Wczoraj popłakałam sobie szczerze widząc moją Hondzię odjeżdżającą w siną i zamgloną dal,
a konkretnie do Jeleniej Góry. Jakby mi serce wyrywano! Takie oto są skutki personifikacji dwóch ton stali, plastiku i gumy.
Od wczoraj odkrywam więc uroki braku auta. Nie jest lekko- brnę przez śniegi i błoto, jest mi zimno i jestem nieszczęśliwa. Nieszczęście wynika oczywiście z zupełnie innych powodów,
w dodatku tak głęboko ukrytych, że nie sposób ich wyraźnie określić, posiłkuję się więc nieszczęściem namacalnym i bardzo mnie uwierającym- sprzedałam swojego przyjaciela, takiego co to zawsze i w deszcz i w śnieg i w upał stał i wiernie na mnie czekał.
Nigdy mnie nie zawiódł, w przeciwieństwie do wielu moich przyjaciół z krwi i kości. Pokochałam go od pierwszego kilometra.
Jedyne pocieszenie to fakt, że Hondzia poszła w dobre ręce. W lepsze niż moje.
Będzie zawsze czysta i zadbana, a w bagażniku nie będzie piasku morskiego sprzed dwóch lat.
I tak sobie myślę- co by było gdyby pewna aurora_vulgaris nie zaczęła trzy lata temu czytać mojego bloga? Nie miała by teraz takiego fajnego auta, o!
Przypadkowo weszła, poczytała, pokochała i oto została nagrodzona za wytrwałość i stałość w uczuciach do autorki tego jakże poczytnego, acz ostatnio beznadziejnego i zaniedbanego bloga :)
Li.

Hondzia….jak ladnie….moj nazywalam Toyocia…ale jak poszla w dobre reke to chyba nie tak bardzo zal….
Aurora, a to się zdziwiłaś, nie? hehehehe
wychowałaś, wykochałaś, ułożyłaś, wyrosło na dojrzały, pewny siebie samochód i jak dobra pani-i-właścicielka, wypuściłaś w świat :)))
Rozumiem Cię doskonale. Dwa razy sprzedawałam auta i za każdym razem lałam krokodyle łzy. Na pocieszenie pomyśl o nowej bryce (Kowalscy zzielenieją z zazdrości:))) Dana
Marian zawiózł te dwie tony stali, plastiku, gumy i piachu do myjni, bo ja jakoś nie miałam odwagi;-) i teraz dopiero widzę, że to naprawdę fajne auto:-)
Li, ja tez jestem na etapie sprzedazy auta..ale moj dziadek jest juz pelnoletni ;) ps. wyslalam Ci maila apropos sylwestra ;) milego wieczoru :)
Oj nie desperuj, zaś taki beznadziejny to ten blog nie jest.A swoja drogą przynajmniej będę miała mniej powodów do zielenienia z zazdrości, przynajmniej na widok Twej Hondzi :)
Teraz czas na radość z nowego. I życie zakreśli koło:)
Gdy sprzedawałam swoje uno też płakałam.To było ukochane autko.