Kraków przywitał nas uderzeniem śniegu prosto w twarz. Zimno, jak zimno!
W wynajętej norze stęsknione koty oszalały z radości, biały Bobcio wpadł w trans i mruczy od wczoraj, nie odstępując nas na koci krok. Dobrze być w domu.
Walizki czekają na rozpakowanie, na razie wyjęłam tylko figurki kotów- trzy porcelanowe koty z Londynu przez noc zawarły znajomość z resztą figurkowej kociej zgrai i już zadomowione cieszą oczy.
Rety, jak mi się chce wszystkiego i nic mi się nie chce!
Powroty do życia zawsze się spóźniają, są nacechowane lenistwem i brakiem zapału, żyją złudą i wspomnieniami…
Zostawiłam w Londynie ładowarkę do telefonu, popadł więc w ponure milczenie, nie mam auta, bo pozostawione w dniu wyjazdu w serwisie czeka aż po nie przyjadę, czuję się jeszcze trochę odcięta od mojego zwariowanego świata i bezpieczna z kubkiem kawy na kanapie.
Zaraz jednak ten świat zapuka do drzwi, bo przyjdzie mój wykonawca, dzieci wstaną i pewnie będą chciały coś jeść, a lodówka pusta, nowe kartki w kalendarzu czekają na zapiski i plany.
Wróciłam, ale już planuję następną podróż, bo przerwy od życia są konieczne dla życia.
Miłego dla Was!
Li.

:))) Całusy*
Witaj ponownie w C.K. :)
Uwielbiam Londyn. Połaziłaś sobie moimi starymi szlakami.
A koty wyczochraj ode mnie :))) i asymiluj się kobietko :)))
No nareszcie. Już się martwiłam, że tam zostaniesz.
witam i zazdroszczę przygody:)
Dobrze, że już wróciłaś…:*