W celu realizacji moich szaleńczych wykończeniowych pomysłów musiałam wystąpić o kredyt.
Tym samym nagle stałam się dla banku jednostką podejrzaną i wymagającą przeprowadzenia procesu lustracyjnego, do granic absurdu włącznie.
Ilość niezbędnych dokumentów, oświadczeń, zaświadczeń i innych dawno przekroczyła moją zdolność percepcji. Zamieniam się więc w automat do przynoszenia tego i tego i przestaję dziwić się zaiste idiotycznym zasadom liczenia zdolności kredytowej, a już na pewno kosztów utrzymania.
Przestaję dziwić się panience w banku bardzo zdziwionej, że nie pracuję na etacie (no jak to? Przecież każdy powinien mieć jakiś etat!).
Przestaję zastanawiać się nad meandrami (nie)polityki bankowej, która działa na tyle zniechęcająco, że zaczynam tęsknić do instytucji zwykłej skarpety. Nie cierpię tłumaczenia, wykazywania, udowadniania i czekania.
Ale najbardziej nie cierpię tego, że nie potrafię oszczędzać i że przez swój rozrzutny tryb życia znalazłam się oto w piekle formalności kredytowych.
Od dziś wprowadzam nowe zasady- i gdy usłyszę tylko „Mami, daj kasę”, to zabiję.
Tym samym wzrośnie mi zdolność kredytowa, bo przynajmniej jedno forsożerne stworzenie zniknie z rubryczek formularza. Co ciekawe, bank nie bierze pod uwagę alimentów, które przecież idą na utrzymanie dzieci, w całości obciążając mnie kosztami ich utrzymania.
Czyli te alimenty, to co? Na waciki?
Li.

Uroki bycia przedsiębiorcą w naszym kraju… niestety :(
Di :D Ptaku, nawet na te z dolnej półki :P
Toż to na waciki nawet nie starczy :) Pozdrawiam
Jak zwykle uroczo się wkurzasz ;) Całuski