Piszę, bo tu zaglądacie, a ile można o chłodniku…

Weekend popadał w skrajności jak rozhisteryzowany mężczyzna w trakcie andropauzy:
od przeimprezowanej piątkowej nocy z za dużą ilością mojito, pitego dla chwilowego zapomnienia, poprzez pomojitowy ból głowy (oj!) i cudowne, sobotnie popołudnie z moim przyjacielem z Warszawy i jego znajomymi, spędzone nad sushi i winem, do koszmarnej niedzieli w Zakopanem, osłodzonej li i jedynie osobą mojej Młodszej, przyklejonej do mnie super-glue tęsknoty.
Zakopanego nie cierpię, jeżdżę tam jak muszę, tłumy przewalające się po Krupówkach i Gubałówce zasłaniają góry, wszechobecny kult dutków i ciężki los koni przy dorożkach czynią z tego miejsca przedsionek piekła.
No, ale jak widać niektórzy lubią tak spędzać urlop, ja tam wolę ciszę i spokój.
Uciekliśmy do Bukowiny i spokojnych dolinek, pogoda była cudna i widać było urodę Tatr.
Fajnie patrzeć na śnieg w środku lata!
Ostatnie wydarzenia rodzinne wpędzają mnie w wielkie przygnębienie, naprawdę trudno uwolnić myśli od widoku smutnych, dużych oczu I.
Od dziś jest w Gliwicach, zaczyna kolejną chemię, oby tylko wytrzymała, tak bardzo boi się tej chemii, tak bardzo!
Pojadę ją odwiedzić w środę po południu, w czwartek jadę do Starszej, znowu czeka mnie 900 km w jeden dzień, a piątek jadę do Zakopanego po Młodszą, jakimś dramatem wydaje jej się powrót dopiero w sobotę z całą grupą, ech, w niedzielę jedzie na następny obóz, niech się poprzytula do mnie, jak tak bardzo chce.
Ona chyba wyczuwa to wielkie napięcie w rodzinie, mój smutek i determinację.
Smutne jest lato tego roku, niebo też płacze i nie może przestać.
Nie wiem co będzie dalej i wyjątkowo bardzo boję się tego, co może być.
A przecież życie toczy się dalej, sprawy budowlane znowu ruszyły do przodu-dziś od strony podwórka jest już ściągany dach.
Od strony drogi nie mamy jeszcze pozwolenia na postawienie rusztowań na chodniku, ma ono być podobno w ciągu dziesięciu dni, a to z powodu wolnego obiegu dokumentów, ale zupełnym przypadkiem okazało się, że to zależy od podpisu mężczyzny, którego dobrze znam.
I znowu trzeba będzie ładnie się uśmiechnąć… przez łzy.
Nic mnie nie cieszy.
Li.

3 Responses to Piszę, bo tu zaglądacie, a ile można o chłodniku…

  1. Nieznane's awatar Li pisze:

    Lola, damy radę, nie może przecież być inaczej…Karla, sushi jest idealne na długie siedzenie i gadanie:) Nie stygnie;-)Całusy dziewczyny, wiem że ostatnio smucę, ale choroba I. jak rak toczy moje życie, trudno przechodzić obojętnie, jak cierpi ktoś mi tak bliski. A w tle przecież toczy się normalne życie…Ech.

  2. Nieznane's awatar Karla pisze:

    Byłam wirtualnie w Miyako Sushi. I to nie był dobry pomysł, przez ten link zaatakuję zaraz lodówkę.Li…Ty diable:)