Real.

Tata wraca dziś do szpitala po kolejną porcję chemii, a ja mam wyrzuty sumienia.
Poświęcam mu za mało czasu, bo egoistycznie i  rozpaczliwie pragnę, by było normalnie, tak jak zwykle, gdy wpadam do Rodziców jak po ogień,  goniona wiecznym brakiem czasu.
Odsuwam od siebie myśl o przemijaniu,  nie chcę zauważać postępów choroby, w samooszukiwaniu się mam mistrza.
Jestem słaba, zagubiłam się i nie mogę się znaleźć, męczy mnie to (samo)poszukiwanie, rozwiesiłam listy gończe za moim optymizmem.
Pozornie jest normalnie-obiecałam mu ostatniego Forsyth’a, kupiłam go  i cieszę się, że jeszcze  nie dałam, ten prezent jest ciągle przede mną, bo wierzę że mam mnóstwo czasu, w kwietniu ma imieniny. 
Kupiłam mu pierwszą część szwedzkiego sensacyjnego kryminału, przeczytał z zainteresowaniem, część druga ukaże się w maju, ma na co czekać.
Nie chcę słuchać jego dyspozycji co do pochówku, bo przecież mamy na to jeszcze czas.
Nie chcę słuchać niczego związanego z jego odejściem, obecnie nie ma takiej opcji, zaklinam rzeczywistość.
Cieszę się, że płytki skoczyły na 124 i niewiele brakuje im do dolnej granicy normy 140. Marne 16.
Tata jest lekarzem i powiedział mi,  jak będą wyglądać etapy jego umierania.
Po pierwsze:
Po drugie:
Po trzecie:
S-f.
Uciekam od tego, szukam wypełniaczy myśli.
Znowu nie mogę spać.
Za parę godzin zacznie się codzienny ruch.
Jadę zawodowo za Kraków, potem mam spotkania, będzie pośpiech, stres i kawa.
Będę myśleć o tym, by wrócić do domu i w mojej sypialni zamknąć się na świat.
Może uda mi się zasnąć, a może tylko poleżeć w ciemności w otuleniu kołdry, ale nie samej, o nie.
Będą wszyscy: lęki, demony, wątpliwości, zmory, czarnowidy…i  ten cholerny, nie dający się wyrzucić z mojego łóżka strach.
Li.

Możliwość komentowania jest wyłączona.