Wstanie rano i przeczytanie pozostawionej zapobiegawczo wczoraj samej sobie karteczki z napisem: „we wtorek mam dobry humor i nie ma od tego odwołania” wcale w ten dobry humor mnie nie wpędza, a wręcz przeciwnie- czuję rosnącą niechęć do zaczynania dnia, co dobitnie pokazuje siłę przekazu postanowień dawanych samej sobie, dokładając tym samym jeszcze poczucie winy z powodu jakże rażącego braku jakiejkolwiek doskonałości.
Triumfuje wtorek-potworek i nawet nie chce mi się nic na to radzić.
Dzieci wróciły wczoraj poprzeziębiane i z gorączką, tym samym tradycji lanego poniedziałku i bitwy na „bomby wodne” z małoletnimi sąsiadami babci stało się zadość.
Wróciły również trochę rozczarowane, bo Święta z tatą raczyły zacząć się dopiero późnym niedzielnym popołudniem, kiedy ojciec spuszczony ze smyczy stawił się u babci, przerywając tym samym ustaloną od lat tradycję wspólnego święcenia koszyczków i niedzielnego świątecznego śniadania.
Starsza obliczyła skrupulatnie, że spędziły z tatą 25 godzin, w tym zawarła się przerwa na sen
i czas podróży w obie strony.
O rety, doprawdy, cała doba wraz z jedną nadgodziną musiała wyczerpać ojca do cna, pewnie to wyczerpane męskie biedactwo nie pokaże się dzieciom do przyszłego tygodnia, a to wszystko oczywiście w ramach spełniania obowiązków rodzicielskich i hartowania przyszłych pokoleń- niech wiedzą, że życie jest ciężkie.
Jasne, jasne-piszę w rozżaleniu, ale jak nie być rozżaloną?
W okresie świątecznym wciskam sobie uparcie jedynie obowiązującą wersję, że uwielbiam spędzać święta bez dzieci, że sen, że imprezy, że samo dolce far niente, a wszystko po to, by nie zabierać im budowanej przecież od wczesnego dzieciństwa corocznej tradycji- czterech koszyczków przygotowywanych przez babcię po mieczu dla czwórki wnuków, pójścia przez pół Chrzanowa do kościoła z tatą, ciocią, wujkiem i kuzynami, bizantyjskiego wielkanocnego śniadania, bo babcia tu zawsze szaleje, nieograniczonego lania się w ogrodzie z sąsiadami na śmigusa-dyngusa, powtarzanego od ich urodzenia świątecznego rytuału, budzącego poczucie bezpieczeństwa swoją niezmiennością.
Jasne, jasne- piszę w rozżaleniu, ale jest mi tak bardzo szkoda dzieci liczących każdą godzinę spędzoną z ojcem, a przecież powinny być to noce i dni…
Ostatni raz zgodziłam się na samotne spędzenie Świąt, jak mi mój dobry humor miły!
Od przyszłego roku zaczynamy budować własną świąteczną tradycję, budowanie mam przecież we krwi!
Principiis obsta, sero medicina paratur.
Li.

Kochana, kto potrafi zrobic takie pierogi i inne cuda kulinarne jak Ty, kto buduje piekny dom na glowie innych domow, kto tak pieknie pisze i jeszcze potrafi zadbac o siebie i innych- czy to nie czysta forma wspanialosci i wszechstronnego utalentowania?A wstawac o 5.45 to grzech!
Jaaasne, że tak zacytuję : "wspaniała i wszechstronnie utalentowana mama" ;-))) Sama ironia :)A w ogóle to dzień dobry, ja już jestem na nogach, urocza godzina 5:44, ptaszki śpiewają… nie pamiętam, czy spałam :P
Jakze bym smiala! Tam naprawde nie ma ani odrobiny ironii.
Lola, no błagam Cię :D Nie kpij ze mnie kobieto!:D
A ja mysle, Li, ze im bedzie latwiej i weselej z nowa tradycja niz proba powrotu do przeszlosci. One pewnie bardzo chcialyby by bylo tak jak kiedys, ale niestety wizyta u babci to nie powrot do przeszlosci, a tylko gorzkie uswiadomienie sobie, ze juz nigdy nie bedzie tak jak bylo. Dlatego nie patrzylabym na babcine tradycje, a zaoferowala im cos zupelnie innego. A z tak wspaniala i wszechstronnie utalentowana mama to wcale nie bedzie takie trudne.
Wlasnie, dzieci zal. Bo czemu one winne, ze chca byc kochane i wazne dla taty. Jaka szkoda ze ojciec nie moze byc prawdziwym ojcem. Jeszcze tylko kilka swiate ktore beda chcialy spedzac z tata, bo wkrotce beda dorosle i tato bedzi je prosil o chwile dla niego, miejmy nadzieje. Bardzo mi przykro z powodu rozczatowania twoich dziewczyn. Tez chodze zla jak osa i nie wiem dlaczego:( Rozzalona jestem na caly swiat. Ech zycie:)Serdecznosci Li i oby nigdy nie braklo ci sil i wiary w lepsze jutro. Pozdrawiam Ania
Dobra wiadomość jest taka, że lipa na podwórku ma pokaźne pączki, a kasztanowiec wypuścił listki! Que sera, sera, znowu dałam się wkręcić w sprawy pomiędzy dziećmi a ojcem, a przecież mnie one nie dotyczą. Tylko tych dzieci mi żal…No i oczywiście jestem z niezrozumiałych do końca powodów wściekła :) Na wszystko! A co do tradycji, jak w końcu będę miała miejsce na jajka na stole… :)Pozdrawiam!
Miła Li,budowanie nowej tradycji bywa czasem konieczne, w takich sytuacjach rzadko jest przyjemne, niekiedy nosi oznaki przymusu (wywieranego na sobie, na innych, na świecie otaczającym). Zapewne nie zauważyłaś, że właśnie zrobiłaś pierwszy krok w tym kierunku: już wiesz, czego NIE chcesz, wydaje się, że Twoje dziewczyny też czegoś się dowiedziały. Być może w przyszłym roku sprawdzicie wariant "nowej tradycji" – i być może (być może!) dojdziecie do wniosku, że taka całkowita nowość też Wam nie odpowiada. A potem, stopniowo, powoli, wykluje się ONA: nowa tradycja na nowe czasy. Czego (po)świątecznie i serdecznie życzę. PS wpadnij na Rękawkę, pomokniemy sobie razem :)