Od jutra ma być zima ze wszystkimi jej konsekwencjami.
A ja ciągle nie posprzątałam tarasu,
smętnie wiszące badyle rzucają mi się w oczy za każdym razem,
gdy wchodzę na górę.
Coś czuję, że będzie jak zwykle-przeniosę
sprzątanie na wiosnę i poczekam na przyjazd aurory.
Ale za to będę mieć bajeczny widok śniegu na badylach.
Jak w Narnii.
(Sztukę interpretacji zdarzeń i następstw braku zdarzeń
mam opanowaną po mistrzowsku:)
A co na to Lec?
Nigdy się nie cofał. Odwracał się i szedł naprzód!
Zasadniczo nie mam czasu na bloga,
bo ogólnie popadłam w duży niedoczas,
ale to jak zwykle chwilowe, jak zwykle.
A co tam u Was?
Dajecie radę?
Walczycie?
A co na to Lec?
Skąd się wziął sens, jaki wkładamy w ten cały bezsens?
Li.
PS. Precel trochę nam spada, potrzebuje większego poparcia,
tradycyjnie więc piszę,
że kto nie klika ma zakaz czytania mojego bloga :P
Wchodzimy tu, czytamy świetny post,
a na jego końcu jest pomarańczowy baner- klik, a potem następny klik.
Tylko tyle!
Bardzo Was proszę, bardzo.
Przelotem.
29 listopada, 2012Tydzień dzieci ma siedmioro. Dlaczego tak dużo?
28 listopada, 2012Obudziłam się przekonana, że jest czwartek.
Czwartek, a sprawdziłam to w wykańczający poniedziałek,
dawał mi możliwość poleżenia w łóżku do dziewiątej.
Wczoraj był wtorek i chyba jeszcze wczoraj o tym pamiętałam,
ale gdzieś w nocy umknęła mi środa-co-urody-doda,
ha, teraz przynajmniej wiadomo, dlaczego wstając w czwartek
skrzywiłam się widząc swoje odbicie w lustrze.
Nie miałam środy!
Środa jednak przypomniała mi o sobie krótkim telefonem.
Panika w środę, gdy leżało się czwartkowo,
podniosła mi ciśnienie i od razu zapragnęłam,
by był już piątek, nawet za cenę przyspieszenia czasu,
którego wcale nie mam tak dużo.
Marzę o dojściu do granicy,
za którą nie będę musiała sprawdzać w kalendarzu,
w którym jestem dniu tygodnia.
A i tak najbardziej lubię piątkowe popołudnia z ich planami na weekend,
z których z reguły wiele nie wychodzi,
ale za to jest przyjemnie.
Li.
W gruncie rzeczy jestem cholernie z niej dumna, co tam drzwi do wymiany!
27 listopada, 2012Odebrała dziś prawo jazdy.
Na dobry początek pojechałyśmy 30 km za Kraków,
gdzie miałam do załatwienia pewien interes.
Została w aucie, nudy na pudy, więc postanowiła przeparkować.
Zarysowała o bramę lewe, tylne drzwi, są do wymiany.
Czekała na mnie, przerażona.
Wyśmiałam przerażenie, ilość otarć, rys, dziur i wyrwanych zderzaków
na przestrzeni lat uodporniło mnie na takie zdarzenia.
Auto ma jeździć, być na gwarancji i nie zawodzić.
Resztę, w tym sprzątanie mam w głębokim poważaniu.
(I tu wiem co nastąpi- aurora zapewne przypomni światu,
że kupiła ode mnie hondę, nie widząc jej na oczy,
a kolor lakieru odkryła dopiero po gruntownym umyciu.
Ale czyż nie jest to cudowne auto, moja droga?;-)
Przeżyłam podróż, przeżyłam nawet wejście z impetem w pewien skręt,
trochę mokrej nawierzchni i leżałybyśmy w rowie,
w najlepszym przypadku.
A teraz zabrała auto i pojechała na Kazimierz.
Żeby pokazać pewnej koleżance.
Umowa jest taka- jak rozwali, więcej nie dostanie.
Jutro mam rozprawę poza Krakowem i się wkurzę.
Ale jak nie rozwali, to będę mieć problem z zabraniem jej kluczyków.
Dzieci tak szybko dorastają, niedawno jeździła na różowym rowerku,
nie mogę się nadziwić, że to już!
Li.
Kolejne rozstanie? Ależ to banalne…
27 listopada, 2012Wtorek-potworek zaczął się telefonem głośno krzyczącym.
Kolejny związek bliskich mi ludzi
cisnął sam siebie o kamienną posadzkę,
rozpadł się na kawałki
i rozsypał w kierunkach pełnych żalu i pretensji.
Sama ich nie skleję, mogę tylko otrzeć łzy.
I napisać: ludzie! Dlaczego to sobie robicie?
Pachworkowa rodzina, jego dzieci, jej dzieci, ich dzieci,
symbioza, silne więzi, koty, psy
i księżyc latem nisko wiszący nad pięknym domem.
Co mogę zrobić? Nic.
Tylko poprosić-szukajcie, aż znajdziecie.
Prawdziwa miłość nigdy nie odchodzi daleko,
ona tylko ukrywa się głęboko za sercem
przed brakiem wspólnego śmiechu,
przed pustymi, raniącymi słowami,
przed jadowitą niechęcią i trującą złością,
z których tylko jeden związek chemiczny dalej do toksycznej nienawiści,
zawsze gotowa wrócić na swoje miejsce,
gdy tego bardzo się pragnie, gdy da jej się ciepło,
dobre słowa, poczucie bezpieczeństwa,
gdy schowa się swoje wybujałe ego,
gdy popatrzy się na siebie bez złości,
z uśmiechem, z uśmiechem,
gdy widzi się rodzinę.
A to była prawdziwa miłość, asystowałam jej- więc wiem.
Li.
Na tytuł zabrakło zasilania.
26 listopada, 2012Wymencył mie ten poniedziałek,
ale przecież nie będę pisać o tym, że jestem kompletnie wycięta,
jak jodła na Święta.
To nie po linii partii, wolę wersję o chwilowej przerwie
w dostawie energii,
awaria zasilania zdarza się najlepszym systemom.
A to wszystkie przez zachwiane proporcje- wczoraj absolutne lenistwo,
dziś absolutny zapieprz,
czasem słońce, czasem deszcz.
Starsza zrobiła mi kawę, wyrywając tym samym dobie
jeszcze trochę czuwania i kiwania się na kanapie,
nie wiadomo czemu i komu służące.
Postaram się więc zrobić coś pożytecznego-
owijam się puszystym kocem, biorę w prawą dłoń pilota od tv
i nareszcie mam dziś pożytek z posiadania ogromnej, przytulnej kanapy.
Mhmmmmmm…
Kto ma ochotę położyć się razem ze mną?
Tylko, żeby nie trzeba było gadać…
:)
Li.
O niczym, a to o życiu właśnie!
25 listopada, 2012Zrobiłam sobie na sobotę plan.
Był krótki, acz z obszernym zakresem działania.
Stwarzał wielkie niebezpieczeństwo braku wykonania,
a co za tym idzie poczucia porażki.
Mam jednak świetny sposób na podniesienie wskaźnika realizacji,
mającego wpływ na podniesienie wskaźnika samozadowolenia.
Otóż należy poszczególne punkty rozbijać na punkciki.
Tym samym ogólny punkt: „sprzątanie”, rozbity na salon,
kuchnię (chwilowo zapominam, że mam kuchnię w salonie),
sypialnię, osobno każdą łazienkę, osobno toaletę,
osobno schody, osobno hol na górze, na dole, taras
(pokoi dzieci nie tykam, to mój jedyny sukces wychowawczy w tej materii),
osobne mycie łososiowego szkła, itp
rozmieniony na drobne w każdym wypadku daje „jakąś” realizację planu.
W moim dał aż 70 %.
Popławiłam się w poczuciu sukcesu
i poszłam wieczorem na świetną imprezę.
Spałam do późnego przedpołudnia.
Najważniejsze to być w zgodzie z samą sobą,
a z resztą dam sobie radę.
Bo gdy nie tracę energii na walkę ze swoim największym przeciwnikiem,
moim wewnętrznym „ja”, gdy staram się
pogodzić wygórowane oczekiwania z kompletnym brakiem ochoty,
gdy nie mam wyrzutów sumienia, że przez pięć godzin
leżałam w łóżku i czytałam książkę,
a pranie też w tym czasie leżało, to jestem silniejsza,
szczęśliwsza i mam ochotę na życie.
A teraz całkiem spokojnie wypijam drugą kawę,
wzięłam tabletki, zagłosowałam na Precla,
idę do wanny zanurzyć się w pachnącą pianę,
dzieci jeszcze śpią, pies też,
koty już czekają w łazience,
zawsze asystują mi przy kąpieli ze wzrokiem utkwionym w pianę.
Bobcio nawet zanurza w niej łapkę,
mając za każdym razem ten sam zadziwiony wyraz oczu.
Ot, leniwe niedzielne przedpołudnie, gdzie ustawowo
wolny dzień wymusza ściągnięcie nogi z gazu
i bez trudu usprawiedliwia cudowne dolce far niente.
Czego i Wam życzę,
Li.
Dzień wcale nie jak co dzień.
23 listopada, 2012Wstałam rano, usiadłam nocą.
Jestem po 15-tu godzinach nieustannej pracy.
Pranie w pralce już drugi dzień, pies długo nie wybaczy mi suchej karmy,
zamiast zmieszanej z kaszą perłową piersi kurczaka,
koty opędzam tuńczykiem w puszce,
stos talerzy płonie ze wstydu nieumycia,
zmywarka sama nie chce się rozładować,
a na brudnym oknie wisi przylepiony starannie taśmą
list do św. Mikołaja.
Zobaczmy co my tu mamy…
Na początku-przyznaję-dałam się nabrać:
„Drogi Mikołaju!
Nie wiem, czy w tym roku byłam grzeczna…
No, już Ty to ocenisz.
W tym roku za moją grzeczność-niegrzeczność
chciałabym piękne Święta. Takie naprawdę piękne.
Z piękną choinką, z goździkami wbitymi w pomarańcze…
Potem, po zmiękczeniu Mikołaja przeszło się do meritum:
Chciałam, żeby ten list był piękny, ale mi nie wyszło, bo przecież nie umiem ładnie pisać.
Jeśli nie wyjdą Ci magiczne Święta, to w zamian chciałabym dostać:
The Sims 3-Cztery pory roku, zegarek albo torebkę,
perfumy oraz książkę z listami Lennona.
Mam do czynienia z mistrzem negocjacji- teraz trzeba pokazać,
że się wie, że Mikołaj jest obciążony ponad miarę,
ale znalazło się rozwiązanie:
Jeśli to dla Ciebie za dużo kochany Mikołaju,
to ostatecznie możesz szepnąć słówko Aniołkowi.
Ale od Aniołka na 1289034697% chciałabym dostać torebkę nową,
jakiś milusi sweterek i chyba tyle.
Nadszedł czas na lekkie zagubienie:
Ale Ty jesteś Mikołajem, więc co Cię interesuje Aniołek,
nie wiem po co to piszę…
Moment na wprowadzenie elementu rywalizacji
pomiędzy Mikołajem, a Aniołkiem:
W sumie mogłabym dostać też słuchawki, ale nie wiem od kogo z Was.
Niezbędny element troski:
Czy to nie za dużo kochany Mikołaju?
Co roku umieram ze śmiechu,
moja Młodsza da sobie radę w życiu, oj da!
Li.
Wierna Czytelniczka.
21 listopada, 2012Listopad nic a nic nie rozczarowuje zaokienną mgłą,
brak śniegu natomiast usprawiedliwia jeżdżenie na letnich oponach.
Wymienię je, gdy nie będzie już kolejki,
szkoda mi czasu na stanie, gdy można w tym czasie siedzieć,
pisać bloga i pić dobrą kawę.
Fajny komentarz wpadł mi do spamu, zostawiam go tam,
nie ma dla niego lepszego miejsca, ale go przytoczę,
szkoda by te piękne słowa zostały tylko dla mnie.
„carnivale
koko@gazeta.pl
159.205.74.152
Wysłany 21.11.2012 o 7:26 pm
Jesteś najbardziej żałosną osobą jaką znam, ośmieszasz się koncertowo.
Zacznij myśleć przed puszczeniem w internet tych swoich grafomańskich wpisów w stylu “żegnajcie, zamykam, odchodzę”.
Mój 5-letni syn jest dojrzalszy
i bardziej zdecydowany od Ciebie.
Weź się w garść kobieto.”
Ojej, ojej.
A co na to Lec?
Cóż, jedni mówią o tym, że jest na poziomie, inni, że dno?
Obie strony mają rację, przy tej płyciźnie wszystko jedno.
Nie obchodzi mnie Twoje zdanie, kobieto.
Zajmij się swoim 5-letnim synem,
zamiast czytaniem mojego bloga.
Z pożytkiem dla obu stron.
Ucałuj synka od cioci
Li.
Paroles, paroles, paroles…:)
20 listopada, 2012Rzadko brakuje mi słów, ale tym razem tak jest.
Cisną się w kolejce do wypowiedzenia,
ale spuchnięte od wzruszenia i takich tam babskich emocji,
nie są w stanie opuścić gardła
i uciekają przez palce.
Gonię je szybko, by nie straciły ciepła i sensu.
Czuję się jak obrona Częstochowy.
W dodatku bronicie mnie przede mną samą.
Tak, zachwiana nagle w poczuciu własnej wartości,
chwilowo odarta z pięknej miłości własnej,
naga przed anonimowym tłumem
stałam się swoim własnym wrogiem.
Chciałam uciec, ale przed sobą nie ucieknę.
Jestem we mnie, cała jestem,
nawet gdy wystawię kawałek poza własną granicę,
to zawsze wracam do siebie.
Bo mimo wszystko kocham siebie miłością największą,
choć trudną, chimeryczną i krytyczną.
Często jednak się zapominam i puszczam beztrosko
sama siebie przed siebie, a wtedy życie jest piękne,
ja zawsze jestem piękna,
wcieram w siebie pachnący grapefruitami olejek,
i z ciekawością idę za róg,
gdzie zawsze czyha kilka nowych kierunków.
Dostałam od Was tak ogromny zapas energii,
że będę świecić niczym Słońce,
od czasu do czasu rejestrując-li i jedynie-
(nie)wielkie wybuchy z burzą magnetyczną w tle.
Absolutnie więc nie poddam się, nikomu i niczemu,
bo w porażce najwyraźniej jest mi nie do twarzy.
(Napisałam tę notkę specjalnie dla mojej ukochanej przyjaciółki,
by z wielką radością przegrać z nią skrzynkę wina).
:)
Li.
PS. Przypominam o głosowaniu na Precla :)
Iść- hen, na wrzosowisko i zapomnieć wszystko.
19 listopada, 2012Postanowiłam zrobić sobie przerwę.
Zawieszam więc bloga na haczyku, niech sobie powisi.
Jestem zmęczona i zniechęcona,
a nie jest to mój ulubiony stan.
Męczy mnie moje zmęczenie, smuci zniechęcenie,
muszę się zreanimować i nabrać niezbędnego dystansu.
Głównie do ludzi.
Bo to ludzie są moim problemem, nie widzę nicka,
tylko człowieka, nie dzielę życia na net i real,
dla mnie to jedna całość.
I gdy czytam bzdury na swój temat,
to czuję się jak czarownica palona na stosie,
parzą mnie słowa, bardzo mnie parzą.
Zaskakuje mnie ilość niechętnych mi osób,
przy czym niechęć rozpięta jest
od namacalnej wręcz nienawiści do zwykłego dokuczania.
Do czego jeszcze jesteście zdolni,
Wy- którzy- mnie -tak- wiernie -czytacie?
Bo ostatnio przeczytałam nawet i to,
że nie usiedlibyście ze mną przy stole,
z powodu mojego wyglądu
(a ja głupia, mam takie świetne samopoczucie).
Nie wierzę, że te wszystkie wpisy na forum „Ugotowanych”
są pisane przez przypadkowych telewidzów.
Nie wierzę w to, bo przecież po moim komentarzu
o złożeniu zawiadomienia o stalkingu
i po usunięciu przez tvn na moje żądanie kilkunastu wpisów,
jedna z tych osób zadzwoniła do mnie
(a znaleźć numer telefonu to żadna sztuka),
przeprosiła i przyznała się, że wpisywała się na forum-
tu podała pod jakim nickiem- mało oryginalnie- Barbara,
(te komentarze zostały już usunięte, były naprawdę wstrętne).
Przestraszyła się konsekwencji.
Powiedziałam, choć to było trudne, że jest ok,
doceniłam że zadzwoniła,
nawet miło nam się rozmawiało.
Ale jak się okazało- nie była szczera do końca-
nie przyznała, że generowała wpisy,
pisząc pod różnymi nickami,
wyszło to niestety później po mało pasjonującej lekturze IP.
Jakie to jest smutne, przeraźliwie smutne,
jakim trzeba być złym człowiekiem,
by mieć uciechę z anonimowego pisania
obraźliwych tekstów na temat kogoś,
kogo nie lubi się wyłącznie via net.
Nie przypuszczałam, że taki sobie śmieszny program,
który miał bawić i jest zbyt błahy,
by zajmować się nim dłużej niż w dzień emisji,
stanie się tarczą strzelniczą z moją osobą.
Strzelajcie więc sobie dalej,
w internecie ma się wiele żyć,
więc i tak mnie nie zabijecie,
ale honor i jaja ma się jedne.
Ja je mam, a Wy nie.
Li.
Pochwała przedpołudniowego lenia.
18 listopada, 2012Woda szumi zachęcająco,
wpadając do wanny równym strumieniem.
Piana rośnie szybciej niż plotka w internecie,
a już z pewnością ładniej pachnie.
Niedziela zaznacza swoją obecność dzwonami
w pobliskim kościele i brakiem ruchu za oknem.
Za godzinę mam gości,
pośpiech wskazany, zrobię więc sobie relaks w pigułce,
odpoczywanie jest stanem ducha,
a jak do tego dołożę zanurzenie się w pachnącej wodzie,
kubek z latte i książkę,
to mam przed sobą cudowne pół godziny,
czego i Wam życzę.
Woda mi stygnie, idę!
Li.
Sprawozdanko bez sensacji w tle:)
17 listopada, 2012Wczorajsze spotkanie odcisnęło się
piętnem na dzisiejszym dniu-
głowa mi pęka i nie zdążyłam na pociąg do Warszawy.
Wino, kobiety i jajka faszerowane- skład był wyśmienity.
Kilka osób ostatecznie nie dotarło,
kanapa oblężona była więc zaledwie przez 10 osób,
poszłam spać w okolicach godziny trzeciej
i naprawdę dobrze się bawiłam,
jednak na kobiety zawsze można liczyć.
Powtórka niebawem gwarantowana.
Muszę podjąć jakiś plan reanimacyjny,
zdecydowanie, zdecydowanie.
Kawa wypita z viki dobrze zaczęła dzień,
ale jakoś przetrwać muszę do wieczora.
Zaraz wychodzimy z domu w krakowską mgłę i smog.
Auć, moja głowa…
Rok temu dostałam od viki prezent, tzw. demotywatora:)
Wczoraj przywiozła mi motywatora:
Ciekawe, co dostanę od niej za rok:)
Li.
Szybko, szybko, z lekką zadyszką.
15 listopada, 2012Czwartek sowicie obdarzył mnie pracą
od rana do późnego wieczora.
Jęknęłam, gdy zobaczyłam w kalendarzu,
że beztrosko umówiłam się z klientem na 20.30.
A dałam sama sobie zakaz pracy po 18-tej!
Klasyczna konsekwentna niekonsekwencja.
Płynę na fali dobrego tygodnia, humor mnie nie opuszcza,
a podbijany zabawnymi sytuacjami ma się świetnie.
A co na to Lec?
Życie jest za ciężkie, by doń przykładać wagę!
Pławię się w wątpliwym blasku chwilowej sławy,
nie mogąc wyjść z podziwu nad siłą rażenia telewizji,
nieważne jak cię pokazują, ważne że pokazują.
Bo program oglądali chyba wszyscy.
Wczoraj zaparkowałam na dwie minuty
w miejscu przeznaczonym dla konwoju,
przed samym wejściem do jednego z budynków Sądu,
chciałam tylko wpaść na Dziennik Podawczy.
Widząc zbliżającego się do mnie strażnika sądowego
już, już miałam zacząć tokować,
że ja to tylko na minutkę
i że wiem, że nie mogę tu stać, ale… itd,
gdy on wykrzyknął: pani mecenas,
widziałem panią w telewizji!
No i trzeba było zamienić kilka miłych zdań,
sprzedać niusa, że ferrari było wypożyczone,
ech… stałam z nim 10 minut,
auto na zakazie parkowania też.
A teraz całkiem niespokojnie wypijam pierwszą kawę,
mam pół godziny na wyjście z domu,
miłego dnia Wam życzę,
Li.
Słońce wymusza zakaz narzekania.
14 listopada, 2012Wstałam głęboką nocą skoro świt.
Samoistnie, więc budzik uszedł dziś z życiem.
Środa-urody-doda i jako,
że „reprezentatywny” wycinek społeczeństwa uważa,
że jest mi to zdecydowanie potrzebne,
umówiłam się z kosmetyczką Magdą,
co to ma najlepsze ręce w Krakowie.
Może coś poradzi…
A co na to Lec?
W naszej epoce lud musi być zmotoryzowany, by miał hamulce.
Cieszę się na piątek, zapowiada się ciekawy skład gości,
myślę nad tym co zrobić do jedzenia,
chwalebna przegrana w „Ugotowanych”
obliguje mnie przecież
do najwyższych kulinarnych lotów, haha:)
W Krakowie słońce, od razu zapisuje w powietrzu
ogólny zakaz narzekania i poddawania się,
zaraz wychodzę do pracy,
jakoś tak mi ciepło na sercu.
Ale nie dlatego, że znowu statystyki szaleją
i mam dwa razy więcej osób na blogu.
Bo pamiętam co na to Lec:
Nie witajcie ludzi otwartymi rękami, nie ułatwiajcie ukrzyżowania was.
Ale i też:
I jak tu nie być optymistą.
Moi wrogowie okazali się-jak dotąd- takimi świniami,
jak przewidziałem.
:)
No i jak nie kochać Leca?
Li.
PS. Pamiętajcie o głosowaniu na Precla. Wchodzimy tu,
klikamy w pomarańczowy banerek na końcu posta,
głosujemy i już!
(Głosowanie jest obowiązkowe,
kto nie głosuje, ma zakaz czytania tego bloga).
Jedna zdaje, druga rozwala.
13 listopada, 2012Dziś wieczorem moja córka zdała egzamin na prawo jazdy.
Za pierwszym razem, moja krew, choć ja zdałam za drugim.
Bardzo się cieszę, to kolejny jej krok
do usamodzielnienia się, dorosłości
i podbierania mi auta.
Obiecała wziąć na siebie obowiązek robienia zakupów,
och- z wielką przyjemnością.
Córka zdała egzamin, a ja rozwaliłam przód auta,
tak to jest jak przy parkowaniu gada się przez telefon,
grzebie w torebce i nie zauważa metalowego słupka.
Huk był okrutny.
Zderzak do wymiany, spryskiwacz do lewego reflektora skasowany,
jeszcze coś bliżej niezidentyfikowanego odpadło,
pięknie, po prostu pięknie.
Ale to i tak nie psuje mi humoru.
Po burzy zawsze przychodzi słońce
i wszystko mija, nawet najdłuższa żmija.
Li.
Uśmiecham się:)
13 listopada, 2012Kończąc temat, bo przecież na horyzoncie rysuje się
wiele nowych sprawek i spraw, uznaję się za zwycięzcę-
tyle osób nie może się mylić;-)
Nie, nie programu, ale sytuacji.
Jest śmiesznie, bo bloga zaczęli czytać ludzie,
którzy znali mnie li i jedynie od strony zawodowej.
Szeroko więc otwierają oczy, dzwonią do mnie, mailują,
ale póki co jest dobrze.
I niech tak zostanie!
(czary-mary)
A najbardziej zabawną historię przeżyłam wczoraj,
gdy zadzwonił telefon, a po drugiej stronie odezwała się kobieta,
która obejrzała program, odnalazła mnie w necie
i chce bym ją rozwiodła.
Oto do czego prowadzi gotowanie na ekranie ;-)
Przeciągam się za biurkiem, od rana siedzę przy komputerze,
zaraz jadę do sądu, dziś wtorek-potworek,
nie traćcie czujności!
Li.
PS. Na piątkowy wieczór jest już piątka chętnych.
Na kanapie jest miejsce dla co najmniej dwunastki.
Piszcie maile, zapraszam na wino
(ostatecznie w zakładzie wygrałam skrzynkę wina!).
Nie gorzknieję, czasem tylko gorzko myślę.
12 listopada, 2012Tak, na początku bałam się.
Internet jest okrutny,
a wśród moich czytelników jest wyjątkowo dużo osób,
które mnie nie znoszą.
(Nie znoszą, ale wiernie czytają,
nabijając statystyki windujące mnie na pierwsze miejsca
w rankingach popularności,
ciekawy to przypadek dla socjologa internetu).
I oni są wszędzie, teraz grasują w komentarzach
na stronie Ugotowanych, wpisują kolejne bzdury,
drżą z podniecenia,
a nuż wyjdzie kolejna afera,
a nuż z wypiekami na twarzy kolejny dzień
będą siedzieć przed monitorami,
nie bacząc na uciekające im własne życie.
Po co żyją cudzym życiem- moim życiem, nie wiem.
Może boją się swojego?
Może nie potrafią konfrontować się z rzeczywistością?
…
A ja się już nie boję.
Wiem, że mam w sobie odwagę i wiarę we własne możliwości.
Wiem, ile jestem warta.
Przytyłam? Tak, bardzo.
Nieważne, czy z powodu choroby, czy z nieszczęśliwości.
Przytyłam i to nie jest akceptowalne,
nawet przez moją kochającą mnie matkę
(dopiero od niedawna nie zaczynam dnia od irytującego
telefonu od niej z tekstem: ile dzisiaj schudłaś?
Ale ileż trzeba było zrobić awantur, by mieć poranny spokój…).
Przytyłam, nie biegam już w szpilkach tak samo jak kiedyś,
ale to nie znaczy, że ja to nie ja.
Przytyłam, ale nadal regularnie chodzę do kosmetyczki
i używam złotego pudru- to dalej ja, czy już nie ja?
Nie wyglądam na swój wiek, wiem o tym, ale to nie znaczy,
że nie mam 45 lat.
Jestem wewnętrznie młoda, nie gorzknieję, w środku się nie starzeję, może kiedyś schudnę, a może nie, może regularny trening który zaczęłam po raz tysięczny mi pomoże,
a może nie, może zmobilizuję się nareszcie
i pójdę na ten ważny tydzień do kliniki,
by zdiagnozować się do końca, a może nie.
To jest nieważne, bo w środku jestem ciągle tym samym człowiekiem.
Zmieniło się jedno- mniej się boję i bardziej mam w nosie zdanie innych na mój temat.
Ot, przywilej starości;-)
…
No i co z piątkową imprezą, Kobiety z Bloga?
Piszcie maile, podam adres i ustalimy szczegóły!
Li.
A podobno nikt nie ogląda tv?
12 listopada, 2012O, ale heca. Wszyscy oglądają tv:)
Mieliście niespodziankę robaczki, hę?
A było to tak: pewnego pięknego dnia,
półtora roku temu oglądałam z kolegą „Ugotowanych”.
Od słowa do słowa, od krytyki do krytyki
stanęłam do zakładu o skrzynkę wina:
wystąpię w tym programie, bo to żadna sztuka.
Wysłaliśmy komisyjnie zgłoszenie, przez rok była cisza,
aż tu nagle ruch, rwetes, casting, zabawa
i generalnie halo, halo wielki świat.
Nie wycofałam się, bo jak powiedziałam „a”,
to z reguły mówię „b”.
Było super- zabawnie, śmiesznie, zadziwiająco
i już wiem, że telewizja na pewno kłamie.
Ekstremalne upały wykańczały,
trudno było utrzymać fryzurę, pot lał się litrami,
nie robiłam makijażu, bo wszystko spływało,
w czasie gotowania w kuchni miałam ponad 35 stopni-
okna musiały być zamknięte,
sprzęt telewizyjny generował ciepło, obłęd!
Tak samo było w pozostałych mieszkaniach,
dużo mniejszych, mieliśmy saunę i ciepłe jedzenie.
Zrobiłam co do mnie należało, najlepiej jak potrafiłam.
Zaprzyjaźniłam się z Konstancją- wieczorem z moimi
i jej znajomymi u mnie w domu oglądałyśmy program,
umierając ze śmiechu.
Męscy towarzysze ugotowani trafili nam się średni-
koniecznie chcieli wygrać, więc nie bardzo potrafili się bawić.
Nie żałuję, że wystąpiłam, ani trochę nie żałuję.
Po pierwsze przełamałam swój strach,
po drugie nie miałam zupełnie stresu przed kamerą,
po trzecie mam fajną pamiątkę,
po czwarte zyskałam nową, naprawdę miłą znajomość,
po piąte mam naprawdę w głębokim poważaniu,
co mówią o mnie ludzie, którzy mnie nie znają
i czy przebijał mi czarny biustonosz czy nie
(przebijał cholera na filmie:D,
czy byłam uczesana czy nie, z reguły nie byłam,
bo upał był koszmarny, czy jestem brzydka, czy nie,
jakie to ma znaczenie w moim wieku?
Straciłam anonimowość, której już dawno nie miałam.
No i zdecydowanie zaczynam się odchudzać,
przez ostatni rok i chorobę przytyłam tragicznie,
ale jeszcze jest może jakaś nadzieja…:D
Od jutra prowadzę dziennik odchudzania, bo wiadomo,
że zaczynam odchudzać się od poniedziałku.
Miłego dla Was!
Gwiazda Li :))
Stowarzyszenie błąkających się.
8 listopada, 2012Prawie (przy czym słówko prawie daje mi jeszcze jakąś nadzieję),
prawie każdego dnia błąkam się po kwartale
okolicznych ulic szukając mojego auta.
Nie mogę pojąć, dlaczego nie jestem w stanie zapamiętać miejsca,
na którym zaparkowałam.
Czy ja już straciłam ludzkie cechy
i działam jak jakiś automat?
Faktem jest, że czasem kilkakrotnie w ciągu dnia
wyjeżdżam i wracam, parkując za każdym razem w innym miejscu.
Faktem jest, że czasem długo szukam miejsca do parkowania.
Ale nic nie usprawiedliwia błąkania się
i kompletnej dziury w pamięci.
Wpadam w obłęd, pośpiech gryzie mnie po kostkach,
święty Antoni nie pomaga, próba przypomnienia też nie,
mogę tylko błąkać się i błąkać,
aż przypadkiem się przybłąkam.
Czuję wtedy ulgę, że znalazłam zgubę
i tak do następnego razu.
Kto też tak ma?
Potrzebuję pocieszenia:)
Li.
Pięć ostatnich siódmych dni listopada.
7 listopada, 2012Zainspirowana komentarzem Kasi,
sprawdziłam co robiłam 7-go listopada w latach 2007-2011.
Generalnie narzekam i to jest przerażające :)
Ale, ale, ale świetnie czyta się swoje wspomnienia
i naprawdę cieszę się, że zdecydowałam o pisaniu bloga.
Nie ma tu wszystkiego, to nie „Dziennik Samuela Pepysa”,
ale są towarzyszące mi wtedy emocje.
7-go listopada 2007 roku chciałam być królewną:
CHCIAŁABYM BYĆ ŚPIĄCA KRÓLEWNĄ.
CHOĆ PRZEZ TYDZIEŃ….
Zaraz jadę do Kielc.
Jutro do Bielska.
Pojutrze Wadowice.
Co za tydzień, podróżuję jak Pyza po polskich drogach.
W dodatku nie mam ciągle zdania co do konieczności
zmiany opon na zimowe, chyba jeszcze za wcześnie?
Tyle tu znawców motoryzacji, może się ktoś wypowie?
Spałam trzy godziny, po całodniowym kryzysie twórczym,
nagle w nocy spłynęło na mnie natchnienie
i okrągłe, mądre (?) literki potoczyście
i soczyście gnały po ekranie,
a moje palce trudem nadążały za myślami.
I tak do trzeciej w nocy.
Mam deficyt snu większy niż nasz deficyt budżetowy,
chciałabym być choć przez tydzień śpiącą królewną…
Oczywiście koniecznie w wersji z całującym królewiczem.
Miłego dnia!
Li.
7-go listopada 2008-go roku było jak zwykle:
JESIENNA DEPRECHA KĄSA MNIE PO DUSZY.
Nie chce mi się. Nic mi się nie chce.
Może jeszcze tylko leżeć w półmroku i z muzyką.
Nie chce mi się z nikim spotykać,
nie chce mi się odbierać telefonów,
nie chce mi się gadać z córkami,
nie chce mi się głaskać kotów,
nie chce mi się nawet pisać tego, co teraz piszę.
Gdzieś tam tylko z tyłu głowy tłucze się nadzieja,
że przecież jak coś napiszę, to poczuję ulgę.
Przynajmniej zawsze tak było.
Muszę wstać, kupić euro na jutrzejszy wyjazd do Wiednia,
muszę się spakować, zrobić zakupy dla Starszej,
która korzystając z okazji zaprosiła sobie koleżanki na noc,
muszę odwieźć obrażoną Młodszą do moich rodziców,
muszę zrobić jeszcze tyle rzeczy,
że naprawdę nie mam czasu walczyć
z tym wszechogarniającym mnie zniechęceniem
i jakimś takim niedefiniowalnym bliżej smutkiem.
I nie mam siły.
To straszne, żałosne i osobiście mnie upokarzające.
Jakieś szarości za oknem, jakieś ludzkie małości,
jakieś złe nastroje zgniatają mnie swoim ciężarem.
Wrócę wieczorem. I poczytam Leca.
Li.
7-go listopada 2009-go roku znowu to samo!
SAMOUŻALANIE SIĘ Z NUTKĄ EKSCYTACJI BLISKIM KOŃCEM.
Zajętość zjada moje życie towarzyskie i uczuciowe,
dając mi tylko oddech na sprawy niezbędne.
Rety, jaka ta budowa jest absorbująca!
Ciągle teraz czegoś szukam, porównuję, zadaję pytania
-czasem głupie są to pytania, ale co zrobić,
gdy często nie za dokładnie wiem o co pytam…
Nie mam czasu dla siebie,
a gdy go mam to zasypiam snem kamiennym
i bezsennym i nie śnię,
by we śnie nie musieć być aktywną,
łaknę spokoju i lenistwa,
takiego lenistwa gdy robię nic i jestem szczęśliwa.
Ilość spraw wiodących żywot w moim kalendarzu
już dawno przekroczyła moje mizerne zdolności organizacyjne,
bezładnie tłoczą się więc przy wyjściu do załatwienia,
tratując się wzajemnie,
a mnie od ich wrzasków boli głowa.
Czasem sobie myślę, że jednak przydałby mi się taki na przykład mąż,
służący pomocą, ramieniem i porfelem.
Ale potem zaraz sobie przypominam,
że przecież miałam już męża
w charakterze trzeciego dziecka
i od razu czuję ulgę, że choć to jedno mam z głowy,
dwie absorbujące córki wystarczą.
Rany boskie, malarstwo włoskie- miks dwóch hydraulików, tynkarzy,
plączącego się pomiędzy nimi elektryka hazardzisty,
który-ciągle-nie-skończył,
Wykonawcy-który- jest- wykończony,
męczącego sąsiada z wiecznymi pretensjami,
smutnej walki z kolejnymi donosami,
szukania domu dla pięknego, porzuconego kota
(dziś znalazłam!), przenosin firmy w nowe miejsce,
ledwo widocznych plam na elewacji- ALE JA JE WIDZĘ-
to zestaw, który wykończyłby największego twardziela!
A ja jestem przecież taka mięciutka!
Li.
7-go listopada 2010-go roku notki nie było,
tę napisałam po północy-8-go.
TYTUŁEM INFORMACJI, LI I JEDYNIE (BEZ LITERATURY ;-)
Nie piszę, bo jestem zmęczona.
Ładne zdanie- skutek i przyczyna.
Rozpakowuję kartony i worki,
ale one rozmnażają się przez pączkowanie.
Zaobserwowałam ciekawe zjawisko ekonomiczne-
najpierw zapłaciłam ekipie przeprowadzkowej
za wniesienie rzeczy na trzecie piętro,
a potem wezwałam ich drugi raz
i zapłaciłam im za wywiezienie worów ze śmieciami na wysypisko.
Prawdziwy interes, oto jedna z przyczyn braku pieniędzy.
Ilość rosnących pod ścianą worów z niepotrzebnościami,
niestety zmusza mnie do wezwania ich po raz kolejny… Ech!
Większość kartonów stała nierozpakowana od trzech i pół roku,
rzeczy nie wychodząc na zewnątrz gwałtownie się postarzały,
przecież w planach miały być kartonowo osadzone tylko
na jeden rok.
Rozpakowuję więc te kartony skrzętnie zapakowane przez
Panią Jadzię, śmieję się przy ich opisach
(“Bety i jedna kołdra”),
odkrywam dwie takie same pary butów,
przy czym nie chodziłam w ani jednej,
układam, przenoszę, upycham,
w jednej sekundzie decyduję o wywaleniu,
jestem zaprogramowana antyprzydasiowo!
Rzeczą absolutnie cudowną jest schowek,
w którym mieści się wszystko
(to co niezbędne, rzecz jasna haha)!
Panuje w nim pełna demokracja- narty
i narciarskie akcesoria,
walizki, wielki garnek, pudełka z drobiazgami,
zapasowe płytki do łazienek
i materac na wszelki noclegowy wypadek.
W tym szaleństwie jednak nastąpiła pewna chwila wyzwolenia
i w sobotę byłam w kinie na absurdalnym filmie,
ale uśmiałam się na nim jak norka. Naprawdę do łez!
Kto chce się pośmiać- to niech idzie na “Zanim odejdą wody”.
Tytuł kretyński, ale Robert Downey Jr jest do schrupania na żywo.
Nie mówiąc o Zachu Galifianakisie.
Wrócę do siebie.
Daję sobie czas do końca tygodnia na usunięcie wszelkich śladów po przeprowadzce.
Mieszka nam się cudownie.
Wspaniale. Ciepło. Przytulnie. Ciekawie.
Fajny jest ten mój nowy dom! Bardzo udomowiony!
Li.
7-go listopada 2011 tryskałam nieuzasadnionym optymizmem:)
NAJWAŻNIEJSZE TO MIEĆ PIĘKNY PLAN!
Realizując z zapałem urodzinową obietnicę staram się mieć dobry humor.
Ze śpiewem na ustach pokonuję kolejne przeszkody,
a to szary dzień za oknem, a to brak mleka do kawy
(cholera jasna, psiakrew, lalalalala….).
Nic to! Herbata też pobudza (brrr, lalalala…).
Lipa za oknem w ciągu nocy rozebrała się do skąpej bielizny,
jesień jest już nieodwołalna,
a ja do planu dnia wpisuję wizytę w aptece
i konieczność zakupu dużej ilości magnezu z potasem.
Muszę się ratować,
złe nastroje wciskają się w człowieka bez pardonu,
trzeba uszczelnić system.
Przeczytałam wczoraj słowa ks. Bonieckiego:
“Świat, w którym żyjemy potrzebuje piękna,
aby nie pogrążyć się w rozpaczy.
Piękno podobnie jak prawda budzi radość w ludzkich sercach,
jest cennym owocem, który trwa mimo upływu czasu,
tworzy więź między pokoleniami i łączy je w jednomyślnym podziwie.”
Piję herbatę z pięknego kubka,
siedzę na mojej kanapie pod piękną lampą,
patrzę na piękne obrazy,
za oknem piękna szara jesień,
zrobię sobie piękny rozświetlający makijaż,
owinę ciepłym, pięknym szalem
i podtrzymując przez cały dzień
rozpalone w sobie pragnienie pogody ducha
będę mieć piękny dzień.
Piękno jest w oczach patrzącego,
popatrzę więc sobie pięknie na świat.
Tylko to moje auto strasznie brudne,
ale jak tu jechać do myjni?
Deszczu nie zniese!
Li.
Notka dedykowana.
7 listopada, 2012Lubię pisać, zwłaszcza o niczym.
Według Innych i mojej Matki,
jest to moje życiowe nieszczęście.
(Osobiście mam inne zdanie i wcale nie wynika ono z faktu,
że z reguły mam inne zdanie niż Mama).
Piszę bloga, bo:
1. lubię, a nawet uwielbiam
2. bawi mnie rozmowa za monitorem
w zielonej/białej/różowej maseczce na twarzy
3. cenię wielu z moich czytelników
4. niektórych nawet kiedyś kochałam, teraz kocham, może będę kiedyś kochać
5. kilku znienawidziłam serdecznie i pielęgnuję tę
nienawiść z lubością i zacięciem prawdziwego Skorpiona
6. pisanie mnie śmieszy, za wyjątkiem nielicznych chwil, kiedy to inni śmieją się moim kosztem- jestem jednak hojna i darowuję im te chwile radości
7. często myślę o pisaniu książki- potrzebuję bloga,
bo pomaga mi pamiętać nawet o tym, o czym staram się zapomnieć
8. piszę z lenistwa- bo gdy nie piszę, to mam bardzo dużo maili, na które nie mam czasu odpisywać
9. nie poddaję się nigdy, z wyjątkiem krótkich chwil,
gdy muszę odpocząć od wojny blogowej nr XXX
10. lubię drażnić i rozdrażniać słowem i myślą blogowe
pchły i lwy
11. uwielbiam stukot palców na klawiaturze, zwłaszcza
gdy na paznokciach mam lakier w kolorze tętniczej krwi
12. chętnie przenoszę blogowe znajomości w świat realny,
bo są bardzo prawdziwe, świeże, jeszcze w nic nie uwikłane,
jeszcze nie dotknięte żadnymi zależnościami
13. jestem wolną, białą kobietą i jak chcę pisać bloga to będę.
A jak mi się odniechce, to też będzie dobrze.
Tyle. Nikomu nie robię krzywdy moim pisaniem.
Najwyżej sobie.
Ale ostatecznie uwielbiam się nad sobą użalać,
przynajmniej mam więc realny powód.
Li.
Gdy się boję, wiem co czytać.
5 listopada, 2012Od pewnego czasu czuję, że jestem w jakimś przełomie życia,
ścierają się we mnie płyty tektoniczne moich poglądów,
marzeń i decyzji,
i albo lekko drżę, trzęsąc swoim światem,
albo wybucham i dymię.
Najważniejsze, że nie pozostaję na te ruchy obojętna.
A co na to Lec?
Z walki myśli rodzi się pokój człowieka.
Kiedyś żyłam inaczej i znowu ma rację Lec:
Zaoszczędził sobie moc zmartwień, ma je teraz z procentem.
Życie nauczyło mnie wiary w konieczność zmian,
ciekawości w zaglądaniu za róg i walki ze strachem o byt.
Bo to przecież jasne, że się boję.
Czasem boję się tak, że zwijam się z bólu
i czuję jak mi brakuje powietrza.
A co na to Lec?
Miąższ życia-twardy orzech.
Strach jest okrutny, dławi i otumania, paraliżuje rozum
i odbiera jasność spojrzenia.
Najbardziej w życiu walczę ze swoimi strachami,
bo w tylu sprawach jestem tchórzem i tylko honor nie pozwala mi zwiać.
Rozsądny stosunek strachu do rzeczywistości pomaga żyć,
przerost strachu jest zbrodnią na samym sobie,
bo zabija poczucie własnej wartości, marzenia,
wiarę w siebie i radość życia.
A co na to Lec?
Ratowałem siebie z wielu tragicznych opresji.
Przyznaję, nie czyniłem tego bezinteresownie.
Liczyłem na siebie w przyszłości.
Żenujące jest, że wiem o tym.
Strach towarzyszy mi codziennie, taki wstrętny, nieprzystojny,
złośliwy, wymagający, bezlitosny, nieprzewidywalny,
piętrzący trudności,
wierny towarzysz snubrakowaczy, wiarybraków, czarnowidów
i tej nielubianej części mnie,
utkanej z (ir)racjonalnych lęków.
Niczego tak nie pragnę jak spokoju.
Ale gdy go już znajduję, gdy wchodzę w ciepły bąbel
poczucia bezpieczeństwa, zaczynam szukać,
gnać i prowokować los.
Najwidoczniej jeszcze nie dojrzałam
do fotela i ciepłych kapci.
Wyznaczyłam sobie jeden mały cel- jego małość wynika
z prostego porównania dotychczasowych dokonań- tak,
jest mały, zupełnie malutki, ale ciągle nieosiągalny,
z powodu prozaicznego lenistwa.
A co na to Lec?
Nie sięgnąłby nigdy wielkości bez tych kłód rzucanych mu pod nogi.
Kocham Pana, Panie Lec.
Li.
PS. Tak, tak- na pierwszym blogu pisałam najlepsze notki.
Na (nie)usprawiedliwienie podam, że trochę ją przerobiłam.
(Uśmiech od ucha do ucha).
Postanowienie o braku postanowienia z zaniechaniem reakcji w tle.
5 listopada, 2012Czterdzieste piąte urodziny oblige.
Mam jedno fantastyczne postanowienie
i wcale nie stoi ono w sprzeczności w niezłomnym postanowieniu,
by nie mieć żadnych postanowień,
zwłaszcza w dniach będących skutkiem nadania im przez cywilizację umownych znaczeń.
Otóż i mimo wszystko, w dniu moich czterdziestych piątych urodzin, postanowiłam przestać reagować.
A co na to Lec?
Ileż ostatnich słów bije się o pierwszeństwo!
Brak reakcji spowoduje większą radość życia,
zauważanie samotnego motylka,
podziwianie rysy na murze pobliskiej plebanii,
wpadanie w zachwyt na widok kształtu kałuży,
a nade wszystko umiłowany święty spokój,
który kobiecie w moim wieku jest niezbędny
do regeneracji włókien kolagenowych
i nadwyrężonego sześcioletnim blogowaniem systemu nerwowego.
I pewnie spadnę w rankingu blogów z pierwszego
na ostatnie miejsce,
ale znowu będę mogła podpisać się pod hasłem,
będącym motywem przewodnim mojego pierwszego bloga:
piszę z radością, bez myśli przewodniej.
Będą tu cudowne nudy, Panie, nudy.
(Non, rien de rien
Non, je ne regrette rien)
A co na to Lec?
Czasem mowa jest złotem, milczenie trzydziestoma srebrnikami.
Li.
PS. Pilnować mnie! I wyciągać konsekwencje!
Ucinać język i palce. Jakby co.
Kropka nad i i z.
4 listopada, 2012Ta notka będzie szczególna.
Jest pisana w dniu moich urodzin,
z których godzinę poświęcam na grzebanie się
w dnie, mule i wodorostach.
Przeczytajcie ją więc uważnie, zwłaszcza Wy-
wchodzący tu z niezdrową ciekawością tępogłowi,
pełni nienawiści, zgorzkniali, moherowi,
szukający okazji do zadymy „czytelnicy”,
(a nawet Wy-bezkrytyczni zorkowyznawcy).
Napiszę ją w punktach, będzie Wam łatwiej:
1. napisałam notkę. Wyraziłam w niej swoje zdanie,
albowiem je mam. Zawsze.
Napisałam bez podawania nicków, linka,
Ci co mieli wiedzieć wiedzieli, wielu nie wiedziało.
Wojna wybuchła zanim zdążyłam wypić kawę.
Ciekawe, że zdanie podobne do mojego miało
wielu czytelników.
Wielu też miało zdanie odmienne, i dobrze.
Tylko dlaczego ta odmienność musi wyrażać się
w sposób chamski i obraźliwy?
Bo jak brakuje argumentów trzeba zacząć bić?
2. Komentarze na mój temat na blogu zorki,
pracowicie przez nią moderowane- czytaj:akceptowane,
wcale mnie nie zdziwiły.
Ani treścią
(czy można być dumnym z negatywnego elektoratu?
można być! Otóż ja jestem!),
ani faktem, że dobra, szlachetna,
kulturalna zorka je przepuściła.
Bo czyż może być większa uciecha niż
oddanie strzału cudzymi rękami?
3. tak, nie ufam zorce, tak jak nie ufa jej
wiele znanych mi osób,
nie wierzę w szczerość jej intencji,
nie poważam jej osoby.
Uważam, że jest wyrachowana,
a publikacja przez nią komentarzy na mój temat,
o których wiedziała, że nie polegają na prawdzie,
tylko mnie w tym przekonaniu utwierdziło.
Nie uważam jej też za świętą, pisanie o cudzej śmierci bynajmniej nie uświęca, ale niewątpliwie wielu przeraża.
I z tego przerażenia tracą głowę.
Więcej pisać nie muszę.
4. podobno się lansuję. Gdzie?
Na blogu zorki mającym w stosunku do mojego bloga nikłą popularność?
Co mam z tego rzekomego lansu poza coraz
większą liczbą wejść nieznanych mi osób?
Lubię mieć luksus pisania dla znajomych,
teraz piszę dla mas, nie jest to komfortowa sytuacja,
bo jak widać w tej masie jest dużo ludzi,
którzy mnie zwyczajnie nie lubią.
Ale po co tu wchodzą? Po co mnie czytają?
Tego nie jestem w stanie pojąć.
5. W czasie tych sześciu lat pisania bloga poznałam
wielu moich czytelników,
z niektórymi bardzo się zaprzyjaźniłam.
To jest bonus pisania, którego nie zabierze mi jakiś marny anonim.
Internet to szambo, widzę to coraz wyraźniej.
Ludzie przekraczają w nim wszelkie granice.
Nie zawsze jest to ich wina- poza urodzonymi chamami,
z reguły wynika to z faktu niezrozumienia,
niedoczytania, braku większej wiedzy,
nie orientowania się w sytuacjach pozablogowych.
Czyż nie lepiej jest wtedy zamilknąć?
Czyż powoduje Wami jakaś chorobliwa konieczność
zostawienia komentarza w temacie, którego nie znacie?
Często te właśnie komentarze stanowią
niepotrzebne zarzewie, z którego wybucha ogień.
Słowa mają wielką moc, ale w internecie
słowa trzeba ważyć szczególnie ostrożnie.
Bo nie widać do kogo mówimy/piszemy.
I nie można używać argumentu, że blog jest publiczny.
Jest mój, tylko mój.
Jest moim miejscem, a Wy jesteście tu gośćmi.
Goście powinni umieć się zachować.
Tyle. Zapraszam na pyszną latte i brak szarlotki:)
Li.
Idę i zostawiam zakaz gryzienia.
3 listopada, 2012Beem słusznie zwróciła uwagę- nie głosujecie na Precla!
Wchodzicie, czytacie, piszecie, odnosicie się,
krytykujecie, wiecie lepiej,
a nie głosujecie.
A pisałam, że kto nie głosuje ma zakaz czytania?
Czas na rehabilitację, albo ekspiację
(niepotrzebne skreślić),
wchodzimy tu, czytamy notkę,
zahaczamy wzrokiem o pomarańczowy nomen-omen banerek,
klik, klik i już Precel ma głos.
Jestem zmęczona, a idę na imprezę, wszystko przez zorkę :P
Zadziwiająca jest pasja, z jaką niektórzy z Was
walczą o nie swoje sprawy, dowodząc, krzycząc,
a tak niewiele wiedząc.
Po co?
Czy tylko dla poczucia pozornej internetowej wspólnoty,
czy -li i jedynie
z powodu zwykłej, pospolitej niechęci/nienawiści
do mojej osoby/nicka?
A co na to Lec?
Panuje ogólny niesmak, bo pożeramy się nawzajem.
Li.
PS. Nie moderuję komentarzy co do zasady-
natomiast każdy pierwszy komentarz
od danego nicka musi być przeze mnie zaaprobowany.
Wisi sobie w sekcji pod nazwą: Komentarze oczekujące.
Czasem zdarza się, że i komentarze od znajomych wpadają do spamu, nie wiem dlaczego tak się dzieje,
ale wyciągam je wtedy za uszy i publikuję.
Dzisiejszy wpis spowodował lawinę komentarzy
od nieznanych mi nicków, część opublikowałam,
część wisi sobie na haczykach,
wierzgając z niecierpliwości nóżkami,
chętnymi by komuś dokopać-najczęściej mnie.
Sądzę, że wrócę na rauszu
i w pijanym widzie wrzucę je do spamu.
Oj…
Spokojnie, to tylko sobota.
3 listopada, 2012Trwa pogrzeb.
Poprosiłam paniąstarszą, by kupiła w moim imieniu kwiaty- najchętniej pomarańczowe róże.
Nie robię czegoś szczególnego, ot- leżę jeszcze w łóżku,
piję kawę i pomyślałam, tylko pomyślałam-
niech Ci będzie dobrze, Kobieto.
Ci, których zostawiłaś, dadzą sobie radę.
Tyle.
Przeczytałam na jednym z blogów tekst
tak bardzo odbiegający od mojej wiedzy
na temat relacji pomiędzy Aśką,
a autorką tekstu, że wolę zamilknąć,
nie, nie i nie.
Causa finita.
Najwidoczniej i cudza śmierć może być
trampoliną do życia, zwłaszcza życia w internecie.
A co na to Lec?
Stracił głowę dla aureoli.
Li.
Weekendowa przepustka na wolność od problemów.
2 listopada, 2012Gdy choruje psyche, fizis w celach samoratunkowych
zaczyna jej wtórować.
Bo skupiona na gorączce, potach i bólu chwilowo zapominam,
że jest mi w życiu tak źle, jak mi jeszcze nigdy nie było.
Okopana w łóżku jak w twierdzy,
mobilizuję się do przetrwania kolejnej godziny,
do snu, do kolejnego prysznica.
Ratuję się namiastką ciepła w postaci kubka z herbatą,
podaję sobie aspirynę i witaminę C.
Nie myślę wówczas o niczym,
poza pragnieniem wyzdrowienia.
A co na to Lec?
„Słyszałem, że świat jest piękny”-rzekł niewidomy.
„Podobno”-odpowiedział widzący.
I tak właśnie było wczoraj, nie pamiętam dnia,
nie pamiętam kiedy ostatecznie zasnęłam,
by dziś obudzić się w lepszej formie i uznać,
że zdrowieję, że znowu czuję przypływ sił,
co najmniej do następnego kryzysu.
A co na to Lec?
Odpędzaj i podrzędne diabły zaklęciem:
„Apage satanas!”
Usłuchają, to im pochlebia.
Wieczorem wychodzę na kolację,
jutro idę na urodziny J.,
w niedzielę jakoś muszę przetrwać swoje,
od poniedziałku znowu przyjdzie stres,
ale weekend jest tylko dla mnie.
Do perfekcji opanowałam weekendową umiejętność
odganiania czarnych myśli.
Nie cierpię być nieszczęśliwa i bezradna,
czuję się tym upokorzona.
Nie mam wtedy pomysłów na zmianę,
nie mam chęci na walkę,
nie chce mi się, chce mi się nic.
A co na to Lec?
Do wszystkiego tylko dwa kroki:
jeden naprzód, drugi wstecz.
Li.
Ragazzo di Cracovia.
31 października, 2012W domu mamy pewien włoski kłopocik.
Od niedzieli.
I do soboty.
Kłopocik wczoraj skończył osiemnaście lat
i jest Włochem o gorącym sercu,
zakochanym od wrześniowej szkolnej wymiany
w koleżance Karolci.
Wsiadł w samolot i przyleciał z Mediolanu.
Koleżanka miłość zlekceważyła, a kłopocik był optymistą
i bilet powrotny ma dopiero na sobotę.
Siedzi u nas ze smętną miną,
kolega z wymiany, u którego się zatrzymał,
jakoś średnio jest nim zainteresowany,
Karolcia zgrzytając zębami ratuje honor ojczyzny.
Właśnie wzięła go na spotkanie z ojcem,
pójdą jak zwykle do jakiejś knajpki,
przynajmniej obiad mam z głowy.
Ech, ta młodzieńcza miłość,
ni granic, ni kordonów…
Zazdroszczę.
Zazdroszczę, bo ja już nie umiem spontanicznie.
:)
Li.
Mając światu nic do powiedzenia, piszę bloga.
31 października, 2012Nolens volens muszę wyjść z łóżka i stawić czoła obowiązkom.
Protestuje całe moje ciało!
Zduszam ten protest metodami wcale nie pokojowymi,
bo silnym strumieniem wody.
Ożywczy wpływ porannego prysznica, wzmocniony dobrą kawą
i lekko zmamiony chęcią sprawienia sobie
jakiejś przedurodzinowej przyjemności,
stawia mnie do pionu i daje nadzieję na
wyrównaną walkę z dzisiejszą środą.
Choroba jest stanem umysłu- parafrazując klasyka
udaję więc sama przed sobą, że jestem zdrowa.
I choć zakatarzony nos nie daje się zamalować,
a lekko zmętniałe oczy wyglądają dwuznacznie,
całkiem spokojnie wypijam drugą kawę
i szykuję się do wyjścia na zimny świat.
…
Pytacie mnie w mailach, odpowiadam, że…
… nie, nie jadę na pogrzeb Joanny.
Po pierwsze dlatego, że pogrzeby
przygnębiają mnie okrutnie,
bardzo długo potem wracam do siebie,
a życie jest takie jedno i nie mam na to czasu.
Po drugie w sobotę jest impreza urodzinowa
mojego przyjaciela J.,
rasowego Skorpiona, życie toczy się dalej,
a ja nie oglądam się do tyłu
i nie daję wyrazu żałobie na zewnątrz.
Nigdy.
A co na to Lec?
Dokąd zmierza życie? Tam gdzie ty, dopóki idziesz.
Li.
Dzięki za przypominanie o tabletkach
(dzięki, bo od razu biorę:)
a ja przypominam o głosowaniu na Precla!
Post mortem.
30 października, 2012Oj, pośmiałam się trochę- mąż Chustki
dostaje niedwuznaczne maile z propozycjami-
jak je ładnie nazwał- „okołomatrymonialnymi”.
No cóż, baby idą na łatwiznę,
po co zadawać sobie trud szukania kogoś innego,
jak ten tu jest znany, opisany,
zdał egzamin życia przy Joannie, sprawdził się,
prześwietlony został- trzeba skorzystać z okazji,
może tu która pierwsza, ta lepsza?
Ach, ten roztaczający się wokół Piotra nimb Mężczyzny,
Który Stracił Żonę…
I te fantastyczne na Niego określenia,
typu Wielki Wojownik Światła!
Tak, zdecydowanie Joanna pękłaby ze śmiechu,
kpiłaby bezlitośnie, oj… :)
…
Dziś są urodziny Precla, dajemy prezenty klikaniem,
ładnie przypominam :)
Mam gorączkę, weszłam do łóżka, mam dreszcze…
Idealny moment, idealny, wcholerwia* mnie to!
Li.
* zapożyczam bez pytania, świetne!
Zakaz rozpaczania, palenia zniczy i ogólnej histerii.
29 października, 2012Powiedziała, że odejdzie w poniedziałek i tak zrobiła.
Pełnia Księżyca, huragan w USA czy padający w Europie śnieg?
Gdzie jest teraz?
Stawiam na huragan, jednak charakterek miała dość gwałtowny.
(A może złagodniała i pada śnieżynkami w Krakowie?)
Najważniejsze, że już Jej nie boli.
I będzie dobrze, niczym nie musi się martwić!
Będzie dobrze, bo nie może być inaczej!
Li.
Przypominajka przedurodzinowa.
28 października, 2012Czytają mnie Skorpiony?
Takie z twardym pancerzykiem, ale mięciutkim brzuszkiem?
Lubicie nasz listopad?
Bo ja lubię za chryzantemy- te cięte, wielkie kule
i te szalone, drobnokwiatowe w donicach.
Kupuję je i robię ze stołu katafalk.
Mają cierpki zapach jesieni i palących się zniczy,
niosą ze sobą piętno kwiatów cmentarnych,
ale nie dla mnie.
To są moje ukochane kwiaty,
uprzejmie proszę o tym pamiętać ;-)
Li.
PS. Precel to Skorpion. Głosujecie?
Ma urodziny za dwa dni. Siódme. A miał nie dożyć dwóch lat.
Przeczytajcie bloga Gosi od początku, naprawdę warto.
Nagle odkryta prawda.
28 października, 2012Zima zaskoczyła polskich drogowców i mnie.
Bo śnieg na kwitnących begoniach,
na pełnych życia pelargoniach,
na dachu ciągle nie złożonego ogrodowego namiotu
jest najzimniejszym świadectwem tego, że spadł za wcześnie.
Jakiś taki mam beznadziejny nastrój.
Na pewno coś wspólnego z nim ma fakt,
że równo za tydzień kończę 45 lat.
Przy najbardziej optymistycznej wersji doszłam do połowy mojego życia.
Viki przypomniała mi notkę z ubiegłorocznych urodzin,
ze słowami mojej Mamy w tle.
Pośmiałyśmy się, ale potem naszła mnie refleksja,
że to był dla moich zamierzeń stracony rok.
Jestem za rozrzutna i przepuszczam czas, swój czas,
ponoszę stratę bez sensownego uzasadnienia.
(Niby walczyłam o przetrwanie, ale to usprawiedliwienie niskich lotów).
Li.
Przypominajka.
27 października, 2012Nie przypominam i nie głosujecie!
Moi Drodzy, a tu żartów nie ma :)
Łykamy środki na poprawę pamięci
(kupiłam sobie dwa różne, ale ciągle o nich zapominam)
i robimy tak: wchodzimy na tego bloga, zjeżdżamy wzrokiem na dół notki,
klikamy w pomarańczowy banerek,
a potem w „Głosuj na blog „W stronę Precla”.
I tyle!
Wy głosujecie, ja się cieszę,
a jak się cieszę, to piszę świetne notki :))
A co na to Lec?
Jak ćwiczyć pamięć, by umieć zapominać?
Li.
Wydaje mi się, że mam kontrolę, a to tylko złudzenie.
27 października, 2012Sobota to dzień niezrealizowanych planów.
Przynajmniej u mnie.
Otóż zbliża się południe.
Do tego czasu, zgodnie z postanowieniem bycia
Perfekcyjną Panią Domu, miałam już być po zakupach,
po sprzątaniu, po praniu i po spacerze z psem.
Udał mi się tylko ten ostatni punkt,
a to i tak wyłącznie z powodu psiej determinacji
w drapaniu w drzwi.
Ale zrealizowałam Plan B- długą kąpiel w pachnącej pianie, czytanie gazet, kawę i poleżenie sobie w łóżku z mruczącymi kotami.
Pewna, że Starsza nie wróciła na noc do domu,
via telefon przekonywałam moją czarnopatrzącą Mamę,
że jest bardzo rozsądnym nocowanie u koleżanki,
zamiast nocnego podróżowania po Krakowie.
Przekonywanie przerodziło się w lekką kłótnię,
Mama oczywiście była zdania odmiennego,
zaczęłam więc wyciągać wszystkie żale z młodości, typu: zakazy, nakazy
i straszny, wyryty w mej pamięci łzami
nakaz powrotu z Sylwestra o godzinie 21.00
(żeby nie było wątpliwości- przed Sylwestrem),
i że ja mam zaufanie do córek,
atmosfera robiła się coraz gorętsza,
głosy stawały się coraz bardziej podniesione,
aż z góry spłynął głos Starszej:
czy możesz powiedzieć Babci, że jestem w domu od pierwszej w nocy
i dać mi spać?
No cóż…:)
Li.
Dałam sobie wolny dzień.
26 października, 2012Sześć stopni powyżej zera pokąsały mnie w zbyt lekko odziane ciało.
Brrrr… włączyłam podgrzewane siedzenie,
a potem odwlekałam moment wyjścia z auta, ot logika.
Wróciłam do domu i już jestem wolna, wolna od pracy!
Chwilowo zapominam więc o minusach wolnego zawodu
z irytującym brakiem regularnego dochodu na czele
i cieszę się plusem dania samej sobie wolnego piątku.
Młodsza już jedzie w pociągu, Starsza zapowiedziała,
że wróci do domu dopiero wieczorem,
jestem tylko ze zwierzakami i muzyką w tle.
Zrobię zupę, upiekę szarlotkę, kupię pierogi,
posprzątam, kliknę w Preclowy banerek (!)
i będę czekać na wieczór.
A co na to Lec?
Zawsze trzeba mieć kogoś, by za nim tęsknić.
Taki nieskomplikowany plan dnia mam na dziś
i oby nic i nikt mi w nim nie przeszkodził.
Potrzebuję oddechu, dystansu, spokoju i pobycia ze sobą.
A co na to Lec?
Czasem trzeba okres między przeszłością,
a przyszłością przeżyć w jakimś
zastępczym czasie gramatycznym.
Li.
Słucham Pata, to moja ulubiona płyta, bardzo energetyczna, ale z nutką smutku.
…
25 października, 2012Pięćdziesiąt trzy osoby na blogu…
Nie mam złudzeń dla kogo i po co w większości tu przychodzicie.
Piotr napisał jak jest, ja będę milczeć.
Napiszę tylko, że nikt nie zasługuje na taki ogrom cierpienia
i że powinno się już skończyć.
Pamiętam to.
Chciałabym zapomnieć, ale pamiętam.
Li.
Gorączkowo.
25 października, 2012Młodsza leży w Sianożętach z wysoką gorączką, gorączkowy jest też mój pełen niepokoju telefon- a jechać po nią nie ma sensu,
to jest odległość ponad 800 km, tym bardziej że jutro już wracają.
Martwię się moją matkopolkową częścią serca,
14 godzin w pociągu z gorączką
i towarzyszącymi jej gwałtownymi okolicznościami,
to będzie makabra.
Dziecko słabe jest jak szczypiorek na wiosnę, ale z okazji choroby jak zwykle życzeniowo nastawione- na dworzec mam stawić się z kubkiem termicznym pełnym herbaty z miodem i cytryną, w domu ma czekać ciepłe łóżko, gorący termofor, zupa cebulowa i pierogi ruskie.
(Może też być jakaś niespodzianka).
Tak jest!
I tak bardzo się cieszę, stęskniłam się za bąkiem,
choć nie do przecenienia jest obecny porządek w domu,
spokój i brak konieczności gotowania obiadów.
Od pojutrza zmiana- wraca najbardziej destrukcyjny i ruchliwy element naszej domowej układanki.
Wraca w dodatku w glorii bohatera, chora, słaba,
z antybiotykiem, ech… już sobie wyobrażam,
jak będzie to wykorzystywać.
Och, cudownie :)
Li.
PS. Precel szaleje, super! Oby tak dalej!
Przypominajka z rozczarowaniem w tle.
24 października, 2012Nie klikacie na Precla i wyprzedził nas Dzielny Franek…
Porażka! (Miejmy nadzieję, że chwilowa).
Mam tu codziennie pięć tysięcy wejść.
I nawet zakładając, że co drugie wejście to wrogi mi element,
to i tak zostaje dwa i pół tysiąca osób,
które mogłyby zrobić tak: klik, klik.
Możliwe jednak, że optymistycznie mylę się
co do proporcji życzliwych do nieżyczliwych;-)
A gdzie duch współzawodnictwa?
Nie mówiąc o sprawianiu przyjemności i takich tam innych…
Tylko klik, klik!
Li.
Wtorek-potworek.
24 października, 2012Duet gwałtownej zmiany pogody i deszczu jeszcze nigdy nie zawiódł swoim wpływem na moje samopoczucie.
Narastający ból głowy pozbawił mnie jakiejkolwiek aktywności życiowej
i wsadził do łóżka.
Niewiele pamiętam, bo ciśnienie 205/115 skutecznie pozbawia chęci do życia.
Muszę chyba znowu zmienić leki,
albo lepiej o nich pamiętać,
bo to głównie niepamięć jest przyczyną moich okresowych problemów.
Tak, tak- przypominajka w komórce, kartka na lodówce,
tatuaż na nadgarstku- wszystkie te pomysły są świetne,
ale co z tego, jak ja i tak nie chcę pamiętać, nie cierpię być
chora, nie znoszę leków, nie chcę, nie chcę!
Całkiem spokojnie wypijam więc zieloną herbatę z miodem
i cytryną, wybaczcie, ale dziś nie odpiszę na maile,
nie mam siły ani ochoty, skupię się na przetrwaniu zawodowego dnia,
boli mnie cały środek.
Pomyślę o nich jutro.
Jest piąta rano, sen już nie przyjdzie.
I znowu czuję skradający się ból głowy, a kysz!
Li.
Koniec babiego lata, koniec.
23 października, 2012Młodsza zadzwoniła do mnie, gdy rozmawiałam przez drugi telefon.
Powiedziałam jej: Kochanie, mam inną rozmowę, oddzwonię do Ciebie.
Odpowiedziała mi- Ale ja jestem ważniejsza!
O rety, ale mnie zagięła, przecież jest ważniejsza, najważniejsza,
jak mogłam o tym zapomnieć!
…
Dziękuję za prezenty, muszę Wam napisać, że już ich wystarczy.
Sytuacja jest jaka jest,
a z powodu zaufania jakim mnie obdarzacie,
sama muszę mieć pewność,
że Joanna nad tym panuje.
Tym samym kończę odpisywanie na maile w wiadomej sprawie,
ale zawsze mogę odpisać w niewiadomej…
lubię dostawać maile, mile łechcą moją miłość własną,
bo komuś chciało się poświęcić czas na napisanie do mnie.
Czas, czas, czas, egoistycznie cieszę się że ciągle go przed sobą mam.
Liczę, że będę go mieć przynajmniej w najbliższej przyszłości,
to zaledwie marne 40 lat.
I nie może być inaczej.
Li.
Nie lubię kolejnego poniedziałku.
22 października, 2012Noc mnie znowu poszarpała- najpierw sen nie przychodził,
potem koty postanowiły pobiegać za sobą,
fundując mi przebieżki przez moje śpiące ciało,
a potem męczyli mnie starzy znajomi- strachy na lachy, snubrakowacze, czarnowidzacze i wiarybraki.
Jestem więc zmęczonaaaaa, śpiącaaaaa i złaaaaaaa.
Nie lubię poniedziałków, zwłaszcza takich zamglonych,
mgła jest złowieszcza i przygnębiająca.
Jak by tu dobrze zacząć dzień?
Kawa latte w różowym kubku, mam dwie godziny czasu do koniecznego wyjścia, więc klik klik w Preclowy banerek
i wyjdę z psem.
Niech choć pies się cieszy. Koty chwilowo są w niełasce.
Li.
PS. Czy pisałam, że wczoraj popełniłam wielkie głupstwo,
którego wcale nie żałuję i pozwoliłam Starszej prowadzić auto spod Krakowa do centrum miasta?
I że świetnie jej szło?
I że jestem spokojna o jej egzamin, bo nawet jak nie zda,
to nie dlatego, że nie potrafi jeździć?
I że maniakalnie przestrzega przepisów, stwarzając tym samym zagrożenie na drodze? (tu jest 50 km/h i nie pojadę szybciej, matko!).
No! Mam nadzieję, że niedługo zacznie realizować swoje obietnice i odciąży mnie od zakupów i przywożenia jej z imprez.
Bo robi prawo jazdy, żeby to mnie było lżej. Oczywiiiiiście.
Smutno, smutno mi.
21 października, 2012Mój ukochany brat mówi, że jestem głupia.
Przejawem mojej głupoty jest angażowanie się w zajęcia nie przynoszące mi dochodu i z reguły niosące za sobą przykrość. Jestem głupia, bo komuś bezinteresownie pomagam, jestem głupia, bo namawiam do pomocy, jestem głupia, bo wierzę ludziom i w ludzi.
Pewnie ma rację, jestem głupia, głupia, głupia,
zamiast czytać książkę, siedzę przed kompem i odpisuję na maile.
Jestem głupia, bo proszę o pomoc nie dla siebie i nie dla moich dzieci.
Jestem głupia, bo wydaje mi się, że kilkanaście złotych wydane pojedynczo, to bardzo mała kwota, na którą każdego stać.
Jestem głupia, bo proszę o klikanie i głosowanie na bloga, który wart jest najwyższych nagród.
Jestem głupia, bo ciągle mi się wydaje, że jak kogoś coś nic nie kosztuje, to może wykonać drobny gest,
taki malutki drobny gest, klik, klik.
Dla dania rodzicom chorego dziecka trochę radości.
Jestem głupia i naiwna i pewnie się nie zmienię, tylko jeszcze bardziej zamknę się w sobie i w domu, bo czego jak czego, ale ludzi zaczynam mieć zwyczajnie dość.
Tak, doszłam do pewnej granicy tolerancji dla egoizmu, zawiści i tej cholernej ludzkiej małostkowości.
Nie mam już siły ani ochoty kopać się z koniem, prosić, przekonywać, że warto, dawać odpór nieżyczliwym, acz licznym moim osobistym wrogom, bo czego jak czego, ale jednej rzeczy w internecie dorobiłam się na pewno- całej armii wiernych wrogów.
Nie rozumiem ich aktywności i śledzenia moich poczynań- ja nie wchodzę, tam gdzie nie mam przyjemności czytania, a oni męczą się każdego dnia, onanizują przy moich literkach, rozbierają je na czynniki pierwsze, gwałcą swoją niewrażliwość, a przede wszystkim uważają za stosowne od czasu do czasu upuścić jadu i napisać do mnie.
Pytacie co ja z tego mam, że komuś pomagam? Ile z tego mam?
A to mam- te słowa mam, ohydne, raniące słowa od słodkich mamusiek, pobożnych paniuś, grzecznych córeczek, przykładnych żon, od nich- realnych blondynek, szatynek, rudych, brunetek, fioletowych- od nich mam cały wachlarz zdań, od tatuśków, (nie)wiernych mężów, łysych, łysiejących, z brzuchem lub bez, z zębami, bez zębów, takich co to przecież przyzwoici są, ale w necie wychodzi ich prawdziwa natura.
Tak, internet jest lustrem, pokazuje jak schowani za pozorną anonimowością realni „porządni parafianie” w necie plują i gryzą, wylewając swoje realne frustracje i strach.
Tak, strach, boicie się być dobrzy, boicie się pomagać, bo może to uszczuplić Was, odebrać coś Wam, nie myślicie o tym, że to Wy możecie być następni, że pewnego dnia będziecie w takiej matni, że zaczniecie szukać pomocy u ludzi sobie nieznanych licząc na ich dobro, wrażliwość i empatię.
Nie generalizuję, mam wokół siebie tak wielu z Was takich jak ja. I tylko to trzyma mnie jeszcze w tym miejscu, tylko to.
Jest mi cholernie smutno, życie ostatnio wcale nie jest znośne, wokół zaciska się pierścień nieszczęść, trudno to wytrzymać, zwłaszcza w samotności.
Nikt nie powinien być samotną wyspą, nikt!
Jest mi cholernie smutno, cholernie.
Otworzyłam sobie wino, pierwszy raz od wielu miesięcy i chyba je wypiję z intencją, by ludzie byli lepsi.
Choć trochę lepsi.
Li.
Słowo na niedzielę.
21 października, 2012Wstałam o szóstej rano, co miało być przeciwwagą dla soboty,
którą prawie całą poświęciłam na sen.
Starzeję się- kiedyś szkoda mi było czasu na sen,
teraz szkoda mi snu.
Śpię więc kiedy tylko mogę, we śnie ładuję nadwątlone akumulatory
i przeżywam w nim przygody będące echem rzeczywistości,
choć wczorajszy sen zmęczył mnie okrutnie-
śniło mi się, że ze ścian poodpadały płytki w moich łazienkach.
Czy to oznacza, że moje życie obraca się w gruzy?
A co na to Lec?
Śniła mi się we śnie rzeczywistość. Z jaką ulgą się obudziłem.
…
Chustka napisała, że próbują porozumieć się z ojcem Jasia.
To bardzo dobrze,
lepsza najgorsza ugoda niż najlepszy proces,
wiadomo, że najtrudniej wznieść się ponad własną niechęć
i uprzedzenia dla dobra sprawy.
A co na to Lec?
Dzieci rodzą rodziców.
Zabieram się do pracy.
Muszę też zbierać siły,
po południu czeka mnie mrożące krew w żyłach przeżycie-
Starsza ma niedługo egzamin na prawo jazdy,
jadę z nią w ustronne miejsce, by ćwiczyć.
Losie, miej mnie i moje auto w swej opiece,
a przede wszystkim daj mi dużo cierpliwości.
Choć prawdę powiedziawszy, po ostatnich ćwiczeniach
z przyjemnością stwierdzam, że do jazdy ma talent.
Po mamusi, oczywiście :)
Li.
PS. Ale pomagamy dalej.
W tej kwestii akurat niestety nic się nie zmienia.
W odpowiedzi na maile.
20 października, 2012Zadajecie mi w mailach pytania dotyczące Chustki, ale ja nie będę na nie odpowiadać.
To są Jej sprawy i Jej prywatność, pisze tyle ile chce napisać, a każdy przeczyta tyle, ile potrafi przeczytać.
I nie, nie ma żadnego sposobu na to, by Jaś po Jej śmierci został w domu z ojczymem, czy z Babcią B.
Nie ma żadnego na to sposobu, bo gdyby taki sposób był, to by tak nie było, jak będzie.
Ale takie jest prawo, dura lex, sed lex.
My możemy pomóc Jasiowi na przyszłość, więc jeżeli macie jeszcze moje maile z akcji prezentowej, to pomagajcie.
Za 10 lat skończy lat osiemnaście i będzie mógł sam podjąć decyzję, z kim chce mieszkać. Matki z nim nie będzie, ale zostawi mu zabezpieczenie na przyszłość.
No co to? Ruszamy z prezentami dla Jasia? Szybko?
Nie mamy za wiele czasu.
Li.
Dobry wieczór:)
19 października, 2012Wróciłam ciemną nocą i nie zdążyłam do kosmetyczki.
Ale załatwiłam interes, odwiedziłam Ilonkę, powiedziałam: „musisz mnie lepiej pilnować, bo coś nie ten tego” i jak zawsze popłakałam sobie widząc na nagrobku jej zdjęcie- szczęśliwej, pięknej kobiety w dniu ślubu.
Zmęczenie ciągnie mnie do łóżka, jednak obowiązek matczyny każe mi czuwać
i czekać na telefon Starszej- imprezuje w Kryspinowie, obiecałam, że ją stamtąd odbiorę, gdy zapragnie wrócić do domu.
Ziewam więc rozdzierająco i patrząc pożądliwie w stronę łóżka trwam na posterunku na kanapie.
Na szczęście w tv jest „Indiana Jones”, Harrison Ford z tamtego okresu podnosi ciśnienie i zdecydowanie odgania sen;-)
Och, och.
Li.
PS. Jestem straszliwie rozczarowana konkursową statystyką, więc wprowadzam zasadę- kto nie głosuje, ma zakaz czytania,
bo goni nas Dzielny Franek ;-)
Na wszelki wypadek jeszcze raz przypominam: klika się codziennie, o tu,
w baner na końcu Gosinego posta, do 15-go grudnia, to przecież nic nie kosztuje poza podarowaniem odrobiny radości.
Przy kawie, przed podróżą.
19 października, 2012Jadę zaraz do Bielska, Bielska-Białej.
Wracając z powrotem, wpadnę w Pszczynie do Ilonki i nareszcie poczuję spokój, bo sumienie gryzie mnie prosto w serce, a może to nie sumienie, tylko Ilona wierci się z tęsknoty.
Słońce za oknem zachęca do zmobilizowania wszystkich funkcji życiowych, z chęcią do życia włącznie.
Czas witać dzień powstaniem (Lec) i myśleć o wieczorze- bo dla poprawy kiepskiego samopoczucia sięgnęłam po sposób niezawodny-umówiłam się na wieczór z kosmetyczką, jej ręce pełne odżywczego serum, masujące moją twarz, szyję i dekolt zawsze czynią psychologiczne cuda.
Tak, zdecydowanie trzeba dać odpór złym wciórnościom, jeszcze tak nie było, żeby nie było.
Musi być dobrze, bo nie może być inaczej,
czary-mary,
hokus-pokus.
Li.
Pamiętajcie o głosowaniu, ważne by to robić CODZIENNIE!
Na razie dzięki Wam, blog Gosi prowadzi. Zasłużenie prowadzi!
Notka wpadkowa.
18 października, 2012Mam widok na piękny zachód słońca:
Jak sobie napiszę na blogu, że jest mi źle, a wokół panuje beznadzieja połączona z brakiem perspektyw, to od razu nastrój mam jeszcze gorszy.
Wynika to zapewne z mojego nabożnego stosunku do słowa pisanego-jest napisane? To widocznie tak jest.
Zadręczam się, i to pomimo dawno już nabytego przekonania, że nikt mnie nie dręczy tak skutecznie, jak ja siebie samą.
A co na to Lec?
Gdy człowiek bije się z własnymi myślami, trudno mu pozostać bezstronnym.
Robię więc plan i w punkcie pierwszym zapisuję (i wierząc w to co piszę), że nie będę więcej martwić się sprawami, na które nie mam wpływu.
A co na to Lec?
Jestem realistą, nie mogę zamykać oczu na surrealizm życia.
…
Jestem już w domu, zrobiłam sobie kawę w ulubionym kubku, jakoś z niego lepiej mi smakuje.
Rozłożyłam dokumenty, patrzę w nie bez specjalnego zapału, ale i bez niechęci, przede mną zwyczajne popołudnie, nihil novi, praca w domu i dla domu- chodząca zmywarka, wirująca pralka, pyrkocząca zupa i przyjemność z bycia z moimi zwierzakami. Bobcio leży mi prawie na klawiaturze, oczy mu się zamykają, ale walczy ze sobą obserwując ruch moich palców. Szaruś rozwalony z drugiej strony bezwstydnie pokazuje biały, tłusty brzuchol, mruczy i wygląda na kota niezmiernie z siebie zadowolonego, Sasza siedzi vis-a-vis i myje sobie futerko, Masza leży na drukarce.
Wyjątkowa zgoda, nikt się z nikim nie tłucze, nikt niczego ode mnie nie chce, cisza, spokój, sącząca się muzyka i pies śpiący na kanapie. Nie ma mnie dla świata, wyciszyłam telefon i zabieram się do roboty.
Lubię pracować w domu, pewnie dlatego, że lubię w nim być.
A co na to Lec?
Między jednym, a drugim niebytem trzeba samemu starać się o swoje utrzymanie.
A co tam u Was?
Walczycie?
Li.
Wyszarpuję siebie z poczucia beznadziei.
18 października, 2012Czwartek rozluźnił mi tydzień, mogę nareszcie pomyśleć o sobie. Szybko odrobię pracę konieczną, tę niekonieczną ułożę w zgrabny stos, zajmę się nim wtedy, gdy zacznie płonąć z pilności.
Zdolność do samoratowania mam we krwi, bo jak ja siebie nie uratuję, to kto?
Słucham więc instynktu i mam czas na pogapienie się przez okno,
kubek z latte i muzykę.
Na moim pierwszym blogu znalazłam tekst z lutego 2009-go roku, jest on potwierdzeniem teorii o powtarzalności faz życiowych, teraz mam tę samą fazę co trzy i pół roku temu, walka, walka i jeszcze raz walka, jakoś daję sobie radę gdy walczę ze światem, gorzej jest, gdy walczę sama ze sobą.
„Ostatnie tygodnie wyprały mnie ze wszystkiego poza działaniem instynktownym. Nie mam marzeń, nie mam ciepłych myśli, nie mam oczekiwań, chcę tylko znowu poczuć się bezpiecznie, bez tych wszystkich ciosów i kuksańców, co to podobno nazywają się szarą codziennością i prozą życia.
Są takie dni, że ich nie ma, są tylko porażką dla pamięci, bo nie różniące się niczym od siebie, nie zapadają w nią, nie zostawiają żadnego śladu, przechodzą, zabierają czas życia, ale nic w zamian nie zostawiają. Czas za siebie płaci różną walutą, ale to dobre wspomnienia mają najwyższy kurs. Dni bez wspomnień są tylko wielką stratą, nigdy nie do odrobienia.
Teraz dziś, tak jak i wczoraj, przedwczoraj, tydzień temu, utrzymując się jedynie na powierzchni, próbuję spokojnie oddychać, by podtrzymać swoje funkcje życiowe. Mozolnie zbieram siły do siebie, muszą się przedzierać przez wielkie zmęczenie i poczucie, że coraz trudniej mi zdobywać góry. Ale ciągle jeszcze chce mi się coś robić, więc nie porzucam nadziei na zmianę tej beznadziei.
Nie może przecież być inaczej.
A co na to Lec?
Gdy wstydzisz się ulegać-zwyciężaj!
No to co Losie? Idziesz ze mną na nową wojnę?
Bo na nasze pokojowe współistnienie straciłam już nadzieję.”
Tak!
Cieszę się z dokumentowania sześciu ostatnich lat mojego życia prawie codziennymi wpisami.
Daje mi to poczucie siły i bardzo wzmacnia nadwątlone poczucie pewności siebie.
Bo jeżeli wtedy dałam sobie radę, to dam i teraz.
Li.
PS. Pamiętamy o głosowaniu?
Wchodzimy na tego bloga i klikamy w baner konkursowy umieszczony przez Gosię na końcu każdego posta.
Porządkowa ta notka.
17 października, 2012Mam niejasne wrażenie, że nie jest skuteczne kopiowanie linku do konkursu, w którym bierze udział blog „W stronę Precla”, bo coś za wolno rośnie tam liczba kliknięć, a przecież ja święcie wierzę, że klika w banerek każdy z Was :)
Następuje więc zmiana i powrót do pierwotnej koncepcji- najpierw trzeba wejść na bloga Gosi, a potem kliknąć w banerek z konkursem, jest na końcu każdego Jej posta.
Proszę, zróbcie to jeszcze dziś, od razu sprawdzi się czy rośniemy w siłę naszych kliknięć!
…
Zauważyłam dziś Jesień.
Oblepiła mi auto liśćmi i wygoniła koty z tarasu.
Z tej okazji poszłam do fryzjera, dawno nie miałam tak długich włosów. Postanowiłam mieć rude loki, bo właściwie dlaczego miałabym ich sobie nie zrobić?
Potrzebuję tylko znaleźć pięć wolnych godzin na odfarbowanie włosów, by je na nowo zafarbować.
Znudziło mi się bycie brunetką.
Wracam do rudych korzeni!
Li.
Opublikował/a Li 





