Akcja „Sylwia” osiągnęła sukces w postaci zapewnienia jej dwóch miesięcy opłaconego mieszkania, rachunków i pieniędzy na jedzenie. Wiem o wysłanych do niej paczkach z pampersami, mlekiem, ciuszkami i słodyczami dla starszych dzieci. Czytam maile (odpiszę na wszystkie, obiecuję) i uśmiecham się do ekranu laptopa.
Pytacie co jest najbardziej potrzebne- wiadomo, że pampersy, jedzenie, kaszki, mleko i podstawowe środki czystości.
Ale ja, gdy robiłam jej pierwsze zakupy, kupiłam jej pachnącą sól do kąpieli, coś tylko dla niej, coś dla przyjemności i relaksu, na chwilę zapomnienia.
Bo wiem, że gdy wejdzie do wanny z ciepłą wodą pełnej aromatycznej piany, gdy zanurzy się w nią po szyję, gdy zamknie oczy, to na chwilę zapomni o problemach, taka pachnąca woda zawsze zalewa depresję i smutki.
(Trzeba ratować się wszystkimi dostępnymi sposobami, są dni gdy nie wychodziłabym z wanny cały dzień…)
Dopadła mnie jednak gorączka, wielkie dawki paracetamolu sztucznie ją obniżają, ale i osłabiają okrutnie, pozwolę sobie dziś na leżenie w łożku i ogólne marudzenie.
Pomarudzę więc o pomaganiu:
nie trzeba od razu używać wielkich słów, nazywać mnie aniołem, którym nie jestem (Ci, co mnie znają pewnie pękają ze śmiechu, haha), pisać że zrobiłam coś wielkiego, że jestem niesamowita i takie tam inne bardzo mnie krępujące. Wbrew pozorom wcale nie jestem z tych określeń dumna, bardziej smutna i przygaszona.
Bo to straszne są czasy, w których pomoc człowiekowi w potrzebie nabiera nadzwyczajnej rangi i jest uświęcana.
Popatrzcie jak dużo w nas-ludziach jest dobra i wrażliwości, popatrzcie jaki odzew o pomoc przyszedł z takiego małego bloga jak mój. Popatrzcie jak od razu zadziałaliście, jak chciało Wam się wysyłać pieniądze, robić paczki, stać w kolejce na poczcie, popatrzcie jaka tkwi w Was ta pierwotna przecież emocja wspólczucia, empatii i nie bój my się tego słowa-litości.
Nie piszcie, że robię coś nadzwyczajnego, bo po pierwsze nie jestem sama, bez Was nie byłoby tak wiele, po drugie potraktujmy to jako coś codziennego i normalnego, ja pomagam Tobie, Ty pomagasz mnie, słabszych trzeba chronić, a dzieci szczególnie, dzieci są zupełnie bezbronne.
Wyjątkowej łaskawości losu zawdzięczam to, że nie jestem w sytuacji Sylwii.
Bo mam zawód, bo mam rodzinę, na którą zawsze mogę liczyć, bo mam dom, który zawsze mogę zamienić na mniejszy, ech…
Ale przecież wystarczy jedna igraszka losu, jeden brak szczęścia, jedno nieszczęście i zaczyna walić się mój świat.
Każdy może mieć dużo i mieć nic. Mieć kogoś i mieć nikogo.
W każdej sytuacji warto być przyzwoitym człowiekiem, ja głęboko wierzę w sprawiedliwość losu.
A co na to Lec?
Kiedy człowiek pokona przestrzeń międzyludzką?
A co na to Lec?
Kiedy człowiek pokona przestrzeń międzyludzką?
Li.

Li czymy się My wszyscy! I to jest najważniejsze,szacun!
Li, ja tam znam Cię w realu i uwielbiam. Masz anielską twarz i diabelską siłę gdy trzeba działać. Wielki buziak! G.
Agata, Ilonka powiedziała tak: "mam wszystko i nie mam nic, bo mam raka". Zapamiętam te słowa do końca życia. Śmierć Ilony wiele zmieniła w moim życiu, myślę że to ja się zmieniłam najbardziej. Chyba nareszcie dojrzałam. A o pechu też powiedziała, w jednym z ostatnich ocknięć przed śmiercią: Ale mamy pecha… tak powiedziała do mojego brata i swoich Rodziców. Pierwszy raz wtedy dała znak, że wie, że umiera.Śledzę sprawę Martynki i bardzo się cieszę.Pamiętam też ile pomyj wylało się na mnie za ten apel w trakcie trwania konkursu. Ciekawa jestem ile ludzi wysłało na mnie sms-a dzięki sprawie Sylwii. Śmiem twierdzić, że nikt, bo ludzie są mądrzejsi niż internetowe hieny i wiedzą, że nie o rozgłos w tej sprawie chodzi!A wniosek tak czy siak jest jeden: Zawsze trzeba walczyć konca, o! Pozdrawiam:)
Tak jak piszesz Li, los bywa bardzo przewrotny.Nigdy nie zapomnę słów Ilonki, bo wryły mi się w serce i pamięć (przytoczyłaś je kiedyś na blogu): "mam wszystko i nie mam nic, bo mam pecha." Bardzo bolesna prawda. Dla mnie sprawa Sylwii jest budująca, bo pokazuje, że ludzie są naprawdę dobrzy i wrażliwi, pomagają chorym dzieciakom i w ogóle robią mnóstwo świetnych rzeczy. Pamiętasz jak dwa lata temu apelowałaś o smsy dla Martynki Kruk? Tak do Niej trafiłam, dziewczynka kończy niedługo leczenie w Niemczech z sukcesem, a wtedy nikt nie dawał jej żadnych szans na przeżycie. Pomogła cała maaaasssaaaa fantastycznych ludzi :))))Agata
Beem, chyba nie grypa, kości mnie nie bolą :) Zwykła infekcja wirusowa, już ją wymoczyłam w wannie i nie mam zamiaru dłużej chorować. Witamina C, cudowny syrop, wapno i jeden fervex, to plan na dziś!A co do życia, to tak właśnie jest: tkwimy w błędnym przekonaniu poczucia bezpieczeństwa i stałości, a tymczasem tak niewiele trzeba, by… ech! Ściskam mocno!
A więc grypa! Dobrze, że masz (przypuszczam) zapas cudownego paskudnego lekarstwa. I dobrze, że dopiero teraz, bo wydaje mi się, że twoimi zajęciami ostatnio można by obdzielić parę osób, a przecież nie o wszystkim piszesz. Co do Sylwii, miałam podobne przemyślenia, jak mało trzeba, żeby oswojony byt zmienił się w katastrofę. A nie wszyscy bez pomocy sobie potrafią poradzić. Cieniutka kreseczka i buch! Nie umniejszaj swojej roli, choć, jak pisałam, miło jest móc pomóc. Ale szukać kogoś by pomóc – już trudniej.Choruj spokojnie, grypa jest ohydna, ale mija. A potem miła rekonwalescencja, i z tym jest już gorzej. Brak czasu. No to zdrowie!