Jestem, bo gdzie mam być, jak nie tu i tu?

No!
Jestem, wróciłam stamtąd, dziękuję- było cudownie.
Od pewnego czasu chciało mi się nic, więc oddawałam się nic-nie-robieniu z ochotą, instynktownie czując, że jest mi to potrzebne do odnowienia zasobów energii, bo czułam już swąd samospalania się, zabijał woń moich perfum.
A co na to Lec?
Do wszystkiego tylko dwa kroki: jeden naprzód, drugi wstecz.
Spałam więc pół doby, pracowałam jeno dla podtrzymania mitu kobiety pracującej, przepuszczałam wielkie pieniądze na kosmetyczkę i jej kojący dotyk pełen dobroci dla mojej skóry, dużo czytałam, oglądałam stare filmy i nareszcie zaczęłam znowu wychodzić wieczorami z domu.
A co na to Lec?
Nienawidzę samotności, bo zaczynam w niej tęsknić do tłumu.

Dziś mam w sobie prężnie działającą elektrownię jądrową, chce mi się wszystko, a najbardziej żyć i z życia korzystać.
Mam nadzieję, że uporałam się ze smutkiem i żałobą, schowałam Ilonkę w wygodnym miejscu w mojej głowie, niech ze mną żyje, tańczy, wykańcza dom, starzeje się, była prawdziwą przyjaciółką, takiej przyjaźni nie odstawia się w niebyt niepamięci.
A co na to Lec?
Jestem realistą, nie mogę zamykać oczu na surrealizm życia.
Byłam wczoraj wieczorem w kinie na „Millennium”, gnana ciekawością co można zrobić z książki, która przykuła mnie do siebie na trzy noce. No i można, choć liczne w książce wątki zostały pocięte jak karp na dzwonka i chyba trudniej ogląda się ten film komuś, kto książki nie czytał.
Dobrze też, że nakręcili go Szwedzi, są szwedzkie krajobrazy, w których odbija się echo Bergmana, a nie ma amerykańskiej sensacji i zmieniających się szybko kadrów.

Wczoraj moja córka uświadomiła mi, że za niecałe trzy tygodnie lecimy do Londynu, o rety! Dla spokoju ducha muszę więc nadrobić zawodowe zaległości, każde moje lenistwo ma swój ogon, wlokący się potem przez noce i dni.

A mój przyjaciel H. z Warszawy zaprosił mnie na narty w marcu do Włoch, już postanowiłam, że jadę i niech się dzieje co chce, a najlepiej by z tego powodu nie działo się nic. Córki wyraziły zgodę, Pani Ewa dała się zaklepać do tygodniowej opieki nad nimi, plan jest, teraz tylko trzeba się go trzymać i pochodzić na siłownię celem przypomnienia sobie, że ma się gdzieś tam ( jeszcze głęboko ukryte) mięśnie ud!
No i niech wtedy drżą alpejskie niebieskie szlaki, bo to właśnie piękny kolor niebieski trasy preferuję podczas moich szaleńczych zjazdów.
Budowa stoi i schnie.
Ech… jest jak jest.
No!
Li.

7 Responses to Jestem, bo gdzie mam być, jak nie tu i tu?

  1. Nieznane's awatar Gofer73 pisze:

    Li – taki widocznie przyszedł na mnie czas. Ty swój czas smutku masz już za sobą. Ciesz się więc – równowaga w przyrodzie musi zostać zachowana :)

  2. Nieznane's awatar Beem pisze:

    Lec to na każdy moment ma dobry komentarz.

  3. Nieznane's awatar Jędz@ pisze:

    Dzięki Ci za tę notkę. Chyba pierwszy raz dzisiaj się uśmiechnęłam do niej.A ja wczoraj byłam na "Avatarze"ech… jedyne co mogę powiedzieć, to IDŹCIE NA TEN FILM! KO NIE CZNIE!

  4. Nieznane's awatar Li pisze:

    Gosia, u Ciebie nie jestem w stanie nawet komentować, tyle smutku, że mnie przygina do ziemi…

  5. Nieznane's awatar Gofer73 pisze:

    Widać, że podładowałaś akumulatory. Bardzo się cieszę :)

  6. Nieznane's awatar Li pisze:

    Czasem słońce, czasem deszcz, Aga :)

  7. Nieznane's awatar Agata pisze:

    Tryskasz pozytywną energią i taką Ciebie lubię czytać!!! Całusy…