Jednej się już pozbyłam, drugiej pozbywam się za trzy dni, oto efekt odwiecznej walki matczynej miłości z pragnieniem świętego spokoju i czasu dla siebie.
Życie wraz ze słońcem nabiera koloru jak pomidor na tyczce.
Taras nareszcie ma okazję wyschnąć i może da się uszczelnić i upiększyć, kredytowa forsa rozpycha mi kieszeń i pozwala na pewną rozrzutność, w mojej głowie ułożyły się kolory i pomysły, ech… wszystko mija, nawet najdłuższa zmija, a życie znowu jest piękne.
W piątek jadę do Pragi, wrócę w sobotę i od niedzieli przez dwa tygodnie będę mieć wakacje
i czas tylko dla siebie. I znowu powrócą nocne włóczęgi, rowery nad Wisłą, siedzenie w ogródkach na Rynku, życie towarzyskie i uczuciowe, nie ma to jak urlop od bycia zapracowaną matką-żywicielką.
Ale najbardziej cieszy mnie szukanie i znajdowanie.
Li.

Joasiu, zdjęcia w trakcie malowania ściany nie wydają mi się dość doskonałe;-))Wrzucę jak będzie co pokazać, czyli powiedzmy za dwa tygodnie, jak oczywiście dobrze pójdzie… Na razie idzie :)
Pomacham, pomacham. Nawet mogę dwa razy, bo przecież pojadę jeszcze za dwa tygodnie!
zdjęcia wrzucaj, bo już się cieszę na to Twoje mieszkanie, jak na swoje:))
proszę pomachać Pradze ode mnie! :)