Wyszłam z siebie bez opcji „zaraz wracam”.
Zmęczenie gryzie mnie z każdej strony, opieram mu się tylko w łóżku otulona bezpieczeństwem kołdry. Śpię i śpię.
Budowa i dzieci, a gdzieś w tle praca- to mnie interesuje na dziś.
Starsza z Turcji śle mi zabawne maile, Młodsza wróciła z „zielonej szkoły'” wyjątkowo entuzjastycznie nastawiona do Pienin, zdobyła wszystkie liczące się szczyty i teraz zadręcza mnie pytaniami, na które nie znam odpowiedzi, bo skąd mam wiedzieć, ile lat liczą sobie słynne sosny na Sokolicy ( już wiem, że ponad pięćset).
Moja niewiedza wywołała w niej takie oburzenie, że usłyszałam zarzut: „co z Ciebie za matka, że wysyłasz swoje dziecko w taką nieznaną Ci okolicę”, cha cha…
Próbuję się jakoś ratować przed lepiącym się do mnie marazmem, ale wszystkie znane mi sposoby zawodzą.
Chyba się starzeję czy co?
Za godzinę umówiłam się z M. na siłownię, sama siebie zrobię reanimację, nieswojo mi z tym brakiem chęci do życia, powłóczeniem nogami i jakimś takim zszarzeniem.
A w przeciwieństwie do mnie budowa ma się świetnie, hula aż miło.
Widocznie to jest ta słynna równowaga w przyrodzie;-))
Li.

Równowaga? To kto, kurde, używa sobie moim kosztem? (Bo tez jestem jakaś nie tego, tylko u mnie to wytłumaczenia brak. No, chyba że ta równowaga)
Czy nie możesz wynieść na budowę kilka płyt zamiast chodzić na siłownię i wypuszczać parę w gwizdek ? he he.
człowiek największą walkę musi stoczyć ze ze samym sobą,ale patrząc na moje leniuchujące koty to myślę sobie…kto tu jest mądrzejszy?
Pomarudzic i do przodu :) Po silowni poziom endorfin Ci skoczy do poziomu sosen na Sokolicy :)