Znowu poniedziałek.

Poniedziałek obudził mnie pokrzykiwaniami robotników i hałasem betoniarki.
Poleżałam trochę w łóżku słuchając jak rośnie mój dom, zaraz zabieram sobie kawę na strych i idę ją wypić w swojej obietnicy kuchni.
W piątek wróciłam od Starszej, w sobotę z obozu odebrałam Młodszą, już w niedzielę rano pojechała na następny („Mami, nawet dobę nie byłam w domu!”), w sobotnie popołudnie pojechałam na chwilę do Gliwic do I., jest tak nafaszerowana morfiną i ketonalem, że nareszcie nic jej nie boli, ale pochemiczne torsje dają jej strasznie w kość.
Dziś zaczyna radioterapię, długo się do niej lekarze przygotowują, guz jest bardzo blisko rdzenia kręgowego, wiązka promieni musi być naprawdę precyzyjnie podana, cholerny dodatkowy stres…
I po tym wszystkim, nareszcie wolna od obowiązków rodzinnych, bardzo zmęczona, przespałam całe niedzielne popołudnie, a spokojny wieczór spędziłam na podlewaniu niezliczonej ilości roślin w ogrodzie mojej Mamy, tam jest prawdziwy gąszcz, każdy szanujący się angielski ogrodnik szalałby z zazdrości na jego widok.
Podlewałam przez godzinę, po czym spadł rzęsisty deszcz.
;-)
Li.

Możliwość komentowania jest wyłączona.