szafek.
Stan na dzień dzisiejszy jest następujący: nieustanny huk od cięcia płytek, między innymi od realizacji pomysłu pocięcia na kawałki trzech bardzo drogich płytek o wymiarach 50×50 cm (bo tylko na trzy takie było mnie stać cha, cha…), a to w celu zrobienia wrażenia, że jest ich dużo, przy cięciu jest oczywiście mnóstwo pyłu, co rodzi konieczność podarowania kolejnego wina sąsiadowi spod budowy od roku udręczonemu, kolejne zakupy, bo po zmianie koncepcji musiałam dokupić płytek, zakaz zmiany koncepcji wydany sobie samej, trzy przepiękne kute lampy, zapierające w piersiach dech z powodu ich nadzwyczajnej urody, chaosik i bałaganik, Pani Jadzia załamująca ręce nad ogromem prac porządkowych, ale za to już powoli, powoli widać efekty.
Nie mogę doczekać się końca, który będzie przecież początkiem czegoś nowego.
Kończę kawę i zabieram się za coś. Mam tyle roboty, że nie wiem od czego zacząć, cholera jasna, psia kostka i krew.
Li.

O Pradze, o braku płytek na tarasie, o miłości… :)

19 lipca, 2010
Wystarczy cały dzień leniwie powłóczyć się po pięknych miejscach, posiedzieć w klimatycznych praskich knajpkach, pogadać o wszystkim nieważnym i niczym ważnym, pośmiać się beztrosko, niecierpliwie czekać na sobotnią noc i lądowanie samolotu z Burgas, mocno przytulić młodszą córkę i wzruszyć się jej płaczem pełnym ulgi, że oto nastąpił kres „straszliwej” tęsknoty za mamą, a potem jeszcze ukryć się z L. w salonie z butelką wina i gadać do czwartej rano o tym, o czym gadają kobiety, by uznać, że był to świetny weekend.
A gdy do tego doda się dwie pary butów z wyprzedaży u Baty i dwa piękne koty z czeskiego szkła do mojej kociej kolekcji, to doprawdy chcieć więcej byłoby grzechem…

Fantastyczne popraskie samopoczucie czule przeniesione z niedzieli wściekło się dziś z braku widoku płytek na tarasie. Z tarasowym fachowcem nie ma kontaktu, jego telefon milczy, milczy, milczy, znowu pada deszcz bezlitośnie mocząc gumową wylewkę, a ja tłumiąc mordercze myśli skupiam wzrok na położonej przez innego fachowca podłodze w kuchni i mruczę sobie z ukontentowania, bo jest śliczna.
Tym samym równowaga w przyrodzie zostaje zachowana, czasem słońce, czasem deszcz, praca jednego równoważy brak pracy drugiego, jakoś to będzie, bo jeszcze tak nie było, żeby nie było, poweekendowo czuję w sobie Szwejka jak nic!
Nalewam kieliszek morawskiego wina, zabieram się za rozpakowywanie walizki, nie dam sobie zepsuć uroku minionego weekendu, gwałtownie zakochana w Pradze mam zamiar okupować dom L. i J. co jakiś czas. Myślę, że mnie nie wyrzucą, wszak trzeba pomagać takiej miłości :))
Li.


…:)

19 lipca, 2010

Na prośbę mojej koleżanki usunęłam notkę. Mam jednak nadzieję, że jakiś tam skutek odniosła.
Teraz miotam się pomiędzy i między, wieczorem opiszę wrażenia z Pragi, dwie pary nowych butów i dwie piękne figurki kotów.
Życie potrafi być piękne jak widok z mostu Karola :)
Li.


Wtorek-nie zawsze potworek.

13 lipca, 2010
Moje życie idzie sobie miarowo naprzód, nie oglądając się wstecz.
Dla mojego życia nie ma żadnego znaczenia wynik wyborów, awantura o krzyż (choć podoba mi się określenie Wojna Krzyżowa i nowa chrystianizacja Polski i Europy przez PiS, cha cha…), idiotyczne wywiady udzielane przez napuszone od buty posłanki typu Beata Kempa, afera kratkowa z teorią spiskową w tle i te wszystkie polskie bagienne specjalności.
Dla mnie życie to pobudka o wpół do siódmej rano, bo przyszedł elektryk, zanoszenie dwóch kaw na budowę- jedną z mlekiem i łyżeczką cukru, drugą czarną bez cukru, leniwe przeciąganie się na tarasie w słońcu o tej porze dnia jeszcze nie palącym, podlewanie clematisów z modłami, by wytrzymały upały, szykowanie się do pracy i takie tam codzienności.
Starsza z Londynu co jakiś czas przesyła wiadomości na gg, głównie jednego niestety rodzaju: kasa, kasa, kasa, przelej mi na kartę kochane pieniążki, najdroższa mamusiu, Młodsza z kolei z Burgas śle maile pełne tęsknoty i zapewnień, że zawsze jak do mnie pisze to „lecą jej łezki albo pot”.
Upał zahibernował moje koty, prawie nie ruszają się z miejsc, szczególnie preferując łazienkę, pies dyszy, ale zawsze jest chętny na spacer, a ja dziś nareszcie po kilku tygodniach przerwy umówiłam się na obiad z dziewczynami i mam nadzieję na leniwe popołudnie nad bakłażanami z ricottą w sosie ze świeżych pomidorów oraz dzbankiem zimnej wody z cytryną.
Życie potrafi być piękne, jak tylko uda się zamknąć uszy i oczy na ten beznadziejny, pełen złości
i nienawiści świat.
A co na to Lec?
Obserwujemy ciekawe zjawisko: bełkot jako środek porozumiewawczy między ludźmi.
Li.

Informacyjnie…

12 lipca, 2010
Weekend bezpowrotnie straciłam w paragrypowej gorączce i złym samopoczuciu.
Wczoraj, jakby mi było mało złych wciórności, znęcony upałami przyszedł do mnie mój osobisty Obcy, zaatakował wielkim bólem głowy i nudnościami, a przecież spędzenia wieczoru na samotnym rzyganiu nie brałam pod uwagę w niedzielnych planach…
Ale już dziś ciśnienie mojej niepokornej krwi zachowuje się grzecznie i normalnie, uspokojone lekami
i uśpione aż do następnego podstępnego ataku. Nienawidzę mojego braku kontroli nad czymś tak osobistym jak ciśnienie własnej krwi!
Dziś dałam sobie wolny od pracy dzień, zaraz pójdę na budowę, a potem schowam się w domu przed światem i przy zaciągniętych roletach spróbuję zacząć porządkować niezliczoną ilość papierzysk, zalegających stosami na miejscach wcale do tego nie przeznaczonych.
Zostały mi dwa dni do powrotu Starszej i przyjazdu Litwinek, Panie Boże miej mnie w swojej opiece, przyjmowanie gości w mieszkaniu z kartonami nie jest sytuacją komfortową. Na szczęście w czwartek rano zostawię to całe towarzystwo same i razem z moją ulubioną Jędzą wyjeżdżam do Pragi.
I niech się dzieje co chce!
Na budowie panuje chaos. Ale podobno jest to chaos kontrolowany. Nie przeze mnie jednak, o nie! Mnie opadają ręce i czekam co przyniesie czas!
Jestem bardzo zmęczona, tak bardzo że nawet nie chce mi się pisać bloga.
Biorąc pod uwagę moją dotychczasową kilkuletnią regularność w pisaniu, jest to objaw niepokojący nawet mnie samą.
Czas więc na czynności samoratunkowe-umówiłam się z kosmetyczką i z moim ulubionym Mongołem na serię masaży, muszę jakoś sama wygrzebać się z tego pełnego zamulonych problemów dna, bo inaczej zabraknie mi powietrza, utonę i będę prowadzić denne życie, a przecież moim żywiołem jest szybowanie w przestworzach!
A co na to Lec?
Dokąd zmierza życie? Tam gdzie Ty, dopóki idziesz.
Li.

Nihil novi.

8 lipca, 2010
Śniłam i śniłam, że dzwoni dzwonek, a on naprawdę wkroczył w mój senny poranek i przyniósł za sobą kolejnych fachowców- oto do przedstawienia Pan Wojtek i Pan Kuba i się zobaczy co zrobią z moich łazienek. Długo drapali się po głowach nad kombinacją płytek z mozaiką, ale podobno to są prawdziwi mistrzowie. Jak oni wszyscy…
Życie bez dzieci płynie mi nadzwyczaj przyjemnie, to się nazywa wolność, czy jakoś tak. Chwilowo więc wyzwolona z niewoli macierzyństwa tęsknię sobie za nimi całkiem przyjemnie i nareszcie mam czas dla siebie.
Idę na budowę. Wypiję tam poranną kawę, podleję rośliny, pogadam, poustalam, pooglądam, pomarudzę, nacieszę się słońcem na tarasie i będę stwarzać wrażenie, że ja tu pilnuję i beze mnie ani rusz.
Zdjęcia będą jak choć jedna rzecz będzie w całości skończona.
Ale zapowiada się pięknie, zaprawdę powiadam Wam, bez fałszywej skromności…
Miłego dla Was w ten piękny czwartek!
Li.

Zawsze gdzieś musi być dziura w całym!

7 lipca, 2010
Wiedziałam, że jak umyję auto, specjalnie dla dobra budowy nie myte od pół roku to będzie padało.
I pada, pada, pada na mój świeżo wysmarowany płynną gumą taras… ech, co za przewidywany pech!
Wstałam rano bez pieśni na ustach. Czy ten deszcz to jakiś test na moją wytrzymałość?
Kiepsko w nim wypadnę, jestem już przecież na granicy, gdzie pomiędzy mną a szaleństwem jest cienka, czerwona linia, a deszcz jest niemile widziany, bo nad naszą piękną, naprawdę piękną nadbudową jest wyjątkowo pechowy dach.
Tym razem jednak trudno było dachowi odmówić prawa do przeciekania, skoro beztroski hydraulik Krawczyk w opadniętych klasycznie portkach, wyprowadzając zimą komin do czegoś tam, wyciął w nim dziurę i pozostawił ją niezabezpieczoną, bo przecież nie można nazwać zabezpieczeniem niedbale wciśniętą w dziurę piankę.
A dekarz o wdzięcznym nazwisku Ogórek (tak, podam te nazwiska do publicznej wiadomości!!!) łażący po dachu tam i z powrotem, od kilku miesięcy ciągle przeze mnie wzywany na interwencję, tej jednej podobno dziury nie zauważył i woda podstępnie lała się i lała po kominie, nie ujawniając przez kilka miesięcy swojej obecności, jak najbardziej złośliwy rak.
I nie jest ważne, że to nie ja mam wzdętą podłogę, rozwarstwione regipsy i pleśń.
Stało się to pod moim dachem, nad moim marzeniem!
Wczoraj rano odbyła się u mnie w mieszkaniu konfrontacja jednego z drugim.
Hydraulik to miglanc, a dekarz to cwaniak, ale nie ze mną takie numery Ogórku z Krawczykiem, straszne konsekwencje będą wyciągnięte, o tak!
Z rzeczy zdecydowanie przyjemniejszych donoszę, iż moja Starsza ukochana córka kończy dziś szesnaście lat. Wczoraj szczęśliwie z Totnes dotarła do Londynu, przejawia taką dozę samodzielności, że strach się bać co będzie…
Mam jeszcze tydzień względnego spokoju do jej powrotu i najazdu dwóch Litwinek.
Zaczynają się roboty łazienkowe, w piątek podłogowe, rozglądam się za kuchnią, ceny kuchni budzą śmiech, oto jak łatwo wysoką ceną można wynieść na nowobogackie salony coś co jest kuchnią i kuchnią pozostanie. Paździerz zawsze będzie tylko paździerzą, jak mawia pewien P.
Wszystko idzie w dobrym kierunku, tylko ten dach mnie martwi i denerwuje…
Li.

Jestem Mamutem, a oprócz tego jak wsiadam i jadę, to błądzę, ale zawsze znajduję drogę do domu :)

5 lipca, 2010

Dostałam wczoraj od Starszej zdjęcie znad angielskiego morza z dyskretnym napisem w lewym rogu:)
Wróciłam z weekendu szczęśliwie nieszczęśliwa.
Wszystko oczywiście przez płacz mojej córki, która nagle na lotnisku w Pradze przypomniała sobie, że jedzie bez swojego mamutka. O rety!
Samolot do Burgas na nasze nieszczęście miał prawie dwugodzinne spóźnienie, Gusia miała więc czas na ryki, a zapłakana wyglądała jakby siłą wywożona była za granicę.
Sytuacja została przez L. opanowana na tyle, że mogłam dać buzi i zostać po niewłaściwej stronie barierki. Ale czułam się samotna! Taka samiuśka na wielkim lotnisku… Poużalałam się nad sobą i powlokłam na parking do auta, trzeba było wracać do kraju.
Po drodze w parkomacie opłaciłam kartą parking, automat wypluł mi bilet i karteczkę, na niej napisane było coś po czesku, więc nie wzbudziło mojego zainteresowania, a szkoda!
O tym co napisane było na karteczce pomyślałam dopiero stojąc bezradnie przed szlabanem, który nie chciał się otworzyć i uparcie odmawiał przyjęcia biletu, a kolejka aut za mną rosła i rosła…
No cóż, trzeba było wysiąść z auta, podnieść dumnie głowę do góry i podejść pewnym krokiem na drżących nogach do auta stojącego za mną, przyznać że mam problem z biletem i oczekiwać pomocy… (Na karteczce z parkomatu jak byk napisane było, że „oplaty ne pobrano”).
Miły Czech poszedł ze mną do innego automatu (a kolejka nadal rosła), i nawet pożyczył mi na wieczne nieoddanie 100 koron, bo automat lekce sobie ważył wszystkie moje karty!
Podziękowałam, posłałam przez okno całuska i ruszyłam w drogę, mając zakodowany kierunek: Hradec Kralove. Dlaczego pojechałam na Karlove Vary- nie mam pojęcia.
Udaję sama przed sobą, że nazwy jakoś takie podobne są…
O tym, że jadę dokładnie w przeciwnym kierunku zorientowalam się po dwudziestu kilometrach, zjazd z autostrady był po następnych kilkunastu, klnąc na czym świat stoi, zawróciłam i już naprawdę solennie obiecałam sobie zakup GPS-a.
Granicę przekroczyłam w Kudowie, stamtąd była już tylko godzina drogi do Paczkowa, do mojej ulubionej czarownicy O., wpadłam w sam środek przyjmowania gości, wypiłam wino i poszłam spać na dwanaście długich godzin.
A w niedzielę w pobliskim Otmuchowie było Lato Kwiatów, słynna od lat impreza, kupiłam sobie na taras clematisy i pnące hortensje, nabrałam sił i energii, w nocy wróciłam do Krakowa i od dziś realizuję bardzo napięty plan.
Ale weekend miałam naprawdę udany, nawet z tymi momentami kompletnego odmóżdżenia!
No i ze wstydem przyznaję, że nie głosowałam, całe szczęście Komorowski wygrał bez mojego głosu, bo ojciec groził mi wydziedziczeniem…:)
Biorę się do roboty,
Li.

Ta cholerna rekrutacja!

30 czerwca, 2010
Wpadłam w sam środek rekrutacji do liceum, Starsza sobie anglikuje, a ja nic z tego nie rozumiem.
Stan faktyczny jest taki, że dostała się do LO, drugiego na swojej liście, a można było wskazać trzy szkoły. Oczywiście teraz okazało się to istnym nieszczęściem- nie to liceum (najbardziej chciała do „szóstki”, przyjaciółka najbliższa dostała się wprawdzie do tego samego liceum, ale do innej klasy, „Mama zrób coś” i takie tam…).
No cóż, jak się napisało test gimnazjalny grubo poniżej swoich możliwości na 74 punkty to takie są oto efekty. Angielski z kolei, za który ma maksymalną liczbę punktów nie liczy się do kwalifikacji.
No to po co jest?
Czytam te drakońskie zasady elektronicznej rekrutacji i widzę, że do 1-go lipca muszę w szkole do której się dostała złożyć oryginał świadectwa. W przeciwnym razie miejsce jej przepada.
No i teraz nie wiem co robić, czy ryzykować i czekać na drugą rekrutację licząc na zwolnienie jakiegoś miejsca w „szóstce” czy też złożyć dokumenty w „dziesiątce” i mieć święty spokój, tym bardziej że ta szkoła jest blisko nas, prawie za rogiem i skończyłyby się te jej wieczne dojazdy.
A „dziesiątka” ma poziom przyzwoity, podobno.
O rety, no co mam zrobić, no co?
Starsza oczywiście teraz ma gwałtowny przypływ ambicji, nie pamiętając już jak matka truła jej codziennie za uchem- ucz się!
O! Ale ja też matki nie słuchałam…, to się nazywa chichot historii, ech…
Li.

Początek wakacji.

29 czerwca, 2010
Jednej się już pozbyłam, drugiej pozbywam się za trzy dni, oto efekt odwiecznej walki matczynej miłości z pragnieniem świętego spokoju i czasu dla siebie.
Życie wraz ze słońcem nabiera koloru jak pomidor na tyczce.
Taras nareszcie ma okazję wyschnąć i może da się uszczelnić i upiększyć, kredytowa forsa rozpycha mi kieszeń i pozwala na pewną rozrzutność, w mojej głowie ułożyły się kolory i pomysły, ech… wszystko mija, nawet najdłuższa zmija, a życie znowu jest piękne.
W piątek jadę do Pragi, wrócę w sobotę i od niedzieli przez dwa tygodnie będę mieć wakacje
i czas tylko dla siebie. I znowu powrócą nocne włóczęgi, rowery nad Wisłą, siedzenie w ogródkach na Rynku, życie towarzyskie i uczuciowe, nie ma to jak urlop od bycia zapracowaną matką-żywicielką.
Ale najbardziej cieszy mnie szukanie i znajdowanie.
Li.

Orzeł wylądował.

28 czerwca, 2010
Dziecko złożyło raport, że stoi już na angielskiej ziemi, a nawet na peronie dworca w Bristolu i czeka na pociąg.
Czyli większość moich wyimaginowanych problemów, jakże rujnujących mi od kilku dni wyobraźnię ma za sobą- wylądowała szczęśliwie, bagażu jej nie zgubiono, znalazła busa na dworzec, kupiła bilet, ufff… za półtorej godziny będzie w Totnes!
I wtedy odetchnę na dobre i może nawet pośmieję się ze swojej histerii.
Na swoje usprawiedliwienie dodam, że to pierwsza jej tak samodzielna podróż, ale jak widzę daje radę!
Stwierdzam też z wielkim bo spuchniętym z dumy zadowoleniem, że warto było od kilku lat wysyłać ją- hen, hen w szeroki świat gdzie musiała przełamywać barierę językową i mówić po angielsku- dziś rano przyszła wiadomość, że po wytypowaniu przez szkołę i zdaniu testów dostała się do programu DiAMEnt z języka angielskiego.
No!
Ten wyjazd do Anglii nie jest tani. Rzekłabym nawet, że jest bardzo drogi.
Jako dziecko posiadające szczęśliwie dwoje rodziców Starsza zwróciła się do ojca z prośbą o dołożenie się do kieszonkowego. Potrzebuje pieniędzy na późniejszą podróż do Londynu, na życie przez tydzień w Londynie, a kto tam był to wie…
Ku mojemu wielkiemu zadziwieniu Nemo wcale nie uchylił się od dania jej pieniędzy.
Ale zanim zdążyłam ucieszyć się z tej nadzwyczajnej zmiany, Starsza przekazała mi warunek otrzymania przez nią zawrotnej sumy dwudziestu funtów- otóż miała po nie przyjechać do jego domu, jakieś dwadzieścia kilometrów od Krakowa, do domu do którego konsekwentnie nie jeździ, a to z powodu jej niechęci do spotykania się z kobietą koniem.
No więc o te dwadzieścia funtów Starsza jest uboższa, ale za to złudzeń co do roli ojca w jej życiu ma też jakby mniej.
Ale ma mnie!
Li.

O tym, jak moja córka wpadła w konflikt lojalności i takie tam inne bajdurzenie :)

26 czerwca, 2010
Wiadomo, że nie toleruję papierosów, a w mojej obecności palacze mają ciężkie życie… muszą wychodzić na zewnątrz i takie tam utrudniające…
Dymu papierosowego nie znoszę i już- od razu mam wizję jak wzgryza się w moją skórę, włosy, płuca, uch… zapach ciała przesiąkniętego dymem odrzuca mnie na wstępie, co oczywiście znacznie ogranicza krąg mężczyzn mogących mnie ewentualnie zainteresować, bo przecież nie przytulę się do palacza, a bez przytulania -co to za życie!
Niepalących nie ma zbyt wielu, prawdopodobnie więc umrę samotna, ale za to ładnie pachnąca.
Moje córki wychowywane w drastycznie skrajnym antynikotynowym rygorze same źle reagują na dym.
Oczywiście mają moje pozwolenie na spróbowanie tego śmierdzącego szczęścia- sama popalałam w liceum i na studiach, szczęśliwie jednak w nałóg nie wpadłam, w odróżnieniu od wielu teraz jakże nieszczęśliwych z tego powodu znajomych.
Rozumiem jednak jego niszczącą siłę, bo widzę jak wiele moich cudownych, mądrych i silnych koleżanek zmaga się z rzucaniem palenia, mogę im tylko współczuć i nie pozwolić palić w swoim towarzystwie, co jest niczym innym niż moim wsparciem ich walki z uzależnieniem i honni soit, qui mal y pense.
Ad rem: Starsza szukając w mojej torbie kluczy, znalazła papierosy.
Oskarżycielski jej wzrok prawie mnie zabił, ale bez trudu uwierzyła w moje tłumaczenie, że idąc do aresztu odwiedzić klienta- zagorzałego palacza, muszę mieć dla niego papierosy, bo inaczej on nie jest w stanie ze mną rozmawiać. Jest to jedyna sytuacja, gdy dobrowolnie zgadzam się na pobyt w jednym zamkniętym pomieszczeniu z palaczem, cel uświęca środki niestety.
Papierosy jak wyrzut sumienia zostały na jej biurku i oczywiście znalazła je Młodsza, regularnie przeglądająca rzeczy Starszej, a to zgodnie z odwiecznymi zwyczajami młodszego ciekawskiego rodzeństwa.
Zadzwoniła natychmiast do Starszej i wywiązał się taki oto dialog:
– znalazłam papierosy i powiem Mamie!
– nie mów nic!
– a co z tego będę mieć?
– a co chcesz?
– lody Magnum i zwolnienie z obowiązku kupna prezentu urodzinowego!
– dobra!
Młodsza schowała papierosy i poszła ze mną na obiad. Nie mając pojęcia o siostrzanych negocjacjach widzę, że dziecko jakieś takie markotne. Podpytuję więc od niechcenia, a ona wybuchając płaczem pęka, że znalazła u siostry papierosy, że obiecała za loda że mi nie powie, ale musi powiedzieć, bo loda i tak jej kupię, a siostra ma papierosy…itd.
W trakcie mojej rozmowy z nią zadzwoniła Starsza i opowiedziała mi historię negocjacji z Młodszą i tego, że ją wypuściła, by zbadać jej lojalność. A ja mam udawać, że o niczym nie wiem, ale koniecznie mam jej powiedzieć jej czy Młodsza doniosła mi o całej historii.
Młodszej nic nie powiedziałam, ale Starszej potem natarłam uszu za takie podpuszczanie młodszej siostry.
Mam niestety smutną świadomość, że to już ostatnie chwile takiej szczerości młodszego dziecka w stosunku do mnie, bo w miarę upływu lat będą coraz bardziej trzymać siostrzaną sztamę i o wszelkich niecnych występkach dowiem się ostatnia.
Ot, napisało mi się parę słów przy sobocie.
Przede mną zakupy, pakowanie, udzielanie ostatnich rad, których dziecko nie słucha.
W poniedziałek leci do Bristolu, tam musi znaleźć odpowiedni autobus, dotrzeć na dworzec kolejowy, kupić bilet do Totnes i wsiąść do pociągu nie byle jakiego.
Rany boskie, ale mnie czeka dzień! Zanim ona dotrze do Ruth, ja osiwieję.
Bardzo trudne jest jednak to usamodzielnianie dzieci…
Li.

Życie wirtualne też potrafi zmęczyć.

24 czerwca, 2010
Nie piszę, bo chwilowo zapadłam na laptopowstręt.
Choroba ta objawia się drgawkami na widok laptopa, ewentualnie komputera.
Spadło na mnie wraz z pyłem wulkanicznym tak wiele pracy, że pisanie zawodowe śni mi się po nocach, zdominowało moje palce i zamknęło mi umysł na przyjemności.
Ale będzie lepiej, bo gorzej już być nie może.
Niech no tylko przyjdą te wakacje, Starsza do Anglii wylatuje już w poniedzialek, Młodszą zawożę do Pragi za tydzień, do 14-go lipca będę wolną, białą kobietą!
Potem oczywiście przyjdzie kara za przyjemności wolności- Starsza wraca z Anglii i przyjmuje gości, dwie- rany boskie- litewskie nastolatki poznane w Turcji.
No ciekawa jestem gdzie je pomieszczę pomiędzy wykańczaniem domu, siebie, kartonami i przeprowadzką. Przyjeżdżają do nas podobno na dwa tygodnie, pomysły jak zapewnić im rozrywki skończyły mi się na wyjeździe na baseny termalne do Bukowiny…
Ech, pomyślę o tym jutro.
Dziś stać mnie tylko na myślenie jak przetrwać, nie zwariować, jak zaplanować wydawanie pieniędzy, bo bank nareszcie raczył dać mi kredyt.
Wrócę tu- niebawem.
Są takie chwile w życiu kobiety, gdy nie ma siły na nic więcej poza podtrzymywaniem podstawowych funcji życiowych.
Ale za to nareszcie mam prąd we własnych gniazdkach i coraz więcej nadziei na poranną kawę na tarasie.
Jak się zmobilizuję, to powrzucam zdjęcia.
Pod warunkiem jednak, że je nareszcie zrobię.
:)
Li.

Idę na łatwiznę :)

14 czerwca, 2010
Jestem tak bardzo zajęta, że nawet nie mam czasu napisać jak bardzo!!!
W celu jednak zachowania pewnej „pamiętnikarskiej” ciągłości postanowiłam uchylić Wam rąbek tajemnicy z mojego życia sprzed trzech lat.
Moi starzy czytelnicy byli wprowadzeni w temat, inni może pośmieją się z ludzkiej głupoty, a śmiech to przecież zdrowie.
Dopuszczam oczywiście możliwość, że moje poczucie humoru różni się od Waszego poczucia humoru, ale wtedy możecie pośmiać się ze mnie, a zwłaszcza z mojego przekonania, że mam poczucie humoru, nie mówiąc o powalającym dowcipie;-))
No i kto uwierzy w te teksty, to trąba!
(Choć niestety ślepa wiara w pisane przeze mnie teksty przejawiła się u wielu czytelników portalu motoryzacyjnego Interii- wskazują na to komentarze, zaprawdę powiadam Wam- nad komentarzami w necie powinny być prowadzone poważne badania, co za przekrój palantów, o rety! A komentarze mnie bawiły jak mało co, zwłaszcza te na mój temat pod „Listami do Drogiej Redakcji”).
Co jakiś czas wrzucę Wam kolejne linki, o ile oczywiście będziecie chcieli, w tamtych czasach byłam dość płodna, pisałam poważne naukowe rozprawy opisujące wyniki równie poważnych badań, lub też „Listy do Redakcji zatroskanej czytelniczki”, a to z powodu miłej przyjaźni z pewnym Panem Redaktorem.
Przyjaźń przetrwała, ale moje pisanie dla Interii nie… z powodu czystego lenistwa oczywiście.
Kusi mnie jednak, by znowu wsadzić kij w mrowisko…;-))
No to dajemy:
Jak kobieta trzyma kierownicę– poważne badanie naukowe z poważnymi wnioskami.
Seks a kolor Twojego samochodu– jeździsz może czerwonym, Skarbie? ;-)
List numer 1, od niego się zaczęło, pobity wówczas został rekord komentarzy pod motoryzacyjnym tekstem- 1227! A ja dowiedziałam się, że jestem krową, idiotką i coś tam coś tam… równie odkrywczego…
Mam nadzieję, że wróci do mnie ta stara Li, bez tych cholernych problemów, które dławią śmiech w gardle i przygniatają do ziemi poczucie humoru!
Li.

Smutna niedziela.

13 czerwca, 2010
Czekam na brata.
Jedziemy razem do Pszczyny, do Ilonki, dziś obchodziłaby 32-gie urodziny.
Wszystkich życzliwych Jej pamięci proszę o ciepłą myśl.
Ja o Niej pamiętam każdego dnia, tęskniąc beznadziejną tęsknotą nie do spełnienia i wciąż niepogodzona z niesprawiedliwością losu.
Zaraz na Kleparzu kupię piękne kwiaty.
W tamtym roku na urodziny też kupiłam Jej kwiaty, donice i ziemię, wsadzałam potem te sadzonki do donic przy Niej, pamiętam jak się z tego cieszyła.
Dziś te donice stoją na tarasie u mojego brata, beznamiętne i obojętne wobec przemijania.
W tamtym roku w Jej urodziny patrzyłyśmy z okna na moje dzieci i brata, zabrał je przejażdżką kabrioletem jakiego kupił dla łysej Ilonki-„to najlepsze auto dla kobiet, które nie muszą martwić się o fryzurę”-powiedział.
Ech…
Li.

Jest tak gorąco, że nawet klawiatura parzy.

10 czerwca, 2010
Ale jest gorąco…
W centrum Krakowa komary za nic mają ograniczenia w ruchu i bez strefowego identyfikatora wlatują przez okna, a ich bzykanie doprowadza mnie do szału. Cztery koty trwają w myśliwskiej gotowości i organizują nocne polowania, a ja już nie wiem na kogo bardziej się wściekać- mam w nocy do wyboru atrakcje w postaci łomotu zrzucanych w ferworze polowania książek versus bzyk komara.
Tydzień przeczołguje mnie przez siebie, albo jeździ po mnie walcem.
Życie jest na gorąco i do niczego.
W związku z powyższym w wyobraźni udaję się na hamak pod palmą, jakoś trzeba przetrwać do piątku. W piątek pewnie też będzie gorąco, ale bez pracy da się to wytrzymać.
Czego i Wam życzę,
Li.
PS. Moja ulubiona Di, artystka kolczykowa najwyższej klasy, namówiona przez entuzjastów Jej talentu otworzyła internetowy sklep z kolczykami, doprowadzając się oczywiście do konieczności płacenia daniny państwu, w postaci podatków i takich tam innych nieprzyjemnych.
Porządna z niej kobieta i jaka odpowiedzialna fiskalnie!
W każdym razie te kolczyki trzeba kupować ponieważ są piękne, a piękno nie ma ceny!
Uwielbiam też Jej wyobraźnię w wymyślaniu nazw, bo każde kolczyki mają własną nazwę.
Mam swoje ulubione typy w dziale czerwieni, czerni, fioletów, a właściwie w każdym…
Zaglądnijcie tu: http://www.uchacha.pl/.
Prawda, że piękne?
I niepowtarzalne!
Takie talenty trzeba wspierać!
To co? Po kolczyku? :)

Tajemny znak!

7 czerwca, 2010
Różne dziwne przedmioty skrywał w sobie strych kamienicy- a to granaty ukryte w polepie („Panie Zenku, a co Pan tam niesie? A granaciki, Pani Moniczko… Aaaaaaaaa!!!! Rany boskie, Panie Zenku! ), a to dziwne malutkie buteleczki jak żywcem wyjęte ze starej apteki, a to legitymację związkową z 1957 roku niejakiego Jana Nowaka, czy też prawie pełne stare przedwojenne krople do nosa…
Ale to co zostało znalezione przeze mnie kilka dni temu przebija wszystko!
A historia jest taka:
Mamy w kamienicy bardzo zniszczone i wychodzone schody, wytarte jak nie przymierzając posadzka w klasztorze Shaolin.
Od kilku miesięcy razem z innymi współwłaścicielami toczymy debaty co z nimi zrobić- stara lipa nie bardzo daje się odnowić, a na nowe pieniędzy póki co nam brak.
Wiedziona ciekawością ich budowy, a tak naprawdę by zweryfikować fruwające w powietrzu różne teorie tzw. znawców, poprosiłam robotnika o odbicie jednego, najbardziej zniszczonego stopnia w części prowadzącej z drugiego piętra na trzecie.
Okazało się że jest to pusta w środku kaseta.
Pierwszą znalezioną rzeczą w niej rzeczą była mumia szczura, naprawdę wyglądał bardzo mumiowato, aż szkoda że się rozsypał w proch, byłby to niezły eksponat do Muzeum Przyrodniczego, sądzę że szczur miał tyle lat co schody. Wlazł biedak tam przy budowie kamienicy i już nie mógł wyjść.
A drugą był kawałek oheblowanej deski o wymiarach 30×20 cm z pięknie napisanym ołówkiem napisem: Roku Pańskiego 1887, 10 sierpnia Jozef Jaskólski podmajsczy.
Tego ostatniego słowa nie mogłam odcyfrować, udało mi się dopiero po zorientowaniu się, że roku pańskiego 1887 Jozef Jaskólski słowo „podmajstrzy” napisał z bykiem ortograficznym.
Coś fantastycznego! Poczułam się tak, jakbym odkryła skarb piratów!
Kamienica dała mi tajemny znak! Jestem prawdziwym wybrańcem, bo przecież mogłam kazać odbić inny stopień, a jednak trafiłam na ten właściwy ze słowami sprzed 123 lat!
Oddałam deskę do werniksowania i oprawienia w metalową ramę, powieszę ją w miejscu najbardziej widocznym, to będzie moja relikwia i znak z przeszłości.
Za kilka dni, jak moja córka wróci z aparatem, pokażę Wam zdjęcia.
Dziś na tarasie jest montaż pergoli i balustrady.
Wyszło coś obłędnie, mega-przepięknego, aż chce mi się płakać z radości, a najlepiej to tańczyć!
Li.

Mam marzenie i nie powstydzę się go użyć.

7 czerwca, 2010
Kiedy zaczyna się nowy tydzień podświadomie daję mu szansę na lepsze życie.
Mam plany, projekty ale i oczekiwania.
Gdy kończy się tydzień nie robię podsumowania, by nie poddać się rozczarowaniu.
I tak tydzień za tygodniem płynie sobie życie do ujścia w niebyt.
Płynę z nim i ja-czasem wpadam w powódź problemów, czasem mam ich suszę, ciągle jednak jakoś
i rozpaczliwie unoszę się na powierzchni życia łapiąc w charakterze koła ratunkowego i brzytwę.
Uwiera mnie jednak to unoszenie się na fali, bo często mam poczucie że rzuca mną jak piłką, nie mam wpływu na kierunek spraw, mam poczucie że wiele ważnych rzeczy dzieje się mimo, że tracę coś bezpowrotnie, że takie byle bycie w życiu wcale mnie nie cieszy.
Czego najbardziej bym chciała?
Pensjonatu z widokiem na morze w cichym zakątku. Albo domu nad jeziorem. Albo chałupy w starym sadzie.
Chciałabym gotować dla moich gości, dbać by ich świeża pościel zawsze pachniała lawendą, w chłodne wieczory palić w kominku i nie musieć przejmować się sprawami, na którei tak nie mam wpływu.
Sobotę spędziłam na prawdziwej działce.
Działka wchodzi w skład innych działek, ma jakieś cztery ary, altankę, wodę, prąd, pergolę z winoroślą i jest cudnie zarośnięta. Nie ma na niej marchewki, ale za to jest lubczyk.
Dumną posiadaczką działki w ogródkach działkowych jest D.
Śmiech na sali, bo do niedawna D.- bywalczyni cotygodniowa pięciogwiazdkowych hoteli i samolotów nie odróżniała jabłoni od azalii.
Dwa miesiące temu odeszła z wysysającej z niej wszystkie soki korporacji, zainkasowała odprawę i od osiemdziesięcioletniego pana zakupiła prawo do posiadania działki.
Od dwóch miesięcy prowadzi życie prawdziwego działkowca, inwestując w meble ogrodowe, wybajerzonego grilla, ogrodowy basen z filtrem oraz kosiarkę.
Nie myśli o pracy, ma czas dla siebie, na książki i na życie.
Zazdroszczę jej bardzo, a już w sobotę gdy sybaryczyłam przy grillu pod pergolą, leniwie odganiając komary, zazdrościłam jej do bólu mojego zestresowanego serca.
Teraz nie mogę pozwolić sobie na luksus nie pracowania, mam na utrzymaniu dzieci, koty i psa.
Ale kiedyś- gdy moje córki zakończą edukację, sprzedam wszystko co mam i zacznę żyć tak jak zawsze chciałam-podróżując, oglądając wschody i zachody słońca, zauważając pory roku, w ciszy i bez stukotu tramwajów za oknem, dla siebie.
Egoistycznie dla siebie. DLA SIEBIE!
Z tego jednego marzenia chciałabym kiedyś sama przed sobą rozliczyć się bez rozczarowania
i z satysfakcją.
Li.

Długo nie piszę, więc potem muszę pisać długo… znaczy się tekst dla wytrwałych;-)

6 czerwca, 2010
Moja Starsza leci dziś do Niemiec, to wyjazd-nagroda za roczną pracę na rzecz projektu finansowanego przez UE dotyczącego mniejszości religijnych.
Świetna sprawa ucząca dzieci tolerancji, poszanowania inności i równouprawnienia. W ubiegłym roku była w Turcji i przez tydzień mieszkała u rodziny tureckiej, a od dziś będzie przez sześć dni mieszkać gdzieś pod Kolonią u rodziny niemieckiej.
Za trzy tygodnie leci do Anglii, do Bristolu, sama! Po wylądowaniu ma znaleźć dworzec autobusowy, wsiąść we właściwy autobus i po dwóch godzinach dojechać do Ruth. Ja oczywiście umieram po kryjomu ze strachu, a ona nie widzi problemu. O tempora! O mores!
A z powrotem będzie jeszcze gorzej dla moich włosów, które niechybnie osiwieją ze stresu- z Bristolu ma dojechać do Londynu, tam spotkać się tam ze swoją szkolną przyjaciółką, która wakacyjnie będzie mieszkać u siostry, spędzić z nią jeszcze kilka dni w Londynie i dopiero wrócić w moje stęsknione i nieco histeryzujące ramiona.
W międzyczasie, 7-go lipca skończy szesnaście lat.
Rany boskie, w jej wieku jeździłam na obozy wędrowne w Bieszczady, o których ona oczywiście nie chce słyszeć…
W tym roku nie planuję żadnych wakacji z dziećmi.
Mam na głowie wykończenie domu i przeprowadzkę, odpocznę na swoim tarasie, albo postanowię gdzieś wyjechać z dnia na dzień.
Nemo po raz pierwszy od trzech lat zabiera dzieci na wakacje na całe sześć dni nad Bałtyk, można normalnie zwariować z radości i wdzięczności za taką rodzicielską aktywność, o rety!
Młodsza przyszyta do mnie ściegiem nie do rozerwania nie chciała słyszeć o żadnym obozie, udając oczywiście że chce uczestniczyć w procesie przeprowadzkowym, co jest ewidentną ściemą.
Ale bez trudu dała namówić się na dwutygodniowy wyjazd do Bułgarii i za to moim przyjaciołom jestem wdzięczna do grobowej deski, choć biorąc pod uwagę moją chęć kremacji powinnam napisać- do ścianek marmurowej urny.
Mam przyjaciół w Pradze. Do niedawna mieszkali w Warszawie, ale L.- piękniejsza połowa tego związku podpisała kontrakt na pracę w Czechach stając się tym samym niesłychanie ważną osobą w strukturach pewnej firmy motoryzacyjnej, a już na pewno jedyną taką kobietą na świecie. I w dodatku zna język czeski, co mnie śmieszy niesłychanie. Dzieciństwo spędziła w Złotym Stoku przy granicy czeskiej, dwie jej ciotki wyszły za mąż za Czechów i znajomość języka przyszła niejako naturalnie.
Jestem z niej bardzo dumna!
J.- jej mąż jest ojcem chrzestnym mojej Starszej i kiedyś był najlepszym przyjacielem Nemo, ale losy tak się potoczyły, że Nemo zniknął z ich życia, ale ja nie.
Ci dobrzy ludzie zabierają mi moją Młodszą na dwa tygodnie do Burgas, mają córkę prawie w jej wieku, swój kupiony tam niegdyś apartament z widokiem na morze i chęć niesienia pomocy mojej utrudzonej życiem osobie.
Muszę tylko dowieźć im moje dziecko do Pragi, co uczynię z radością, czas odczarować Pragę po sześciu latach od gwałtownego upadku tam mojego małżeństwa.
Do połowy lipca będę mieć więc dzieci z głowy, na początku sierpnia jadą nad Bałtyk z ojcem, a potem się zobaczy. Najważniejsze to mieć plan!
A teraz idę budzić córeczki, Starsza za trzy godziny powinna być na lotnisku, ciągle śpi jak zabita, ona ma jednak nerwy ze stali, albo poczucie, że mamusia czuwa nad wszystkim, o!
Odpoczęłam przez ten weekend, znowu nabrałam energii, słońce wzięło się do roboty i suszy mój zalany taras i dach. Musi nareszcie być dobrze, musi.
Li.

Mam wiele do powiedzenia, ale coś krępuje moje słowa.

3 czerwca, 2010
Lubię prezenty od ustawodawcy w postaci wolnego dnia w środku tygodnia.
Leniwie wstaję, leniwie piję kawę, budzik ma wolne od krzyku, a cisza za oknem bez porannego ruchu działa uspokajająco.
Potrzebuję tego spokoju i braku pośpiechu, potrzebuję.
A co na to Lec?
I dusza musi być czasem na diecie.
Pcham pod górę swoje sprawy, ciągle któraś spada mi z wózka i toczy się szybko w dół, czasem za nią biegnę, a czasem daję sobie prawo do zaniechania rozgrzeszając się bez pokuty, ale z wyrzutami sumienia.
Muszę przetrwać ten szary, smutny i zły czas, okopać się, nabrać sił jeszcze nie wiadomo skąd, wpaść na nowe pomysły jeszcze nie wiadomo jakie, znaleźć drogi ciągle jeszcze niewidoczne przez mój wewnętrzny system naprowadzający i muszę znowu uwierzyć w swoje życiowe szczęście.
Taki mam plan.
Nie biorę pod uwagę porażki, bo kolejnej nie zniosę.
A co na to Lec?
Rasiści! Nie dopuszczają czarnych myśli!
Jestem więc rasową rasistką.
Będzie dobrze, bo nie może być inaczej.
A moją inspiracją ostatnimi czasy jest była minister pracy Anna Kalata. Nigdy nie miałam o niej dobrego zdania, prawdę powiedziawszy- miałam bardzo złe.
Ale to co zrobiła ze swoim życiem zasługuje na największy podziw. I nawet nie jej przemiana fizyczna tak mnie zadziwiła- zawsze uważam że nie ma brzydkich kobiet, poza wyjątkami potwierdzającymi regułę. albo gdy wina brak.
Zadziwiła mnie zmiana całej jej osobowości, tak jakby wraz z odkryciem swojej głęboko kiedyś schowanej urody narodziła się na nowo, z zupełnie innymi genami, przekonaniami, celami życiowymi. Rozwiodła się, zerwała kiepski romans z polityką i realizuje swoje marzenia, a jest w tym bardzo odważna. I nawet mówi inaczej, zmienił jej się głos, intonacja i wyraz oczu.
Bije z niej świadoma kobiecość i zupełnie niespodziewane ciepło.
To jest imponujące i bardzo inspirujące.
Li.

Poklnę sobie przy pierwszej kawie.

1 czerwca, 2010
Ze zdziwieniem zauważam mierzony odległością międzynotkową upływ czasu na blogu.
Już wtorek? Cholerny i kolejny wtorek-potworek?
Trudno mi pisać, gdy chaos wokół mnie wytrąca z ręki pióro klawiatury, pędzi wichrem po myślach pozostawiając zgliszcza bezmyślności i wiecznie wikła w konflikt z czasem, przy którym wojna stuletnia to niewinne igraszki.
Zaciskam jednak ciągle jeszcze własne zęby i daję radę. Z trudem- cholera jasna, psiakrew- ale daję. Dziewczyny nie płaczą! (Co nie przeszkadza mi oczywiście popłakać sobie dla zdrowotności przynajmniej trzy razy w tygodniu, ale nie publicznie, więc nie psuje mi to wizerunku twardzielki, haha…)
Odkryłam wczoraj pierwszą zmarszczkę w kąciku prawego oka.
To taka zmarszczka wykluwająca się, jeszcze nie dorośle złośliwa, ale jest!
Urodziła się jak niechciany królewski bękart i bezczelnie ogląda się na każdym skrzyżowaniu w samochodowym lusterku, kpiąc sobie z mojego „obiecującego cuda i dziwy” kremu pod oczy.
Za mało snu i miłości, oto najbardziej zmarszczkotwórcze procesy życiowe.
Muszę nareszcie porządnie wyspać się i koniecznie zakochać.
Z mojego punktu widzenia to pierwsze wydaje się trudniejsze, wymaga wolnej od okupacji kotów poduszki i wygodnego bezdzietnego łóżka. To może lepiej pomyślę o tym zakochaniu…?
Wiem-już niedługo będę mieć swoje łóżko, swoją poduszkę, łazienkę suwerenną i sypialnię niepodbitą przez potomków płci żeńskiej i kocie jednostki. Czasem tylko to niedługo trwa bardzo długo, za długo jak na moje pokłady energii i optymizmu. Pomarudzę sobie i od razu będzie mi lepiej:
Jestem bardzo zmęczona i odrobinę nieszczęśliwa. Bo tak.
We wtorek-potworek w Krakowie o szóstej rano pada deszcz.
A ja marudzę. I bredzę (?).
;-)
Li.

Sprawy kocie.

25 Maj, 2010

Na zdjęciach mali powodzianie :) Autor zdjęć- Dagmara.

Sytuacja w domu jest bardzo napięta.
Z każdego strategicznie położonego kąta wyzierają wielkie oczy- zielone, bursztynowe lub brązowo-niebieskie. Wodzą za intruzem nieprzyjaznym wzrokiem i w zależności od poziomu kultury złowieszczo bulgoczą (Masza), prychają (Szary), zachowują bezpieczne milczenie (Sasza), usiłują dokładnie obwąchać, ale się boją (Bobcio), trzymają nad wszystkim kontrolę równo wszystkim podgryzając ogony (Kara).

„Skończysz jak Violetta Villas”- oświadczyła moja przyjaciółka.
A przywieziona wczoraj z Proszówek młoda kotka, ta sama dla uratowania której wdrapywałam się w zalanej stodole po starych gratach, żeby ściągnąć ją z krokwi, ryzykując, och jak ryzykując upadek do wody pełnej śmieci, utopionych kociaków i utopionych myszy ( muszę, naprawdę muszę podkreślić swoje bohaterstwo, bo nikt nie jest ze mnie dumny bardziej niż ja sama, te kocie i mysie zwłoki, łeeeeee….!!!) nic nie robi sobie z histerii rezydentów, pacnęła Karę w pysk łapą z ostrymi pazurami, do mnie się przytulnie tuli, mruczy i ociera o nogi, je prawie bez przerwy i wygląda na to, że doszła już do siebie po powodziowych przejściach.
Kotka jest bura i takiej jeszcze nie miałam.

Resztki rozsądku podpowiadają mi, że nie mam też czarnego kota, rudego, niebieskiego i biało-czarnego… no tak, ale ona sama wpadła mi w ręce, więc to prawdziwa okazja.
Zastanawiam się, czy jej u nas nie zostawię -ostatecznie jak w domu są już cztery koty to dlaczego nie pięć? Tłucze mi się co prawda gdzieś z tyłu głowy myśl, że podobne zdanie mówiłam przy okazji Szarego-” jak są w domu dwa koty, to i trzeci się zmieści„, potem przyszła era Bobcia i zdania- „jak są w domu trzy koty, to i czwarty się zmieści„, rany boskie, malarstwo włoskie!
Jednak będę szukać jej dobrego domu!

Zawiozę ją do weterynarza, niech ją poogląda, zaszczepi i takie tam inne, a oglądać jest co, bo to koci pokazowy egzemplarz klasycznego beżowego burasa z czarnymi pręgami.

Dzieci dały jej na imię Andora i nie pytajcie dlaczego.
Skończę jak Violetta Villas, skończę jak Violetta Villas, skończę jak Violetta Villas….
:))
Li.

Piątek i słońca początek.

21 Maj, 2010
Słońce wpada sobie przez okno jak gdyby nigdy nic, bez żadnego poczucia winy za ulewy
i powodzie. W domu panuje święty spokój, bo dwa najbardziej ruchliwe i hałaśliwe elementy wyposażenia wnętrz poszły do szkoły, koty śpią po śniadaniu, pies jeszcze się nie obudził, a ja przy porannej kawie przeciągam się leniwie planując dzień i pracę.
Najważniejsze, że nie muszę wpadać w poranny pośpiech.
(No i właśnie skończył mi się poranny spokój, Młodsza zapomniała zabrać pracę z plastyki, muszę zaraz iść do niej do szkoły, a niech to! Mam mokre włosy i ciepłą kawę! )
Ech…
Mam jeszcze chwilę, ja nie muszę być w szkole punktualnie, więc całkiem już (nie) spokojnie pijąc pierwszą kawę myślę sobie o wczorajszym dniu i dziś chce mi się śmiać z mojego poruszenia.
Koń jaki jest każdy widzi, a takie spotkania w tak małym mieście jak Kraków, są nieuniknione. Trzeba będzie przywyknąć i opracować scenariusz niewzruszenia.
Notka miała być na zupełnie inny temat, ale może mi Olka wybaczy, obowiązki matczyne wzywają.
Wrócę potem,
Li.

Starzy czytelnicy będą wiedzieć o co chodzi, nowi mogą przeczytać na moim starym blogu (jak będzie im się chciało…).

20 Maj, 2010
Kleparz, ruch, babcie, naręcza kwiatów, ogórki gruntowe, szparagi i ona.
Kobieta koń, koszmar mojej przeszłości. Pewnie nie zauważyłabym tej tak niechętnie przeze mnie oglądanej osoby, gdyby nie powiedziała mi „cześć”, głupio się przy tym jak koń uśmiechając.
Przez myśl przeszedł mi prawdziwy emocjonalny huragan, oto wybraziłam sobie jak wskakuję na ladę, rozgniatam dla efektu czerwone pomidory, sok z nich tryska jak tętnicza krew, a ja krzyczę do ludzi: patrzcie oto na tę kobietę, wynajęłam ją do prac domowych i opieki nad dziećmi, a ona zaczęła od opieki nad moim mężem i w moim łóżku możliwe, że nawet nie pościelonym. Potem lekkim tonem rzuciłabym parę trafnych, acz niecenzuralnych określeń i upojona zemstą poszłabym dalej lekceważąco kołysząc trochę za dużymi biodrami (nie ma wiosny, więc się nie odchudzam).
Zamiast lekceważącego ruchu bioder, lekceważąco odpowiedziałam „cześć” i poszłam sobie kupować sałatę, szkoda tylko że niebo bardziej pociemniało, albo to pociemniało mi w oczach od przykrych wspomnień. To taka odległa historia, ten koń i Nemo, a jednak zabolało.
Taka moja własna zadra historyczna.
Szkoda, że ją spotkałam. Okazało się, że żyje. A w moich myślach była zmumifikowanym wspomnieniem, choć prawdę powiedziawszy trochę jak mumia wygląda.
Czy Nemo nie daje jej na kremy?
Och, jest to jednak pewna pociecha :))
Li.

Powodzianie w kocim raju u Dagmary :)

20 Maj, 2010

Dagmara nakręciła koci serial :))) Kociaki gwiazdorzą na Youtube, popatrzcie!

Nie mogą nie rozczulać!
Li.


Chaotyczna opowieść o wczorajszym dniu.

19 Maj, 2010
Wczoraj dotknęłam ogromnego nieszczęścia, a rzeczy które widziałam, wcale o to nieproszone zostaną mi w pamięci.
Każda historia ma swój początek, nawet tak straszna ja ta, choć zaczyna się niewinnie- wyświetlonym numerem telefonu mojej byłej sąsiadki, sześćdziesięcioletniej wdowy, a co najważniejsze- najbliższej przyjaciółki mojej Pani Jadzi.
Dzieli nas spora różnica wieku, a jednak w stosunkach sąsiedzkich nie stanowiła ona przeszkody, B. sama nie mając dzieci traktowała mnie trochę po matczynemu, a ja na to pozwalałam, bo ciepłych uczuć nie da się przedawkować.
B. pochodzi z Proszówek pod Bochnią. Często odwiedza rodzinne strony, bo w małym, drewnianym domu mieszka jej osiemdziesięcioletnia matka. Matka jest niesprawna, porusza się na wózku, ale za skarby tego świata nie chciała opuścić swojego domu z pelargoniami w oknach i zamieszkać razem z córką. B. w porozumieniu z siostrami wynajęła jej całodobową opiekunkę- znalezioną za pośrednictwem Radio Maryja byłą zakonnicę o -jak dla mnie- podejrzanej przeszłości (myślę, że jej rzekomy pobyt w zakonie to mistyfikacja) ale to nie przeszłość siostry zakonnej ma w tej historii znaczenie.
Przedwczoraj o szóstej rano podejrzana zakonnica nie wiadomo po co wyszła z domu.
Fala powodziowa z Raby przyszła o godzinie siódmej, zalała domy w Proszówkach i matkę B. siedzącą na wózku. Jakim cudem, siedząc do połowy ciała w wodzie udało jej się sięgnąć laską do okna wychodzącego na ulicę pozostanie tajemnicą, dopóki sama nie będzie w stanie tego opowiedzieć, Dom stoi przy samej drodze, sąsiedzi zajęci swoim nieszczęściem zauważyli ją jednak pukającą w okno, zorganizowali pomoc i Straż Pożarną. Matka B, wylądowała w szpitalu, a zakonnica została w Bochni, bo nie mogła już wrócić do domu.
B. dowiedziawszy się o sytuacji, zadzwoniła do mnie, a ja przecież nie mogłam odmówić zawiezienia jej do matki.
Bałam się trochę, nie ukrywam tego, żywioł wodny zawsze mnie przeraża, nie boję się tylko wody mineralnej z butelki i tej lecącej z kranu. Ze względu na pracę mogłam pojechać dopiero po południu,gdy Wisłę przechodziła fala kulminacyjna. Odetchnąłam z ulgą jak przejechałam most w Niepołomicach, potężna woda budziła respekt i lęk, a pola stojące w wodzie przygnębiały swoim widokiem.
Jechałyśmy do Bochni w uparcie padającym deszczu, po drodze kupiłyśmy gumowce, bo B. koniecznie chciała pojechać do domu matki, sprawdzić czy jest zabezpieczony.
Proszówki były już przejezdne, woda po kolana stała tylko i aż na podwórkach.
Brnęłyśmy przez nią w gumowcach, drzwi domu wyważone przez strażaków smętnie kiwały się na jednym zawiasie, na szczęście w tym nieszczęściu w domu wody już nie było, została tylko gruba warstwa błota.
Przed domem po ulicy kręcił się mały, czarny pies, który na widok B. wykonał taniec radości, okazało się że to młoda suka matki.
Gdy B. bezradnie kręciła się po zdemolowanym domu, usłyszałam przeraźliwe miauczenie dochodzące ze stodoły. Jezu, jak się bałam chodząc po tym nieznanym mi podwórku!
Woda dochodziła mi do końca kaloszy, musiałam chodzić bardzo ostrożnie, by nie wlała się do środka, najbardziej bałam się jednak, że wpadnę w jakąś dziurę, podwórka wiejskie często są pełne takich niespodzianek. Kot miauczał jednak tak rozpaczliwie, że chęć jego ratowania stłumiła mój strach i jakoś dotarłam do stodoły, udało mi się nawet otworzyć jej drzwi i…
Na krokwi siedziała młoda, przerażona kotka, a na gratach, na wysokości mniej więcej półtora metra siedziały przytulone do siebie dwa małe, na oko czterotygodniowe kociaki, obok leżało ciało małego kotka, w wodzie unosiły się śmieci, ciała myszy i nawet nie chcę myśleć czego jeszcze. Zabrałam te małe, drżące biedne kotki do domu, wsadziłam do znalezionego w domu pudełka, wróciłam po kotkę, dała się namówić na zejście z tej krokwi, wpiła się we mnie pazurami, dając się uratować. Myślałam, że to jest matka kociaków, ale B. powiedziała, że nie.
Szukałam kociej matki, szukałam też małego szczeniaka, bo suka miała szczeniaka, ale ich nie znalazłam. Koty były bardzo głodne, w domu nie było nic do jedzenia, ale ja przecież w Bochni mam koleżankę, M., zadzwoniłam do niej po ratunek, przyjechała bardzo szybko z torbą pełną kociego i psiego jedzenia, w gumowcach i jako zdeklarowana psiara na tyle zdeterminowana, by zaglądnąć do psiej budy, gdzie ja zaglądnąć nie miałam odwagi, oczami wyobraźni widząc utopionego szczeniaka.
Kociaki nie potrafiły jeść ani pić z miseczki, maczałam palec w mleku, a one go oblizywały, przepychając się z wzajemnie, jak do piersi matki.
Wsadziłam je do dużego pudła, które M. przytomnie przywiozła ze sobą, wymościłam swoim ciepłym szalem i zadzwoniłam do D., mojej przyjaciółki od wszystkiego, a najbardziej od kotów, żeby szykowała się na przyjęcie powodzian.
Pozostał problem psa, ostatecznie ustaliłyśmy, że M. zabiera go na razie do swoich dwóch psów i będziemy szukać mu domu. Pies wygląda jak moja suka w młodości, jest nieduży, czarny, przytulny i ufny, mam nadzieję, że uda się oddać go w dobre ręce, do domu matki B. nie ma powrotu, jej stan jest bardzo poważny, nie wiadomo jak rozwinie się sytuacja.
Przed powodzią w gospodarstwie były dwa dorosłe koty, cztery kociaki i suka ze szczeniakiem. Zostały dwa kociak, kotka i i suka. Zwłoki jednego kociaka widziałam, o losie reszty zwierząt nie chcę nawet myśleć.
Zawiozłam B. do matki do szpitala, zostawała w Bochni, a ja-brudna jak nieboskie stworzenie, pojechałam do M. na dobrą kawę. Pies zaaklimatyzował się u niej natychmiast, przyjaźnie przyjęty przez resztę zgrai, mam nadzieję, że to ona go przygarnie, choć jak czyta te słowa, pewnie zgrzyta zębami, hehe…
Wracałam wieczorem do Krakowa w strugach deszczu, koty nakarmione u M. przetartą wątróbką i zakopane w moim szalu spały w pudle przytulone do siebie. Deszcz zalewał autostradę, strach pomyśleć co będzie dalej, woda w takie ilości jest żywiołem nie do opanowania.
Pojechałam prosto do D. więc kociaki są już w kocim uzdrowisku, a nawet- nie bójmy się tego słowa- w raju.
Trzeba będzie znaleźć im dobry dom, ale najpierw niech dojdą do siebie, widać że dopiero co nauczyły się chodzić, cudnie chwieją się na swoich małych łapkach.
Potem wrzucę kilka zdjęć, choć pewnie nie będą w stanie oddać grozy sytuacji, przerażająco to wszystko wyglądało.
Li.

Ta notka nie zasługuje na tytuł.

17 Maj, 2010
Dach ogłosił kapitulację i przecieka białą smętną flagą w rogu sufitu łazienki moich córek.
Dla mnie ta niewielka mokra plama ma rozmiar Jamajki.
To by było na tyle w ten paskudny, szary, mokry, powodziowy, ohydny poniedziałek!
Pobędę sobie dziś zła, wściekła i z miną „bez kija nie przystąp”.
Li.
UPDATE:
Dach przecieka na trzech frontach, u mnie i u L.
Gorzej, że do mojej sypialni zaczyna przeciekać woda z tarasu, na którym jest sama wylewka, ale podobno z ponadnormatywną ilością wody szklanej, czy czegoś w tym stylu. Miało być szczelnie!
Lada dzień miała być na nim położona płynna guma, a potem płytki… a niech to szlag!

We mnie świeci słońce i nie może być inaczej!

16 Maj, 2010
Posadzone wczoraj przeze mnie na podwórku kwiaty kulą się pod naporem wody spadającej z nieba. Niedzielne plany zamokły i nie dają się odczytać, a chęć do zaplanowania czegoś innego dotknięta jest niechęcią do jakiejkolwiek aktywności. Mam tylko ochotę na kolejny kubek kawy
i leniwą podróż przez net celem poszukiwań wszystkiego co może przydać mi się do mojego mieszkania, na przykład markizy nad część tarasu, tak by spod niej kpić sobie z deszczu.
Szukając suchych plusów w tej nieciekawej dla zagrożonych powodzią części kraju mokrej sytuacji uważnie oglądam sufity, szukając ewentualnych śladów zbrodni przeciekania dachu i na razie jest niewinny jak nowonarodzone dziecko. Taras nad moją sypialnią też dzielnie trzyma szczelność i niech tak pozostanie do końca świata i o jeden dzień dłużej.
Trudno nie ulec szarości i utrzymać swoje myśli w cieple świecącego w wyobraźni słońca.
Walczę ze sobą o dobry nastrój, włączyłam pogodną płytę z muzyką z „Mamma mia”, czasem słońce, czasem deszcz, najważniejsze by nie poddać się czemuś tak nieprzewidywalnemu jak pogoda. Nie pozwalam moknąć swoim myślom, nie narażam ich na drżenie z chłodu i wilgoci, wysyłam je na plażę wyobraźni zalaną słońcem i turkusowym morzem i zabieram się za robienie porządku w niezliczonej ilości butów moich i córek.
A co na to Lec?
Czasem trzeba okres między przeszłością a przyszłością przeżyć w jakimś zastępczym czasie gramatycznym.
Dajecie radę? :)
Li.

O tym i o tym.

14 Maj, 2010

Sama nie wiem, czy mam w życiu tzw. szczęście czy go nie mam.
Nie czuję się nieszczęśliwa, czasem tylko jestem przygnieciona przez problemy, ale jakoś się przecież spod nich mniej lub bardziej poobijana wygrzebuję.
Nie czuję się jednak szczęśliwa, choć przecież twierdzę, że szczęście to brak nieszczęścia, skoro więc nie jestem nieszczęśliwa, to powinnam być szczęśliwa, ech… można snuć rozważania długo i smakowicie, ale komu by się tam chciało w taką spokojną piątkową noc.
Dziś wieczorem brak szczęścia dotknął mnie wyjątkowo boleśnie- Lufthansa kurierem i po dwóch miesiącach przysłała zagubione na lotnisku narty Starszej, a właściwie moje, wędrowały sobie po świecie, dawno się z nimi pożegnałam, odżałowałam, głównie z powodu ochoty na odszkodowanie, ech…, a tu jak syn marnotrawny wróciły do domu.
Nie jestem nieszczęśliwa, ale na pewno jestem zła.
Zła jestem na bank, który wymyśla tysiące niepotrzebnych dokumentów mających nadać mi walor osoby wiarygodnej kredytowo, a tymczasem prace wykończeniowe stoją i się nudzą.
A ja nudzę otoczenie. Nie cierpię wszelakich urzędów, zaświadczeń, wyciągów, poświadczeń i kolejek. Wszelkie tzw. „załatwiania” są dla mnie najwstrętniejszymi czynnościami, papierkologia to nie jest moja ideologia.
Cierpiąc na brak dużych pieniędzy na rzeczy wielkie, bawię się rzeczami małymi, finansując z bieżących dochodów różne drobiazgi, na przykład jakże piękną pergolę na tarasie- macie ją na rysunku powyżej, razem oczywiście ze zdjęciem miejsca, w którym będzie zainstalowana.
Na drugim zdjęciu jest widok ściany tarasu z mieszkania, balustrada schodowa zobowiązuje mnie do estetycznej czujności, pergola i balustrada tarasowa musi do niej nawiązywać, bo inaczej będzie wojna stylów pomiędzy kutymi elementami.
Różowa linia na rysunku pokazuje miejsce położenia dachu sąsiedniej kamienicy, nie jest najpiękniejszy i muszę go jakoś zasłonić, nie zasłaniając sobie jednocześnie wschodzącego słońca. Prostokąt w prawym dolnym rogu rysunku jest szybą, postanowiłam zrobić szklaną balustradę w połączeniu z cudnie ( och jak cudnie!) wykutymi elementami, już to widzę oczami wyobraźni, a mam nadzieję zobaczyć na żywo w ciągu dwóch tygodni.
Zrezygnowałam z pomysłów ogrodniczych typu iglaki na tarasie, jednak stawiam na kwiaty i krzewy kwitnące, feerię kolorów, może uda mi się wyhodować clematisy i wiciokrzewy, a poza tym pewniaki w postaci pelargonii, petunii, begonii, niecierpków, astrów, wrzosów i oczywiście maciejki, bo wieczór w zapachu maciejki ma urok nie do odparcia.

Wciąż nie tracę nadziei na przeprowadzkę lipcową, bo dlaczego nie?

Mam swoją drogę krzyżową, ale moja skończy się szczęśliwie, nie może być inaczej!
Li.


Kolejny piątek na drodze do wieczności!

14 Maj, 2010
Trudno znaleźć pogodną stronę życia gdy liście za oknem ciągle mokre, bank w celach kredytowych żąda ode mnie informacji w stylu numeru buta i wielkości miseczki, starsza córka leży złożona anginą, młodsza- dotychczasowy blond-aniołek i plasterek miodu zaczyna gwałtownie dojrzewać i mówić do mnie :”ale posłuchaj mnie, kobieto!”, a na podwórku zamieszkały szczury. Tak! W XXI wieku w centrum Krakowa!
Podwórko po budowie mamy ślicznie posprzątane, z nowym murowanym śmietnikiem, porządną do niego brukowaną ścieżką, z posadzonym przeze mnie winobluszczem, wytynkowanym starym murem… prawdę mówiąc nic dziwnego, że szczurom też się podoba….
Nigdy jednak przedtem ich u nas nie widziałam, choć podwórko było pełne zakamarków, śmieci i rupieci, czyli tego co szczury lubią najbardziej. Podobno były w piwnicy, ale tam przed remontem nie miałam odwagi zejść. Zdziwiona więc ich nagłą bezczelnością w spacerowaniu pod lipą i wylegiwaniu się na murkach, nie mówiąc o wypuszczaniu się do kamienicy, zadzwoniłam do szczurołapa. Ten ustaliwszy adres powiedział, że mój telefon jest kolejnym z tej właśnie ulicy, bo przez generalny remont sąsiedniej ulicy połączony z wymianą kanalizacji, torów tramwajowych itd, szczury zaczęły szukać nowych terenów do kolonizacji. Ha!
Postanowiłam więc postawić na broń biologiczną, bo ze względu na psa wszelkich trutek boję się jak ognia i wyniosłam na podwórko Szarego, to przecież byk prawdziwy, kocur o dziewięciokilowej posturze, wystarczy że się pokaże, zaznaczy teren, a szczury będą drżeć ze strachu i uciekną w popłochu w obawie o swoje szczurze życie.
Szary- wyznaczony do zaszczytnej roli bohaterskiego szczurołapa i postawiony na zielonej trawce zesztywniał, zaczął miauczeć, drżeć i przeraźliwie dyszeć z przestrachu, po czym wpił się we mnie pazurami, mając w oczach tak głęboką rozpacz i stres, że czym prędzej w celach ratunkowych zaniosłam go do domu, gdzie schował się w sobie tylko wiadome miejsce i nie było go do wieczora.
Ale co tam, mam przecież cztery koty, wzięłam więc drugiego kocura- Bobcia, który dzieciństwo spędził w bezdomności na działkach, może zostały mu resztki instynktu, za piłeczką w domu lata pokazowo. Bobcio zachował się inaczej niż Szary- zamiast dyszenia postawił na tak pełne przerażenia miauczenie, że szczury zapewne upiły się w swych norach z radości.
Przyniosłam go do domu i też się schował. Dwóm pozostałym kotom postanowiłam oszczędzić upokorzenia, choć wydaje mi się, że Masza dałaby radę, ona jest najbardziej bojowa.
Nie doceniłam jednak swojego psa-suki zwanej Karą Boską. Ta klucha wylegująca się na kanapach i fotelach okazała się najbardziej sprawnym i zwinnym szczurołapem z całej zgrai, pokazując mi się z miotającym się w jej pysku szczurem, a wrzask jakiego narobiłam z kolei ja sama przebił natężeniem dźwięku moje koty i odbił się w okolicy szerokim echem.
Skutek jest taki, że boję się wychodzić z nią na podwórko, Kara wypuszczona na samodzielne sikanie przyniosła w pysku młodego szczura, zagryzła go, ułożyła na wycieraczce, szczęśliwie jednak znalazła go Pani Jadzia, a nie ja. Pani Jadzia z byle szczurzego powodu nie wpada w panikę, tylko łapie za ogon i wynosi do śmieci.
Do rozlicznych więc problemów, z których ostatnio składa się moje bajkowe życie doszły szczury, które nie dają się w dodatku nabrać na graną na flecie gamę, bo i taki pomysł zaczerpnięty
z literatury przyszedł mi do głowy!
No i kto ma najgorzej? Jak zwykle ja!
Uch!!!
Li.

Środek zwykłego tygodnia.

12 Maj, 2010
Środa obudzona o szóstej rano zalewała się deszczem z rozpaczy, ale teraz przejaśniała dopuszczając do głosu słońce.
A przy słońcu poranna kawa lepiej smakuje.
Dziś mam spotkanie z bardzo ważną osobą, podobno mistrzem prawdziwym, choć po doświadczeniach z Panem Romeczkiem, elektrykiem od siedmiu hazardowych boleści i zdechłego rekina, ostrożnie podchodzę do mistrzowskich umiejętności wykonawców.
Ten ma jednak rekomendacje dłuższe niż guwernantka z dzieciństwa księcia Karola, a ja właśnie potrzebuję kogoś na tyle odważnego w realizacji moich pomysłów, by z tanich w założeniu łazienek zrobił wizualnie efektowne dzieła łazienkowej sztuki, kogoś z nieograniczoną fantazją, kogoś pełnego zrozumienia dla konieczności braku płytek w tym miejscu, ale niezbędnych w miejscu tamtym, ech… oby to nie był Pan Romeczek 2, bo przecież Romeczkowi czego jak czego, ale fantazji nie brakowało…
Wszystko się wlecze, wniosek o kredyt utknął w banku jak kość w gardle, jestem w finansowym zawieszeniu, rynny ciekną i woda zalewa elewację, kto wie czy nie trzeba będzie rozstawiać rusztowań, choć szczęśliwie tylko od podwórka, ale powoli, powoli, powoli jak lodowiec sprawy posuwają się do przodu i kiedyś przecież będą mieć swój kres.
Zrobiłam się jakby trochę bledsza i bardziej cierpliwa.
Li.

Pierwszego razu, po czterdziestce…

11 Maj, 2010
Wczorajsze straszliwe i dotkliwe w skutkach wydarzenie położyło się cieniem na mojej pewności siebie stawiając pod znakiem zapytania moją wykroczeniowo-motoryzacyjną przyszłość.
Oto ja, pewniak prawdziwy w nieotrzymywaniu mandatów wczoraj straciłam cnotę trafiając na niewrażliwego funkcjonariusza, odpornego na mój wdzięk, urok, spojrzenie spod rzęs, tudzież inne zalety, o których jedynie przez skromność nie wspomnę, ale zapewniam że są, choć oczywiście nieżyczliwi mogą ich nie dostrzegać, ale do okulisty z nimi!
Wyjeżdżałam sobie w prawo jak nakazywał znak z drogi podporządkowanej, w którą z drogi głównej wjeżdżał radiowóz. Oczywiście że go zauważyłam, bo niezbyt czyste miałam sumienie gadając przez komórkę. Ale ja wyjeżdżam, oni wjeżdżają, skąd by mi przyszło głowy, że będą tak niestabilni emocjonalnie, iż zmienią zdanie co do kierunku jazdy i pojadą za mną!
Pojechali, poobserwowali, zatrzymali i jeszcze w dodatku zaczęli mówić do mnie tonem protekcjonalnym i w stylu „Pani Moniczko”, co natychmiast siedzącego we mnie diabła sprowokowało do powiedzenia „Panie Wojtusiu”, bo zacne imię Wojciech nosił ten, który mi się przedstawił. Był niemiły, gburowaty, pewny siebie i najwyraźniej oczekiwał że się ukorzę i poproszę o łaskę. Tymczasem oświadczyłam, że znam wagę swojego wykroczenia, proszę o wypisanie mandatu bo bardzo się spieszę, nie chciałam podać, gdzie pracuję, a jak już podałam, to usłyszałam na temat mojej grupy zawodowej taką niepochlebną opinię, że tym bardziej wzrósł poziom mojej chęci otrzymania tego mandatu, wrzucenia go do schowka w celu ukrycia przed córkami i odjechania z wirtualnym piskiem opon.
Pan Wojtuś przetrzymał mnie w aucie pół godziny, rzekomo sprawdzając moją punktową przeszłość. A ja przecież nie mam przyjemności zbierania punktów ni mandatów, więc byłam czysta jak łza dziecka, co w końcu Pan Wojtuś z niezadowoleniem musiał skonstatować, wręczając mi przy okazji mandacik na 200 złotych, polecenie przelewu i słowa przestrogi na przyszłość, którymi rzecz jasna nie mam zamiaru się przejąć.
Nie ma jednak, tego złego… bo z tej złości postanowiłam pokazać samej sobie, że jestem porządnym kierowcą, pojechałam nareszcie zmienić zimowe opony na letnie i wymienić przepaloną żarówkę w prawym reflektorze, o!
Najważniejsze to trzymać fason przed tą bezlitosną, kpiącą, złośliwą, widzącą absolutnie wszystko kobietą w lustrze.
:)
Li.

Bezsenność w Krakowie.

10 Maj, 2010
Bezsenność zabiera mi poduszkę, a bez poduszki nie przyjdzie do mnie wygodny sen.
Marznę w łóżkowej samotności… wstaję, otulam się miękkim pledem i wchodząc w noc znajduję towarzystwo telewizora, a zaspana kawa z mlekiem stygnie w kubku z oburzenia niezwyczajną porą.
Zwalniam budzik z obowiązku krzyku o wpół do szóstej rano, dziś daję mu wolny dzień, niech sobie tyka w pokoju w spokoju.
Poczytam. Pooglądam. Poczuwam. Pomyślę. Pogłaszczę kota.
Rety, jak ja nienawidzę bezsnu. Pozbawia mnie kolorowych snów-przeciwwagi dla szarego maja.
Li.

Deszcze niespokojne, a sprawy zakupowe.

6 Maj, 2010
Deszcze niespokojne targają osobistą godnością zielonego maja, ale ja będąc wielbicielką takiej aury, uwalniam je od odpowiedzialności za (nie)pogodę.
Ostatnio zajmuję się poszukiwaniem wszystkiego mieszkaniowego, a najbardziej to drzwi, podłóg, spraw kuchennych i łazienkowych.
Wierna swemu postanowieniu 3 x N, cierpię okrutnie oglądając przepiękne podłogi z olejowanych desek dębowych, które ostatecznie mogłabym kupić, ale potem musiałabym za dużo pracować, a już mi się nie chce.
Ostatnim pomysłem na podłogi jest deska bambusowa karmelowa, choć deska to za dużo powiedziane, skoro bambus jest trawą… Wygląda jednak zupełnie nieźle, a cena z trudem bo z trudem, ale nie przekracza narzuconych samej sobie granic.
Nie mam więc czasu na bujanie w obłokach, rzeczywistość pochłania mnie bez reszty, jakoś muszę przetrwać te dwa miesiące, a potem gdy usiądę na moim tarasie pod gwiazdami wrócę do codziennego pisania ku swojej i Waszej radości.
O ile oczywiście jeszcze ktokolwiek będzie chciał mnie czytać, że tak kokieteryjnie napiszę…
Miłego, cudnego, deszczowego dnia!
Li.

Sprzątanie przeszłości.

2 Maj, 2010
Niebo deszczem na ziemię wylewa swoje mniej lub bardziej uzasadnione żale.
Lubię padający deszcz, a okno z widokiem na mokrą szarość zatrzymuje mnie w domu i zmusza do podjęcia obiecywanych sobie od dawna czynności sprzątająco-wyrzucających.
Uzbrojona więc w butelkę czerwonego wina wrzucam w wielkie, niebieskie worki przedmioty z przeszłości, osobno gazety, osobno zabawki Młodszej, ciuchy, jakieś nieokreśloności, nic-nie-przydatności, buty nigdy nie ubrane, torebki nienoszone na których koty ostrzyły sobie pazury, stosy kosmetyków kupionych w nadziei używania, ale ile można wklepać w siebie kremu pod oczy?
Mam niezłomne postanowienie przeprowadzenia się bez śmieci-rupieci, bo przecież będzie mi potrzebne miejsce na nowe.
Wczoraj byłam w miejscu przepięknym i pachnącym, oszołomiona bogactwem chodziłam w deszczu alejkami i nie mogłam zdecydować się na wybór roślin na taras.
Do wczoraj wiedziałam jakie chcę, ale oczywiście złośliwy los musiał podstawić mi przed oczy rośliny, o których nawet nie wiedziałam, jak bardzo ich pragnę, bo o ich istnieniu nie miałam pojęcia!
Cała tarasowa koncepcja przewróciła mi się do góry nogami, a już największym nieszczęściem jest to, że taras ma tylko dwadzieścia kilka metrów.
Zagracę go jak nic, już to widzę… ale to będzie takie piękne gracenie…, moja wyobraźnia szaleje, kocham moją wyobraźnię za to, że nie ma granic ni kordonów.
Li.

Narzekanie narzekaniem, ale zdjęcia muszą być!

27 kwietnia, 2010

To widok na schody od strony drzwi wejściowych.
Nie mają jeszcze pięknie wyciętych drewnianych stopni, balustrada i konstrukcja owinięte folią skutecznie chowają się ze swoją urodą, ale od czego wyobraźnia? :)
Poniżej widok na schody od strony okien w salonie. Po prawej stronie zajawka wyspy kuchennej z „piwniczką” na wino.
Trzecie zdjęcie to balustrada przy pokoju Starszej, na czwartym jest mój już ulubiony detal, piękny jest metal zamknięty w tych finezyjnych łukach, prawda?

Po budowie snuje się jeszcze malarz Paweł, głaszcze ściany, które już oślepiająco białe niecierpliwie czekają na przyjęcie w siebie koloru.
A tu moja wyobraźnia szaleje, szczęśliwie odkryłam niesamowite farby Benjamina Moore’a– takich przygaszonych, zamglonych, dymnych matowych farb nie widziałam nigdzie indziej.
Ściana wzdłuż której pną się schody będzie w kolorze czerwonego wina i z półkami na książki.

Poza wszystkim staram się zachować spokój. W domu piekło, bo Starsza odkrywa kolejne swoje błędy w teście, pogrążając się w coraz większej depresji, ostatni jej plan na życie to Technikum Pszczelarskie, podobno tam przyjmują z limitem trzech punktów, haha.

Biedne moje nadmiernie ambitne dziecko. Coś czuję, że dostanie punktami po nosie, bo streściła nie ten tekst co trzeba, oczywiście nie słuchając mojej rady o konieczności dokładnego przeczytania polecenia. Ale co jej nie zabije, to ją wzmocni, nie będę się nad nią rozczulać.
Damy sobie radę, ostatecznie moje początki w liceum tez nie były chlubne- byłam pierwszym rocznikiem z egzaminami wstępnymi, język polski zdałam śpiewająco, matematykę oblałam, miałam poprawkę, podobno był wstyd na cały Paczków, choć ja tam na pewno się nie wstydziłam, wystarczy że wstydziła się moja mama, przez kilka kolejnych lat dręcząc mnie wspomnieniem tej porażki, tak jakby miała mieć jakiekolwiek znaczenie dla mojego dalszego życia.
Zdałam maturę? Zdałam. Dostałam się na studia? Dostałam. Studiowałam odpowiednio długo?
A jak!
W naszej rodzinie zawsze kończyło się studia, nie ma więc powodu, by w tym pokoleniu było inaczej.
Idę pocieszyć swoje dziecko, wszak per aspera ad astra, sama wiem o tym najlepiej.
Miłego dla Was!
Li.

PS. Zdjęcia zrobiłam iPhone’m, dziecko beztrosko zostawiło aparat u babci. Ale coś tam widać, prawda?


Ech… napiszę coś ku pokrzepieniu serca. Swojego.

25 kwietnia, 2010
Dni i noce wyznaczone kolejnymi zadaniami skutecznie pozbawiły mnie przyjemności pisania. Poziom zmęczenia sięga mych ust, zamilkłam więc walcząc o każdy oddech.
Nie oglądam się w przeszłość, nie pamiętam co robiłam wczoraj, myślę tylko o tym co mam zrobić dziś, jutro sprawdzam w kalendarzu, nie ufając już swojej pamięci.
A co na to Lec?
Dokąd zmierza życie? Tam gdzie ty dopóki idziesz.
Idę-potykam się, ale idę.
Budowa, szukanie, kupowanie, załatwianie, praca, problemy, egzaminy Starszej do liceum, ludzie, sprawy, osaczenie, brak wolnego czasu, kradzież snu, czy to ciągle ja, czy odhumanizowany cyborg?
Z czegoś musiałam zrezygnować, by nie zwariować.
Padło na życie wirtualne, bo mogę je przerwać bez życiowych nieodwracalności, mogę je zmienić kiedy zechcę, mogę je wykasować, mogę je zostawić w jednym momencie, mam nad nim władzę absolutną, choć nad tym jednym panuję-inne sprawy są na etapie chaosu, któremu jeszcze daleko do ładu.
Zderzają mi się miękkie marzenia z twardą rzeczywistością, a to boli, naprawdę boli.
Czuję się jak bezbronna ofiara przemocy, znikąd pomocy, mam smutną świadomość, że mogę liczyć tylko na siebie. Nikogo więc o nic nie proszę, tylko twardnieję w środku coraz bardziej.
A co na to Lec?
Czasem przestaję wierzyć w błękit, zdaje mi się, że to przestrzeń idealnie pokryta sińcami.
Dam sobie radę, jak zawsze.
Ja przecież nigdy się nie poddaję, a upadam tylko po to, by przyjrzeć się mrówkom. :)
Li.

Urodziny i pogrzeb, czyli codzienne życie.

14 kwietnia, 2010
Kiedyś była mała, z loczkami blond, bezbronna, słodka i zabawna.
Dziś ma 170 centymetrów, włosy jej pociemniały, choć w dalszym ciągu jest blondynką, ma swoje zdanie z reguły odmienne od mojego, ale dalej jest słodka, kochana, śliczna i jest jedną z moich dwóch największych życiowych radości.
(W takich chwilach zapominam, że jest również powodem moich największych życiowych irytacji i złości…)
Moja młodsza córka skończyła wczoraj 11 lat i uroczyste obchodzenie dnia jej urodzin zdominowało mój dzień.
Wszystko inne zeszło na drugi plan, a zwłaszcza spory co do miejsca pochówku prezydenckiej pary, choć nie rozumiem decyzji o pochówku na Wawelu.
Uważam jednak, że należy przyjąć ją do wiadomości, bo wszelkie spory i kontrowersje w tym temacie są bardzo niewłaściwe, pogrzeby są zawsze dla żywych, zmarłym na pewno jest wszystko jedno, ale zasługują na spokój i szacunek. A tu zaczyna się nowa wojna, jak to napisał
Adam Szostakiewicz: „jeszcze trwa żałoba narodowa, a już zaczyna się jakże polska wojna trumienno-grobowcowa”.
Po śmierci nie można być bezdomnym, gdzieś w jedno miejsce trzeba złożyć pamięć o sobie
i zaufać żywym, że tego dokonają.
Nie rozumiem tej decyzji, uważam ją za konsekwencję wpadnięcia w wielki histeryczny patos na tle tragicznych okoliczności śmierci prezydenta, widzę w niej niestety wielki podtekst polityczny, ale staram się ją szanować i nie będę protestować, causa finita.
Ciekawa jestem tylko, czy warszawiakowi z krwi i kości podobałaby się wieczna wyprowadzka z Warszawy i to do Krakowa.
Wawel oblige, to nie będzie cmentarz gdzie przy okazji odwiedzając swoje groby wpadnie sąsiadka z kamienicy i zapali znicz, Wawel jest oficjalny i daleko od ludzi.
Będą przychodzić wycieczki, ale ja osobiście wolałabym jedną pamiętającą człowieka sąsiadkę niż bezimienny tłum, ech… żywi nie dają umarłym wyboru…
Lech Kaczyński leżący obok Józefa Piłsudskiego?
Myślę, że tematów do rozmów nie zabraknie im do końca świata.
Li.

Przelotem, bo ciągle smutno…

13 kwietnia, 2010
Słucham sączących się z ekranu wiadomości i uszom nie wierzę.
Stare powiedzenie, że o umarłych mówi się tylko dobrze albo wcale, w przypadku sobotniej tragedii przybrało rozmiary karykaturalne i tak obłudne, że moja wrażliwość wysiada.
Ja nie uważam, że Kaczyński był dobrym prezydentem, nie uważam że był wybitnym mężem stanu, nie uważam w katastrofie zginął kwiat polskiej inteligencji, choć Jarugi-Nowackiej, Szymanek-Deresz, Agackiej-Indeckiej, Krystyny Bochenek i Marii Kaczyńskiej nie mogę odżałować, to były wspaniałe kobiety.
Zapłakałam i dalej płaczę nad ich losem, bo nikt nie zasługuje na taką straszną śmierć, a tamta ziemia chyba naprawdę nosi w sobie przekleństwo dla Polaków.
Mierzi mnie jednak wizja prawie beatyfikacyjnego procesu Lecha Kaczyńskiego.
Obawiam się również sytuacji, w której do wyborów prezydenckich stanie Jarosław Kaczyński
i wygra je bez trudu na fali uwielbienia i uświęcenia osoby brata, który zginął za ojczyznę.
Polacy to naród o okazjonalnie wielkim sercu i z reguły o małym rozumku.
Li.


(..)

10 kwietnia, 2010

Taką smutną sobotę i jej porażającą symbolikę zapamiętam do końca życia.
Niech pokój będzie z Nimi.
Li.


Nie mam czasu dla nikogo, jeno dla ciebie niebogo :)

8 kwietnia, 2010
Nie potrafię opisać emocji na widok moich własnych, najwłaśniejszych schodów!
I choć to dopiero nieśmiała zajawka tego co będzie, zaledwie schodowy kręgosłup, ja nie muszę już zamykać oczu, by zobaczyć je takimi jakimi będą za kilka tygodni- z solidnymi, dębowymi stopniami, z cudnej urody kutą balustradą obejmującą je swoimi ramionami,… ech, jak ja kocham ten dom!
Mogę być tam kilka razy w ciągu dnia i za każdym razem jest inaczej, bo inaczej wpada słońce przez okna, inne cienie wygodnie leżą na tarasie, inny kawałek ściany zyskuje pożądaną gładkość, jestem wciąż i wciąż nienasycona i stęskniona końca, będącego przecież początkiem.
W weekend przyjeżdża do mnie kowal o wdzięcznym nazwisku Żelazny, mam do niego kute interesy, potrzebuję balustrady na taras, fantazyjnych kwietników na okna, nie są to może najpotrzebniejsze rzeczy, ale wraz z wiosną zbliża się dzień, w którym w każdym szanującym się domu powinny za oknem wylądować kwiaty i upiększyć szare miasto, bo nie ma to jak krzycząca na deszcz czerwień pelargonii.
Wszystko (nie)spokojnie idzie w dobrym kierunku, choć ciągle jeszcze nie mam pojęcia, jakim kolorem obdarzyć kuchnię, mam w stosunku do niej spore wymagania: ma być klasyczna, ale nie nudna, ma być ciepła, ale nie rustykalna, ma być przyjemna kolorystycznie, ale nie dominująca, ma być funkcjonalna, ale nie kosmiczna, no i ma być taka jakiej nikt jeszcze nie ma, to ostatnie biorąc pod uwagę moją fantazję, wydaje mi się najprostsze!
Jeszcze trochę, jeszcze trochę, zaprawdę już zupełnie niedługo, pierwszego dnia lipca w piżamie wypiję rano kawę na moim tarasie, założymy się?
:))
Li.