Zaczynam wspominać, chyba się starzeję :)

O północy przywiozłam moje starsze dziecko z lotniska. Wykończone i spalone na Mulatkę z bardzo wyraźnymi białymi „okularami”. Oczywiście w kwestii kremów z wysokim filtrem nie słuchała matki i teraz ma dwukolorową twarz.
Starsza leciała z Monachium w niezłym towarzystwie- kardynała Macharskiego, jego świty i całej ekipy skoczków narciarskich z Małyszem na czele. Znaczy się opieka boska nad samolotem była szczególnie wzmocniona.
Cieszę się, że jest zadowolona i wypoczęta, a najbardziej cieszę się, że była z moim bratem- widzę, że jest jej potrzebny męski punkt widzenia na pewne sprawy, a na swojego ojca liczyć przecież nie może.
Nie cieszę się za to z tego, że coraz częściej będzie podróżować beze mnie- w czerwcu leci do Niemiec na tydzień na szkolną wymianę, a pod koniec czerwca do Anglii na dwa tygodnie do mojej starej znajomej.
A historia tej starej znajomości miała swój początek na Rynku w Krakowie, dwadzieścia lat temu,
podczas II Festiwalu Kultury Żydowskiej, gdy zostałam zaczepiona przez pewną parę- rudego brodacza i śliczną brunetkę. To byli Anglicy, przyjechali na festiwal, gubili się trochę w Krakowie, szukali jakiegoś noclegu. Rudy miał na imię Barney, a dziewczyna Ruth i była z pochodzenia Niemką.
Ależ to było fascynujące towarzystwo! Razem tworzyli duet Rubato, Barney grał na akordeonie, a Ruth śpiewała i grała na gitarze. Zamieszkali u mnie i spędziliśmy razem kilka dni. Przytrafiały nam się niezłe przygody, gdy niespodziewanie znajdowaliśmy się w niespodziewanych miejscach, szalone to były czasy! Poznałam ich z Leszkiem Długoszem, który autorytatywnie stwierdził że Barney jest najgenialniejszym akordeonistą jakiego zna, potem (już nie pamiętam jak to się stało, chyba właśnie przez Leszka) Barney który był również stroicielem fortepianów, nastroił fortepian w kinie „Kijów”, gdzie miał się odbyć koncert finałowy festiwalu, bilety oczywiście były nie do dostania, a dla nas załatwił wejściówki jako honorarium za swoją pracę.
Jedynym zgrzytem tych kilku dni było włamanie do auta Barneya, gdzie beztrosko zostawił niezwykle cenną rzecz- schowane w starym, stylowym futerale instrumenty do strojenia fortepianów z końca XIX wieku, wraz z równie starą książką o wszystkich ówczesnych typach i wytwórniach fortepianów i pianin. Bardzo mi było przykro, stało się to pod moim domem, głupi złodziej myślał pewnie, że kradnie coś cennego, a przecież to była rzecz niesprzedawalna. Barney rozpaczał, dla niego był to wielki cios, te instrumenty należały jeszcze do jego pradziadka. I oczywiście, że się nie znalazły, postępowanie przez Policję zostało umorzone wobec niewykrycia sprawcy.
Nie wpłynęło to jednak na naszą znajomość, a wręcz przeciwnie- Barney zakochał się we mnie miłością beznadziejną i zaczął przyjeżdżać do Polski bez Ruth, co było trochę kłopotliwe, ale do opanowania. Ruth przyjechała do mnie jeszcze dwukrotnie, a potem niestety w 1994 roku wyszłam za mąż i wcale zaraz nie wróciłam, za to na dziesięć długich lat skończyło się moje ciekawe życie, byłam tylko żoną, matką i czasem kochanką, jak to klasyczna cura domestica.
Na początku 2000-go roku dostałam od Ruth list, w którym napisała mi, że kupiła w Devon dom, że urodziła dwie córki i że przyjmuje na wakacje osoby zainteresowane nauką angielskiego, jakby kogoś z moich znajomych to interesowało, to… itd.
Przez ostatnie dziesięć lat nasza znajomość odeszła sobie spokojnie w przeszłość, jak wiele innych miłych znajomości umierających naturalnie z powodu braku kontaktu i zmiany okoliczności.
Nie miałam pojęcia co się z nią dzieje, nie wiedziałam jak ułożył sobie życie Barney, ale gdzieś tam jeszcze tłukło się we mnie wspomnienie ich twarzy, a już zawsze gdy po raz kolejny czytałam „Władcę Pierścieni”- dziadek Barneya był pierwszym wydawcą Tolkiena.
I gdy moja Starsza powiedziała mi, że bardzo chce jechać na wakacje do Anglii na obóz językowy, pomyślałam wtedy o Ruth, pomyślałam również, że taka nietuzinkowa osoba na pewno złapana jest w sieć wyszukiwarek, wbiłam jej arystokratyczne niemieckie nazwisko w Google i z prawdziwym wzruszeniem obejrzałam sobie jej zdjęcia w pewnym artykule o prowadzonej przez nią szkole tanga. Dużo jest Ruth w internecie i co najważniejsze- dalej jest taką pogodną osobą jak kiedyś. Wymieniłyśmy kilkanaście maili, czym jest dziesięć lat bez kontaktu wobec całego życia?
Skutkiem maili Starsza jedzie do niej w celach naukowych na dwa tygodnie.
Ruth mieszka w ślicznym miasteczku niedaleko wybrzeża, ma córkę w wieku mojej córki, myślę że dla Starszej- fanatyczki języka angielskiego- będą to świetne wakacje.
Muszę tylko zagryźć swoje ciągle własne zęby i nie histeryzować z powodu jej samotnej podróży- samolotem do Bristolu, a potem pociągiem.
Dziecko twierdzi, że to dla niej będzie pestka.
Hm…
Lubię, gdy niespodziewanie z przeszłości w moją teraźniejszość znowu wchodzą ludzie kiedyś mi bliscy.
Li.

9 Responses to Zaczynam wspominać, chyba się starzeję :)

  1. Nieznane's awatar Li pisze:

    No właśnie, jakie ja mam szczęście, że mam TAKICH CZYTELNIKÓW :*Zawsze powtarzam, że szczęście to brak nieszczęścia :)

  2. Nieznane's awatar Anonymous pisze:

    Li sama nie zdajesz sobie sprawy jaką Ty szczęśliwą kobietą jesteś!!!!…..pozazdrościć wyboru znajomych……..

  3. Nieznane's awatar Anonymous pisze:

    Li Ty sama nie zdajesz sobie sprawy jaką Ty szczęśliwą kobietą jesteś……zycie wynagradza Ci to co zabrało,utraciłas…..zazdroscić…..

  4. Nieznane's awatar echoes pisze:

    Szczęście do ludzi milion razy cenniejsze niż szczęście do czegokolwiek innego… tak myślę…

  5. Nieznane's awatar Anonymous pisze:

    Szczescie do ludzi to wielkie szczescie:) pozdrawiam Ania

  6. Nieznane's awatar Li pisze:

    Droga Aniu, jestem chodzącym pechem, mam tylko i aż szczęście do ludzi :)

  7. Nieznane's awatar Anonymous pisze:

    Droga Li, ty jestes w czepku rodzona!? Serdecznosci Ania

  8. Nieznane's awatar Li pisze:

    Re, powiem Ci tak: strach się bać ;-)) Przez czterdzieści i prawie trzy lata sporo się tego uzbierało :))

  9. Nieznane's awatar Re pisze:

    Zastanawiam się, ile jeszcze takich historii chowasz w rękawie?! :)