Gdy dziecko jest w samolocie, we mnie budzą się demony.

Telefon nareszcie mógł z ulgą odetchnąć po przyjęciu w siebie wiadomości o szczęśliwym lądowaniu samolotu w Turynie. Moje starsze dziecko jak zwykle cedzi słowa: dwie godziny temu był „Frankfurt”, teraz zaledwie „Turyn”. Gdy smarkuli odpisałam z nutką matczynej egzaltacji, że „mogę nareszcie spokojnie iść spać”, to w odpowiedzi napisała mi, że „nie wie o co mi chodzi, bo przecież nie jest z babcią i na innym kontynencie”. No tak, ale to właśnie fakt, że nie jest z babcią budzi mój największy niepokój, haha…
Oczywiście wiem, że wróci do domu zachwycona, narciarsko wyjeżdżona i wypoczęta, ale co się namartwię to moje. Przerażająco w tym martwieniu robię się podobna do własnej matki, a przecież nic mnie tak nie złości jak jej wieczne czarne przepowiednie!

Nalałam sobie czerwonego wina i uzbrojona w winny oręż będę walczyć z własną nadopiekuńczością i złudnym przekonaniem, że tylko w mojej obecności dzieciom nic złego się nie stanie. I czasem z lękiem myślę o tym, że moja miłość do nich tak bardzo determinuje moje życie, że nie daję sobie miejsca na nic innego, pocieszam się jednak, że gdyby to „coś innego ” będzie miało być czymś dla mnie ważnym, to wywalczy sobie należne mu miejsce, tak by inne uczucia poczuły respekcik i szacuneczek.
A co na to Lec?
Czy mam złudzenia? A jakże. To są produkty uboczne nieubłaganego racjonalizmu.
Ech… no tak…
Pozostanę w swoich złudzeniach, bo mi w nich dobrze. I dobre jest to wino!
A za Starszą cudownie sobie potęsknię, nawet trochę ją poidealizuję.
Jak wróci to przynajmniej przez dwa pierwsze dni nie wkurzy mnie do granic wytrzymałości.
Są przecież takie dni, gdy moja matczyna miłość jest moim własnym wrogiem, gdy z bezsilności
i złości na jej absurdalne nastoletnie histerie mam ochotę popełnić zabójstwo i to ze szczególnym okrucieństwem. Ale te chwile mijają, a zawsze zostaje mnóstwo czułości. I radość. I duma.
Cieszę się, że jestem matką.
To trudne zadanie, często jestem matką beznadziejną i niekonsekwentną, ale miłość do dzieci to najczystsze i najcieplejsze uczucie jakie jest mi dane w życiu.
Idę przytulić się do Młodszej.
Li.

2 Responses to Gdy dziecko jest w samolocie, we mnie budzą się demony.

  1. Nieznane's awatar Li pisze:

    Anitaes:) Chianti nie odmówię, a Toskania nie na końcu świata :)

  2. Nieznane's awatar Anonymous pisze:

    Droga Li, czytam sobie ciebie z wielką przyjemnością. I zapraszam Cię na dobre chianti, przy najbliższej okazji, jaka pewnie się nam zdarzy. Poroztrząsamy sobie trochę matczyne desperacje i remontowe determinacje. Ot co.Pozdrawiam gorąco z lodowatego Sansepolcro.anitaesP.S.Żadna ze mnie kwoka, ale syndrom bezradnie wściekłej matki niestety mnie nie minął. Na szczęście to mija, gdy dzieci skończą 40-tkę, ha, ha./Tak się pocieszam/.