Poniedziałki wpadają w kompleksy z powodu nie nadążania za sprawami do załatwienia.
Dziś jedną z nich był pogrzeb, wpisany w mój kalendarz w rubryczkę z godziną trzynastą. Wiedziałam, że nie zdążę na początek uroczystości, bo rubryczki przed i po trzynastej były gęsto obstawione sprawami nie do przełożenia, ale miałam nadzieję, że zmarły wuj, a mój ojciec chrzestny, widywany raz na kilka(naście) lat nie zauważy mojej nieobecności, skupiony na kontemplacji prochu z samego siebie wsypanego do gustownej urny.
Udało mi się jednak nie zakłócić uroczystości stukotem obcasów w cmentarnej kaplicy, bo podjeżdżając pod cmentarz idealnie trafiłam na moment gdy kondukt z żałobnikami wyszedł z kaplicy i skierował się w stronę rodzinnego grobowca.
Świeciło słońce, było ciepło i babioletnie.
Szliśmy spacerowym krokiem cmentarną aleją, kwiaty na grobach wyglądały pięknie, a delikatne dymy snuły się pod nogami.
Kondukt trochę się rozciągnął, awangardę stanowił wuj w urnie, ksiądz, ciotka i jej synowie, moja mama z nagle na nowo odkrytymi siostrzanymi uczuciami, potem tłumek kompletnie nie znanych mi osób, smutnych i skupionych, a na końcu grupa osób wcale nie pogrążona w smutku
i żałobie.
Rodzina:
Mąż siostry wuja, czyli mój osobisty ojciec.
Jego siostrzeniec, czyli mój brat.
Kuzyni i kuzynki wuja w pierwszej linii, z Gdańska, Pułtuska i Jędrzejowa.
Ochom i achom towarzyszyła radość ze spotkania, zobaczenia się, czasem po bardzo długim okresie, jakieś pospieszne wspominanie, chaotyczne zaproszenia, ależ musisz wpaść, do nas przyjechać, no popatrz umarł, a mógł jeszcze żyć, a co tam u Twoich dzieci, to już pewnie duże dziewczyny, a ja mam syna, a ja drugiego męża, a ja się rozwiodłam, ja rozwiodę się niedługo, biedna Wanda jak ona da sobie radę, ale piękna pogoda idealna na pogrzeb, na szczęście długo się nie męczył, bo teść kuzyna szwagra siostry mojej drugiej żony strasznie się męczył, a był u nas niedawno, chciał wybrać się na ryby, a co tam Panie w wielkim świecie, cicho, cicho- już go chowają.
Pożegnałam się, porozdawałam całusy, obiecałam odwiedziny wiedząc, że nigdy nie odwiedzę i szybko poszłam na parking.
W moim kalendarzu o czternastej trzydzieści zapisana była kolejna rubryczka ze sprawą do załatwienia.
Li.

Ten wiersz o kocie, nawet kiedyś o nim pisałam, też jest dla mnie jak cierń
No ma:) Całkiem zasłużenie!
masakra jakas…ale Nobla ma :)
Szu, o rety… moje myśli szły tym samym torem co u Szymborskiej! Jestem pod własnym wrażeniem;-) Nie znałam tego wiersza, unikam Szymborskiej od czasu wiersza o kocie, ona rozrywa swoimi wierszami moją duszę na kawałki! Umrzeć – tego nie robi się kotu.Bo co ma począć kotw pustym mieszkaniu.Wdrapywać się na ściany.Ocierać między meblami.Nic niby tu nie zmienione,a jednak pozamieniane.Niby nie przesunięte,a jednak porozsuwane.I wieczorami lampa już nie świeci.Słychać kroki na schodach,ale to nie te.Ręka, co kładzie rybę na talerzyk,także nie ta, co kładła.Coś się tu nie zaczynaw swojej zwykłej porze.Coś się tu nie odbywajak powinno.Ktoś tutaj był i był,a potem nagle zniknąłi uporczywie go nie ma.Do wszystkich szaf się zajrzało.Przez półki przebiegło.Wcisnęło się pod dywan i sprawdziło.Nawet złamało zakazi rozrzuciło papiery.Co więcej jest do zrobienia.Spać i czekać.Niech no on tylko wróci,niech no się pokaże.Już on się dowie,że tak z kotem nie można.Będzie się szło w jego stronęjakby się wcale nie chciało,pomalutku,na bardzo obrażonych łapach.I żadnych skoków pisków na początek.
Dokladne jak u Szymborskiej:„tak nagle, kto by się tego spodziewał”„nerwy i papierosy, ostrzegałem go”„jako tako, dziękujꔄrozpakuj te kwiatki”„brat też poszedł na serce, to pewnie rodzinne”„z tą brodą to bym pana nie poznała”„sam sobie winien, zawsze się w coś mieszał”„miał przemawiać ten nowy, jakoś go nie widzꔄKazek w Warszawie, Tadek za granicą”„ty jedna byłaś mądra, że wzięłaś parasol”„cóż z tego, że był najzdolniejszy z nich”„pokój przechodni, Baśka się nie zgodzi”„owszem, miał rację, ale to jeszcze nie powód”„z lakierowaniem drzwiczek, zgadnij ile”„dwa żółtka, łyżka cukru”„nie jego sprawa, po co mu to było”„same niebieskie i tylko małe numery”„pięć razy, nigdy żadnej odpowiedzi”„niech ci będzie, że mogłem, ale i ty mogłeś”„dobrze, że chociaż ona miała tę posadkꔄno, nie wiem, chyba krewni”„ksiądz istny Belmondo”„nie byłam jeszcze w tej części cmentarza”„śnił mi się tydzień temu, coś mnie tknęło”„niebrzydka ta córeczka”„wszystkich nas to czeka”„złóżcie wdowie ode mnie, muszę zdążyć na”„a jednak po łacinie brzmiało uroczyściej”„było, minęło”„do widzenia pani”„może by gdzieś na piwo”„zadzwoń, pogadamy”„czwórką albo dwunastką”„ja tędy”„my tam”
Sama prawda. Gorzka. Bez generalizowania.
Lola, jednej kuzynki nie poznałam, tak się postarzała, a przecież jest w moim wieku! Nie widziałam jej jednak od jakichś 18 lat. Wuj to niby bliska rodzina, ale skomplikowane stosunki rodzinne potrafią z bliskości zrobić kompletną obcość. Niby nie było konfliktu, bo "ależ skąd",ale miłości też nie było. Kompletna uprzejma obojętność… To jest smutne.
Anabell, pogrzeby są tańsze ;-)
Agata, ja tam nie wiem, czy fałszem podszyte. Mam inne odczucia- rodzinę często poza więzami krwi nic więcej nie łączy, nie ma więzi emocjonalnej. Idzie się na pogrzeb z poczucia obowiązku, bo odszedł "ktoś z naszych". Ale nie ma w sercu tego smutku i ciężaru, jaki czułam po śmierci Ilonki, która była dla mnie bardzo bliskim człowiekiem. Stąd też i takie zachowania…
Pięknie to ujęłaś i wcale nie brzmi to makabrycznie ;-). Takie są realia. Pogrzeb czy ślub to zlot "czarownic" ;-). Nie lubię takich wymuszonych sytuacji. Takie spotkania są fałszem podszyte. Pozdrawiam!
Niestety, niektorych czlonkow mojej rodziny znam tylko z pogrzebow. Kiedys, gdy bylam dzieckiem, wydawalo mi sie, ze to dlatego, ze z Poznania do Wroclawia jest tak bardzo daleko…
Li, normalka, ludzie się spotykają często tylko z powodu takich uroczystości.Na pogrzeb to zawsze zaproszą nawet daleką rodzinę, na ślub to już niekoniecznie.