Kiedy zaczyna się nowy tydzień podświadomie daję mu szansę na lepsze życie.
Mam plany, projekty ale i oczekiwania.
Gdy kończy się tydzień nie robię podsumowania, by nie poddać się rozczarowaniu.
I tak tydzień za tygodniem płynie sobie życie do ujścia w niebyt.
Płynę z nim i ja-czasem wpadam w powódź problemów, czasem mam ich suszę, ciągle jednak jakoś
i rozpaczliwie unoszę się na powierzchni życia łapiąc w charakterze koła ratunkowego i brzytwę.
Uwiera mnie jednak to unoszenie się na fali, bo często mam poczucie że rzuca mną jak piłką, nie mam wpływu na kierunek spraw, mam poczucie że wiele ważnych rzeczy dzieje się mimo, że tracę coś bezpowrotnie, że takie byle bycie w życiu wcale mnie nie cieszy.
Czego najbardziej bym chciała?
Pensjonatu z widokiem na morze w cichym zakątku. Albo domu nad jeziorem. Albo chałupy w starym sadzie.
Chciałabym gotować dla moich gości, dbać by ich świeża pościel zawsze pachniała lawendą, w chłodne wieczory palić w kominku i nie musieć przejmować się sprawami, na którei tak nie mam wpływu.
…
Sobotę spędziłam na prawdziwej działce.
Działka wchodzi w skład innych działek, ma jakieś cztery ary, altankę, wodę, prąd, pergolę z winoroślą i jest cudnie zarośnięta. Nie ma na niej marchewki, ale za to jest lubczyk.
Dumną posiadaczką działki w ogródkach działkowych jest D.
Śmiech na sali, bo do niedawna D.- bywalczyni cotygodniowa pięciogwiazdkowych hoteli i samolotów nie odróżniała jabłoni od azalii.
Dwa miesiące temu odeszła z wysysającej z niej wszystkie soki korporacji, zainkasowała odprawę i od osiemdziesięcioletniego pana zakupiła prawo do posiadania działki.
Od dwóch miesięcy prowadzi życie prawdziwego działkowca, inwestując w meble ogrodowe, wybajerzonego grilla, ogrodowy basen z filtrem oraz kosiarkę.
Nie myśli o pracy, ma czas dla siebie, na książki i na życie.
Zazdroszczę jej bardzo, a już w sobotę gdy sybaryczyłam przy grillu pod pergolą, leniwie odganiając komary, zazdrościłam jej do bólu mojego zestresowanego serca.
Teraz nie mogę pozwolić sobie na luksus nie pracowania, mam na utrzymaniu dzieci, koty i psa.
Ale kiedyś- gdy moje córki zakończą edukację, sprzedam wszystko co mam i zacznę żyć tak jak zawsze chciałam-podróżując, oglądając wschody i zachody słońca, zauważając pory roku, w ciszy i bez stukotu tramwajów za oknem, dla siebie.
Egoistycznie dla siebie. DLA SIEBIE!
Z tego jednego marzenia chciałabym kiedyś sama przed sobą rozliczyć się bez rozczarowania
i z satysfakcją.
Li.

Dzięki Aniu, wzajemnie :)
:):)Serdecznosci, Ania
Zakładamy wersję optymistyczną-świadectwo z paskiem będzie, więc punkty za świadectwo może jakoś zniwelują testowo-egzaminacyjną hańbę;-))
Piekne marzenia Li, zycze ich szybkiego spelnienia!P.S. To jednak Liceum,nie Technikum Pszczelarskie?:) Gratulujce Starszej!
Dołączam się do cegiełek szczęścia dla Ciebie. Joanna (nova)
Spełnienia marzeń:)
Anabell, o pieniądze i o dzieci. Nie porzucę ich z powodu chęci pojechania na koniec świata;-)Ale poczekam. Karolcia idzie do Liceum, Gusia będzie już w piątek klasie, jeszcze kilka lat i studentkom nie będę aż tak potrzebna. A przynajmniej taką mam nadzieję;-))No i postaram się nie eksploatować za bardzo :)
Miłego dnia, V. :)
Czy to nie okropne,że wszystko rozbija się o pieniądze? Marzy mi się taka sytuacja kobiet,w której mogłyby pracować, ale nie musiały, miałyby szansę zajmować się tym co lubią i nie musiałyby z tym czekać aż do emerytury, czyli do czasu, w którym większości kobiet już niewiele się chce, bo są po prostu wyeksploatowane.Życzę Ci Li spełnienia tego marzenia.Anna
"A kto wie czy za rogiem Nie stoją Anioł z Bogiem. Nie obserwują zdarzeń I nie spełniają marzeń."Miłego dnia… v.