Zawiodłam się na sobie samej.
Ten zawód wżera mi się w myśli, nie pozwala o sobie zapomnieć, pokazuje się światu i rumieniąc mi ze wstydu policzki, wypływa na twarz stanowiąc poważną konkurencję dla mojego makijażu.
Jestem na siebie wściekła i długo będę czekać na samowybaczenie, a za grzech zwątpienia dam sobie ciężką pokutę, tak jak ciężki jest mój wstyd.
Wczoraj wieczorem pojechałam do I., pożegnać się z nią przed jej wyjazdem.
Do Krakowa wracam w poniedziałek wieczorem, a I razem z moim bratem będzie już wtedy w Paryżu.
I. jest pełna nadziei. Mój brat, pomimo wszystkiego-też.
A ja, naczelna rodzinna optymistka, zmamiona przez lekarzy i wygooglane wiadomości na temat tej cholernej osteosarcomy wpadłam w Rzekę Zwątpienia i tak dałam nieść się bezmyślnie do Źródła Beznadziei.
A przecież póki tli się choć iskra, zawsze jest nadzieja na ogień.
A co na to Lec?
Dokąd zmierza życie? Tam gdzie ty, dopóki idziesz.
Wydawało mi się, że racjonalne podejście do choroby I. pozwoli mi na mniejsze emocje i łatwiejsze pogodzenie się z nieuchronnym.
To był błąd, bo racjonalizm często jest odhumanizowany, użycie rozumu wyklucza wiarę w cuda, a przecież cuda się zdarzają, samo życie cudem jest.
Gdybym mogła spojrzeć sobie w oczy, może zobaczyłabym tam spojrzenie dawnej Li, która nigdy się nie poddawała i zawsze zawsze szła do przodu.
A co na to Lec?
Pamiętaj, jeśli Twoja pozycja jest nie do obrony-możesz ją przecież zdobyć.
Li.

Ika, owszem przeczytałam Twój wpis, ale nie sądziłam, że w zamian za to oczekujesz komentarza, tym bardziej że nie bardzo mogłam znaleźć w Twoich słowach odniesienia do sposobu leczenia I.Jeżeli uraziłam Cię brakiem komentarza, to przepraszam i zapewniam, że nie było to moim celem.
Droga Li. W jednym z wcześniejszych wpisów, prosiłam cię o przeczytanie mojej notki "Jak trwoga to do Boga". Nie wiem czy czytałaś, bo żadnego komentarza w stylu: "czytałam, z tej formy leczenia już korzystaliśmy, ale dzięki za pamięć", się nie doszukałam. Moja propozycja nie była bezpodstawna. Mojego ojca lekarze spod znaku Zakonu Bonifratrów uratowali przed amputacją nogi, a syna wyleczyli z wieloletniego zakażenia bakteriami Coli, z którym nie radziła sobie pani nefrolog.Ojciec co prawda nie żyje, ale nie z powodu nogi, ale dlatego, że został zabity przez pijanego młokosa, za to syn skończył 25 lat i ma się wyśmienicie. Samobiczowanie nic nie pomoże, ale wiara i nadzieja tak, wszak one umierają ostatnie. Pozdrawiam. Ika 53
Li, kochana, nie biczuj sie tak mocno, bo na to nie zaslugujesz. Mysle, ze zwatpienie to naturalna reakcja na wszystko co nas w pewnym stopniu przerasta. Najpierw nam sie zdaje, ze wszystko mozemy, potem przychodzi zwatpienie i pytanie czy walczymy dalej czy tez nie. Jestem pewna, ze I. i Twoj brat tez mieli takie momenty, ale najwazniejsze ze sie wszyscy podniesliscie silni i gotowi do nastepnej walki. :*
Wiara czyni cuda i przenosi góry-oby przeniosła OBCEGO w …..zapomnienie.Modlę się z całych sił za Ilonkę by wizyta w Paryżu tchnęła w nią(was wszystkich kochających I)jeszcze większą WIARĘ. Szpilka
Gosia, wiesz co? Przypomniałaś mi swoim komentarzem do notki poniżej o sprawie tej Martynki. Powiem Ci, że popłakałam się z radości, że dziecko żyje. A przecież lekarze w Polsce nie dawali jej szans. Jest mi wstyd, że zwątpiłam, czuję się jakbym zdradziła siebie i Ilonę. Dzięki za Twoje wsparcie i myśli, Gosiu:)
Wiesz, wydaje mi się, że najważniejsze, że Oni wierzą w pokonanie Obcego. W tej wierze tkwi niesamowita siła.Trzymam kciuki.