Słońce wpada sobie przez okno jak gdyby nigdy nic, bez żadnego poczucia winy za ulewy
i powodzie. W domu panuje święty spokój, bo dwa najbardziej ruchliwe i hałaśliwe elementy wyposażenia wnętrz poszły do szkoły, koty śpią po śniadaniu, pies jeszcze się nie obudził, a ja przy porannej kawie przeciągam się leniwie planując dzień i pracę.
i powodzie. W domu panuje święty spokój, bo dwa najbardziej ruchliwe i hałaśliwe elementy wyposażenia wnętrz poszły do szkoły, koty śpią po śniadaniu, pies jeszcze się nie obudził, a ja przy porannej kawie przeciągam się leniwie planując dzień i pracę.
Najważniejsze, że nie muszę wpadać w poranny pośpiech.
(No i właśnie skończył mi się poranny spokój, Młodsza zapomniała zabrać pracę z plastyki, muszę zaraz iść do niej do szkoły, a niech to! Mam mokre włosy i ciepłą kawę! )
Ech…
Mam jeszcze chwilę, ja nie muszę być w szkole punktualnie, więc całkiem już (nie) spokojnie pijąc pierwszą kawę myślę sobie o wczorajszym dniu i dziś chce mi się śmiać z mojego poruszenia.
Koń jaki jest każdy widzi, a takie spotkania w tak małym mieście jak Kraków, są nieuniknione. Trzeba będzie przywyknąć i opracować scenariusz niewzruszenia.
Notka miała być na zupełnie inny temat, ale może mi Olka wybaczy, obowiązki matczyne wzywają.
Wrócę potem,
Li.

Pewnie, że wybaczy. Też jest posiadaczką dwóch hałaśliwych elementów wyposażenia:-) Olka
Pozdrawiam z upalnej Irlandii! ;)
Świetnie to ujęłaś! :-)
Di, czasem jednak potrzebne mi jest porządne pranie :P Słońce świeci dość chimerycznie, ale jest. Całusy!
Ja tam się cieszę, że nie jesteś kobietą wypraną z emocji. To takie ludzkie. Czasem sobie myślę o sobie – czuję, znaczy jeszcze żyję ;) Miłego dnia! U nas próbuje przedzierać się słońce…