Są dni, gdy mam wielkie chwile zwątpienia.
Najbardziej drażni mnie wtedy pewna osoba.
Nie znoszę jej serdecznie, unikam jej widoku, nie odzywam się do niej, nie uśmiecham, nabzyczam się i jakoś staram się przetrwać dzień w jej niechcianym towarzystwie.
Ale ona jest bardzo natrętna, nie opuszcza mnie na krok, siedzi we mnie i marudzi, jęczy, nie lubi świata i wpada w konflikty nawet z kubkiem do kawy, zarzucając mu za mało mleka.
Nie lubię w te dni swojej siebie w sobie.
Są dni, gdy jest mi źle na świecie i nic nie poradzę na hormonalne zawirowania, na niekorzystne niże, na denerwujące poranne telefony, a nic-nie-wychodzenie, na wszystkie nieszczęścia tego świata, na konieczność pojechania do Bukowiny na baseny termalne, na konieczność zafarbowania włosów, na konieczność podjęcia jakichkolwiek zawodowych czynności, na niespodziewane budowlane wydatki, niski kurs euro i globalne ocieplenie.
Są dni, gdy z wielkim lękiem myślę o przyszłości i boję się starości, oraz ciężkiej choroby, tego chyba boję się najbardziej.
Są dni, gdy ciągle myślę o Ilonce, i tak bardzo chciałabym by dała mi znak, że jednak gdzieś jest coś, co stłumiłoby moje lęki.
Są dni, gdy czuję się niepotrzebna i beznadziejna.
Są dni, gdy moja psychika topi się jak masło na gorącej patelni.
…
Na szczęście dziś wyszło słońce i Pan Wojtek wziął się za taras.
Jest szansa, że do jutra go skończy.
Na szczęście jeszcze nie umieram.
Na szczęście mam w życiu trochę szczęścia.
Na szczęście jestem ładna, a z resztą jakoś to będzie, bo jeszcze tak nie było, żeby nie było.
Na szczęście jestem mądra, a przecież mogę być jeszcze mądrzejsza, jak tylko będę chciała, a to że mi się nie chce jest wynikiem li i jedynie chwilowej głupoty.
Na szczęście uwierzyłam Lecowi, że wszystko mija, nawet najdłuższa żmija.
Na szczęście mam swojego bloga i mogę w nim pisać o tym, co mi tylko w duszy gra, o!
Li.

Znam lepsze powody do ciekawości, niż moje przekonanie o własnej ładności ;-)
Na szczęście jesteś ładna…..ciekawe? Lec -no hmm tak nie do końca wszystko mija!
Grunt, że skończysz taras, jakoś go kojarzę z ulewami nawiedzającymi Kraków. Chociaż ostatnie parodniowe padanie, to był jedno wielkie szczęście po tych koszmarnych upałach
a ja się cieszę,że masz swego bloga,że klikasz w nim literkami i,że mogę go czytać.
Pokażę, gdy będzie skończone Yo :)Na razie jest bałagan i podobno kontrolowany chaos. Ja tego nie ogarniam, nawet nie próbuję. Podobno jeszcze miesiąc, może dwa… :D
to pokaż jakieś zdjęcie z nowego mieszkania:)
"…A po nocy przychodzi dzień. A po burzy spokój…":*
:*Kate
na szczęście…pozdrawiam