Hej, hej!

25 listopada, 2013

Moi Drodzy!
Parę słów wyjaśnienia, bo nie ogarniam już maili :)
Zamknęłam bloga nie dlatego, że piszę w ukryciu,
ale dlatego, że nie piszę.
I pisać na razie nie będę.
Nie proście mnie więc o hasło, bo go nie mam.
Gdybym miała zamiar dalej pisać, to nie zamykałabym bloga.
Poszłam na odwyk od internetu, nie piszę, nie czytam,
lekceważę linki do postów na mój temat
przesyłane przez „życzliwych inaczej”.
Mam ich w dupie, mówiąc wprost i niegrzecznie.
W dupie, w dupie, w dupie.
(Choć to i tak zbyt urocze miejsce dla takich kanalii).
Na razie realizuję swoje rozległe plany,
czy wspominałam, że sprzedaję mieszkanie?
I że szukam kolejnego strychu do kupienia?
I że mam ochotę na nową budowę, bez wyłażących teraz błędów
(ale zapewne z nowymi, haha).
Chcę mieć solary, klimatyzację,
podgrzewaną podłogę w łazienkach,
częściowo zadaszony taras i windę.
No i widok!
(Takie tam drobnostki;-)
Będzie więc o czym pisać, ale na razie sobie blogowo pomilczę.
Mam sporo nowych książek, nowe filmy, nowego kota,
fajnego faceta, jest co robić:)

A jutro odbieram z lotniska Gusię,
poleciała na kilka dni do Karolci,
SAMA
– czyż nie jest zuchem?
Całusy,
Li.


Zmiany są twórcze, więc tworzę:)

11 listopada, 2013

Dwa miesiące bez pisania bloga
uświadomiły mi bezsens jego dalszego pisania.
Nieodwołalnie schodzę więc z tej ścieżki mojego życia,
przede mną kilka nowych kierunków.
Ale już nie w necie.

Dziękuję Wam Kochani Czytelnicy, że byliście.
Po statystykach widzę, że ciągle tu zaglądacie,
ale już nie ma po co.
Biała kartka ekranu pokryła się kurzem,
Lec się wyprowadził,
a ja całkiem spokojnie wypijam trzecią kawę
i zamykam za sobą drzwi.
Całusy!
Li.
Na koniec chciałabym dostać prezent, bo interesowna ze mnie kobieta. Zaglądnijcie do Magdy, TU i proszę-pomóżcie, pomóżcie!


Daję znak.

29 września, 2013

Niepostrzeżenie minęła czwarta rocznica śmierci Ilony.
Myślę o niej czasami, zawsze ciepło i ze smutkiem.
Jej nie ma, a nasze życie jest.
Mój brat ma małego synka, 
moja Karolcia szczęśliwie zakochana,
a ja mam małego kota, czarnego urwisa,
który rządzi i zmusza do ruchu zasiedziałe domowe kocie kluchy.
Nie wiem, czy wrócę do pisania bloga.
Dobrze jest jak jest.
Spokojnie.
Szukam wewnętrznego spokoju i poczucia wolności,
także od złych ludzi i złych słów.
Gdy nie będzie dotykać mnie zło i ludzka nikczemność,
to może tu wrócę.
(Ale nie mogę nie napisać: zumba jest super! Chodzę z Guśką:)
Li.


Jutro to dziś, tyle że jutro.

20 sierpnia, 2013

Jechałam na lotnisko i płakałam,
jak się odprawiała też płakałam,
gdy wracałam płakałam obficiej,
dziś wypłakana i spokojniejsza znajduję w domu
w nieoczekiwanych miejscach samoprzylepne karteczki
z cudnymi napisami, znaki od Karolci,
ech… no trudno, skoro tak musi być, to niech będzie.
Jutro będę już w Rumunii, w sobotę w Bułgarii,
życie czasami bywa znośne, prawda?
Miłego dla Was,
Li.


Oprócz gwiaździstego nieba nic mi więcej nie potrzeba.

15 sierpnia, 2013

Siedzę smętnie na tarasie
i patrzę na byle jakie niebo-
ot, smog podświetlony od dołu miejskim światłem,
ni gwiazd, ni meteorów, Księżyc też nie zachwyca, ech…
Brakuje mi widoku rozgwieżdżonego nieba i zapachów z pól i sadów,
ciepłej fali powietrza nasyconej ziołami, ściętym zbożem,
mokrą trawą i owocami leżącymi pod drzewami.
(A kiedyś tak miałam).
Męczy mnie miasto, ale przecież…
…za sześć dni o tej porze będę pod innym niebem,
cieszy to, cieszy!
Droga, przygoda, widoki, smaki, ludzie,
wyłączony telefon i prawdziwe wakacje.
Jednak dziś czuję, że jestem w przełomowym momencie życia,
moje pierwsze dziecko opuszcza dom,
nie na wakacje, a na zawsze. NA ZAWSZE.
W poniedziałek.
(Słusznie nie lubię poniedziałków).
Wiem, że będzie chętnie wracać, wpadać nawet na weekend,
ale nie będzie jej na co dzień,
ciężar tej myśli wyciąga mi z oczu łzy,
zamazuje drogę do szukania dobrych stron.
Bo przecież jest jasna strona opuszczania gniazda przez młode,
kiełkuje we mnie ta zuchwała myśl,
że to droga do wolności dla mnie,
dorosłe dzieci to wolna matka,
będę mogła nareszcie żyć tylko dla siebie,
zamknąć gniazdo i nie przejmować się światłem w lodówce,
żyć tak jak ja chcę, nie liczyć się z … i z …,
a że będę wtedy po pięćdziesiątce?
E tam, w życiu nie będę na tyle wyglądać!
Od razu mi lepiej, do poniedziałku jeszcze cały weekend,
w sobotę przyjeżdża do mnie Aniaha,
zrobię kolację na tarasie,
wypijemy wino,
przecież nie mogę być nieszczęśliwa tylko z tego powodu,
że moje dziecko jest szczęśliwe i podekscytowane.
A jest, jest!
Li.


A to Polska właśnie.

14 sierpnia, 2013

Polak nie wie, ale wie na pewno.
Śmieszne, choć przerażająco obnaża poziom narodu:)
Li.


Do serca przytul psa.

10 sierpnia, 2013

Vincent, czyli Wicek, piękny bokser,
pies mojego zmarłego Taty pobiegł dziś do Krainy Wiecznych Łowów.
Nigdy nie przestał tęsknić za swoim Panem,
po odejściu Dżordża stracił radość życia,
postarzał się gwałtownie, czekał i czekał,
coraz bardziej zrezygnowany.
Był grzeczny jak zwykle, ułożony, miły i przyjacielski,
ale to nie był już TEN pies.
Ech Wicuś, biedaku Ty mój, nareszcie doczekałeś końca tęsknoty.
Myślę, że już jesteś u nogi swojego Pana, szczerze w to wierzę.
Kładziesz mu łeb na kolanach z wiernością i oddaniem w oczach,
Dżordż głaszcze Cię po Twoich aksamitnych uszach,
mówi do Ciebie, a Ty wszystko rozumiesz.
Mądre i dobre psisko było z naszego Wicka.
Li.


Jest ok, a nawet lepiej.

10 sierpnia, 2013

Miałam nie pisać, ale będąc konsekwentną w swej niekonsekwencji… ech…
a naprawdę to chcę zakończyć dyskusję o moim psychofanie,
szkoda na niego słów, machina ruszyła, on pogrąża się coraz bardziej,
a jednocześnie gorączkowo czyści bloga, zaciera ślady, usunął moje zdjęcie itp., jednym słowem zachowuje się jak absolutnie niewinny człowiek na którego rzucono niesłuszne podejrzenia, haha.

Mam od kilku dni w domu gości, troje Włochów z Sycylii.
Fajnie jest, gotuję im, piję wino na tarasie
i staram się nie pamiętać,
że za dziesięć dni Karolcia wyfruwa z domu, zaczynając snuć swoją nitkę życia, jeszcze splątaną z moją, ale już swoją.
Wsadzę ją w samolot, wypłaczę się, a potem trzeba będzie przeorganizować życie i szukać dobrych stron
-jedną już mam- zawsze mogła wyjechać na studia do Białegostoku,
tam jedzie się dłużej niż do Edynburga.
Ja histeryzuję, a ona zupełnie spokojnie umawia się do kosmetyczki,
fryzjera i dentysty.
Ja wpadam w panikę, a ona przynosi kartony z pobliskiego sklepu
i pakuje swoje rzeczy.
Ja ciągle nie wierzę, a ona już rozmawia z ludźmi ze swojego roku poznanymi na forum.
Odważna jest, jestem z niej dumna.

Będę mieć piątego kota.
Czarnego.
Sprawa honorowa, nic na to nie poradzę, tak musiało być.
Cała historia jest świetnie opisana tu.
Wspaniała kobieta z tej Anki,
cieszę się, że ją poznam przy okazji przekazania Czarnego.

I to jest życie, które mnie cieszy, bawi i dostarcza wzruszeń.
Lubię być mięciutka, gdy jednak ktoś zaczyna robić mi krzywdę
i przekracza cienką, czerwoną linię,
zamieniam się w potwora.
Skutecznego potwora.
Nie boję się walki i zdobywania łupów.
A obecnie chcę mieć na tacy głowę pewnego biednego rencisty,
który wierząc w swoją wirtualną wielkość, nieomylność i anonimowość zapomniał, że wielkość w necie broni się tylko wielkością w realu.
Gdy w życiu realnym jest się małym,
to rozdęte internetowe ego pęka szybciej niż nadepnięta wydmuszka.
Miotanie obelg, wyzwisk i obrzucanie wirtualnym błotem,
świadczy li i jedynie o jego bezradności,
takiej jak u latajacego wzdłuż siatki wiejskiego kundelka,
co to chciałby ugryźć, ale nie może.
I nie tylko dlatego, że brak mu zębów.

A może by tak zrobić zrzutkę na dentystę i protetyka?
Bądźmy lepsi, podarujmy mu odrobinę normalności
w postaci możliwości pogryzienia drugiego dania.
Bo przyszło mi do głowy, że to niemożność smakowania życia
wzbudza w nim taką agresję do nieznanych mu przecież ludzi.
Li.


Kto zna tego człowieka?

8 sierpnia, 2013

Mam psychofana.
Człowieka, który na moim blogu przesiaduje godzinami, założył dwa blogi na mój temat, a na swoim blogu co jakiś czas poświęca mi notkę.
Ostatnio do notki dołożył moje zdjęcie ze strony TVN z programu „Ugotowani”, imię, nazwisko i zawód.

Człowiek ten pochodzi z Tych.
Pisze pod nickiem Katon Najmłodszy lub Dep.

Kto z Was go zna?

Jego zdjęcie wisi w tym miejscu, obejrzyjcie sobie.

Zleciłam specjaliście zrobienie internetowego wywiadu na jego temat.
Wiem zaskakująco dużo.
Nazywa się Dariusz P.
Ma żonę G., a co dziwne-byłą kierowniczkę Sekretariatu Wydziału Karnego Sądu Okręgowego w pewnym mieście na Śląsku.
Kobieta ma  świadomość prawną wyższą niż przeciętna cura domestica, może poinformuję ją o poczynaniach jej męża.

Dariusz jest działaczem Ligi Polskich Rodzin,
ale na szczęście nie wygrał żadnych wyborów,
w 2005 roku startując z Listy LPR-u otrzymał zaledwie 325 głosów.

Do szkoły podstawowej chodził w Starym Wiśniczu,
potem w Sichowie Dużym, by ostatecznie skończyć SP nr 21 w Tychach.

Poszedł do I LO w Tychach, ale nie skończył pierwszej klasy, dalszą naukę kontynuował w Liceum Zawodowym Ministerstwa Przemysłu Maszynowego.

Jeszcze nie mam informacji czy zdał maturę.

Mam jego NIP, PESEL, adres domowy, dane co do działalności gospodarczej, wypowiedzi na forach, stan rodzinny, imiona rodziców, nawet screeny z Naszej Klasy,
gdzie występuje jako Darek P.

Dariusz wykazuje chore zainteresowanie moją osobą,
ale ponieważ nie odpowiadam na jego zaczepki,
wydaje mu się, że uderza coraz mocniej.

Aż zrobił błąd i przekroczył granice prawa.

Warto było czekać.

Mam w ręce bardzo dużo argumentów, wiem że wygram sprawę przeciwko niemu,
a będąc pewną wygranej mogę sobie pozwolić na taką właśnie notkę, by przestrzec innych że nie są w internecie anonimowi,
że nie mogą bezkarnie obrażać, lżyć, upokarzać i wyśmiewać,
że nie mogą bezkarnie używać cudzego wizerunku.
Ja nie jestem typem ofiary, co to to nie:)

Jednocześnie też apeluję do kobiet idących za tym typem sznurem- dziewczyny, opamiętajcie się!
Ten człowiek nawet nie ma zębów! A wiem to z pewnego źródła:)
Ten człowiek posługuje się cudzymi tekstami i wydaje się być inteligentem,
to jest jednak wydmuszka.
Do mnie nie mógł podskoczyć,
choć bardzo się starał i dlatego próbuje się mścić.

A wszystkich moich wiernych, kochanych czytelników gorąco pozdrawiam, wrócę po wakacjach,
niech moc będzie z Wami!

I może jednak ktoś z Was Dariusza osobiście zna? :)
Czekam na maile!

Li.


Przerywam śluby milczenia.

4 sierpnia, 2013

Żyję, żyję, co mam nie żyć.
Żyję w dodatku bardzo intensywnie, nowe sprawy,
znajomości, igraszki losu
i zbliżająca się nieuchronnie data wyjazdu Karolci do Edynburga
porządkują moje dni i noce.
Nie piszę, bo nie.
Są ludzie, którzy w necie nie lubią mnie tak bardzo,
że chce im się szkodzić mi w realu,
a na to nie mogę sobie pozwolić.
Przestałam więc pisać, karmić ich swoim życiem,
zeszłam do podziemia,
jestem szczęśliwa i zadowolona,
bo wszystko idzie w dobrym kierunku.
Spotykają mnie śmieszne historie,
ostatnia była naprawdę zabawna,
bo wyobraźcie sobie, że kilka dni temu,
przed północą,
na stacji benzynowej pod Opolem,
gdy wracałam z Karolcią z Niemiec,
zaczepił mnie miły facet z pytaniem:
przepraszam, czy Pani nie brała udziału w „Ugotowanych”?
Och, sława poszła w świat, oj poszła:)
Ad rem: wrócę, bo takie jak ja zawsze wracają,
na maile prędzej czy później też odpiszę,
ale teraz robię sobie przerwę,
żeby nie karmić trolli,
potem wyjeżdżam na wakacje do Bułgarii,
autem przez Rumunię, szerokimi łukami
i koniecznie przez Trasę Transfogarską,
z przyjaciółką i Młodszą,
mamy zamiar mieć po drodze przygody i absolutny brak planu,
nic nas nie będzie gonić, nikt na nas nie czeka,
tylko droga, ciekawe miejsca, a potem plaża, morze i może…
Życie jest piękne, w tej materii nic się nie zmienia.
Ściskam mocno!
Li.


Cogito, ergo sum.

1 lipca, 2013

GrecjaMam bardzo wiele do powiedzenia, dlatego milczę.

Dzieci od wczoraj w Grecji, przesyłają mi swoje widoki,
Nemo zapłacił, ale z nimi nie poleciał,
matura zdana bardzo dobrze,
dynia na tarasie szaleje,
a ja tu tkwię i próbuję sama wydłubać się do życia.
Samodzielność jest przyszłością narodu:)
Miłego dla Was i przepraszam iż chwilowo nie odpisuję na maile,
ale nie mam czasu, poważnie.
Li.


Przelotem, bo zaraz idę na śniadanie z H.

21 czerwca, 2013

Upał.
Dwa razy dziennie poję kwiaty na tarasie.
Koty szukają najchłodniejszych miejsc,
wczoraj cała czwórka zgodnie koczowała w łazience pod wanną.
Upał.
(A to nie sprzyja myśleniu).
Karolcia wróciła wczoraj szczęśliwa i już wiedząca,
że dostała się tam gdzie chciała.
Mam dziecko w domu ostatni miesiąc,
jeszcze nie mam planu rozpaczy i tęsknoty
i oby go nie było.
Będzie się latać na inspekcje
i jakoś to będzie.
(Bo przecież nie może być inaczej).
Jestem z niej dumna,
wydoroślała i wie czego chce.

Kłócę się z Nemo.
Li i jedynie o sposób utrzymania dziecka w Szkocji.
Po dziewięciu latach wciąż nie potrafi rozmawiać ze mną normalnie.
Jak to możliwe, że taki dzieciak ma taką dorosłą córkę?
Ostatnio znalazł sobie nową rozrywkę-liczy głośno
szczególnie przy córkach, ile zostało mu jeszcze życia.
Do niedawna było to pięć lat, bez trzech miesięcy,
kilka dni temu były to już trzy lata.
(Bo podobno statystka jest nieubłagana).
Mądrości te wygłasza zaciągając się kolejnym papierosem,
wszak powszechnie wiadomo, że palenie wydłuża życie.
Nie wiem, gdzie w tym wszystkim jest kobieta-koń,
ale jeżeli odpowiada jej zalewający robaka
i palący jak smok chory facet,
to cóż ja mogę?
Tylko współczuć, co niniejszym czynię.
Nie chciałabym tylko,
by nasze dzieci zostały przedwcześnie osierocone,
ale to już kwestia osobistej odpowiedzialności.
Ja tam za bardzo kocham dzieci i życie,
by wybierać się na tamten świat.
Nemo kocha tylko siebie,
więc chyba rzeczywiście jest mu wszystko jedno.
Li.


Tylko daję znak!

19 czerwca, 2013

Zwyczajnie.
Działo się.
Świat zwariował, ale mnie udało się zachować zdrowe zmysły.
(Złe przeszło i niech już nie wraca).
Zajęłam się rosnącą kolejką nowych spraw.
Karolcia od poniedziałku w Edynburgu,
właśnie w tym momencie ma rozmowę,
na którą dostała zaproszenie zaledwie w czwartek.
Szaleństwo! Bilety na samolot, szukanie hotelu, tysiące rad
i dziecko moje starsze ukochane,
całkiem spokojnie od poniedziałku przesnuło się po mieście,
pozachwycało,
poszło nad morze, zrobiło ciuchowe zakupy,
zawarło kilka ciekawych znajomości
i własnie tuż przed wejściem na rozmowę odkryło,
że nie ma guzika w koszuli. Na samym środku.
Gryzę palce i czekam na rezultat.
Długo nie pisałam?
Ktoś tęsknił?
:)
Jest coraz lepiej, choć alergia nie odpuszcza.
Ale już nie na życie!
Uratowało mnie poczucie humoru i śmiech,
bo nawet największy problem można zabić śmiechem.
Albo go przynajmniej osłabić.
Uśmiechnij się, własnie teraz- uśmiechnij się!
Złagodnieją rysy, oczy seksownie się zmrużą,
życie jest przecież takie piękne,
trzeba tylko mocno kopnąć zasłaniające widoki trudności!
Boli mnie noga od tego kopania,
ale przynajmniej znowu mam jakieś widoki!
Li.


Nie, bo nie.

5 czerwca, 2013

Mam uczulenie na truskawki, a przy okazji na cały świat.
Jestem rozdrażniona i wściekła,
lepiej więc omijać mnie szerokim łukiem,
bo mogę rzucić się do gardła, niewinnego gardła.
I tyle mam do powiedzenia na temat dlaczego nie piszę.
Wszystko wokół tonie,
a te cholerne problemy swobodnie spływają.
Szumowiny jedne!
Li.


Dzień w kolorze cytryny.

2 czerwca, 2013

Turyn8

Turyn7

Turyn6

Turyn9

Rano wyszło słońce, osuszyło mokre tarasowe poduszki
i możemy nareszcie tam siedzieć, pić kawę
i cieszyć się swoim towarzystwem.
Jest nas o jedną mniej, bo B.
w tajemniczy sposób wyszła nad ranem
i jeszcze nie wróciła.
Podobno jest już w Warszawie:)
Ale jak jej udało się nie obudzić psa?

Karolci też jest dobrze,
a to zdjęcie z cytrynami jest motywem dnia!
(Wracam do dziewczyn,
choć pewnie nawet nie zauważyły, że mnie nie ma :)

Li.


Wchodzę, spadam, tłukę sobie tyłek, wchodzę, spadam, tłukę sobie tyłek, perpetuum mobile.

31 Maj, 2013

Turyn5

Ostatnio miewam w życiu pod górę,
mozolnie wspinam się na kolejną skalną półkę,
z której zrzuca mnie w dół byle podmuch.

Ale takimi schodami w górę mogłabym iść.
Przynajmniej byłoby pięknie.
W pięknie jakoś lżej.

Zdjęcie przesłane przez Karol, oczywiście.
Li.


Wystarczy wsiąść do samolotu, albo iść na Kleparz:)

31 Maj, 2013

Widok z jednego okna:

turyn3

Widok z drugiego okna:

Turyn2

Karolcia jak zwykle niezawodna- przesyła mi zdjęcia.
Jest w Turynie, u moich przyjaciół,
a przy okazji u swojego ojca chrzestnego,
jakkolwiek to brzmi :))
Wczorajsze zdjęcie kolacji wywołało u mnie wilczy głód,
bo jak tu się oprzeć?

Turyn

A ja mam za oknem szare krakowskie niebo,
ale zaraz kupię na Kleparzu wielki pęk piwonii,
odbiorę zamówione różowe zwisające begonie,
dolce vita i dolce far niente można znaleźć i w sobie.
Cieszę się na sobotę,
liczba nicków przyjeżdżających wzrosła
do trzech znakomitych sztuk, o!
Ale popatrzyłoby się z okna na Alpy,
nie ma co się oszukiwać… :)
Li.


Życie, życie jest nowelą…

30 Maj, 2013

Odwiozłam Karolinę na lotnisko,
a potem nie mogłam powstrzymać łez.
Poleciała tylko na kilka dni do Turynu,
a ja nagle uświadomiłam sobie,
że za dwa miesiące poleci już „na zawsze” do Anglii
i przestanę ją mieć na wyciągnięcie ręki.
Jestem rozbita na dwa kawałki-jeden kibicuje marzeniom dziecka,
drugi egoistycznie chce dziecko mieć w domu.
Te moje uczucia zawsze muszą być pokręcone i nieoczywiste-
nie boję się o dziecko, bo wiem że da sobie radę,
ma bazę i horyzonty,
boję się o siebie, o pusty pokój,
nie lubię tęsknić,
nie lubię braku przytulenia,
nie lubię odległości,
nie lubię nie mieć na oku,
kocham ją tak mocno, że mocniej już się nie da,
a trzeba było nie zachęcać jej do nauki angielskiego,o!

Póki co, zwolniło się na weekend jedno podwójne łóżko.
Miało być osiem nicków, przyjeżdżają tylko dwa.
Ale za to stacjonarni nie zawiodą, prawda?
W sobotę, o 19.00 zaczynamy imprezę na tarasie,
nie przewiduję burzy i chłodu,
będą zapalone świece, wino, jedzenie,
snujące się między nogami koty i powarkujący na nie pies.
Każdego kto ma ochotę na spotkanie
i nie jest morderczo nastawiony- zapraszam.
Wstępem jest butelka wina i coś do jedzenia.
Mogą to być nawet rzodkiewki:)
Kontakt na maila!
Li.


Żyję, żyję, co mam nie żyć:)

27 Maj, 2013

taras

Świece, zapalane wieczorami na tarasie ocieplają  mi życie.
Skupiam się na momentach przyjemności,
dają mi siłę, rosnę i idę dalej.
Jest lepiej, bo nie mogło przecież być inaczej,
znowu rosną mi skrzydła!
A najbardziej cieszę się z poznawania nowych ludzi,
spędzania z nimi wieczorów,
kolacji do nocy i dobrego wina.
Zaprzyjaźniam się ze świetną polsko-włoską parą,
na co dzień mieszkają w Weronie,
ale parę dni w miesiącu zawodowo są w Polsce.
Albi mówi po polsku, uczy go żona,
a że kobieta ma fantazję i pragnie wywrzeć na nim swoje piętno,
to blisko dwumetrowy facet smacznie używa,
jakże przeze mnie ulubionych zdrobnień-
idziemy do samochodziku?
wsiadasz w samolocik i jesteś!
ale piękny tarasik! jak ogródeczek! jajeczko?
kieliszeczek? pieseczek? koteczek? ogóreczka?
Śmiałam się do łez.
Tego mi było trzeba, o!

taras2

Karol zrobiła zdjęcie iPhone’m, panoramiczne cuda Panie, cuda:)
Li.


Ech…

18 Maj, 2013

Dziś niebo miało kolor nieskończonego błękitu,
rzadki to widok nad Krakowem.
Zbłękitniało dla Marka Jackowskiego.

Zasmuciła mnie wiadomość o jego śmierci,
przecież nie miał jej w najbliższych planach.
Ostatnio za dużo myślę, nie są to myśli wesołe,
jest jak jest,
trzeba walczyć,
pozwalam sobie tylko czasem
na luksus tęsknoty
za niegdysiejszą bezmyślnością i beztroską.
Czasem słońce, czasem deszcz… u mnie ciągle ostatnio pada.
Przygniatają mnie problemy,
ale gdy dziś przez cały dzień sprzątałam taras,
rozkładałam namiot, sadziłam kwiaty,
zaświeciło we mnie na chwilę słońce.
Może idzie zmiana?

Nie chcę skończyć się nagle
i tak zupełnie bez przygotowania.
Li.


Niekonsekwencja.pl

17 Maj, 2013

Wolno idzie, ale idzie.
Festina lente!
Dziś jest równe minus 9 kilo.
Wolno idzie, ale..
Ale LEPIEJ MIEĆ MINUS DZIEWIĘĆ, NIŻ JE MIEĆ!
Nawet jak to trwa i trwa.
I to jest hasło na dziś.
Inna sprawa, że wolna od grzechów to ja nie jestem,
uczciwie przyznaję.
Stres maturalny niejedną czekoladę
wepchnął mi w usta!
Siłą, rzecz jasna:)

Muszę zacząć intensywniej ruszać się,
co polega przede wszystkim na zejściu z kanapy.
Bo kije od czasu do czasu trudno uznać za regularny ruch.
Ale czy tylko ja tak mam, że nic mi się nie chce?
Stany depresyjne, podepresyjne, quasi-depresyjne,
zniechęcenie, smutki-drutki, wiarybrakowacze,
starzy znajomi znowu wpadli bez uprzedzenia
i wysysają ze mnie energię.
W przyszłym tygodniu będę mieć trochę luzu,
Młodsza na cały tydzień jedzie na Litwę i Łotwę,
jak nie zacznę czegoś robić dla siebie,
to stanę przed lustrem i obrzucę się wyzwiskami,
z których „Ty stara babo” będzie najłagodniejszym.
Tylko jak postawić się do pionu,
gdy wszystko wokół leży?
Li.


Vacatio blogis.

15 Maj, 2013

Chwilowo przerwę nadawanie programu.
Mam dużo pracy, a jeszcze więcej przemyśleń na temat formuły bloga.
Wiem, wiem, temat wraca jak bumerang,
ale mam zbyt wiele do stracenia.
Przeraziło mnie wczorajsze stwierdzenie
mojej przeciwniczki procesowej,
że mam „fajnego bloga”.
(Tak, tak, wiem, że Pani to przeczyta:)
Niestety, przez zakład o skrzynkę wina straciłam resztki anonimowości.
A przecież zawodowo mam mieć kły, wyrywać serca,
deptać po emocjach, iść po zwycięstwo ze śpiewem na ustach
i nie brać jeńców.
Zauważam więc pewną sprzeczność,
w samoprzekazie na własny temat,
na blogu wszak bywam mięciutka,
a kto widział mięciutką papugę?
Muszę pomyśleć, a zrobię to jutro.
Ewentualnie pojutrze.
Na razie pracuję, sadzę kwiaty na tarasie, hoduję dynie
i cieszę się, że moja ukochana córka ma już wakacje,
bo przecież ustny angielski w przyszłym tygodniu
zda na luzie na maksymalną ilość punktów.
Nie może być inaczej!
Miłego dla Was
i nie cieszyć się, bo wcale nie znikam:)
Li.
PS. Bardzo lubię dostawać od Was maile,
ale naprawdę nie mam czasu odpisywać na bieżąco,
niemrawo mi to idzie, przyznaję.
Przepraszam, bardzo przepraszam!


Wstałam, usiadłam, napisałam.

13 Maj, 2013

Namówiona przez Młodszą poszłam na „Oszukane”.
Filmu nie będę krytykować,
bo tak obezwładniające jest źródło inspiracji-
prawdziwa historia dwóch rodzin,
których dzieci zostały zamienione w szpitalu,
że nieważne robią się liczne niedociągnięcia.
(Ale Katarzyna Herman jest doskonała!).
Oczywiście mając oczy na bardzo mokrym miejscu,
popłakałam sobie w ciemności kina Ars,
bo jak bumerang wróciła do mnie historia sprzed prawie 19-tu lat,
gdy wymęczona dwudniowym porodem,
dostałam nareszcie swoje dziecko,
rzucone na szpitalne wyro przez niemiłą i bezczelną salową,
przynoszone tylko w porach karmienia
i podniosłam larum, bo to nie było moje dziecko
(urodziłam czarnowłosą dziewczynkę, dostałam blondynkę).
Straszne to były czasy, bo dopiero raczkowało „Rodzić  po ludzku”,
Starsza przynoszona w tobołku do karmienia,
leżała w sali pełnej płaczących, samotnych dzieci,
Młodsza pięć lat później,  była już ze mną przez cały czas,
co porównując obie moje córki  prowadzi mnie do wniosku,
że spokój i bezpieczeństwo post-prenatalne mają niebagatelne znaczenie.

Późną jesienią, zamiast kwiatów
dostałam piękną, pomarańczową dynię.
Stała na schodach i rozświetlała jesienne szarugi,
z czasem wyrzuciłam ją na taras,
do jednej ze skrzyń,
robiła się coraz mniejsza,
jak pomarańczowy oklapnięty balonik.
Zgniła, oklapła do końca,
został z niej tylko pomarańczowy berecik,
podniosłam go za antenkę, a pod nim,
z wysypanych pestek wyrosły mi małe dyniątka,
cud natury i życia,
w tym roku na tarasie w jednej skrzyni hoduję dynie!
Mają już dziesięć centymetrów i rwą się do życia.
Zobaczymy co z nich wyrośnie,
coś czuję, że to będą niezłe ziółka:)
Li.


O niczym, a to aż jeden dzień z mojego życia.

9 Maj, 2013

Sąd w Opolu należałoby zrównać z ziemią.
I więcej nie napiszę, bo gdy nagle się zawali,
to będzie na mnie.
No cóż, trzeba będzie karnąć się tam jeszcze w październiku.
Ale po rozprawie, na której po raz kolejny nic się nie działo,
a sędzia spał, jak zwykle dyskretnie budzony przez protokolantkę,
poszłam z klientem do Wenecji,
to klimatyczna knajpka,
poczułam się wakacyjnie,
świeciło słońce, szumiała kaskada,
barka uspokajająco kołysała się na wodzie,
a wraz z nią świetna kawa w filiżance.
Zjadłam krewetki i wróciłam do Krakowa.
Straciłam dzień, czy go przeżyłam?
Pomyślę o tym w wannie.
Li.


Wszystko mija, nawet najdłuższa matematyczna żmija.

8 Maj, 2013

Matura przeszła wraz z matematyką, reszta jest drobnostką.
Karolci lżej o rytualnie wyrzucony maturalny cyrkiel.
Bogu był ducha winny, ale uosabiał matematyczny stres.

Przygotowuję się
do jutrzejszego wyjazdu do Opola.
Na razie siedzę i patrzę na grube akta.
Najlepiej oczywiście przygotowywać się
poprzez pisanie o przygotowywaniu się.
Mam miszcza w przygotowywaniu przygotowania.
Mam również zimowe opony.
Oraz brak sił, chęci i entuzjazmu.

Dziś na rozprawie usłyszałam od sędzi słowo „grzywienka”.
Nie znoszę zdrobnień, tej kawki, herbatki, zupki,
ogóreczka na kanapeczce, pomidorka z jajeczkiem,
papieroska, auteczka, pieniążków i dupci.
Chyba mam zły humorek.
Główka mi pęka, nie mam kawusi, bo zabrakło mi kapsułeczek,
nie mam jedzonka dla moich koteczków,
muszę wyjść z domku i pojechać do sklepiku.
Li.


Potopu nie było:)

8 Maj, 2013

Karolina wróciła z wczorajszej matury z konkluzją,
że nie trzeba czytać lektur, by ją zdać.
Choć ona „Przedwiośnie” przeczytała.
Po opublikowaniu odpowiedzi ujawnił się jakże znaczący błąd-
zamiast „cyberprzestrzeń” napisała „cybernet”.
Machnęłam tę maturę w pół godziny, dramat, dramat, dramat,
jeżeli po czymś tak żałośnie prostym
ma się mieć zdaną maturę z języka polskiego,
udzielając w dodatku minimum 30 % prawidłowych odpowiedzi,
to ten kraj utonie w oceanie niewiedzy,
głupoty i średniactwa w dolnej granicy normy.
„Taka będzie Rzeczpospolita, jakie jej młodzieży chowanie” .
Może i gadam jak stary ramol, ale na litość boską,
przy ogólnym upadku obyczajów i autorytetów
niech przynajmniej ta matura będzie
jakimś osiągnięciem i szczytem do zdobycia.
Bo gdy trudno będzie zdać maturę,
to może zacznie się cenić wiedzę.
Na razie zdanie matury kojarzy mi się
ze zdobyciem górki w parku.

Najbardziej idiotyczną sprawą jest klucz do odpowiedzi.
Sprowadza myślenie na utarte tory, schematy i zabija kreatywność.

Li.


Maturalnie drżące ciało. Matki.

7 Maj, 2013

Obudziły mnie ptaki za oknem
i mogę przysiąc, że słyszałam sroki wrzeszczące:
„wstawaj, wstawaj, dziś matura, matura, matura”.
No to wstałam, bo co będę tak sama sobie leżeć.
Maturzystka jeszcze śpi.
Wczoraj obejrzała po angielsku dwa filmy,
kupiła dziesięć  długopisów z czarnymi wkładami,
pomalowała na czerwono paznokcie,
zachowuje siłę spokoju,
który burzy jedyna osoba, czyli ja.
A burzę bo wiem, że genów się nie oszuka,
a moją przypadłością, zawartą niewątpliwie w genach
jest niezwykła umiejętność otrzymywania pytań
dokładnie z tego 1 % materiału,
którego nie przerobiłam.
Karolcia jest oczytana, ale nie raczyła przeczytać „Potopu”,
nie jestem w stanie tego zrozumieć,
bo to jedna z moich ukochanych do dziś lektur,
najwidoczniej w tym przypadku
to nie moje geny doszły do głosu.
A jak do jasnej ciasnej będzie „Potop”?
(To popłynie, nomen omen).
Jedyna nadzieja w genie wodolejstwa,
ten po kądzieli odziedziczyła na pewno.

I… głęboki wdech, spokój, zakaz panikowania,
wyprowadzę psa, potem podam dziecku latte do łóżka,
udam, że dzień jak co dzień,
ostatecznie genów się nie oszuka,
matka zdała, ojciec zdał,
będzie dobrze, bo nie może być inaczej!
Li.


Życzę sobie rewolucji.

4 Maj, 2013

Najlepszym prezentem imieninowym było uświadomienie sobie,
że dziś jest dopiero sobota!
(A pół dnia tkwiłam w przygnębiającym przeświadczeniu,
że mija mi niedziela).

Weszłam do wanny na godzinę, piana sięgała sufitu,
mocząc wygrzebaną z półki książkę,
nie czytam poradników,
ale ten zawsze dobrze na mnie działa:
„Grzeczne dziewczynki idą do nieba,
a niegrzeczne idą tam gdzie chcą”.
Trochę nudnawe, podające oczywiste oczywistości,
ale gwałtownie poczułam,
że potrzebuję wzmocnić się
słowem, myślą, a potem uczynkiem
i zadbaniem o siebie i swoje potrzeby.
Albowiem i mianowicie
do końca wypełniło się we mnie poczucie
pomijania przez najważniejszą dla mnie osobę,
czyli mnie.
Wchodzą we mnie bez pukania natrętne myśli,
że może już nie mam prawa niczego oczekiwać?
Niczego ciekawego, fascynującego, zabawnego i świeżego?
Że może już za mną  niesamowite przygody, wielkie wyzwania,
ciekawe podróże,  barwne  życie i niezwykli  ludzie,
że teraz mam przed sobą prostą drogę do
wcale nie pogodnej starości,
byle jakiej codzienności,
będącej w swej istocie „przetrwalnikiem”,
bo mnie w szarym nie do twarzy,
a tylko taki kolor mają ostatnio moje noce i dnie,
że moje dzieci, ich sprawy, ich życie,
codzienna praca, walka o ogień,
zgubienie po drodze siebie…
ech.
Nie, nie mam depresji, ciągle kocham życie,
choć miłością coraz mniej odwzajemnioną,
nie ma szału, ledwo się żarzy,
zwyczajnie nie wychodzi nam wspólna szarość.
Z rezygnacją widzę, że wcale nie chcąc,
stoję na wysokim urwisku,
w zasięgu wzroku nie ma żadnego mostu ni promu,
nie cofam się, ale nie mogę zrobić kroku naprzód,
bo spadnę.
Drepczę więc w miejscu z pięknym widokiem
i czasem chce mi się wyć.
Do przodu posuwa się tylko czas.
Wkurwia* mnie ta stagnacja
i tyle tytułem imieninowego podsumowania.
Mimo woli.
Li.
* to idealne słowo oddające mój stan,
wrażliwych za nie przepraszam.


Wyskoczyłam na chwilę, nie było mnie ze trzy godziny!

4 Maj, 2013

Jak to jest, że gdy napiszę sobie o tym
jak cenię domowy, święty spokój,
to zaraz muszę wyjść na deszcz i zawieruchę?
Ale to w celu ratowania kota, więc szczytnym.
We mgle i deszczu jechało się wertepami:

9la

Wróciłam niedawno i okazało się,

że dziś jest Moniki, Floriana i Wieńczysława, o!

Dziękuję za pierwsze życzenia,  jak powszechnie wiadomo
uwielbiam pławić się w uwielbieniu, być najważniejsza,
na pierwszym planie, dominująca i takie tam inne.
:)
Li.


Marnowanie życia?

3 Maj, 2013

Zamknęłam się w zamku mojego domu
i nie spuszczam zwodzonego mostu.
Chce mi się zwyczajnie być w domu
i cieszyć się spokojem.
Niedoskonale wyprasowałam zasłonę w łazience dzieci,

2l

1la

3l

 

10la

przebrałam stos papierów na stole,
zrobiłam obiad i zdjęcia łazienki córek na życzenie
(uprzedzając krytykę-telefonem:)
i nareszcie wyrzuciłam choinkę,
smętnie schnącą na tarasie.
Spadała efektownie przez cztery piętra, aż sięgnęła betonowego dna,
napsuła mi krwi,
to i skończyła marnie
(i niech to będzie ostrzeżeniem dla niektórych).
Przepuszczam beztrosko pomiędzy kolejnymi latte
godziny tego weekendu,
gdzieś tam głęboko słyszę głos o marnowaniu czasu,
o konieczności tego i tego, nawet i tego, nie mówiąc o tym,
o obowiązkach i pracy.
Ale czy sprawianie sobie drobnych przyjemności,
leniuchowanie, leżenie i czytanie,
gotowanie, sprzątanie i prasowanie
nie są dowodem na to, że mam cudowne życie?
Bez bólu, choroby i strachu.
Z całą resztą sobie poradzę. Nie może być inaczej.
Li.


Chodzi o to, by wyjść i nie wpadać.

2 Maj, 2013

Ciężki ten czwartek, prawda?
Pada deszcz, smuty czając się kątach,
czekają tylko na okazję, by dopaść bezbronnego umysłu.
(Boli mnie kręgosłup, mam cholerną ochotę na słodycze,
cóż, cykl ma swoje prawa).
Jestem sama, córy wzięły auto i pojechały do babci ojczystej.
Samoratuję się jak mogę:
włączyłam głośno muzykę, pozapalałam wszystkie lampy,
otworzyłam szeroko okno, nie mogę poddać się złemu nastrojowi,
bo od niego tylko jeden krok
w otchłań depresyjno-narzekająco-przygnębiającą,
a ja nienawidzę stanu smutku i przygnębienia,
nie umiem w nim być,
bo jeszcze bardziej przygnębia mnie przygnębienie,
jeszcze bardziej smucieję od smutku.
I nagle przyszedł mail, który ucieszył mnie,
pocieszył i spowodował, że wstałam z łóżka, ogarnęłam facjatę,
ubrałam się i idę w tym deszczu na Kleparz po rzodkiewkę i szparagi.
Marta, dzięki:)
Ja Ciebie, a Ty mnie, widzisz jak to działa?
I mocne ucałowania dla Eweliny!
Li.


Nie do wiary- moja była 27 lat temu!

29 kwietnia, 2013

Dom drży od maturalnej gorączki,
przy czym gorączkuję się tylko ja-
Starsza zachowuje olimpijski spokój, wstaje w okolicach południa,
podobno się uczy, jeździ na korepetycje
i wychodzi wieczorami z przyjaciółmi.
Aaaaaaaaa!
Zasad nowej matury do końca nie pojmuję,
wersja podstawowa, rozszerzona, prezentacja, procenty,
ech, łza się w oku kręci na przypomnienie
własnego, sążnistego wypracowania na maturze pisemnej
i obszernych odpowiedzi na ustnej.
Człowiek się uczył, bał i przynajmniej wiedział czego!
Jestem wrogiem egzaminów testowych,
poszatkowanej wiedzy i trzyletniego liceum.

Ale bardziej boję się tego co będzie potem,
gdy dziecko z wykształceniem średnim zacznie swoje życie,
wyjeżdża,
ma w głowie plan, ma zamiar sobie poradzić, jest pełna entuzjazmu,
tylko we mnie narasta coraz boleśniejszy bąbel przyszłej tęsknoty,
niepokojów i pytań bez odpowiedzi,
wiem, wiem, odcięta pępowina, rozwijanie skrzydeł,
wiem, wiem, będę wspierać jak tylko będę mogła,
wiem, wiem, polecę tam sobie na weekend,
ale brak przytulenia się do tej mojej ukochanej córeczki
będzie codziennie wysysać moje emocje.
Nic na to nie poradzę, że lubię mieć całe stado na oku,
odcięcie pępowiny z miłości, to naprawdę wielka sztuka.
Li.


Bilans weekendu.

28 kwietnia, 2013

Przychodzi niedzielny wieczór,
a wraz z nim nieuchronne rozliczenie planów weekendu.
Perfekcyjnie udała mi się część rozrywkowa,
poległam na sprzątaniu,
a taras pozostał nietknięty.
Będzie co planować na długi weekend:)
Precz z poczuciem winy i zasłużonym tytułem
najbardziej nieperfekcyjnej pani domu,
najważniejsze że jestem wyspana, zrelaksowana i zadowolona,
chwilo trwaj!
Jutro poniedziałek, uch!
Li.


Pochmurnie.

28 kwietnia, 2013

Straciłam ochotę do pisania bloga, nie ma się co dalej oszukiwać.
Kiedyś byłam otwarta, teraz się zamknęłam.
Bo nie chce mi się czytać bzdur na swój temat,
blogów na temat bloga,
ociekających chamstwem i prostactwem komentarzy na mój temat na innych blogach.
Nie chce mi się dociekać dlaczego budzę aż takie emocje,
a szczerze powiedziawszy
i cytując klasyka-wisi mi to dorodnym kalafiorem.
Kilka dni temu wpadł mi  komentarz o mało przyjemnej treści,
wrzuciłam w moją wewnętrzną blogową wyszukiwarkę numer IP
i jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się,
że ten komentarz ma IP jednej
z moich czytelniczek-komentatorek.
Ale podpisany był innym nickiem.
Ha, tak właśnie zabawia się kwiat polskiej inteligencji.
A tyle razy piszę o tym,
że platforma blogowa WordPress daje ogromne możliwości w zakresie identyfikacji czytelników- ja w bebechach mojego bloga widzę IP przy każdym komentarzu, jest tam też wyszukiwarka IP,
wystarczy wrzucić jeden komentarz,
a pokazuje wszystkie komentarze z tego IP,
mam też jednorazową moderację, co oznacza,
że każdy pierwszy komentarz z nowym IP musi być przeze mnie zatwierdzony…ech…, że też Wam się chce żyć moim życiem.
Ja się uodporniłam, więc i tak mi nie dokuczycie.
Ale zabijacie we mnie skutecznie chęć pisania.
Gdy jednak przestanę pisać, to czym będziecie żyć?

Piątkowe spotkanie było bardzo udane, powtórzyłyśmy je w sobotę,
dziś jestem lekko nieprzytomna,
ale to pewnie przez te chmury nad głowami.
Bo na pewno nie od wina, o nie!
Zabieram się za jakąś kolejną niekończącą się domową robotę-
zawsze są jakieś brudne gary, zawsze jakiś stos prasowania,
zawsze jakieś koty na podłodze, zawsze jest kurz
i dzieci do wykarmienia.
Życie.
Miłej niedzieli dla Was!
Li.


Życie, życie jest nowelą.

26 kwietnia, 2013

Wczoraj byłam na wizji lokalnej,
sprawa najwyższej wagi i szerokości, o miedzę.
Dokładnie o 13 cm na długości 150 metrów, sporny pas gruntu
pomiędzy działkami należącymi do rodzeństwa- siostry i brata.
Stroną atakującą jest siostra- wdowa w podeszłym wieku,
która „nie popuści”. A brat się broni.
Makabra z elementami groteski, wizja była burzliwa i wrzaskliwa,
schyłek życia podzielony etapami kolejnych spraw sądowych,
konieczności wyjazdu „do miasta”, odświętnego ubrania,
poczucia ważności i nienawiści podlewającej kwasem krzaki malin,
i rzucającej mięso z trucizną psu.
(tego, że otruła czarnego, ślicznego, zadbanego kundelka
mojego klienta jej nie podaruję).
A wieś sielska, anielska, pachnąca i spokojna,
przed domem wdowy stoi okazała kapliczka z Matką Boską,
będąca murowanym dowodem przestrzegania Dekalogu
i kochania bliźniego swego jak siebie samego.

Wróciłam do domu na ostatnich kołach,
padłam do wanny, zresetowałam umysł,
dałam się wymasować,
wszak czwartek w moim kalendarzu jest światowym dniem masażu, nienawidzę kłótni, stwierdzam to po raz kolejny,
lepiej przeciąć, odejść, zerwać, nie utrzymywać kontaktów,
wykasować z telefonu,
niż tkwić w środku zamieszania i forsować swoje zdanie,
które i tak drugiej strony nie obchodzi,
bo każdy przecież wie lepiej, najlepiej.
Ja też nie jestem wolna od tego przekonania
i to jest smutne,
świadomość własnej niedoskonałości jest jednak bolesna, haha.

Starzeję się, potrzebuję spokoju, ukojenia,
pachnącego groszku, czułego dotyku
i braku problemów.
Na razie z tego katalogu mam nasiona groszku,
zobaczymy co wraz z nimi wykiełkuje.
Li.

PS. Do Krakowa przyjeżdża dziś jedna z blogerek,
idziemy wieczorem na wino do Trattorii „Pergamin”,
na Cichym Kąciku,
kto ma ochotę dołączyć?
Na razie jest nas trójka, ale mogę zamówić większy stół!


Szatański wynalazek…

25 kwietnia, 2013

… ta waga, szatański wynalazek!
Jestem zła, zła, zła, złaaaaaaaaaaa.
Waga oszalała i pokazała kilo więcej- od wczoraj!
Co to ma być, ja się pytam?
Niby wiem, niby woda, niby dzień cyklu, niby to i to,
ale i tak jestem zła!
Czwartek-nic-nie-wartek, o!
Robię sobie drugą latte i obrażam się na świat.
Choć tak na nim pięknie!
Lipa szaleje za oknem,
a ja czekam na piątek, by zabrać się za taras.
Miłego dla Was!
Li.


Środa? Już środa???

24 kwietnia, 2013

Dziś mam kolejny wariacki dzień,
ale jest mnie znowu trochę mniej,
więc radość równoważy stres:))
Jest nowa zakładka- Niedieta 2.
Miłego dnia!
Li.


Notka wpadkowa.

22 kwietnia, 2013

Wieczorem byłam  u mojego lekarza-dietetyka.
Zostałam pochwalona za malejące BMI:))
Czarodziejski aparat pokazał,
że od 2-go marca
ubyło ze mnie 24 kostki masła.
O tyle mniej mam na sobie
– nie bójmy się tego słowa-
tłuszczu.
Wizualizacja robi wrażenie, co? :))
Nie głodzę się, jem więcej niż jadłam przed dietą,
jem na pewno inaczej, zdrowiej i uważniej.
Wychodzę teraz z domu w ramach nagrody,
lekkim krokiem pójdę na Rynek.
(Napiję się wody, a co!)
Ale gdy wrócę, to napiszę czego dziś się dowiedziałam.
Będą nowe skany na Niediecie!
Całusy dla wszystkich wspierających!
Li.


Poranny szok, a potem do roboty!

22 kwietnia, 2013

Szok, szok!
W sobotę byłam na przyjęciu ślubnym- pilnowałam tego co jem,
ale Waikiki Beach i Mojito,
nie mówiąc o zimnym prosecco
łatwo pozwoliły mi zapomnieć o zakazie picia alkoholu.
Wczoraj była tak piękna niedziela,
że lody same weszły tam, gdzie wejść nie powinny.
Ale diety i godzin posiłku pilnowałam jak Cerber.
No i co?
I dziś jest znowu mniej, ha!
Od razu wzrasta mi motywacja.
A od jutra zaczynam biegać. Mam już z kim.
Pierwsze dni będą koszmarne,
ale zacisnę zęby,
bo wiem, że
każdy przebiegnięty krok,
nieważny dla ludzkości,
ale bardzo będzie ważny dla mnie.
Zabierajcie się do roboty, bo to działa:)

Dostałam maila od Ani:
Trzymam kciuki.
Fata najlepszym dowodem na to.
Z tym bieganiem ma rację.
Pisałam ci wcześniej.
Ja jeszcze robiłam parę razy aerobową 6 Weidera.
A uwierz moja kondycja była taka,
że na początku podnosiłam tylko głowę
przy tych brzuszkach. :))
a W efekcie końcowym na brzuszku ubyło mi 10 cm
(ale przez pierwszy tydzień nie wiedziałam jak wstać z łóżka,żeby nie
bolało)
Przesyłam ci rozpiskę biegów, którą dostałam od siostry,
a którą przećwiczyłam na sobie:
I. Dla początkujących
1 tydzień – Biegnij 2 minuty, idź 4 minuty (powtórz 5 razy).
2 tydzień – Biegnij 3 minuty, idź 3 minuty (powtórz 5 razy).
3 tydzień – Biegnij 5 minut, idź 2,5 minuty (powtórz 4 razy).
4 tydzień – Biegnij 7 minut, idź 3 minuty (powtórz 3 razy).
5 tydzień – Biegnij 8 minut, idź 2 minuty (powtórz 3 razy).
6 tydzień – Biegnij 9 minut, idź 2 minuty (powtórz 3 razy).
7 tydzień – Biegnij 9 minut, idź 1 minute (powtórz 3 razy).
8 tydzień – Biegnij 13 minut, idź 2 minuty (powtórz 2 razy).
9 tydzień – Biegnij 14 minut, idź 1 minute (powtórz 2 razy).
Jeśli czujesz zmęczenie po skończeniu dziewiątego tygodnia,
powtórz go jeszcze raz.
10 tydzień – Biegnij 30 minut.
II . Trening tygodniowy układasz w następujący sposób:
1 dzień – bieg
2 dzień – odpoczynek
3 dzień- bieg
4 dzień- odpoczynek
5 dzień – bieg
6 dzień- bieg
7 dzień- odpoczynek
np.: poniedziałek bieg, wtorek przerwa, środa bieg,
czwartek przerwa, piątek i sobota bieg,
niedziela przerwa.
Na początek nie wolno biegać codziennie !

Z tym też nie było lekko.
Na początku świat widziałam na czerwono:)))))))))
Ważne są 3 rzeczy:
po pierwsze buty.
Wcale nie musimy lecieć i kupować firmówek…,
a jeżeli bieganie nas nie wciągnie, to szkoda kasy.
Buty mają dobrze amortyzować
i trzymać sztywno piętę z tyłu,
a i ważne kupujemy o pół numeru większe
(noga podczas biegu rośnie :) ),
po drugie biegamy jak najwolniej to ważne :))
biegnąc szybciej ćwiczymy mięśnie,
a nie spalamy tłuszcz.
A po trzecie przynajmniej na początku trzeba się zaopatrzyć w stoper ( w Tesco kupiłam za 10 złotych )

Trzymam kciuki za Ciebie i cieszę się,
że nie zdecydowałaś się na operację.
p.s. W tym tygodniu już biegałam 2 razy 6 km .
Widziałam kwitnące fioletowe wiatki .
Wiosna panie sierżancie, wiosna.
Pozdrawiam
Ania

Uwielbiam te motywujące maile od Was.
Myślę, że mogą być motywacją nie tylko dla mnie,
więc-Aniu wybacz-ale bez pozwolenia wklejam je ku chwale
szczupłej przyszłości:)
Miłego dnia!
Li.


Cała naprzód i w dół:)

21 kwietnia, 2013

Waga pokazała się dziś poniżej
założonej przeze mnie pierwszej magicznej granicy,
kombinacji cyfr od dawna nie do pokonania.
(Tych granic jest jest pięć).
Poczułam klepnięcie w ramię i głos ” Cała naprzód”.
Idę więc coraz bardziej tanecznym krokiem
ku dżinsom o rozmiar mniejszym.
Jeszcze trochę i ściągnę te,
które mam dziś na sobie
bez rozpinania guzika,
niech zlecą ze mnie ku chwale przyszłości.
Postanowiłam sukcesywnie wrzucać do kontenerów
wszystkie za duże ciuchy,
tak by nie mieć do nich powrotu.
Zostawię na ciężką pamiątkę jedną rzecz,
oprawię ją w grube, srebrne ramy
i powieszę nad łóżkiem,
ku ostrożnej pamięci!
(Co jakiś czas mierzę mój ulubiony żakiet
pozostawiony z dawnych czasów,
jest jeszcze o wiele za mały,
ale pewnego dnia nadejdzie ten dzień,
gdy odzyskam go dla siebie).

Wstałam o szóstej rano, po krótkim, acz mocnym śnie.
Dostałam śniadanie do łóżka i świetną latte.
Lipa za oknem nadrabia zaległości,
otulona zieloną mgiełką
za kilka dni będzie mieć już liście.
Zabieram się do roboty,
mam zamiar szybko umyć okna w salonie
i całe moje łososiowe szkło,
czy tylko ja tak mam,
że w niedzielę najlepiej mi się sprząta?
Poświecę temu dwie godziny mojego życia,
a potem będę oddawać się przyjemności niedzieli,
jedziemy za miasto, popatrzeć na inne niebo!
Miłego dla Was!
Li.


Słoneczny czwartek, a ja uwięziona przy biurku!

18 kwietnia, 2013

Dopadła mnie szara, skrzecząca rzeczywistość,
uciekam jej, ale ona na niedozwolonym dopingu
przegania mnie pod koniec każdego dnia
i wysysa jakąkolwiek chęć do życia.
Mam bardzo dużo pracy,
poświęcam się jej niechętnie,
bo przez nią nie ma mnie tutaj,
ale z drugiej strony
mam za co żyć.
Ech, te wieczne wybory…:)
A na maile postaram się odpisać w weekend,
(hm, z dużą dozą prawdopodobieństwa,
plany weekendowe mam ślubno-towarzyskie).
Miłego czwartku!
Li.


Wspólnota jednej miski.

15 kwietnia, 2013

zgoda

Zgodnie jedzące koty to przykład płynący z góry.

Myślałam po raz kolejny o rzuceniu blogowania.
Bo czego ja w związku z nim nie doświadczam,
dostałam nawet- i tu byłam naprawdę zdumiona-
napisany na papierze, pismem ręcznym
anonim zaadresowany do miejsca mojej pracy.
O mailach na mój temat rozsyłanych w necie nawet nie wspomnę,
niektórych poznaje się nie po tym jak zaczynają,
ale jak kończą.

Te trzy kropeczki są grubą kreską,
bo nad sprawami, które są już za mną
i na które nie mam wpływu przechodzę do porządku dziennego,
starając się do nich nie wracać.
A to, że ludziom chce się marnotrawić swój czas roztrząsywaniem, obgadywaniem, tworzeniem mitów mnie nie obchodzi.
Ilość osób mi niechętnych i tak nie ma wpływu na moje życie.
(A niech ich będzie i milion dwieście).
Ale za to ilość osób stojących
po tej samej jasnej stronie życia co ja,
wzbogaca je, koloruje
i niesie za sobą przyjemność kontaktów.

Dziś jest poniedziałek,
nareszcie wypiłam pierwszą wiosenną kawę,
ułożyłam sobie pracę w zgrabny stos,
życie znowu jest piękne,
cieszę się na tę wiosnę, bo gdy minie,
to będziemy po maturze!
(Jakoś tę presję maturalną odczuwam osobiście:)
Li.
PS. Po weekendzie spędzonym w knajpach
(grzeszyło się, niestety)
waga zrobiła mi dziś przykry numer
i pokazała 40 dkg więcej.
(I to przed jutrzejszą wizytą u lekarza, psiakostka!).
Ale nie żałuję, bo to był świetny weekend,
życie od czasu do czasu
musi być zdominowane przyjemnością!

W związku z powyższym motto na dziś:
„Wieloryby pływają cały dzień,
jedzą tylko owoce morza,
piją wodę, a i tak są grube”.


13.04.13

13 kwietnia, 2013

Wczoraj przyjechała na weekend aurora,
poszłyśmy na kolację z aLusią, śmiałam się tak,
że dziś jest 20 dkg mniej!
Zaczynamy  urodziny mojej Gusi.
14-te!
Guśka jeszcze śpi, a my zbieramy się po cupcakes,
zostały obiecane razem z bezkofeinowym latte do łóżka.
Życzę Wam miłej soboty, spokoju świętego
i słońca włażącego przez czyste,
umyte przez niewidzialną rękę okna:)
Li.
PS. Aurora odmówiła bycia na diecie.
Muszę kupić szynkę, boczuś i białe maślane bułki.
Ech:D


Znowu o niediecie.

12 kwietnia, 2013

Wczorajszy masaż wyrwał mnie z trzymającego mnie ostatnio w szponach bezsnu. Zrelaksował i uspokoił.
Padłam bez przytomności i przespałam całe sześć godzin,
to tygodniowy rekord.
Och, masować się tak codziennie!

Ale ja nie o tym:
w celach motywacyjnych dostałam maila, którego fragmenty przytaczam (za zgodą autorki oczywiście):

Droga Moniko,
cierpliwie czekalam na skany i potwierdzenie,
ze „to” ( zgadywalam „co” ? ) dziala. :-) …
Od dwoch lat jestem na „niediecie” .
Wystartowalam z waga 121 kg, dzisiaj rano moja „elektroniczna ladacznica” pokazala mi z usmiechem 63,4 kg :-) .
Mozna, sama nie wierzylam , ale mozna sie ( prawie )  „spolowic” !
I mowie CI glosno : WARTO !
Zyje znowu kobiecoscia, mimo, ze nie raz klocilam sie z swiatem, ze grubasy sa „przytulniejsze” . ;-)…
We wtorek mam termin u chirurga plastycznego,
to jedyny skutek uboczny calej diety :
wszystko wisi… ( absolutnie wszystko ! )  ;-)…
Dlugo potrzebowalam, by sobie na to pozwolic…
i zdecydowac, ze jesli powiedzialam A , to chce byc „piekna” i przez duze „P”.
Bardzo sie boje…,
dlatego jedna mala przestroga : sluchaj grzecznie Pani Dietetyk i nie spiesz sie … z rzucaniem kazdego kg, cierpliwosci.
Nie znalazlam na jej poleceniach sportu, a jest BARDZO wazny… !
Motywacja niestety nie bedzie ciagle stala … ;-) ,
cialo to sprytna konstrukcja, dojdzie do momentu, ze zacznie „przegadywac” glowe…,
w obronie wlasnej… :-) …,
jesli w takim momencie bede mogla ci pomoc :
krzycz…. …
Ps. … juz kiedys sie kontaktowalysmy w sprawie prezentu dla Joanny.
Czytam, nie komentuje, bo nie lubie maczac palcow…w bagnie,
(ostatnie znowu dalo do myslenia : dlaczego niektore nicki ciagle jeszcze udaja ludzi…;-) )
Z szacunkiem :-)
i pozdrowieniami
C.

Odpisałam i dostałam drugiego:

sorry, ze dopiero teraz odpisuje, ale siedze jeszcze w pracy…,
podziwiaja i pochwalaja mnie prawie wszyscy… :-) … ,
coraz czesciej i zazdroszcza mi ludziska
(ucze sie dopiero z tym obchodzic)
na wszystkich frontach, wiec dlaczego i nie na blogowisku… ? :-)
Pisz co chcesz…., juz od dawna darze Cie moim ( blogowym ) zaufaniem…
Bede zaszczycona stac sie „bohaterka” Twojego bloga. :-) …
Zdjecia nadesle pozniej, ( wieczorem, w nocy jak mnie wypuszcza z stad…na czas… :-) …),
ale tych, prosze nie wystawiaj…, te beda tylko dla Ciebie, ok ?
Sport : codziennie biegam/ chodze w parku.
Minimum pol godziny, niezaleznie od nastroju czy pogody…
Dodatkowo troche …, nieregularnie : zumba, joga, areobic…
Probowalam z napalonymi ( na stracenie 2-5 kg ) kolezankami,
ktore nigdy mi nie dotrzymaly dlugodystansowo towarzystwa,
wiec zdecydowalam, ze najlepiej mi samej…
Nie moglam sie nigdy przemoc na urzadzenia fitnesu,
na budowanie miesni…i tych mi „troche” brakuje,
ale operacja plastyczna nadrobie… :-)
(zetna mi ” tylko” skore z brzucha i moze wypelnia cycki ) …,
Po OP zajmne sie i innymi miejscami, ktore naciaga niemilosiernie
grawitacja… ;-)
Kocham park, na swiezym powietrzu…, w ciszy wlasnego oddechu…, czy ulubionej muzyce.
Wczeniej nie do pomyslenia, bym zawlekla tam swoja dupe… ! :-) …,
teraz mus…wewnetrzny… :-) …,
chwila dla siebie…i …
spojrzenia facetow joggujacych mi naprzeciw
(zawsze biegam pod prad ;-) ,
sama nie wiem dlaczego ) :D…
po 20 latach chowania grubej dupy w domu, uczucie : BEZCENNE ! :) …

Odezwe sie…, wieczorem….,
jeszzce teraz mnie znowu ganiaja, nie umie
sie koncentrowac…nad pisaniem…
(a ja juz kiedys wspominalam, ze u mnie z polska pisownia nie jest
najlepiej, ja jestem tylko po dwoch klasach polskiego liceum ;-) …i to
bylo …bardzo dawno temu…, wiem, ze wybaczysz mi bledy … :-) … ) …
Ps. do info ( moze sie przydac do notki :-)) :
mam 43 lata ( wiec troche ponad wiek balzakowski ;-) … ) …,
rodzilam,
pracuje…
mam dom na glowie…,
gotuje dla rodziny i gosci… ( bo uwielbiam gotowac :-) ) …
i mam …problemy jak kazdy… :-) …
A DALAM RADE !
I WIEM, ze TY TEZ DASZ !
Calusy…
C.

Odpisałam i dostałam dwa zdjęcia. Powiem Wam- SZOK!
Fata pozwoliła mi je umieścić, musiałam tylko obciąć głowę (z przykrością:):

motywacja 2
motywacja

Droga Moniko,
przesylam obiecane zdjecia…
Sa okropne,znalazlam je na szybciocha…,
przycielam byle jak…
i wysylam …bys mogla : wierzyc ! … :-) …
i sie motywowac…

brzydzilam sie cale lata ogladac sie na zdjeciach…,
dlatego nie robilam prawie zadnych…,
to jedno ( stare ) … dostalam w prezencie pod ostatnia choinke od mojej bratowej …,
ktora gdzies tam je wygrzebala…
(nie wiedzialam nawet , ze zostalo mi zrobione,
jakies dobre 4 lata temu ) …
sprezentowala…, pelna podziwu
(mieszka daleko…, i sama byla zaskoczona tak ogromna metamorfoza ;-)…)
bym mogla miec porownanie…i satysfakcje … :-)

Nowe zdjecie zrobine jest pare dni temu…
(wychodzilam na impreze :-) ) …
Jak szczeniara, przed lustrem, z komorka… ;-)… : D …, wyobrazasz sobie ?
– Wstyd w moim wieku… ;-) …
( ale jak dobrze robi ! uhhhmmm ! )
Zaczynam lubiec na siebie patrzec… :-)…,
Zmeczona jestem,
Powiem juz dzisiaj : dobranoc…
caluje…
C.

No moje Drogie, czytajcie niedietę, pytajcie i do roboty!
Dowód skuteczności jest niezbity:)
Li.


Niedieta.

11 kwietnia, 2013

Nadejszła wiekopomna chwiła,
co oznacza że po okresie burzy i naporu zaświeciło słońce
i oto wyszła z cienia bohaterka moich ostatnich 38 dni.
(Panie z sąsiedztwa,
które mnie tak bardzo nie lubią,
też serdecznie zapraszam do lektury,
bo choć faktem notoryjnym jest ich niezwykła uroda,
gibkość i wąska talia,
to na wszelki jednak wypadek…:)))

Od razu przyznam, żeby nie było na Krzysia-
skany umieścił już wczoraj,
ja miło z nim gawędząc zatarłam ręce,
usiadłam do pisania ,
a tu dramatyczne wezwanie Młodszej
z cyklu „Mamaaa, przytul mnie przed snem”,
spowodowało emigrację na piętro,
wejście (w zamyśle chwilowe) pod ciepłą kołdrę,
przytulenie przemiłego ciałka…
skutek był wiadomy
i zupełnie nie rozumiem dlaczego myślałam,
że tym razem będzie inaczej.
Ale pocieszam się (masując zdrętwiały kark),
że sen to zdrowie,
nawet na pojedynczym łóżku z IKEA),
z dzidziusiem o długości 1,80 cm.
Tyle przydługiego wstępu,
i dozowanie napięcia musi mieć swój kres.

Krzyś zrobił nową zakładkę, spójrzcie nieco wyżej,
pod tytuł bloga- zakładka „Niedieta”.
Będę uzupełniać tam treść na bieżąco,
wrzucać przepisy (Wasze też) i chwalić się wynikami:)
Na dzień dzisiejszy jest dokładnie
minus sześć kilo i pięćdziesiąt deko.
Jem inaczej od 2-go marca 2013 roku.
Najtrudniejsze było zmuszenie się do jedzenia
i pilnowanie godzin posiłków.
Ale już wpadłam w rytm, czego i Wam życzę!

A póki co, miłego dnia.
Li.


PS.

7 kwietnia, 2013

Prawda zwyciężyła, można poczuć satysfakcję, ale ma ona gorzki smak.
Skopiuję oświadczenie Eksmisji, opublikowane u niej na blogu,
żeby zostało tu u mnie na lata jako świadectwo,
że internet wcale nie jest anonimowy, że nie można bezkarnie oszukiwać ludzi dobrych i wrażliwych, że wyrządzono wielką krzywdę naprawdę potrzebującym pomocy, bo zwyczajnie poważnie nadszarpnięto zaufanie.
Ale ufajcie, ufajcie!
Tylko rozważnie i nie bezkrytycznie.
I na tym kończę jakiekolwiek zajmowanie się tą przykrą sprawą.
Oko pomalowane, grzywka idealna, idę na miłe spotkanie w kawą w tle, spokojnej niedzieli moi Kochani,
dziękuję za zaufanie jakim mnie obdarzacie
i niewątpienie w słuszność
przynajmniej niektórych moich poczynań :))

Ostre, Viki, Joasia, Aneta i inne Niestrudzone Tropicielki niegodziwości-przybijcie piątkę:))

I jeszcze jedno: zbieżność nazwisk Moniki „Majki”Markiewicz
i Magdy „Kseny” Markiewicz jest absolutnie przypadkowa.
Magda bardzo potrzebuje naszej pomocy, bardzo!
Za nią ręczę. I gorąco proszę o nawet najmniejsze wpłaty.

Li.

……
Oświadczenie                                                                                        Bydgoszcz 7.04.2013

 Pewnie większość jak nie wszyscy z Was odwróci się ode mnie po przeczytaniu tego. Nie wiem czemu tak się stało….jestem chora ale moją chorobą nie jest rak tylko coś czego nie wiem… Wmówiłam chorobę sobie, wmówiłam mężowi że jestem chora, bliskim, przyjaciołom, całe ostatnie lata żyłam chorobą. Utożsamiłam się z nią tak, że odczuwałam ból, czułam potrzebę współczucia… Utożsamiłam się tak bardzo, że zaczęłam kłamać… a potem już nie wiedziałam jak z tego wyjść… Największą ofiarą całej mojej „choroby” jest mój mąż…. bo nie wiedział nic, cały czas był przekonany, że jestem chora…, tak nauczyłam się z tym żyć… tak działać…. nie ma sensu opisywać szczegółów…. Nie chciałam nikogo skrzywdzić…. ale tak się stało. O suplementach o których pisałam, czytałam naprawdę i naprawdę te suplementy kupowałam, brałam, bo przecież były mi potrzebne… Może przez to dla domowników byłam bardziej wiarygodna… wydawało mi się że wychodzą mi włosy, więc ogoliłam głową, czułam że jestem chora, tylko nic tego nie potwierdzało… Dziś wiem, że to był inny rodzaj choroby – choroby psychicznej – bo jak to inaczej wytłumaczyć…. Wiem że odwrócą się od mnie wszyscy i bliscy i dalsi….ale powinniście odwrócić się tylko ode mnie bo mój Mąż o niczym nie wiedział, zresztą dzieci też nie… To jak bardzo zidentyfikowałam się z chorobą sprawiło, że zaczęłam pisać bloga… posty o moim Mężu, o dzieciach były prawdzie, przeplatałam je tylko moją „wmówioną chorobą”. Pieniądze ludzie zaczęli sami oferować… na początku odmawiałam…każdy ciągle mówił o wsparciu finansowym nas, ktoś już nie wiem kto z znajomych, namówił mnie na napisanie apelu…nie potrafiłam z tego wybrnąć. Marek był przeciwny…. cały czas powtarzał, że damy sobie radę…. Z każdej zbiórki jednak bardzo szybko się wycofywałam…czasem za późno. …. O tym, że Fundacja może mnie wziąć pod opiekę dowiedziałam się od moich znajomych, którzy sprawdzili, że jest to możliwe. Koncerty były organizowane za moją wiedzą. Oni też mi zaufali – na wyrost. Nie potrafiłam z tego wybrnąć. Mój mąż wierzył w moją chorobę, ubyło mu przez to co najmniej 5 lat, nabawił się schorzeń kręgosłupa, nie raz nosząc mnie na rękach. Każde badanie, o którym mu mówiłam bardzo przeżywał, ale zawsze robiłam tak, że „niby badania” miałam wtedy kiedy on ciężko pracował. Stracę przyjaciół – taka jest cena wmówienia choroby…. ktoś zapyta dlaczego ?? Nie wiem, któregoś dnia po prostu zaczęłam się źle czuć, bolały mnie węzły głowa. Poszłam do lekarza…lekarz wyczuł powiększone węzły, były jakieś tam podejrzenia….a ja uwierzyłam że mam nowotwór i tak zaczęłam z nim i jego przerzutami żyć. Pieniądze, które zebrałam na pomoc namawiając do tego nieświadomego męża sukcesywnie oddamy co do złotówki każdemu kto wpłacił na konto. Poddam się także terapii psychiatrycznej aby nauczyć się żyć bez udawania choroby. Pewnie tego nie zrozumiecie ale „choroba” naprawdę mną zawładnęła…. odczuwałam bóle, zawroty, omdlenia…słabości…. Marek… milczy na ten temat. Widzę, jak jest zawiedziony. Mówi tylko, że musi zadbać, żeby dzieci nie odczuły skutków tej sprawy. Może terapia wyjaśni dlaczego i jaka jest tego przyczyna – ja Was z swojej strony przepraszam… Nic więcej nie ma sensu mówić….. Proszę Was o wybaczenie, może zrozumienie… może znajdą się ludzie, którzy umieją wybaczać i dawać drugą szansę…

Monika Markiewicz „Majka” Autor: 趕出 – z chińskiego Eksmisja o 11:29 

 


Czym jest sprawiedliwość według kota?

7 kwietnia, 2013

Sprawiedliwość jest wtedy,
gdy na zdjęciu jest tyle samo Szarego co Bobcia.

sprawiedliwie
Li.


Eksmisja Eksmisji. Przynajmniej stąd.

6 kwietnia, 2013

Ludzie kochane, basta!
Podejrzewam, że gdyby w konkursie na bloga roku
była kategoria „blogi aferyjne” to zajęłabym pierwsze miejsce,
oczywiście dzięki głosom moich wiernych trolli, prawda?
I wcale nie dziwi mnie to, że  niektórzy tak łatwo przechodzą do porządku dziennego nad sprawami brudnymi, nad oszustwami,
nad złem, podłością i ludzką chciwością.
Bo to dla nich stan normalny.
Na szczęście obok niektórych, są jeszcze którzy!
I Ci nie odpuszczają, bo dzięki nim świat jest lepszy.
Niech więc żyje odwaga, dociekliwość i sprawiedliwość.
A to co myślą o mnie takie Lidki
i jej podobni mam głęboko w mojej coraz mniejszej dupie.
Mam nadzieję, że zabrzmiało to wystarczająco lekceważąco:D

Ech, sobota oczywiście najpierw została dokładnie rozplanowana,
a potem było jak zwykle.
Czyli przeniosłam rozliczne plany na niedzielę,
a teraz mam zamiar oddać się relaksowi,
życie jest takie jedno i takie piękne.

Muszę brać przykład z Szarusia, ten kot wie co to znaczy wygodna pozycja:

Szar

Bobcio też świeci przykładem:

Bobi

Byłam dziś z moimi dziewczynami na obiedzie w fajnej knajpce,
za rogiem widziałam wiosnę,
będzie dobrze.
Dziękuję Wam, że jesteście!
Li.


Jestem beznadziejną blogerką, bo…

5 kwietnia, 2013

… mało mię, mało.
Ale wrócę, takie jak ja zawsze wracają do swoich ulubionych miejsc.
Chwilowo nabieram niezbędnego dystansu i porządkuję realne sprawy.
Potrzebuję tego oddechu od internetu,
bo tu czasem jest większe bagno niż w realu,
a mnie  chce się  chodzić po czystym, nadmorskim piasku,
a nie brodzić w błocie.
Nie odpisuję na maile, bo na razie naprawdę nie mam czasu,
ale Krzyś obiecał mi wrzucenie skanów na bloga.
Może uda się w weekend.
A mój nowy system żywienia działa bez zarzutu,
po chwilowym i jakże przerażającym zastoju wagi,
dziś jest równe minus sześć kilo. Zaczęłam 2-go marca.
16-go kwietnia mam drugą wizytę w lekarza i bardzo się na nią cieszę.
Nareszcie jakiś sukces w moim ciągu życiowych porażek:)

Piszecie do mnie ciekawskie maile z pewnym pytaniem o pewnego bloga.
Nie chce mi się uczestniczyć w kolejnej aferze,
więc powiem Wam tylko tyle,
że pewnego dnia dostałam mailem
porażające i trudne do uwierzenia informacje,
na temat pewnego blogerki udającej, że ma raka,
przekazałam je komuś dociekliwemu,
bo zainteresowanemu jej sposobem leczenia,
a ten ktoś zrobił użytek ze swojego rozumu
i przeprowadził małe dochodzenie,
potwierdzające niestety fakt oszustwa.
Przy okazji stwierdzam,
że jednak rzeczywiście czyta mnie cały świat,
w tym ludzie z Bydgoszczy.
Bomba wybuchła więc niejako za moimi plecami,
ale jest to bomba, która może wyrządzić wiele zła,
bo może podkopać zaufanie do innego,
naprawdę chorego człowieka,
który bardzo potrzebuje pomocy.
Apeluję więc- pomagajcie, ale też sprawdzajcie.
Dziś każdy może założyć sobie bloga,
zachorować na nim na raka, żerować na współczuciu,
fałszować dokumentację medyczną,
wyłudzać pieniądze,
a teraz w panice kasować wszystkie swoje ślady w sieci.
Dno i wodorosty.
Pomagajcie, ale rozważnie, ludziom uczciwym.
A takich i bardzo potrzebujących pomocy nie brakuje-
u mnie w linkach jest Magda-Ksena, Gosia i Precel,
u Ani M.- Gabinka.

Nie można nie pomagać, ale nie dajmy się oszukiwać.
Ściskam Was mocno, za oknem zima,
wpadłam w Dzień Świstaka:)
Li.


Usprawiedliwienie:)

25 marca, 2013

Ludzie kochane, o nikim nie zapomnę,
nie piszcie do mnie drugi raz, bo się pogubię:)
W piątek wieczorem wysłałam ok 50 maili
(mój optymizm dostał po nosie)
i zostało mi zaledwie 200.
Ale nowe doszły w sobotę i niedzielę,
nie mówiąc o tym, co dziś zastałam w skrzynce.
Bardzo się z tego ciesze, ale dramatycznie nie mam czasu
bo było tak:
1. sobota: wstałam zbyt wcześnie, zrobiłam się na „jako tako”
i pojechałam na lotnisko po mojego gościa z Włoch.
Spędziłam przemiłe trzy godziny i odstawiłam gościa na samolot.
Ech, łza się w oku kręci…
Potem pochłonęły mnie zajęcia domowe i sen.
2. niedziela: rano goście na kawie,
a potem narastający koszmarny ból głowy,
znowu odezwał się mój Obcy- wiadomo-kumulacja stresu,
zmiana pogody i wolny dzień
– to trio jest niezawodne.
Straciłam cały dzień w koszmarnym półśnie,
nic nie zrobiłam,
tylko jęczałam.
(Jeżeli spadek wagi ma spowodować kres tego wykańczającego mnie nadciśnienia, to mam jeszcze większą motywację).
A za chwilę wyjeżdżam- jadę do Łodzi, będę tam do późnej nocy,
może ma ktoś ochotę na kawę? :)
Z kronikarskiego obowiązku donoszę, że dziś przekroczyłam,
sama nie wiedząc jak granicę 5-ciu kg.
Po 23-ch dniach.
Trudno mi w to uwierzyć,
skakałam jak dziecko z radości.
Nie robię nic specjalnego poza tym,
że ściśle stosuję się do wskazań lekarza.
To nie jest żadna dieta-cud!
Niektórzy z Was piszą mi o tym, że w krótkim czasie muszą zrzucić
15 kg, że ślub, chrzciny, komunia i kto tam wie co jeszcze.
To nie tak!
Tu trzeba zmienić cały system jedzenia,
pilnować przerw pomiędzy posiłkami,
ważyć węglowodany i białko
i nie spodziewać się spektakularnych efektów,
ale za to te wolniej przychodzące będą trwalsze!
Mój lekarz uważa, że u mnie idzie to za szybko
(haha, ja jestem przeciwnego zdania).
To ma być slow odchudzanie, ale
dżinsy wiszą mi na tyłku i o to chodzi!
Ściskam Was wszystkich mocno, czuję brzemię odpowiedzialności
(„Li! jesteś moją ostatnią nadzieją!”),
ale mam też niestety inne nie cierpiące zwłoki sprawy.
Te 50 maili zajęło mi dwie godziny, choć to było zwykłe kopiuj-wklej.
Tylko, że do tych co ich znam,
skusiło mnie, by napisać parę słów ponad wzór…
i już wpadłam w niedoczas.
Ad rem- wracam dziś w nocy, pewnie będę padnięta,
ale jutro też jest dzień,
wszyscy po kolei dostaną ode mnie maila, proszę o cierpliwość!
Nie umiem umieścić skanów na blogu,
a tak by było najprościej.
Miłego poniedziałku!
Li- której jest o 5 kilo mniej, co za strata :D