Z piersiami jest spory kłopot.
Jest to ten delikatny fragment ciała, tak uwielbiany przez koneserów, który gdy występuje saute nie budzi tych właściwych emocji i doznań.
Musi być na nich jakieś garnie, coś co zaintryguje… za czym podążą zmysły…
Piersi nie lubią być brutalnie traktowane, wskazane jest delikatne ugniatanie, ot tak tylko, by odcisnąć ślad palców.
Są oczywiście tacy niedouczeni brutale, którzy walą w delikatne piersi, miażdżą je i niszczą ich niepowtarzalny kształt, zdecydowanie tym samym wyczerpując znamiona przestępstwa znęcania się. Do odosobnienia z nimi!
Ja należę do tej grupy wrażliwców, którzy piersi traktują z należytą im delikatnością.
Ad rem:
Potrzebujemy: piersi sztuk dwie.
Z czasów głębokiej młodości pamiętam przerażającą sztukę Iredyńskiego, pod tytułem „Trzecia pierś”, od tej pory staram się, by piersi zawsze występowały w duecie, ewentualnie dopuszczam kwartet, wtedy jest sprawiedliwie.
Bierzemy piersi w swoje dłonie, absolutnie z największą delikatnością.
Kładziemy je na deseczce i delikatnie ugniatamy.
Następna operacja jest dla takich wrażliwców jak ja bardzo nieprzyjemna- trzeba wziąć ostry nóż i naciąć piersi, robiąc w każdej z nich kieszonkę.
Potrzebuję:
bułkę pszenną, ale prawdziwą, nie dmuchaną, taka przaśną, ciężką, ewentualnie może być weka, nazywana w mniej cywilizowanych regionach kraju bułką paryską.
Moczę bułkę w mleku, dobrze odciskam i dodaję do niej kopiastą łyżkę prawdziwego masła, pęczek posiekanej zielonej pietruszki, zmiażdżoną (ach, ta wszechobecna przemoc) główkę czosnku, dwa żółtka, dużo przypraw w zależnosci od upodobań, soli i oczywiście pieprz, kto by tam nie lubił pieprzu…
Wszystko mieszam tak, że poszczególne składniki tracą swoją tożsamość, stając się jedną wielką masą na razie bez przyszłości, ale już wiadomo, że to ich smakowa przeszłość zdeterminuje ich przyszłość.
Bardzo delikatnie do tej masy wpuszczam trochę elity w postaci białka z dwóch jajek, wyłącznie takiego w stanie najwyższej sztywności, uprzejmie proszę bez żadnych skojarzeń, (do których jednak jak najbardziej macie prawo…)
Mieszam masę z elitą, bardzo delikatnie i taką już pomieszaną klasowo wkładam do kieszonek wyciętych w piersiach.
Piersi układam w naczyniu żaroodpornym, posmarowanym oliwą, każdy kto miał oliwkę na piersiach, wie jaka to przyjemność, staram się ułożyć je kieszonkami do góry, by masa z nich nie emigrowała do Irlandii, a już conajmniej poza kieszonki.
Z pozostałej części masy robię coś w rodzaju kołderki, z własnych doświadczeń wiem, jak bardzo piersi nie lubią zimna. I takie przykryte wkładam do solarium, temperatura 185-200 stopni, piekę je przez 45 minut, do zrumienienia się kołderki.
Wyciągam i podaję.
Pomieszana społecznie masa wniknęła masłem w piersi, są dzięki temu niezwykle delikatne, przez długotrwałe zespolenie przeszły aromatem czosnku i pietruszki, co za podniecający zapach…mhmmmmm…
Kołderka z wierzchu jest chrupiąca, ze środka rozpływa się w ustach, wystarczy ją tylko do tych ust wziąć.
Kto by tam nie lubił piersi?
Smakowitych doznań.
;-)
Li.

Z weką na pole i będę się przy tym upierać;-)Iga, no wiem już niestety, dzieci są strasznie rozczarowane i wyłącznie z tego powodu żałuję, że koncert się nie odbędzie :)
Nie lubię pisać złych wieści (a może nie takich złych?), ale odwołano koncert Britney Spears, na który szykowałaś dziewczynki. Jakoś ostatnio mamy pecha z koncertami. Depeche Mode odwołali, teraz Britney.. Nie zdziwię się jak coś wydarzy się również z koncertem Madonny.
U nas na śląsku mówi się na wekę lynga ;-).
Mnie najbardziej zaskoczylo, gdy kolezanka z Malopolski chciala isc na pole, i sie nadziwic nie moglam w jakim celu i gdzie my teraz mamy szukac tego pola. U nas wychodzi sie na dwor. ;)
Weka? Bułka paryska?? Kawiorka??? Przeciez to…ANGIELKA!
Weka??? U nas całe życie to była…bułka paryska, ale w końcu mieszkam na Ziemiach Odzyskanych, choć myślałam, że całkiem cywilizowanych ;-) Za to kiedy w Poznaniu poprosiłam w sklepie o bułkę paryską, sprzedawczyni długo wytrzeszczała oczy, a kiedy jej palcem pokazałam, stwierdziła "Aaaaaaaaaa, K A W I O R K A…" To oczywiście był dopiero wstęp do masakry na polszczyźnie, której doświadczałam przez 5 lat wielkopolskiego życia studenckiego, ale to już zupełnie inna bajka…
Od siebie dodam, że można je spożywać, perwersyjnie oddając się lekturze mini powieści Philipa Rotha…"Pierś" – pewnego dnia facet budzi się i dostrzega na czubku swego penisa małe zaczerwienienie. Ono rośnie i rośnie, aż zamienia się w brodawkę, brodawka w pierś, a pierś anektuje z czasem całego bohatera zamieniając go w gigantycznego cycka. Cudowne i takie kunsztowne:)