Wczoraj dotknęłam ogromnego nieszczęścia, a rzeczy które widziałam, wcale o to nieproszone zostaną mi w pamięci.
Każda historia ma swój początek, nawet tak straszna ja ta, choć zaczyna się niewinnie- wyświetlonym numerem telefonu mojej byłej sąsiadki, sześćdziesięcioletniej wdowy, a co najważniejsze- najbliższej przyjaciółki mojej Pani Jadzi.
Dzieli nas spora różnica wieku, a jednak w stosunkach sąsiedzkich nie stanowiła ona przeszkody, B. sama nie mając dzieci traktowała mnie trochę po matczynemu, a ja na to pozwalałam, bo ciepłych uczuć nie da się przedawkować.
B. pochodzi z Proszówek pod Bochnią. Często odwiedza rodzinne strony, bo w małym, drewnianym domu mieszka jej osiemdziesięcioletnia matka. Matka jest niesprawna, porusza się na wózku, ale za skarby tego świata nie chciała opuścić swojego domu z pelargoniami w oknach i zamieszkać razem z córką. B. w porozumieniu z siostrami wynajęła jej całodobową opiekunkę- znalezioną za pośrednictwem Radio Maryja byłą zakonnicę o -jak dla mnie- podejrzanej przeszłości (myślę, że jej rzekomy pobyt w zakonie to mistyfikacja) ale to nie przeszłość siostry zakonnej ma w tej historii znaczenie.
Przedwczoraj o szóstej rano podejrzana zakonnica nie wiadomo po co wyszła z domu.
Fala powodziowa z Raby przyszła o godzinie siódmej, zalała domy w Proszówkach i matkę B. siedzącą na wózku. Jakim cudem, siedząc do połowy ciała w wodzie udało jej się sięgnąć laską do okna wychodzącego na ulicę pozostanie tajemnicą, dopóki sama nie będzie w stanie tego opowiedzieć, Dom stoi przy samej drodze, sąsiedzi zajęci swoim nieszczęściem zauważyli ją jednak pukającą w okno, zorganizowali pomoc i Straż Pożarną. Matka B, wylądowała w szpitalu, a zakonnica została w Bochni, bo nie mogła już wrócić do domu.
B. dowiedziawszy się o sytuacji, zadzwoniła do mnie, a ja przecież nie mogłam odmówić zawiezienia jej do matki.
Bałam się trochę, nie ukrywam tego, żywioł wodny zawsze mnie przeraża, nie boję się tylko wody mineralnej z butelki i tej lecącej z kranu. Ze względu na pracę mogłam pojechać dopiero po południu,gdy Wisłę przechodziła fala kulminacyjna. Odetchnąłam z ulgą jak przejechałam most w Niepołomicach, potężna woda budziła respekt i lęk, a pola stojące w wodzie przygnębiały swoim widokiem.
Jechałyśmy do Bochni w uparcie padającym deszczu, po drodze kupiłyśmy gumowce, bo B. koniecznie chciała pojechać do domu matki, sprawdzić czy jest zabezpieczony.
Proszówki były już przejezdne, woda po kolana stała tylko i aż na podwórkach.
Brnęłyśmy przez nią w gumowcach, drzwi domu wyważone przez strażaków smętnie kiwały się na jednym zawiasie, na szczęście w tym nieszczęściu w domu wody już nie było, została tylko gruba warstwa błota.
Przed domem po ulicy kręcił się mały, czarny pies, który na widok B. wykonał taniec radości, okazało się że to młoda suka matki.
Gdy B. bezradnie kręciła się po zdemolowanym domu, usłyszałam przeraźliwe miauczenie dochodzące ze stodoły. Jezu, jak się bałam chodząc po tym nieznanym mi podwórku!
Woda dochodziła mi do końca kaloszy, musiałam chodzić bardzo ostrożnie, by nie wlała się do środka, najbardziej bałam się jednak, że wpadnę w jakąś dziurę, podwórka wiejskie często są pełne takich niespodzianek. Kot miauczał jednak tak rozpaczliwie, że chęć jego ratowania stłumiła mój strach i jakoś dotarłam do stodoły, udało mi się nawet otworzyć jej drzwi i…
Na krokwi siedziała młoda, przerażona kotka, a na gratach, na wysokości mniej więcej półtora metra siedziały przytulone do siebie dwa małe, na oko czterotygodniowe kociaki, obok leżało ciało małego kotka, w wodzie unosiły się śmieci, ciała myszy i nawet nie chcę myśleć czego jeszcze. Zabrałam te małe, drżące biedne kotki do domu, wsadziłam do znalezionego w domu pudełka, wróciłam po kotkę, dała się namówić na zejście z tej krokwi, wpiła się we mnie pazurami, dając się uratować. Myślałam, że to jest matka kociaków, ale B. powiedziała, że nie.
Szukałam kociej matki, szukałam też małego szczeniaka, bo suka miała szczeniaka, ale ich nie znalazłam. Koty były bardzo głodne, w domu nie było nic do jedzenia, ale ja przecież w Bochni mam koleżankę, M., zadzwoniłam do niej po ratunek, przyjechała bardzo szybko z torbą pełną kociego i psiego jedzenia, w gumowcach i jako zdeklarowana psiara na tyle zdeterminowana, by zaglądnąć do psiej budy, gdzie ja zaglądnąć nie miałam odwagi, oczami wyobraźni widząc utopionego szczeniaka.
Kociaki nie potrafiły jeść ani pić z miseczki, maczałam palec w mleku, a one go oblizywały, przepychając się z wzajemnie, jak do piersi matki.
Wsadziłam je do dużego pudła, które M. przytomnie przywiozła ze sobą, wymościłam swoim ciepłym szalem i zadzwoniłam do D., mojej przyjaciółki od wszystkiego, a najbardziej od kotów, żeby szykowała się na przyjęcie powodzian.
Pozostał problem psa, ostatecznie ustaliłyśmy, że M. zabiera go na razie do swoich dwóch psów i będziemy szukać mu domu. Pies wygląda jak moja suka w młodości, jest nieduży, czarny, przytulny i ufny, mam nadzieję, że uda się oddać go w dobre ręce, do domu matki B. nie ma powrotu, jej stan jest bardzo poważny, nie wiadomo jak rozwinie się sytuacja.
Przed powodzią w gospodarstwie były dwa dorosłe koty, cztery kociaki i suka ze szczeniakiem. Zostały dwa kociak, kotka i i suka. Zwłoki jednego kociaka widziałam, o losie reszty zwierząt nie chcę nawet myśleć.
Zawiozłam B. do matki do szpitala, zostawała w Bochni, a ja-brudna jak nieboskie stworzenie, pojechałam do M. na dobrą kawę. Pies zaaklimatyzował się u niej natychmiast, przyjaźnie przyjęty przez resztę zgrai, mam nadzieję, że to ona go przygarnie, choć jak czyta te słowa, pewnie zgrzyta zębami, hehe…
Wracałam wieczorem do Krakowa w strugach deszczu, koty nakarmione u M. przetartą wątróbką i zakopane w moim szalu spały w pudle przytulone do siebie. Deszcz zalewał autostradę, strach pomyśleć co będzie dalej, woda w takie ilości jest żywiołem nie do opanowania.
Pojechałam prosto do D. więc kociaki są już w kocim uzdrowisku, a nawet- nie bójmy się tego słowa- w raju.
Trzeba będzie znaleźć im dobry dom, ale najpierw niech dojdą do siebie, widać że dopiero co nauczyły się chodzić, cudnie chwieją się na swoich małych łapkach.
Potem wrzucę kilka zdjęć, choć pewnie nie będą w stanie oddać grozy sytuacji, przerażająco to wszystko wyglądało.
Li.

Li – dla mnie podejrzany jest tylko punkt 1. Reszta nie wyklucza faktu bycia zakonnicą (niestety)….a wielką wodę widziałam i drżę na myśl o niej do dziś.. jak to dobrze, że na mojej stołecznej wsi tylko kałuże i do Wisły daleko……
Ach, Marzena cudne imię wymyśliła! Pracuję nad K…. mięknie jakby…..
Echo, Marzena już wymyśliła dla suni imię-Pola Negri (ha, wiele myśleć nie musiała;-)), oczywiście twierdzi że to imię tymczasowe, ale…coś czuję, że Pola zadomowi się na tym futrzaku i nie da się z niego zabrać :)Ale jakby co, to mam Cię na uwadze, a Ty pracuj nad K.!
Pani Starsza, to jednak odzywaj się Pani częściej :)
Di, podejrzewam zakonnicę, że nie jest zakonnicą z kilku powodów:1. nie można dowiedzieć się od niej w jakim była zakonie, kręci i unika odpowiedzi.2. utopiła szczenięta i to tygodniowe! Najpierw nie dopilnowała młodziutkiej suki, a potem utopiła jej szczeniaki, zostawiając jej tylko jednego. Zakonnica tak okrutnie postępująca ze zwierzętami, to chyba z zakonu z piekła rodem.3. nie była dobra dla matki B., starsza pani skarżyła się na nią, że jest opryskliwa i mało pomocna.4.po domu chodziła w cywilnych sukienkach, habit wkładając tylko na wyprawy do miasta, a tych sukienek widziałam całą szafę. 5.jakaś taka niepodobająca mi się była, widziałam ją co prawda tylko jeden raz i zupełnie w dodatku nie znam się na ludziach, ale jakoś za bardzo miała rozbiegane oczy.Daro, nie idealizuj mnie bardzo Cię proszę, to jest przejaw kaczyzacji :)Kociaki są w rękach D., a to dla kotów najlepsze ręce na świecie, jestem pewna że znajdzie im dobre domy. Martwię się raczej, co z tymi kotami, które przywiozę w piątek! Matka kociaków trafi do D., ale tej młodej kotki nie mogę jej wcisnąć, sama muszę nią się zająć…
hahaha wiedziałem….jeżeli nie znajdziesz domu dla tych zwierząt-to jestem pewien że sama je zaadoptujesz!i bedziesz miała trzy kotki więcej…….Li masz wielkie serducho kobieto! (ale jednak myślę że dom znajdziesz dla tych zwierzątek-dom!!!!!taki prawdziwy)
Hahahahaha Li nie wyprzesz się tego że kochasz zwierzęta! przecież one Ciebie tez kochają….(znajdziesz tym kociętom……miły,przytulny dom!albo napiszesz następną notkę …..że przyjęłaś kocięta pod swój dach)no serce na dłoni!
Li, brak mi słów po prostu… Mam nadzieję, że zwierzaki znajdą dom. Pracuję nad K. w sprawie suni, ale jest oporny :((((
Ludzie! Wcale nie jestem wielka tylko kocham moje koty i psa, a one by mi nie wybaczyły bezczynności ! Bardzo się bałam, bardzo, dziś spływa ze mnie ten stres.Ale! Dobra wiadomość jest taka, że znalazła się matka kociąt, w piątek po nią pojadę, bo niestety dom matki B. nie nadaje się do zamieszkania i póki co pozostanie zamknięty. Muszę zabrać ją i tę młodą kotkę, po którą wspinałam się w stodole, ryzykując upadek w ohydną wodę,pełną utopionych myszy. Aż mam dreszcze na samo wspomnienie!
Li, jesteś WIELKA! Bardzo dawno się nie odzywałam, chociaż czytam stale. Ale teraz, po tej akcji ratowniczej… Ogromnie mi żal zwierząt – mało kto się nimi przejmuje, tam bardziej zasługujesz na dobre słowo. Może szczury przestaną niepokoić takiego dobrego człowieka? :) Panistarsza
Li wiedziałem (przypuszczałem) że coś wisi w powierzu,jak powódz-to pomyślałem że Ty pierwsza do akcji ratunkowej-ale nie sądzłem że to Ty ją zorganizujesz! (te uratowane zwierzaki bedą wdzięczne do……zawsze! )może nie Tobie tylko nowym opiekunom! Chwała Ci za takie serce na dłoni….
Bohaterka…:*Byłam w Kotlinie Kłodzkiej w 97 roku. To co potrafi woda jest nie do opisania słowami. Tragedia ludzi tracących cały dobytek, tragedia zwierząt ginących w cierpieniach. I ten strach…
Przerażające. Nie żyję w pobliżu żadnej rzeki ani strumyka. Tylko raz miałem okazję zobaczyć jak bardzo może wylać woda. W tych dniach martwię się o moją przyjaciółkę i jej matkę, bo mieszkają na terenach, które są zagrożone powodzią. Wodę trudno okiełznać.***Szczery podziw dla ciebie Li. Ja bym miał niezłego pietra gdybym musiał brodzić wśród tej wody.W ogóle to mam nadzieję, że mieszkasz w jakiejś bezpiecznej części Krakowa gdzie woda nie zagraża tak bardzo.
Witam Cię , pies faktycznie sie zadomowił , jest przecudna , jak wyschła wyglada fantastycznie , jest bardzo wesoła i ufna i juz obszczekuje wszystkich którzy zblizają sie do ogrodzenia , ale własciwie cały dzień spi i je (nie jadła prawdopodobnie nic od dni) w nosy dobijała sie do naszej sypialni i jak już poradziła sobie z wejsciem to władowala sie do nas na posciel , delikatnie jej to wyperswadowałam i resztę nocy spędziła na futrzaku .Jak nie znajdzie sie dla niej dom to zostanie u nas , ale mam nadzieję że znajdzie sie ktoś o dobrym sercu i przygarne tę kruszynkę
My tu na wybrzeżu jedynie w chłodzie, który sprawia, ze nie ma pszczół, które by zapyliły kwitnące drzewa. Na razie nie pada… jestem ciekawa ogromnie co z podejrzaną zakonnicą…
Przerażająca jest ta powódź. I mimo, że daleko ode mnie, mimo że mojego miasta, regionu bezpośrednio nie dotyczy, czuję wielki respekt. I zwykły strach. Właśnie takie historie jak opisana przez Ciebie najbardziej działają na wyobraźnię.
O matko z córką…. nie zazdroszczę wrażeń.Do czynienia z żywiłem wody miałam raz – w słonecznej Tunezji, po bardzo ciepłym dniu, zerwała się wieczorem burza. Staliśmy sobie w oknie podziwiając piękne błyskawice kiedy nagle zdaliśmy sobie sprawę że stoimy w wodzie. Na luzie jeszcze przynieśliśmy ręczniki z łazienki żeby położyć pod drzwiami balkonowymi. Po minucie ręczniki odpłynęły a woda sięgała do połowy pokoju. Po dalszych dwóch minutach przelała się przez pokój i poszła na korytarz. Woda to niesamowity żywioł, od tamtej pory mam dużo większy respekt przed nią.
Oj działo się, działo u Ciebie. Ja też boję się żywiołów, powodzi i ognia. Do dziś pamiętam palący się las, co gorsze to i ten strach, bo mieszkałam kilka km od niego.Bałam się, bo byłam tam z dzieckiem.A słowo "powódz" natychmiast stawia mi w pamięci obraz małej, płyciutkiej rzeczki Świder, gdy byłam jeszcze małym dzieckiem.Była powódz i rzeczka stała się grozną rzeką i niosła swym nurtem różne przedmioty i utopione zwierzęta. I ten obraz pamiętam do dziś. Natura nam przypomina ciągle o tym, jacy jesteśmy mali i jednocześnie zadufani w sobie. Anna