Przepuściłam kilka milionów.

W jednej z moich rzadko noszonych licznych torebek (bo tyle ich mam, a i tak ciągle noszę tę najbardziej ulubioną, ze skóry w kolorze czerwonego wina, szlachetnie sfatygowaną, kupioną na wyprzedaży w Singapurze, ciągle mnie bawi tak lekko rzucany zwrot: wyprzedaż w Singapurze, doprawdy-jakbym bywała tam dwa razy do roku… Tak oto można stać się snobem, albo co najmniej o snobizm być posądzoną. Singapur… ech, jakie to były cudowne wakacje… A torba jest śliczna, pakowna i na razie nie ma konkurencji) znalazłam kupon Dużego Lotka z 31-go stycznia 2009 roku. Zaledwie dwa zakłady na „chybił-trafił”, bo jak mam wygrać, to nie muszę zawierać ich więcej. Nie można przecież drażnić Losu zachłannością dziesięciu zakładów.
Pamiętam okoliczności jego zakupu- gram w totka raz na dwa lata, każdy raz wbija mi się dokładnie w pamięć, przekonaniem, że jak już gram, to po to by wygrać! A że porażek w życiu mi nie brakuje, mam więc nadzieję na rekompensatę od losu w postaci tego właśnie właściwego ciągu liczb. To przecież takie niewielkie wymagania!
Jechałam wtedy ze znajomymi i na stacji benzynowej postanowiliśmy zadbać o nasze szczęście.
Potem wrzuciłam kupon do torebki, poniewierał się gdzieś po dnie i dziś przy okazji generalnego sprzątania torebek, czynionego głównie w celu pozbierania tułających się po nich perfum, znowu się objawił. Zapomniałam o nim wtedy natychmiast, a teraz oglądając go takiego steranego torebkowym życiem myślę sobie, że nie wygląda na posłańca szczęścia.
Wymięty jak alkoholik w trakcie ciągu, wyblakły jak każdy więzień za długo przebywający w izolacji i tajemniczy jak każdy nie otwarty list bez urzędowej pieczątki.
Położyłam go obok laptopa, patrzę na niego, a moja wyobraźnia zaczyna podsuwać mi coraz bardziej fantastyczne obrazy- oto jestem tym nieznanym szczęśliwcem, który na stacji BP trafił „szóstkę” i do dziś nie zgłosił się po wygraną.
Oglądam ten kupon, zwijam go w rulonik, robię z niego „piekło-niebo”, poniewieram moją zapowiedzią szczęścia, aż robię z niego malutki samolocik i wysyłam przez okno w ciemną noc. Nie sprawdziłam liczb, a teraz gdy już nie mogę tego zrobić, zuchwale myślę sobie, że puściłam z wiatrem kilka milionów i taka rozrzutność od razu dobrze mi robi na moją lekko stłamszoną sprawami budowlanymi duszę.
Li.

6 Responses to Przepuściłam kilka milionów.

  1. Nieznane's awatar Li pisze:

    Anabell, Sentosa średnio mi się podobała, za dużo ludzi i za dużo cywilizacji:) W Singapurze powaliła mnie na kolana świetna organizacja ruchu i niezwykła czystość tego miasta. Tam nawet liście rosną pod sznurek;-)

  2. To się nazywa gest…;-)

  3. Nieznane's awatar anabell pisze:

    Witaj Li, dla mnie Singapur jest bajeczny.Wprawdzie byłam tam w lutym, a więc zdarzały się deszcze, ale i tak było extra.Byłam tam tylko 10 dni i niestety wszystkiego nie zwiedzilismy,zresztą musiałam 1 dzień poleżeć, bo byłam po ciężkiej grypie.A wiesz co mnie tam rozśmieszyło do łez?Tabliczka przy brzegu laguny na Sentozie,z napisem, że nie wolno wchodzić do wody w dzinsowym odzieniu.Właściwie Singapur to raj dla kobiet- określiłabym go jako jedno wielkie centrum handlowe, podzielone na multum większych , mniejszych i malutkich.

  4. Nieznane's awatar baju pisze:

    Pamiętasz taki spot w tv – spocony facet w siatkowym podkoszulku siedzi przy internetowym komunikatorze i pisze „cześć! mam 13 lat…”? No i właśnie mój Ulubiony bał się, że może się okazać, że taka internetowa znajoma nosi w rękawie nóż do patroszenia zwierzaków, czy podobne atrakcje… No i jedna taka fajna dziewucha przyjechała do nas na grzyby i w samochodzie miała… dwoje dzieci ;-)))

  5. Nieznane's awatar Li pisze:

    Baju, na litość boską, lesbijką ok, ale dlaczego psychopatyczną? :)

  6. Nieznane's awatar baju pisze:

    Och, Li…no po prostu polubiłam Cię, dziewucho:)I zdarzyło mi się to już drugi raz w „życiu internetowym”! Mój mąż rwie włosy z głowy, bo bał się, że trafiłam w sieci na jakąś zakamuflowana, psychopatyczną lesbijkę ;-)))