O szóstej rano obudził mnie dzwonek domofonu.
Gdyby to byli moi robotnicy, to mogłabym wybaczyć tę zbrodnię na bazie wzruszenia ich gotowością do pracy od samego rana.
Moi wykonawcy przyszli jednak pół godziny później, więc czeka mnie jeszcze dziś zrobienie awantury- naprawdę odetchnę z ulgą, gdy przestanę mieszkać w mieszkaniu będącym skrzynką kontaktową trzech ekip budowlanych.
Nie mówiąc o tym jak odetchnie mój pies- prawdziwie zmordowany koniecznością obszczekania każdego dzwonka.
Wrześniowy termin przeprowadzki wygląda coraz realniej.
Przestałam się martwić, że nie zdążę. Nie będę mieć pewnie kuchni, ale co tam- damy radę.
Jutro jadę do Skrzydlnej do stolarza pooglądać stan robót nad moimi drzwiami.
Na dolnym poziomie będą mieć wysokość 2,40 m, mieszkanie w kamienicy oblige, do sufitu mam trzy metry, naprawdę jest czym oddychać, cieszy mnie przestrzeń i mnóstwo dziennego światła.
Od poniedziałku będą rodzić się podłogi i kolory na ścianach, clematisy na tarasie puściły nowe wąsy, łazienka dzieci wygląda obłędnie, a niebieskie szkło kabiny tak bardzo mnie przerażające, po zamontowaniu straciło swoją niebieskość (no, prawie… Ale czyż piękno nie jest w oku patrzącego? ) i wtopiło się w otoczenie.
Znaczy się- nie ma co siać paniki, o!
Żyję w ogromnym stresie, ale jak idę na budowę to czuję się szczęśliwa.
No to idę :) Z porcją kawy dla wykonawców.
Cała trójka poddała się mojemu dyktatowi (choć wolę wersję: urokowi) i pije kawę pół na pół z mlekiem, zamiast paskudnej plujki.
Polubili też cukier trzcinowy zamiast białego, rafinowanego paskudztwa.
Jedyny minus tej zmiany to konieczność robienia im kawy przynajmniej dwa razy dziennie.
Ale są tego warci!
Li.
PS. Moja Starsza, mistrz bałaganiarstwa zapodziała gdzieś kabelek od aparatu.
Ewentualnie to sprawka Pożyczalskich.
Jak się dziś nie znajdzie, to kupię nowy i nareszcie pokażę zdjęcia.

Jaremę uwielbiam!Na wieczór najpiękniejsze jest Piano Rouge, ale nadrobimy to za 5 lat;-))Da Pietro jest na Rynku, a na Rynku knajpy są zmanierowane;-)Najlepsza włoska to Mamma Mia.
Aperitif na Siennej, bylismy też w Da Pietro, ale nie bardzo. Jarema i przepyszności ze szpinakiem takim, że kubki smakowe zwariowały, rewelacja! Z knajpką na wieczory mieliśmy problem i żałowałam, że nie zapytałam. Oststniego dnia odkryta Stajnia na Kazimierzu, ostatniego! Następnym razem jak pojedziemy, optymistycznie za 5 lat, to zabierzemy Cię ze sobą w miasto:-) Pozdrawiam Ola
Ola, a jaka włoska knajpka tak Ci się podobała? Ja mam dwie ulubione: Mamma Mia i Soprano. Ach i jeszcze Corleone, ale to ze względu na cudowny ogródek. :)
Valuś, ale wiesz, że to nie będą moje fotografie? ;-))Czy odżyję, to nie wiem. Boję się, że oklapnę…Karla, dziś kupię nowy kabelek. Tamten bezpowrotnie zaginął w czeluściach pokoju Starszej. Całusy :)Anabell: cierpliwość jest cnotą;-)Czekaj, czekaj i tak będę mieć stresa jak nareszcie umieszczę te zdjęcia, a Wam nie będzie się podobać to co na nich jest :))Panistarsza: ooo, witam moja droga, dawno nie czytana :)Ola, w okolicach Kleparza tylko moja kamienica jest taka śliczna :)Następnym razem pisz, to się umówimy na sushi na tarasie. Cieszę się, że Miyako Ci się podobało, ja też uważam że jest najlepsze w Krakowie. A co do mieszkania w Krakowie, to niestety jak się tu mieszka to wielu rzeczy się nie zauważa… Oczami turysty Kraków na pewno jest piękniejszy! Pozdrawiam!Dana: nie ma co się silić na oryginalność, trzeba być oryginalnym, o! Pozdrawiam:)
Podpisuję się pod Anabell, bo nie mam siły silić się na oryginalność:) Trzymam kciuki! Dana
Kraków piękny!Bez dzieci inaczej zwiedzony. chyba nawet Twoją kamienicę widziałam, przez przypadek, idąc z Kleparza, mieszkałam na równoległej. Piękna jak z obrazka!Jesteś niesamowita kobieto! A na sushi w galerii byliśmy, cała 10 osobowa delegacja. Lepsze niż w Sakanie. I knajpkę włoską z jedzeniem absolutnie genialnym poszukaliśmy. Chcę do Krakowa, ale zazdroszczę, że można tam po prostu mieszkać. Ola
dawaj zdjęcia, bo jak nie, to groźba karalna – przyjadę i sama zobaczę!
Rany, 2,40? A klamka na jakiej wysokości? Czy będziesz sięgać do klamki "po prezydencku"? :)Ja też,jak Karla, jako dziewczynka przeżyłam szok, kiedy pierwszy raz odwiedziłam z mamą jej starą ciotkę w kamienicy na Brackiej w Krakowie. Tam było (jak dziś mi się wydaje) co najmniej 4 metry do sufitu. Ciotka miała ze 100, a kamienica ze 300 lat!!! Zazdroszczę Ci i gratuluję – Panistarsza
2,40? O matko! Kiedy pierwszy, jeszcze jako mała dziewczynka, odwiedziłam jedną z ciotek mieszkającą w kamienicy w Bytomiu, nie mogłam się nadziwić, że sufit może być tak wysoko. I te drzwi… patrzyłam w górę a one zdawały się nie mieć końca:) Byłam zachwycona, czułam się jak księżniczka w zamku:) Tylko jedna rzecz nie dawała mi spokoju – skoro sufit jest tak wysoko, to jakim cudem wymienia się żarówkę?:)))Jako że moje podniecenie oscyluje gdzieś na poziomie Valusiowego, znajdź ten kabelek i uratuj Vala:)
Już się tych zdjęć nie mogę doczekać!!! I czekam na post o tym,że już jesteś na swoim, na stałe.
Teraz to już czuję podniecenie na samą myśl o fotografiach :))) Cieszę się, że wszystko zmierza do szczęśliwego końca a właściwie to do początku, bo przecież teraz odżyjesz na nowo :)