Jak wizja trupa w bagażniku wpłynęła na losy pewnego sporu.

Zmuszona obowiązkami zawodowymi nolens volens musiałam udać się sto kilometrów poza Kraków, w miejsce gdzie na gminnych drogach zalega skorupa lodu, trudno jechać szybciej niż 50km/h, nawet autem z napędem na cztery koła. Wlokłam się więc między głębokimi, lodowymi koleinami, sama na bocznej drodze, tak to jest, gdy zachciewa się skrótów i jazdy „na oko”.
Innego jednak zdania co do stanu nawierzchni drogi był kierowca wysłużonego bmw, wyprzedził mnie z rykiem zmęczonego silnika i wracając na prawy pas potrącił idącego poboczem psa.
Pies uderzony kołem przekoziołkował w powietrzu i zniknął w głębokim śniegu leżącym na polu.
Miałam nadzieję, że biedak nie żyje bo ostatnią rzeczą jaka była mi potrzebna to jakieś komplikacje po drodze. Musiałam to jednak sprawdzić, bo moje sumienie wyło we mnie psim nieszczęściem. Wgramoliłam się więc w głęboki śnieg, czując jak paskudnie mokre robią się nogawki moich eleganckich i oczywiście cienkich spodni.
Pies rzecz jasna żył, wszak nie mogło być inaczej w w sytuacji gdy spieszyłam się jak jasna cholera i jakiekolwiek spóźnienie nie mogło wchodzić w rachubę.
Pies żył i w dodatku patrzył na mnie wzrokiem będącym milionowym zwielokrotnieniem osobliwego sposobu patrzenia mojego psa, po którym zawsze mięknie mi serce i pustoszeje lodówka…
Mówię do drania:
Ty draniu! Żyjesz! No i co mam teraz zrobić?
Pies nie wiedział, ale patrzył na mnie tak ufnie… a niech to trafi szlag.
Nie mogłam zostawić go w tym śniegu, zamarzłby w męczarniach.
Zupełnym przypadkiem w bagażniku auta, oprócz nieśmiertelnego parawanu plażowego miałam tablicę korkową i stary koc.
Tablica świetnie sprawdziła się w charakterze noszy, a ja z najwyższym obrzydzeniem, starając nie patrzeć się na zwisające bezwładnie dwie łapy przeniosłam drania do bagażnika, otuliłam go kocem i pojechałam dalej cięższa o psi problem.
Czas mnie gonił, błagałam los by utrzymał go przy życiu, bo najbardziej przerażała mnie myśl co pocznę z trupem psa.
Do sądu wpadłam w ostatniej chwili, przez zdychającego mi w bagażniku psa byłam nadzwyczajnie skłonna do ugody, siedziałam jak na szpilkach, ufff… przeżył moją rozprawę i mogłam poszukać weterynarza.
Weterynarz po opowiedzeniu mu historii nie chciał ode mnie przyjąć pieniędzy, pocmokał nad draniem, poobmacywał, stwierdził że z trudem, ale przeżyje i obiecał mi że znajdzie mu dobry dom (drań na oko ma dwa lata). Ech, zrobiło mi się lekko na duszy, bo dottore wyglądał przyzwoicie, mimo że miał wąsy a ja jakoś wąsaczy nie lubię. Ale mówił do psa łagodnym głosem i pełnym współczucia, w dobrych go zostawiłam rękach, wracałam sobie do domu spokojna i szczęśliwa.
Jeszcze tylko musiałam przekonać mojego klienta, że zawarta przeze mnie ugoda była szczytem negocjacyjnych możliwości, bo przecież nie mogłam przyznać mu się do tego, że moje ustępstwa na rzecz przeciwnika wymuszone były wizją psiego trupa…
Li.

15 Responses to Jak wizja trupa w bagażniku wpłynęła na losy pewnego sporu.

  1. Nieznane's awatar Anonymous pisze:

    :))) Pozdrawiam, Ania

  2. Nieznane's awatar Anonymous pisze:

    Li ten drań śmiał przeżyć!!!! ale napewno gdyby wiedział komu zawdzięcza swoje życie to byłby i napewno będzie najukochanszym psem….a Ciebie nie zapomni do końca swojego psiego życia…..

  3. Nieznane's awatar Li pisze:

    Jędzo, leniu :D A weterynarzowi dobrze z wąsów patrzyło…Tojasiepytam: W charakterze dziwadła i owszem :D No i napisz tę książkę, "Idę w tango 2". :)Krzysiu:najważniejsze żebyś nie wrócił na złe;-))

  4. Przez chwilkę myślałem, że kolejny czworonóg wyląduje u ciebie pod dachem :) Cieszę się, że sprawa z psem miała szczęśliwy finał. Szkoda tylko, że drań, który go potrącił, uniknie kary. Czy kodeks karny przewiduje jakąś karę za nie udzielenie pomocy zwierzęciu?p.s. Nadal nie wiem kiedy wracam na dobre.

  5. Nieznane's awatar tojasiepytam pisze:

    Nic, tylko o Tobie książki pisać i wozić na spotkania z gawiedzią w charakterze Ciekawego Człowieka:)

  6. Nieznane's awatar Jędz@ pisze:

    Jakby tu wpisywanie komentarzy nie było tak kłopotliwe., to pewnie pisałabym częściej, a tak to mie sie nie chce.Fatkytcznie, może ten wypadek wpłynie nawet na poprawę życia temu psiakowi, jeśli znajdzie się dla niego jakiś ciepły troskliwy dom. Chyba, że ten weterynarz zaraz po twoim wyjściu wykorzystał go na części zamienne dla leczonego właśnie za ciężką kasę terierka (wiesz, nereczka, wątróbka );)

  7. Nieznane's awatar Li pisze:

    A co do wynagrodzenia dziećmi- bój się Boga kobieto! Dwa moje egzemplarze zupełnie mi wystarczą :))

  8. Nieznane's awatar Li pisze:

    Ania, byłabym kiepskim weterynarzem, zapewniam :) Boję się widoku krwi i doprawdy-gdyby ten drań krwawił nie potrafię przewidzieć jaka byłaby moja reakcja, podejrzewam że wrzeszczałabym z obrzydzenia, ale jakoś bym go do auta dotargała :)))Ja po prostu psy i koty obdarzam cechami ludzkimi, a trudno nie pomóc innemu człowiekowi :)

  9. Nieznane's awatar Li pisze:

    Dana, no to też jesteś Wielka ;-) Co do psa uratowanego z kry, to z tego co pamiętam ludzie próbowali mu pomóc, ale nie dali rady… Prasa nagłaśnia takie historie, bo budzą wzruszenie, to samograj. Ale za chwilę na wiosnę zaczną się powodzie i utonie niejeden pies nieodwiązany przez ludzi od łańcucha. Może jakiemuś biedakowi uda się wdrapać na budę i dryfować na wodzie, może też zostanie spektakularnie uratowany i może paradoksalnie poprawi to jego los.Nie zrobiłam nic nadzwyczajnego.

  10. Nieznane's awatar Anonymous pisze:

    Bog ci dziecmi wynagrodzi:):):)Masz dobre serce, Li, mysle ze tez bylabys wspanialym weterynarzem. Pozdrawiam ania

  11. Nieznane's awatar Anonymous pisze:

    Li, jesteś Wielka!!! ( ja też tak bym postąpiła). Słyszałaś o dzielnym psie uratowanym przez statek naukowo-badawczy "Baltica" (współarmatorzy – Morski Instytut Rybacki oraz Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej)? To dopiero historia….Zuch-pies pokonywał 120 km Wisłą i 30 km po Zatoce Gdańskiej na krze! Gdzie byli ludzie?Jesteś CUDNA, bo pogodziłaś i pracę i weterynarza ( cała Ty!:))) Buziaki Dana

  12. Nieznane's awatar Li pisze:

    Aurora, no to naprawdę prawdziwy drań :) Śmiał przeżyć;-))Ani ze mnie lwica, ani gołębica. Wierzę, że postąpilibyście tak samo.Zwyczajnie jednak cieszę się, że tam byłam, choć gryzie mnie myśl, że gdyby ten idiota w bmw mnie nie wyprzedzał, to może nie zarzuciłoby go na muldzie, może nie uderzyłby w psa, może…

  13. Nieznane's awatar Julianna pisze:

    Dobra z Ciebie kobitka …

  14. Tak to już jest, że kobiety o miękkich sercach mają słabość do… drani ;-)

  15. Nieznane's awatar Anonymous pisze:

    Li jesteś cudowną kobietą o gołębim sercu…….może na sali sądowej jesteś lwicą….ale….