Dostałam wczoraj od Starszej zdjęcie znad angielskiego morza z dyskretnym napisem w lewym rogu:)
Wróciłam z weekendu szczęśliwie nieszczęśliwa.
Wszystko oczywiście przez płacz mojej córki, która nagle na lotnisku w Pradze przypomniała sobie, że jedzie bez swojego mamutka. O rety!
Samolot do Burgas na nasze nieszczęście miał prawie dwugodzinne spóźnienie, Gusia miała więc czas na ryki, a zapłakana wyglądała jakby siłą wywożona była za granicę.
Sytuacja została przez L. opanowana na tyle, że mogłam dać buzi i zostać po niewłaściwej stronie barierki. Ale czułam się samotna! Taka samiuśka na wielkim lotnisku… Poużalałam się nad sobą i powlokłam na parking do auta, trzeba było wracać do kraju.
Po drodze w parkomacie opłaciłam kartą parking, automat wypluł mi bilet i karteczkę, na niej napisane było coś po czesku, więc nie wzbudziło mojego zainteresowania, a szkoda!
O tym co napisane było na karteczce pomyślałam dopiero stojąc bezradnie przed szlabanem, który nie chciał się otworzyć i uparcie odmawiał przyjęcia biletu, a kolejka aut za mną rosła i rosła…
No cóż, trzeba było wysiąść z auta, podnieść dumnie głowę do góry i podejść pewnym krokiem na drżących nogach do auta stojącego za mną, przyznać że mam problem z biletem i oczekiwać pomocy… (Na karteczce z parkomatu jak byk napisane było, że „oplaty ne pobrano”).
Miły Czech poszedł ze mną do innego automatu (a kolejka nadal rosła), i nawet pożyczył mi na wieczne nieoddanie 100 koron, bo automat lekce sobie ważył wszystkie moje karty!
Podziękowałam, posłałam przez okno całuska i ruszyłam w drogę, mając zakodowany kierunek: Hradec Kralove. Dlaczego pojechałam na Karlove Vary- nie mam pojęcia.
Udaję sama przed sobą, że nazwy jakoś takie podobne są…
O tym, że jadę dokładnie w przeciwnym kierunku zorientowalam się po dwudziestu kilometrach, zjazd z autostrady był po następnych kilkunastu, klnąc na czym świat stoi, zawróciłam i już naprawdę solennie obiecałam sobie zakup GPS-a.
Granicę przekroczyłam w Kudowie, stamtąd była już tylko godzina drogi do Paczkowa, do mojej ulubionej czarownicy O., wpadłam w sam środek przyjmowania gości, wypiłam wino i poszłam spać na dwanaście długich godzin.
A w niedzielę w pobliskim Otmuchowie było Lato Kwiatów, słynna od lat impreza, kupiłam sobie na taras clematisy i pnące hortensje, nabrałam sił i energii, w nocy wróciłam do Krakowa i od dziś realizuję bardzo napięty plan.
Ale weekend miałam naprawdę udany, nawet z tymi momentami kompletnego odmóżdżenia!
No i ze wstydem przyznaję, że nie głosowałam, całe szczęście Komorowski wygrał bez mojego głosu, bo ojciec groził mi wydziedziczeniem…:)
Biorę się do roboty,
Li.


Anabell- zdjęcia będą po skończeniu całości, w piątek koniec prac tarasowych :)Valuś, GPS kupuję jeszcze w tym tygodniu! To postanowione, choć nienawidzę uczyć się obsługi nowych urządzeń;-)Aurora :*Co do clematisów, to donoszę, że taras mam od strony południowo-wschodniej, do godziny 15 zalany jest słońcem… więc chyba dadzą radę te clematisy ?:)Jędzuś, kwiaty i krzewy kupuję, bo one wolno rosną. Nie będę mieć przecież przez resztę lata pustego tarasu :)))Li
Jesteś niesamowita. Nie znam nikogo innego, kto kupuje kwiaty na taras, w domu który jeszcze się buduje :))))))
Clematisy lubia duzo slonca, a Twoj taras jest od polnocno wschodniej strony….
Żeby nie było za nudno kup czeską wersję GPS'a. Do i z Pragi na pewno trafisz, a do Benatky pojedziesz przez Rakousko ;-)
Ha! Mówiłem ci kiedyś, żebyś kupiła GPS-a :D Tylko samo kupno nie rozwiązuje problemów. Trzeba jeszcze to cudo od czasu do czasu aktualizować albo skończysz tak jak pewnego razu ja gdy zapędziłem się za bardzo na południe i do Jarkowa jechałem przez Czechy ;-)Właśnie, sfotografuj choćby Iphonem ale pochwal się swoimi nabytkami :-)
No popatrz, to jednak czymś się różnią Hradec Kralove od Karlovych Varów:)))))) Przez całe liceum ich nie odróżniałam, Kralove, Karlove, brzmi podobnie.To może uda Ci się sfotografować tę pergole i balustradę?Anna